Kandydatura min. Sikorskiego na sekretarza NATO najwidoczniej poprawia samopoczucie wielu polskich dziennikarzy i polityków. Ma bowiem świadczyć o wzrastającej pozycji Polski w świecie. Polscy politycy uwielbiają mówić o tym - rozpierani dumą - przed kamerami, jak to widać na przykładzie choćby marszałka Komorowskiego (którego należałoby przy okazji zapytać, jak komentuje tę sprawę prasa na Jamajce). Przy okazji politycznego lobbingu w sprawie następcy Holendra rzeczywistość okazuje się jednak nieco inna. Oczywiście sam fakt wysuwania przez Warszawę kandydatury naszego ministra to dowód zdrowych ambicji. Ale już rozkład głosów decydentów w “przedmeczowych” debatach, (żeby użyć języka pasującego do zainteresowań naszego premiera) pokazuje, że najważniejsi sojusznicy mają swoje własne typy i “aż tak” wysoko nas nie stawiają, żeby na poważnie myśleć o oddaniu w ręce polskiego ministra politycznego steru Sojuszu Atlantyckiego. Misja w Afganistanie i nasz w niej udział to jedno, a obecne zadania stojące przed Sojuszem, polityczny rozkład jazdy naszych zachodnich partnerów, to druga sprawa.
NATO stoi od wielu lat na rozstaju dróg. Koniec “zimnej wojny” wymagał ponownego zdefiniowania strategicznych celów Sojuszu, ale do wypracowania nowej, klarownej wizji nigdy tak naprawdę nie doszło. Od rozpadu ZSSR Sojusz przesunął się na wschód i przyjął w swe szeregi państwa należące niegdyś do bloku sowieckiego. Jednocześnie Moskwa z jasno zdeklarowanego środka zagożenia bezpieczeństwa Zachodu stała się dla tego samego Zachodu partnerem. Tyle tylko, że sposób rozumienia pojęcia “partnerstwo” jest inny w stolicach zachodnich a inny na Kremlu. I tu jest pies pogrzebany.
Jeżeli w planach politycznych zarówno Europy jak i Ameryki Obamy jest współpraca z Rosją w kwestiach bezpieczeństwa międzynarodowego, zwłaszcza zaś w kwestii Iranu i Korei Płn., to jest rzeczą oczywistą, iż twarzą Sojuszu musi być polityk odczytywany w Moskwie jako “neutralny”. Zrozumiałe. Ale to, co może akurat teraz pasować politykom zachodnim, nie musi być wyznacznikiem naszej pozycji w relacjach z Rosją. Nawet przy najlepszych chęciach Sikorski neutralny być nie może, musi reprezentować na forum Sojuszu nasze interesy vis-a-vis Moskwy. Tego zresztą, a nie pasującej zachodnim Europejczykom układności wobec Kremla od niego na stanowisku szefa polskiej dyplomacji oczekujemy. Jako polski minister Sikorski musi prezentować w miarę ostro nasz, polski punkt widzenia na kwestie kierunku politycznego rozwoju NATO. Dla nas i dla naszych sąsiadów ważne jest, aby NATO nie stało się klubem wojskowym przy Radzie Bezpieczeństwa, gdzie Rosja ma prawo veta, lecz pozostało nadal organizacją “kolektywnej obrony”. Najbardziej zaś niebezpieczna dla pozycji Polski byłaby ewolucja Sojuszu w organizację “kolektywnego bezpieczeństwa”, na co ochotę mieliby przynajmiej niektórzy nasi zachodni partnerzy. Polska w ramach Sojuszu musi być zdecydowana w ocenach sytuacji międzynarodowej, musi też “dyplomatycznie” lecz zdecydowanie krytykować politykę Kremla, kiedy ta zmierza do odbudowy koncepcji wyłącznych stref wpływów Moskwy wokól jej granic. Agresja na Gruzję i terytorialny rozbiór tego kraju nie mogą być zamiecione pod dywan, a to się praktycznie teraz w zaciszu dyplomatycznych gabinetów odbywa. Jeżeli więc w końcowym rozrachunku okaże się, że polski minister nie jest wystarczająco dla Moskwy “neutralny” to powinniśmy się raczej zastanawiać, jak ta “neutralność” nowego “szefa” Sojuszu przekłada się na gwarancje naszego bezpieczeństwa. Nie wstępowaliśmy bowiem do klubu wzajemnej adoracji lecz do sojuszu wojskowego z wyraźnie określoną misją obrony wedle zasady “jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”.
Nie powinno nikogo dziwić, że skoro dla Brytyjczyków, Francuzów i Niemców najlepsza wydaje się kandydatura Duńczyka, to dla Amerykanów takową jest Kanadyjczyk. Bliższa koszula ciału. Amerykanie wysuwając swoją kandydaturę podkreślają jednocześnie specjalny charakter relacji Ameryki i Kanady. Akurat z naszego punktu widzenia nie byłoby to złe rozwiązanie. Polskę i Kanadę łączą także specjalne relacje, a wspólny pobyt w Afganistanie związki te poważnie wzmacnia. Ottawa ma bowiem powody aby na udział sojuszników z NATO w misji afgańskiej patrzyć uważnie. Ewentualny sukces kandydatury Petera McKaya byłby politycznym uhonorowaniem coraz bardziej kosztownej dla Kanady misji w tym kraju. Kanada nie chowa się, jak niektórzy nasi sojusznicy, za politycznymi zakazami brania udziału w walce z talibami. Jesteśmy tam aby zwalczać terrorystów. Ale coraz częściej słychać powątpiewanie w sensowność naszej misji w Afganistanie. Jak bowiem mamy mierzyć sukces naszego pobytu w kraju, którego nie udało się dotąd spacyfikować żadnemu obcemu mocarstwu? Dla wielu Afgańczyków jesteśmy obcym okupantem. Nieuniknione w tego rodzaju walce z siłami powstańczymi straty wśród ludności cywilnej popularności nam nie zdobywają, a rzecz idzie właśnie o zdobycie “serc” ludności Afganistanu dla politycznej stabilizacji kraju wedle schematu proponowanego przez Zachód. Stabilizacji nie ma, zdolność Pakistanu do kontrolowania pogranicza, które stanowi doskonałą bazę dla partyzantki talibów jest żadna, i do tego w samym Pakistanie talibowie są coraz bardziej bezkarni. Jak mamy zatem ograniczyć aktywność sił zwalczających reżym w Kabulu, opierający się coraz widoczniej jedynie o NATOwskie wsparcie wojskowe. Afganistan zatem, a nie jakiekolwiek inne mgliste plany światowego partnerstwa dla bezpieczeństwa będzie najbardziej wyrazistym testem skutecznej polityki Zachodu. Kanadyjczyk na czele Sojuszu byłby niezłą zapowiedzią naszego politycznego zdecydowania i uporu w obronie zachodnich wartości. Dla ich obrony bowiem giną dziś w Afganistanie nasi chłopcy.
WMWojnarowicz









