Polacy byli od Greków lepsi, bardziej im się chciało grać, mecz towarzyski potraktowali poważnie. Co nie znaczy, że mistrzom Europy się nie chciało. Po prostu byli słabsi od zespołu Leo Beenhakkera, momentami bezradni. Jak Evangelos Moras w 38. min, kiedy we własnym polu karnym wybił piłkę na rzut rożny.
Za pierwszą połowę nie ma co wyróżniać kogoś indywidualnie w polskiej drużynie. Za to - jak rzadko - o każdym z jedenastu można powiedzieć, że zrobił coś pożytecznego, błędów było niewiele.
Zaczął Rafał Murawski, który bardzo tęskni za piłką - ostatni mecz rozegrał w czerwcu, bo po transferze z Lecha do Rubina do Rosji dopiero co dotarł jego certyfikat. Widać to było przez pierwsze 20 minut, kiedy jasnowłosy pomocnik uczestniczył w każdej akcji. Był pod bramką Greków, a kiedy trzeba - pomógł w defensywie. Kreował, starał się, wygrywał pojedynki jeden na jednego. Kiedy trochę go zatkało - rolę tego, który pcha drużynę do przodu przejął Roger Guerreiro. Po pół godzinie i podaniu Marcina Wasilewskiego miał najlepszą okazję do zdobycia gola. Zagapił się stojąc pięć metrów przed bramką Chalkiasa i piłka odbiła mu się od kolana. Po przerwie miał więcej strat niż przed przerwą, momentami raziła też jego niechlujność i zbyt duża liczba fauli wynikająca chyba z braku szybkości. Zaimponował za to powrotem we własne pole karne i wygranym pojedynkiem główkowym.
Ale akcje Polaków były różnorodne. Od lewej strony przez środek i prawe skrzydło, na którym momentami cyrkowych sztuczek dokonywał Kuba Błaszczykowski. To była inna jakość reprezentacji - szybko, z polotem, składnie i do przodu. Z wymianą podań na połowie rywala, ze świetnymi prostopadłymi podaniami Mariusza Lewandowskiego, który zagrał po raz 60. i trafił do klubu Wybitnego Reprezentanta.
Brakowało tylko skuteczniejszego wykończenia akcji i strzałów. Grecy również nie za bardzo sobie pograli z przodu. Symbolem meczu były pojedynki Wasilewskiego z Georgiosem Samarasem. Wielki, długowłosy, wyższy od Polaka o głowę gwiazdor Celtiku (przed spotkaniem wyściskał się z Borucem) nie miał żadnych szans z obrońcą Anderlechtu. Nie wygrał z nim pojedynku, parę razy leżał poobijany na trawie, aż pod koniec pierwszej połowy zniechęcony zmienił stronę. W drugiej połowie walka trwała - znowu górą był Wasilewski, choć pod koniec kiedy brakowało już sił zdarzyły się pomyłki, które nie miały wpływu na wynik.
Blok defensywny pomylił się przed przerwą raz, kiedy w 42. min środkowi obrońcy zagapili się przy rzucie rożnym, ale Charisteas strzelił niecelnie. Poza tym blok defensywny był pewny dopóki Polska nie strzeliła drugiego gola. Potem zdarzyły się pomyłki.
Artur Boruc nie przypominał nerwowego, spiętego zawodnika sprzed miesięcy. Wspierany przez kibiców bronił dobrze, raz źle kopnął piłkę. Po przerwie wypuścił ją z rąk, ale nie skończyło się to niczym złym. Koledzy, jeśli kiedykolwiek utracili do niego zaufanie, to w Bydgoszczy nie było tego widać w ani jednym zagraniu. Nie bali się podawać piłki do bramkarza, a ten niespełna 20 minut przed końcem uratował zwycięstwo kapitalnie broniąc strzał z siedmiu metrów.
Właśnie stałe fragmenty to największa bolączka drużyny Beenhakkera. Na zgrupowaniach nie mają czasu ich ćwiczyć i w meczach to widać. W środę po dośrodkowaniach Greków z rzutów rożnych pod bramką Boruca było groźnie raz za razem. Stałe fragmenty Polaków takim zagrożeniem dla przeciwników nie są.
Druga połowa zaczęła się od tego, czego zabrakło Polsce przed przerwą. Czyli gola. Po strzale Wasilewskiego piłka odbiła się od nogi Obraniaka i wtoczyła do bramki. Gol spowodował, że mecz stał się spokojniejszy, ale inicjatywa i tak należała do Polaków. Z czasem mecz stał się bardziej wyrównany - Grekom zaczęło się chcieć, Polacy chcieli, ale stracili siły. Kwadrans przed końcem po strzale Kyrgiakosa piłka minimalnie minęła słupek lewy bramki Boruca.
Chwilę później mecz był rozstrzygnięty. Tym razem nie było wątpliwości - Błaszczykowski wyłożył piłkę Brożkowi, ten odegrał Obraniakowi i skrzydłowy Lille trafił do siatki. Cieszyli się wszyscy, a Boruc poleciał z gratulacjami z własnej bramki na połowę rywali.
Mecz w Bydgoszczy i styl, w jakim Polska pokonała Greków przywrócił nadzieję na dobre wyniki w meczach o punkty z Irlandią Płn, Słowenią, Czachami i Słowenią. W ofensywie, dzięki Obraniakowi, drużyna stała się jeszcze bardziej różnorodna i nieprzewidywalna. Żewłakow, Dudka, Boruc, Dudka, M. Lewandowski czy Krzynówek (choć nie na swojej pozycji, jako skrzydłowy jest pożyteczniejszy dla kadry niż na obronie) pokazali, że w ciężkich momentach można na nich liczyć. A ciężkie chwile się zbliżają - po meczu z Grecją kibice mają teraz prawo liczyć na pozytywne emocje jesienią. Sporo takich dostarczył mecz w Bydgoszczy.
Polska - Grecja 2:0 (0:0)
Wasilewski 46′, Obraniak 79′
Polska: Artur Boruc - Marcin Wasilewski, Michał Żewłakow, Dariusz Dudka, Jacek Krzynówek - Jakub Błaszczykowski (83-Marek Saganowski), Rafał Murawski (75-Tomasz Jodłowiec), Mariusz Lewandowski, Euzebiusz Smolarek (46-Ludovic Obraniak) - Roger Guerreiro (75-Wojciech Łobodziński) - Robert Lewandowski (55-Paweł Brożek)
Grecja: Konstantinos Chalkias - Loukas Vyntra, Sokratis Papastathopoulos (53-Avraam Papadopoulos), Evangelos Moras (46-Sotirios Kyrgiakos), Nikolaos Spyropoulos - Georgios Karagounis (63-Christos Patsatzoglou), Konstantinos Katsouranis, Alexandros Tziolis (80-Nikolaos Liberopoulos) - Dimitrios Salpingidis (46-Theofanis Gekas), Georgios Samaras, Angelos Charisteas (46-Ioannis Amanatidis)









