Podsumowanie minionego roku można rozpocząć niemal tak samo jak Sienkiewicz zaczął swoje “Ogniem i mieczem”.
I mieć też nadzieję, że ciąg dalszy nie będzie aż tak fatalny, jak epoki opisywanej przez wielkiego pisarza.
Niewątpliwe jest jedno. Tak jak rok 1647 wymieniony przez Sienkiewicza, rok miniony był czasem międzyepoki. Okresu przejściowego, z którego wykluwają się dopiero nowe byty społeczne i polityczne. Rok nadchodzący powie nam więcej, które z naszych obaw były przesadzone, a które nadzieje się spełnią.
Koniec kryzysu?
Specjaliści, a pewnie i zwykli ludzie, będą w roku 2010 wyglądali końca kryzysu. Bo tak się jakoś składa, że wtedy, gdy ekonomiści alarmują: jest kryzys!, to zwykły człowiek rozgląda się dookoła i kryzysu nie zauważa. A kiedy z ekranu telewizora mówią mu, że kryzys się skończył, to znajomi dookoła właśnie tracą pracę, szef obciął premie, a portfel wygląda na dziwnie chudy. Mijający kryzys światowy w ogóle był dość dziwny; dotknął głównie obszarów finansów, ale zmusił też firmy do drastycznych oszczędności. I pewnie właśnie w nadchodzącym roku będziemy się z nim borykali na poziomie gospodarstw domowych. To zapewne najważniejsza z “wróżb” rozpoczynającego się roku – będziemy musieli oszczędzać zarówno w wymiarze państwa, jak i w wymiarze budżetów domowych.
Wojna i pokój
Nie ma jednak wielkich szans na to, by te oszczędności były dokonywane w dziedzinie wojskowości i obrony. Miniony rok kończy się fatalnymi informacjami o broni atomowej zdobywanej przez Iran i kolejnymi listami ofiar wojen w Afganistanie oraz Iraku. Jak chichot historii zabrzmiało przemówienie nagrodzonego pokojowym Noblem Baracka Obamy, który tłumaczył w Oslo, że wysyła kolejnych żołnierzy do Afganistanu, aby szybciej zapanował pokój. Nawe jeśli to prawda, to nazbyt dobrze przypomina ona wszystkie poprzednie wojny minionego stulecia. Rozwiązania politycznego tego konfliktu nie widać. Co gorsza, nie widać w ogóle pomysłu na rozwiązanie generalnego konfliktu Zachodu z wojującym islamem. Nauczyliśmy się w poprzednich latach, że same czołgi i rakiety niczego nie załatwią. Podobnie zresztą, jak jednostronne ustępstwa czy bezmyślne pchanie miliardów rozkradanych przez skorumpowane rządy. Uczymy się pomału, iż mamy do czynienia z inną mentalnością i odmienną cywilizacją. W gruncie rzeczy zarówno Irak, jak i Afganistan to wojny o stworzenie minimalnej choćby harmonii pomiędzy klanowo plemiennymi państwami biednego południa a zglobalizowanym i bogatym światem Zachodu. Nie możemy z tej wojny ot, tak, zrezygnować, bo wówczas tylko kwestią czasu będzie przywędrowanie tamtego świata do nas i bomby podkładane w naszych kościołach i naszych domach. Ale nie możemy też tej wojny wygrać bez rozsądnej propozycji dla tamtego świata. Pomysł Amerykanów – zabijemy dyktatorów, przywieziemy coca-colę i wszystko będzie cacy – nie wypalił. A innego jak dotąd nie widać. Będzie więc rok 2010 rokiem wojen i dramatycznego poszukiwania sposobu na ich polityczne zakończenie. Prawie na pewno w Afganistanie będzie więcej Polaków i większe będą nasze straty w tej wojnie, a już na pewno będzie nas ona więcej kosztować. Zanim jednak zaczniemy krzyczeć na polityków, by nasi chłopcy zajęli się naprawianiem wodociągów zamiast walką, a najlepiej, żeby w ogóle wrócili do domu, wypada zapytać, po co oni tam w ogóle są. I odpowiedź – poza irytującymi banałami w rodzaju walki o pokój i demokrację – będzie zawierała dwa elementy: są po to, żeby utrzymać jaką taką spoistość NATO oraz po to, by Polska mogła uczestniczyć w międzynarodowej debacie, zasiadając w gronie państw rzeczywiście decyzyjnych, a nie przy bocznych stolikach. Oba powody brzmią mocno sloganowo. To prawda, ale zawierają realne treści. NATO w ostatnich latach niezwykle osłabło, ale wciąż pozostaje główną gwarancją polskiego bezpieczeństwa. Pisałem kiedyś na łamach „Przewodnika” o tym, że nasza armia nie jest w stanie prowadzić skutecznej wojny z większością potencjalnych przeciwników. Sojusz Atlantycki gwarantuje – również w oczach firm, które inwestują w Polsce pieniądze – że z dnia na dzień nasza niepodległość nie stanie pod znakiem zapytania. To gwarancja ważna i mająca wymierną wartość, przekładającą się na pracę i płacę przeciętnego obywatela.
Nowy ład
Nieco inaczej wygląda sprawa wspomnianego miejsca przy głównym stoliku światowej gry. No bo natychmiast przypomnimy sobie porażki mijającego roku: rezygnacje z tarczy antyrakietowej czy niezaproszenie Polski do grupy G-20. “To jest główny stolik?” - może ktoś spytać z przekąsem. Jednak tak. Bo po sprawie tarczy Amerykanie długo zastanawiali się, jak nam ów afront zrekompensować. I znaleźli całkiem dobry, także z naszego punktu widzenia, sposób w postaci instalacji Patriotów w Polsce. A nasze zaangażowanie w Afganistanie sprawia, że uczestniczymy w rozmowach i spotkaniach dotyczących planowania nowego ładu światowego. Rzeczywiście częściej u końca stołu niż w jego głowie, ale mamy świadomość, że strategiczne decyzje nie będą zapadały bez nas. To było przecież marzenie pokoleń Polaków bodaj od końca XVII wieku.
Mijający rok był czasem międzyepoki. Powtarzam raz jeszcze, bo oznacza to tyle, że właśnie wykluwa się nowy porządek światowy i europejski. W gruncie rzeczy nie wiemy, czy historycy zaliczą pierwsza dekadę XXI wieku do XX czy już do XXI stulecia. Podobnie jak w pierwszych latach XX wieku, kontynuowane są tendencje zapoczątkowane w poprzednim wieku. A warunki się zmieniają. Na pewno rok 2009 będzie wspominany jako rok traktatu z Lizbony. Unia Europejska się zmienia. Otrzymaliśmy do ręki narzędzia pozwalające na pogłębienie integracji, aż po federalizację Europy. Ale wiatr historii wieje w kierunku przeciwnym i następuje w Unii renesans polityki egoizmów narodowych, uczenie zwany renacjonalizacją. W rezultacie na najwyższe unijne stanowiska wybrano polityków słabych i nieznanych. A Polska, która twardo broniła się przed nadmierną federalizacją UE, znalazła się w niewygodnej sytuacji państwa, które zderza się z decyzjami zbiorowymi podejmowanymi jednak w interesie narodowych graczy, najsilniejszych albo najsprawniejszych w brukselskich korytarzach. Na pewno nadchodzący rok będzie dla nas czasem obowiązkowego i przyspieszonego kursu gry zespołowej w Brukseli. Na pewno świadomość Polaków jest coraz bliższa tego, że decyzje unijne dotyczą każdego z naszych domów.
A skoro o świadomości mowa, to wypada zauważyć, że rok 2009 przyniósł poważne zmiany w naszym postrzeganiu sąsiadów. Oczywista bliskość Polski z Litwą i Ukrainą przestała być politycznym dogmatem. Zarówno z Kijowem, jak i z Wilnem rozmawia się nam dużo gorzej niż w latach wcześniejszych. Tutaj również zderzamy się z powrotem nacjonalizmów. A politykę częściej kształtują organizatorzy różnych rajdów ku czci Bandery niż rozmawiający spokojnie dyplomaci. W ogóle miniony rok to mniej regionu i sąsiadów w naszym myśleniu i praktyce politycznej, a więcej mocarstw i globalnych konfliktów.
Rok Palikota
Polityka dla Polaków to jednak przede wszystkim to, co dzieje się w kraju. Pisuję o sprawach wewnętrznych zwykle z niechęcią, bo polityka przeniosła się w dużej mierze do telewizyjnych programów. To co wydawało się patologią, że politycy swoje działania podporządkowują najbliższemu wydaniu telewizyjnych wiadomości, stało się normą. I rok 2009 można spokojnie uznać za rok Janusza Palikota. Ten polityk, traktowany wcześniej jako harcownik o marginalnym znaczeniu, został wiceszefem największego klubu parlamentarnego i publicznie zapowiada, że wkrótce zajmie fotel wicepremiera. A wszystkie te stanowiska zajął nie dzięki dobremu pomysłowi, jakim jest zapomniana komisja “przyjazne państwo”, tylko w efekcie wymachiwania przed kamerami gadżetami z sex shopu. Przykre. Zwłaszcza że po stronie opozycji awansują postaci podobnie traktujące dyskurs publiczny.
Ale rok 2009 to przede wszystkim rok tzw. afery hazardowej i powstania komisji śledczych. Napisałem tak zwanej afery, bo widząc gołym okiem, że wokół ustaw dotyczących hazardu działo się coś złego, nie bardzo potrafimy wskazać, gdzie była afera i kto był w nią zamieszany. Jak dotąd afera powoduje postępującą erozję resztek autorytetu polityków. A równocześnie nie drgnęła nawet “betonowa” struktura życia politycznego. Nadal wybór pozostaje pomiędzy PO i PiS. Próby tworzenia trzeciej siły spaliły na panewce. Wygląda na to, że politycy skupią się teraz na kampanii prezydenckiej, próbując odkładać na rok 2011 rozbicie betonowej struktury partyjnego duopolu.
Czas międzyepoki
Był rok 2009 czasem międzyepoki. W polskiej polityce czasem pogarszania jej jakości i dominacji źle rozumianego PR. W polityce światowej czasem braku nowych inicjatyw i powrotu upiorów nacjonalizmu. Doskonałą ilustracją marności mijającego roku może być decyzja dotycząca przyznania pokojowej Nagrody Nobla prezydentowi Obamie. Nie za to, co zrobił, ale za to, co wydawało się, że zrobić może. Telewizyjna pseudo-polityka tak polska, jak i światowa odniosła w mijającym roku triumf. Ale jednocześnie coraz więcej sygnałów wskazuje na to, że obywatele mają takiej polityki dosyć. To nie był dobry rok. Ale nadchodzi właśnie czas nadziei. Ta nadzieja pozwala na powiedzenie, że międzyepoka zawsze dość szybko dobiega końca.
Najwięksi przegrani w 2009 r.
Upadek giganta motoryzacji
Rick Wagoner, były prezes General Motors Corp.
Stworzył największego producenta samochodów na świecie, a potem, podejmując liczne błędne decyzje, przyczynił się do najbardziej spektakularnego bankructwa w historii korporacyjnej Stanów Zjednoczonych. Nie jest wykluczone, że przetrwałby, gdyby nie uznał, że amerykańska władza nie pozwoli GM upaść. To dlatego przyjechał do Białego Domu po wielomiliardowy pakiet ratunkowy prywatnym odrzutowcem.
Ale zastał Waszyngton w kryzysie. A przepych, jakim otaczali się wszyscy szefowie koncernów motoryzacyjnych, szokował. Kiedy Wagoner przyjechał z Detroit samochodem, było już za późno na przekonanie władzy, że jest najlepszym człowiekiem na wyprowadzenie GM z kryzysu. Do ostatniej chwili nie wierzył, że on – wychowanek Harvardu, jeden z najbardziej prominentnych prezesów USA – zostanie usunięty ze stanowiska.
Popełnił wtedy kolejny błąd – przestał być ofensywny i potrafił tylko bronić dotychczasowej polityki. Na pożegnanie dostał od GM odprawę w wysokości 10 mln dolarów. To praktycznie nic, jeśli się zważy, jaki majątek przyniósł akcjonariuszom w tłustych dla GM latach. Inna sprawa, że i straty zostawił za sobą rekordowe.
Luksus to za mało
Christian Lacroix, twórca marki Lacroix
Luksusowa marka, która okazała się pierwszą ofiarą kryzysu w świecie mody. Choć wcześniej udało mu się sprzedać akcje, to jednak zawsze będzie kojarzony jako geniusz mody, którego biznes jednak okazał się kompletnym niewypałem.
Na początku grudnia sąd ogłosił upadłość likwidacyjną firmy, zgodnie z którą ponad 100 pracowników marki znanej głównie z odzieży i dodatków zostanie zwolnionych, jedynie kilkunastu utrzyma zaś zatrudnienie, aby nadzorować umowy licencyjne na choćby produkcję perfum.
Lacroix był projektantem kostiumów teatralnych, pracował też w domach mody Hermes i Emilio Pucci. Własną firmę założył w 1987 r., w latach 90. kupił ją koncern LVMH, który z kolei w 2005 r. sprzedał ją amerykańskiej Falic Group.
W 2008 r. firma zanotowała 10 mln euro straty netto przy przychodach ok. 30 mln euro. Chwytała się wszystkiego, aby przetrwać, choć rynek bardzo źle odebrał stworzenie dwóch zapachów dla masowego Avonu. Przed ogłoszeniem likwidacji marka Christian Lacroix była warta 70 mln euro.
Ogrywanie giganta
Olli-Pekka Kallasvuo, Nokia
Do fińskiego koncernu wciąż należy 37 proc. światowego rynku komórek. Ta liczba jednak spada. Nokia wyraźnie przegrywa na najbardziej lukratywnym rynku tzw. smartfonów, czyli zaawansowanych komórek, które zapewniają np. dostęp do Internetu czy pozwalają instalować dodatkowe, przydatne użytkownikom aplikacje. Rok logo Nokii widniało na 42,3 proc. tego typu sprzętu sprzedawanego na całym świecie. W ciągu zaledwie 12 miesięcy ta liczba zmniejszyła się do 39,3 proc.
Jednak najboleśniejszą porażkę Nokia odniosła w USA. Jej udział w tamtejszym rynku smartfonów to zaledwie 3,9 proc. Konkurencyjny Research In Motion, producent najbardziej poszukiwanego gadżetu mijającego roku telefonów Blackberry, może pochwalić się 51-proc. udziałem w rynku, a Apple ze swoim iPhone’em – 29,5 proc. Analitycy wskazują, że oprócz udziałów w rynku pod rządami Olli-Pekka Kallasvuo ucierpiał też wizerunek Nokii, która w USA i Europie jest po prostu niemodna, a urządzeń tej marki nie wypada mieć.
Niewykorzystana
Didier Lombard, prezes France Telecom
Od lutego 2005 r. kieruje największym we Francji operatorem łączności. Problemy pojawiły się w tym roku. France Télécom stracił pozycję monopolisty, w sektorze łączności nastąpiła prawdziwa rewolucja techniczna, a dyrekcja operatora zapomniała o ludzkim traktowaniu załogi – a tylko we Francji to 102 tys. osób.
Program nadrabiania zaległości do konkurentów „Time to move”, zmuszający średnią kadrę kierowniczą do zmiany miejsca pracy co trzy lata, różne oszczędności w czasach kryzysu wywołały ogromny stres wśród załogi. W ciągu dwóch lat 25 pracowników koncernu popełniło samobójstwo, co Lombard określił jako „modę” czy „spiralę śmierci”. Potem przepraszał za swe słowa, ale niesmak pozostał. Musiał się tłumaczyć przed ministrem pracy i przed prezydentem. A miał wszelkie dane, by być człowiekiem sukcesu.
Rada dyrektorów operatora mianowała od 1 stycznia dyrektorem generalnym Stephana Richarda, który na wiosnę 2011 r. przejmie pełne stery w FT od Lombarda. Program „Time to move” oczywiście zawieszono.










