Patrząc po witrynach nie sposób rozpoznać, czy to rosyjski Nowy Rok, czy polskie lub włoskie Boże Narodzenie: wszędzie króluje Merry Christmas.
W oknach wystawowych Barcelony wystawiono tej jesieni kapcie: wspaniałe, przyozdobione pomponem z puszku i hojnie wyszywane cekinami. W zakładach fryzjerskich od Atlantyku po Ural dekoratorki od siedmiu boleści układają w opakowaniu z szeleszczącego i błyszczącego papieru, niczym w kolebeczce, butelki szamponu przeciwłupieżowego – rzucające się w oczy i jakże gustowne symbole nadejścia Bożego Narodzenia i Nowego Roku, czyli czasu, w którym trzeba zadbać o prezenty. Na dworze zamiast śnieżycy szaleje kryzys i najlepszym podarunkiem dla ukochanej osoby, zdaniem troskliwych barcelończyków, będzie rzecz tak stosowna, niezbędna i niedroga, jak kapcie. Albo szampon przeciwłupieżowy. Albo coś w podobnym (bez)guście, do bólu niedrogie i standardowe.
I tak jest wszędzie. Na lotnisku Charles de Gaulle piętrzą się stosy eleganckich, drewnianych skrzyneczek z napojem, który sam w sobie jest jednym z najbardziej jaskrawych świadectw triumfu ducha marketingu nad zdrowym rozsądkiem – z Beaujolais Nouveau. Jak wiadomo, młode beaujolais nie jest w żaden sposób winem, lecz dojrzewającym moszczem, po kieliszku którego struć się można w sposób zupełnie nieproporcjonalny do skali konsumpcji – udało się jednak w jakiś sposób nadać mu status znakomitego podarunku, a skoro tak, to czemu nie pod choinkę? Ja osobiście czułbym się przykro dotknięty, otrzymawszy w prezencie butelkę moszczu z pastelową etykietką; paryscy kupcy nie przewidują jednak, jak widać, podobnych reakcji.
W Wiedniu w gablotach i na lotniskach królować będą czekoladki i zestaw do sporządzania glühweinu, w Londynie – niewielkie flaszeczki Moët & Chandon, w Berlinie – kajdanki i kagańce dla par gustujących w igraszkach sadomasochistycznych, przybrane różowym puszkiem, serduszkiem i dymkiem ze słowami “Merry Christmas” dźwiganym przez aniołka. W Pradze można liczyć na obniżkę cen kryształów i kamieni sztucznych Jablonexu. Nawet w Tokio jak miasto długie i szerokie wszyscy oddawać się będę ulubionej rozrywce – bezskutecznym próbom zarezerwowania stolika w Park Hyatt.
A co poczniemy my, Rosjanie? Kierując się zdumiewającą doprawdy nadzieją na “okazję” pospieszymy, kogo tylko będzie stać, na tak zwane “przedświąteczne wyprzedaże” na Zachód. Kto raz tam trafił, wie z własnego doświadczenia, że o żadnej okazji nie sposób mówić. Przedświąteczne tygodnie w Europie Zachodniej, zwłaszcza zaś w tamtejszych centrach handlowych, są piekłem. Ceny – nieznośnie wysokie, w sklepach nie sposób przecisnąć się przez tłum, zwłaszcza w weekendy. Na drzwiach naszej ulubionej restauracji z reguły wisi tabliczka „soiree privee”: prywatne przyjęcie, prosimy nie przeszkadzać, zapraszamy jutro – choć na jutro zarezerwowała już salę kolejna korporacja, która przez ostatni rok porosła w piórka.
Wyjazdowy wieczór wigilijny okazuje się niewymownie smutny – jak każde święto, które spędzamy z dala od domu, dobrowolnie wyrzekając się ciepła i poczucia bezpieczeństwa, bez których nie sposób mówić o święcie. Nie warto gonić za pustymi ulicami; ślizgawka w Tallinie i targ na rynku Graben w Wiedniu też poczekają na nas aż do końca stycznia – a jednak wszystkie miejsca na pokładach samolotów lecących z Moskwy na Zachód są w grudniu wyprzedane.
A ci z nas, którzy nie trafią na lotnisko Szeremietiewo? Nie wydaje się, by mieli szanse poczuć się w pełni “u siebie”. Wystarczyło kilku lat, byśmy zapomnieli, jak obchodziło się w Rosji, a bodaj i w schyłkowym ZSRR, Nowy Rok. I to począwszy od dekoracji: rosyjski Novyj God na poziomie witryn niczym nie różni się od lotniskowego Merry X-mas! Przefarbowano nas! Kolorami rosyjskiego Nowego Roku była, jak wiek wieków, zieleń, błękit, srebro i złoto: dziś wyparły je standardowa, wszechobecna, bombastyczna czerwień, od odcienia amarantowego po bordowy, wszystkim powyżej trzydziestki kojarząca się z faraonową pompą pogrzebów pierwszych (a i obwodowych) sekretarzy. Sztuczna choinka, na niej półtuzina plastikowych, czerwonych kul i już! Przygotowania do Nowego Roku mamy odfajkowane.
A przecież nie tak było drzewiej. W byle witrynie podupadającej piekarni, w byle pipidówce na ulicy Ulianowskiej i tak dekorowano choinkę, jełoczkę uważnie, akuratnie, z oddaniem, con amore. U podstawy – wiewiórki, zajączki, wilki, Czerwone Kapturki, syberyjskie pieski preriowe (burunduki) – cała ta zacna, bajkowo-leśna gromada, trochę roztańczona, trochę rozsypana jak popadnie między wielkimi grzybami o fantazyjnych kapeluszach z papier-mâché obsypanych śnieżynkami z bibułki. Ciut wyżej – lekko wyblakłe, kuliste bombki w kilku podstawowych kolorach. Wyżej – bardziej lśniące kule, “sople”, Dziadek Mróz (Died Moroz) ze Śnieżynką. Jeszcze wyżej – skarby, te, które zawsze przechowywano w osobnym pudełku lub puszce: ogromne, lśniące bombki, różnobarwne, z gwiazdkami, korowodami, zamiecią i zorzą polarną – mróz i radość biły od nich jednocześnie. Na samej górze – “szpic” albo gwiazdka, przedmiot rokrocznych zawziętych rodzinnych sporów, a wszystko spowite „anielskimi włosami” – niby prosta rzecz, a mało gdzie poza Europą Środkową można się na nią natknąć!
W ubiegłym roku, nawzdychawszy się do woli nad kolejną rachityczną, krzywiczną, kulawą choinuszką (a jakie zawzięte walki toczyły się na placyku przy stacji metra o te „puszyste ślicznotki”, rodem jakoby wprost z Syberii lub z Norwegii!) i ubrawszy ją w to, co ocalało z dzieciństwa, zapragnąłem uzupełnić zdziesiątkowane zapasy prawdziwymi, fantazyjnymi bombkami. (…) Nie udało mi się ich jednak znaleźć w żadnym ze sklepów, jakie odwiedziłem w dziesięciomilionowej Moskwie. Pod dostatkiem było za to kapci, korzeni do glühweinu oraz Beaujolais. W noworoczną północ, słysząc dwanaście uderzeń kremlowskich zegarów, co w Rosji jest tradycyjną chwilą wyrażania życzeń, pomyślałem sobie, że chciałbym, by w tym roku w moskiewskich witrynach zajaśniały bombki. Czas sprawdzić, czy ktoś mnie wysłuchał.
Eduard Dorożkin









