Na miesiąc przed startem igrzysk w spotkaniu w ambasadzie Kanady w Warszawie wzięli udział m.in. prezes PKOl Piotr Nurowski i ambasador Daniel Costello. Kanadyjczyk obiecał, że w Vancouver będzie kibicować polskim sportowcom. Jako głównych kandydatów do medali obaj wskazali oczywiście skoczka Adama Małysza, biegaczkę Justynę Kowalczyk i biathlonistę Tomasza Sikorę. Dość niespodziewanie prezes PKOl w tej grupie umieścił także drużynę skoczków narciarskich.
“Gdyby medale przyznawano za zasługi, to Małysz już miałby złoto. Chociaż konkurencja jest spora, to ja w niego wierzę. Powiem więcej - wierzę też w naszą drużynę, która podczas konkursu w Libercu pokazała, że stać ją na walkę o podium. Myślę, że na skoczni Whistler też to potwierdzi” - mówił.
Prezes zdradził, na jakie nagrody mogą liczyć w Vancouver nasi sportowcy.
Koniec z podziałami na pieniądze i samochody. Złoty medal oznacza 250 tys. zł nagrody, srebrny 150 tys., a brąz 100 tys. Tyle samo dostaną sztaby szkoleniowe medalistów, z zastrzeżeniem, że cześć pieniędzy musi trafić do pierwszego trenera albo nauczyciela WF, który odkrył mistrza.
Kryteria, którymi kieruje się PKOl przy wyborze kadry narodowej, są ostrzejsze niż te stosowane przez MKOl. Na pewno nikt bez wypełnionych krajowych kryteriów nie pojedzie do Vancouver. Możliwe, że troszeczkę się ugniemy, ale tylko wobec tych sportowców, którzy będą mieli minimalną stratę. Ale dotyczy to tylko zawodów Pucharu Świata lub innych dużych międzynarodowych imprez. Będą to jednak tylko specyficzne przypadki - wyjaśnił prezes PKOl.









