Barwy olimpijskich walk

Złoto, srebro, brąz olimpijskich medali; czerwień, czerń, błękit i zieleń plastronów i kombinezonów. Tęczowa mozaika narodowych flag z całego globu. Lodowa i śnieżna biel aren Brytyjskiej Kolumbii. Walka o olimpijskie medale trwa w całej pełni.
Kto zdominuje tegoroczny zimowy festiwal? Amerykanie czy Niemcy, a może Norwegowie lub Rosjanie? A do tego jeszcze wciąż pełna nadziei na historyczny triumf na własnych arenach - Kanada! Ile jeszcze tego mitycznego wręcz ‘złota’ zostało do wzięcia - a raczej wyrwania, wyszarpania, wydarcia rywalom, własnej słabości i często ślepemu losowi - na trasach i taflach?!
Przed każdymi igrzyskami dziennikarze zajmują się pompowaniem propagandowych balonów. Wbudowuje się zatem z mozołem w głowy kibiców obrazy niepokonanych super-herosów, którzy mają samodzielnie zawojować lodowe tory i śnieżne stoki. Tak, mamy przykłady z przeszłości. Ale to były właśnie wyjątki, naturalne, nieplanowane, bez wsparcia zastępów lekarzy, farmaceutów, technologów sprzętu i ruchu, psychologów i kucharzy. Przychodził taki sobie Thorleif Haug, Odbjoern Hagen albo inny Johan Groettumsbratten na skocznię, skoczył swoje, a potem biegał jeszcze kilkadziesiąt kilometrów, w dresie i czapeczce, na zwykłych drewnianych nartach, które to sobie sam smarował. To byli Olimpijczycy.
Dzisiejsze medialne lansowanie gwiazd jest klarownym odbiciem współczesnej komercjalizacji sportu i całego naszego życia. Kiedyś sowieccy sportowcy mieli dowodzić wyższości modelu gospodarczo-politycznego i ich triumfy nad zgniłym Zachodem, były niezbitymi dowodami na historyczną, naukową prawidłowość marksizmu-leninizmu. I dowodzili tej wyższości z takim zaangażowaniem, że na metach nie mieli nawet sił - ani może ochoty - na okazywanie zwykłej, ludzkiej radości. Wpatrywali się w tabele wyników jakby znużeni “socjalistycznym obowiązkiem”, wręcz obojętni. Byli produktem systemu, w przenośni i dosłownie. Dawne, złe czasy!
Co innego współcześnie. Ot, ledwo taki skoczek wyląduje na stoku lub poza nim, a już ściąga nartę, aby logo producenta nie zniknęło z wizji. Zgodnie z duchem czasów Vancouver miał być Igrzyskami wielkich gwiazd sportu-idoli reklamy. I po części jest, bo milioner Shaun White swój medal w akrobatycznej lodowej rynnie obronił w olśniewającym stylu. Ale sport nadal jest trudny do przewidzenia. Dlatego jego szalenie sympatyczna koleżanka z drużyny, Lindsey Vonn nie zamieni tych zawodów w zapowiadany Vonn-couver. Zjeżdżanie na łeb na szyję po “alpejskich stokach” to mimo wszystko loteria, a atleci to ludzie, nie zaś mechanizmy zaprogramowane do zwycięstwa - choć oczywiście można by z tym twierdzeniem polemizować, patrząc na skoki Ammana, czy też przejazdy niemieckich bobsleistów i saneczkarzy.
A my? Jeżeli chodzi o pozostawienie po sobie śladu w annałach Igrzysk, to taki zostawimy i to w paru kolorach - srebrnym i… żółtym!
Wyczyny Małysza dodają kolorytu triumfom asa skoczni, który z precyzją szwajcarskiego chronometru zawojował olimpijskie szczyty dyscypliny, w której od dawnych i nowych legend aż się roi. Podwójne triumfy “Harry’ego Pottera” dodają ‘złotego’ blasku zarówno naszemu srebrnemu weteranowi jak i podkreślają dramat wysiłku innych wielkich mistrzów. Ci pozostawieni w pobitym polu - Janne Ahonen, Jakub Janda czy Martin Schmitt, lub nawet Thomas Morgenstern, to wszak najlepsi z najlepszych, a ich medalowy dorobek przepełniłby galerie dokonań narodowych związków wielu krajów, z całym naszym PZN-em na czele. Ale oprócz “srebrnego” Małysza mieliśmy jeszcze Justynę i ta zawodniczka, oprócz zdobytych medali, zapisała jeszcze niezły rozdział w kategorii olimpijskich skandali. Pisze o niej i cytuje ją - w tym przypadku są to stwierdzenia bez przesady - prasa światowa.
Złota czy nie, Justyna Kowalczyk pokazała nam inną twarz sportu, twarz, do oglądania jakiej nie jesteśmy przyzwyczajeni. Na taką arogancję i fochy pozwolić sobie mogą jedynie bezdyskusyjnie najlepsi. Ot, fochy może stroić podwójna mistrzyni biatlonu, Niemka Neuner. Zrezygnowała ze sztafety, bo miała już dość biegów, Igrzysk, medali etc. Ale najpierw coś (dwa złote i srebrny) tu wygrała. A nasza Justysia najpierw narzekała, że trasy “turystyczne”, potem zaś napadła na złotą Bjoergen, że ta udaje chorą i biega na “lekach”. Oj, naucz się kochana nasza medalistko, mistrzyni świata i zdobywczyni PŚ, patrzeć na realia. Oprócz podobno nieuczciwej Norweżki zlały cię także dwie Szwedki i Estonka, a Majdić  z połamanymi żebrami(!) była tuż za plecami. Chcemy widzieć Polkę na podium, chcemy złota, ale bez tego marudzenia. Wiadomo, nie każda trasa podchodzi. Ale na wirażu sprintu ulubionym klasykiem “wygrała” bezdyskusyjnie sportowa inteligencja Bjoergen, lepsze wejście w zakręt i temu żadne medykamenty pomóc nie mogły!!!!!! Szkoda, bo od “żółci” Justyny wolimy nawet jej srebro!
PS. Prawda! Najwyższe noty powinno otrzymać Austriackie szukanie dziury w całym, czyli w wiązaniach Ammana! Ujawniło ono wielką frustrację tych, którzy coś tam sobie zaplanowali i im nie wyszło. A miało wyjść!!! Miało, do cholery!!! I dlatego to żałosne ciąganie za wiązania. Powinni więc górować w biadoleniu Austriacy! Ale, niestety, w tych Igrzyskach palmę pierwszeństwa w biadoleniu dzierży nasza Justyna.

WMW

Zostaw komentarz

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty   mar »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728