Pisane z pamięci

A jednak prawybory!

“Kiedy nie ma innego wyjścia, czasem trzeba dotrzymywać słowa”. Ta filmowa sentencja przychodzi na myśl, jeżeli wsłuchamy się w ostateczną decyzję PO o przeprowadzeniu wewnętrznych prawyborów w celu wyłonienia kandydata PO w tegorocznych wyborach prezydenckich. Prawybory - tego jeszcze w polskiej polityce nie było. No, prawie Ameryka.
Do tej pory politykę rządzącego Polską ugrupowania obowiązywał scenariusz przygotowywania pasa startowego dla Donalda Tuska. Temu celowi podporządkowano wręcz wszystko, co przez ostatnie dwa lata Platforma robiła - lub, powiedzieć raczej należałoby - nie robiła, aby ewentualnie jakimś reformatorskim posunięciem nie rozdrażnić polskiego elektoratu. Prezydentura dla Tuska miała być zwycięskim rewanżem za niespodziewaną i bolesną porażkę z roku 2005-go.
Od kiedy jednak premier-szef Platformy zrezygnował z ubiegania się o to “drugorzędne”, jego zdaniem, stanowisko w RP, mamy do czynienia z jakościowo inną sytuacją. Skoro Urząd Prezydencki to nie takie znowu szczyty władzy, desygnowanie polityka wystarczająco lojalnego w stosunku do swego partyjnego szefa, aby jedynie “panował”, ale niczym nie utrudniał szefowi rządu pracy, nie powinno być znowu takie trudne. W zasadzie większość politycznych szeregów - nawet tych pierwszych szeregów - Platformy to posłuszni wykonawcy woli szefa. I charyzmatycznych postaci tam po prostu nie ma. Są zdolni wykonawcy i solidni rzemieślnicy, ale nie osobowości zdolne samodzielnie aspirować do władzy. Chodzi więc o to, aby ewentualny partyjny kandydat, który w powszechnej opinii ma prezydenturę zapewnioną, gdyż z Lechem Kaczyńskim wygrywa - sondażowo - każdy, był wystarczająco reprezentacyjny.
Kandydaci - marszałek Sejmu, Bronisław Komorowski i minister SZ, Radosław Sikorski. Członkowie Platformy mają więc tak obiecywane w okresie zakładania partii demokratyczne wybory, wybory wolne w zakresie strawnym dla partii, która musi stale dbać o to, by nie doprowadzićdo powstania zbyt silnych wewnętrznych koterii, które mogłyby się z czasem na tyle usamodzielnić, że zagroziłyby jednoosobowemu kierownictwu prezesa Tuska. Władza bowiem, zwłaszcza tak silna, jaką posiada obecnie Platforma, rozzuchwala partyjne doły i nie tylko doły. Poszczególni politycy robią się ambitni, jak to pokazuje przykład afery hazardowej. Chłopcy już uwierzyli, że można wszystko, bo i szef zajęty wyborami, i prasa je z ręki, i opozycja nie tylko rachityczna ale jeszcze bezsensownie zdeterminowana do marginalizowania samej siebie. Tusk ściągnął kolegom “Zdzichom” i “Misiom” cugle, ale najwyraźniej zrozumiał, że bez bezpośredniej kontroli cała ta “wataha” (by użyć eleganckiego i dyplomatycznego wyrażenia prezydenckiego kandydata) może bardzo szybko roztrwonić polityczny kapitał, goniąc za kapitałem rzeczywistym.
Przypatrzmy się zatem partyjnym faworytom. Jeden z nich - God willing! - zasiądzie tej jesieni w Pałacu Prezydenckim. Wysokie notowania Sikorskiego są polityczną ciekawostką. Oparte są bowiem nieomal całkowicie o znakomity PR. Jego lata służby u Kaczyńskich idą jakoś w niepamięć. A sama funkcja ministra spraw zagranicznych to wdzięczna fucha, izoluje bowiem człowieka od bezpośrednich walk w kraju, a przy odpowiedniej reklamie odnosi się same sukcesy. Sikorski jest przystojny, postawny, obyty w świecie, po Oxfordzie, a do tego bystry i jego CV wygląda imponująco. Na tle naszych polityków prezentuje się jak prawdziwy człowiek Zachodu, czym imponuje naszym siermiężnym “elitom”, które nadal, mimo dwudziestu lat pobytu w Europie w obcych językach zaledwie dukają, a i to okazyjnie. Ale na tym aktywa kandydata na kandydata się kończą.
Sikorski bowiem specjalnych sukcesów międzynarodowych nie odniósł. To jednakże przechodzi generalnie niezauważone, bo polska prasa i telewizja sprzedają każde posunięcie rządu Tuska na zewnątrz jako niebosiężny sukces. Tak więc kompletna klapa w sprawie negocjacji z Amerykanami o “tarczę” zdaje się być sukcesem, bo udało się zrobić zdjęcie z Condoleezą Rice. Walka o fotel szefa NATO, także totalna klapa i dowód kompletnego niezrozumienia mechanizmów wyłaniania władz Sojuszu - to też sukces, no bo był kandydatem! Sikorski jest jednak medialny i dla szeregowych Platformersów, wychowanych na medialnym postrzeganiu świata liczy się jedynie tak zwany image.
Starsi wiekiem i stażem członkowie Platformy mogą jednak postawić na marszałka Sejmu, Komorowskiego. Marszałek Komorowski jest bardziej swojski, ma godną szacunku przeszłość w antykomunistycznej opozycji, jest też w partii od początku. Jego lojalność wobec PO i Tuska nie podlega żadnej wątpliwości, a jego osobiste ambicje dadzą się łatwo wbudować w master plan Tuska. Bo Komorowski w Pałacu prezydenckim dawałby premierowi Tuskowi taki sam komfort psychiczny, jaki Lech dawał przez dwa pierwsze lata swojej  prezydentury Jarosławowi. A na zewnątrz mielibyśmy prezydenta w stylu niemieckim bądź austriackim, nobliwego reprezentanta Państwa bez politycznych ambicji jego bezpośredniego szefa. Akurat tej nobliwości Urząd Prezydenta po ostatnich lokatorach Pałacu Polska potrzebuje, bo urzędom państwowym potrzebny jest, mimo wszystko, szacunek i poważanie społeczne. Dlatego Komorowski zdaje się być bezpiecznym wyborem, a bezpieczne wybory to cel politycznej operacji wyborczej PO i Donalda Tuska. Na dziś więc można postawić banany przeciw orzechom na Komorowskiego. Na dziś!

WMWojnarowicz

Zostaw komentarz

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2010
P W Ś C P S N
« sty   mar »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728