Kategoria | Artykuł numeru

Jak odnieść sukces?

Te igrzyska pokazały, że w dzisiejszym sporcie potrzebne jest coś więcej niż tylko odpowiednia dawka talentu i odporności psychicznej. Na naszych oczach rodzi się nowy typ zawodnika: charyzmatycznego, konsekwentnego, niekiedy ogarniętego manią wielkości. Właśnie tacy zdominowali zimową olimpiadę.

curling1920x1200_12d-kq
Sekundy, jakie następują zaraz potem, mogą przynieść euforię lub wewnętrzną pustkę. Tu, w tej hali, wie o tym każdy i kiedy napięcie ustępuje, wszystkie kamery pokazują twarz Evana Lysacka. Widzimy jedynie zniekształcone rysy – może to uśmieszek lub ekstaza. Nikt tutaj nie słyszy krzyku, jaki wydaje z siebie ów łyżwiarz figurowy z Chicago, ten krzyk jedynie widać, w hali jest bowiem za głośno. Krzyczą wszyscy, niektórzy wstają ze swoich miejsc, wielu płacze. Lysacek wjeżdża na środek lodowiska, zamyka oczy, jego ciałem wstrząsa przez chwilę dreszcz, tak jakby dopiero teraz napięcie opuściło jego mięśnie.
lysacekI na tym koniec. Cztery lata treningu, cztery lata zwątpień i pewności, postępów i kroków w tył, poszukiwań najlepszej metody treningu, a wszystko dla tych czterech i pół minuty perfekcji. A potem jeszcze ta chwila, gdy zawodnik wychodzi na lód – olimpijski finał, który jest kwintesencją wszystkiego.
Gdy coś pójdzie nie tak, a tak było w przypadku pary faworytów Robin Szolkowy i Aliona Sawczenko, nerwy odmawiają posłuszeństwa i upadek podczas najłatwiejszego skoku rujnuje cztery lata wysiłku. Kiedy zaś wszystko jest dobrze, jak na występie reprezentantki Korei Południowej Kim Yu-na, każdy ruch, skręt, skok i pozycja idzie jak po maśle i mimo ogromnej presji zdobywa się rekordową liczbę 150 punktów, co nikomu wcześniej się jeszcze nie udało. Gdy wszystko przebiega dobrze, w finale nie zdarzają się błędy, bo i na treningach już dawno ich nie było.
I wtedy jest złoto i owacje. Co pan czuł, panie Lysacek? – pytają sprawozdawcy sportowi. “Przez cały czas myślałem: to będzie zwycięski występ, złoty medal. Byłem tego pewny”. Ale dlaczego? Co sprawiło, że właśnie ci zawodnicy odnieśli zwycięstwo? Dlaczego oni, a nie ktoś inny? (…)
Evan Lysacek, syn przedsiębiorcy budowlanego, uczeń szkoły aktorskiej, został w Vancouver mistrzem olimpijskim w łyżwiarstwie figurowym. Nie należał do faworytów – w przeciwieństwie do Rosjanina Jewgienija Pluszczenki, przedstawiciela gatunku “wielcy mistrzowie”. Pluszczenko jest niczym operowa diva i cierpi na manię wielkości. Ma tak wiele talentu, że wystarczyłoby go dla trzech, ale gdy trenerzy mówią, żeby nie był taki pewny swego, bo same skoki nie wystarczą, odpowiada: “Jestem łyżwiarzem, a nie tancerzem”. Występy swoich rywali uważał za zbyt miękkie i zniewieściałe. Zajął drugie miejsce, dla niego to klęska.
A trener Lysacka, Frank Carroll przyznaje, że jego podopieczny nie jest oczywiście najbardziej utalentowany ze wszystkich zawodników, ale należy do tych, którzy potrafią “w decydującym momencie dać z siebie wszystko”.
Czy wynika to ze specjalnych zdolności? Jest kwestią dobrego treningu, a także szczęścia, korzystnego przypadku? Czy też mistrza olimpijskiego można po prostu wykreować?
Niemiecki trener Ingo Steuer powiedział: “Tego w żadnym wypadku nie da się zaplanować, igrzyska olimpijskie rządzą się własnymi prawami”.
Ale z drugiej strony: “Mistrzów wychowuje się od wczesnej młodości, co oznacza wejście na bardzo trudną drogę, o której nie wie się, do czego ona doprowadzi. (…) Na końcu wygrywa ten, kto ma doświadczenie i wie, co musi zrobić, żeby zwyciężyć”.
Amerykanin Lysacek trzymał się dokładnego planu. Jego trener zaplanował szczegółowo nie tylko sam występ, ale również cały dzień, w którym miał się on odbyć. Gdy zawodnik obudził się rano, był zdenerwowany i zdezorientowany. Wiedział jednak, że tak właśnie będzie i trzymał się ściśle ułożonego planu – od śniadania po pozdrawianie kibiców po zakończonym występie. (…)
Zaprogramowane zwycięstwo. Zwycięstwo dyscypliny i pokory zawodnika. Do takiego podporządkowania się i zaufania trzeba się pewnie urodzić. Na lodowisku ze swoją ułożoną na żel fryzurą wyglądał jak dandys, ale teraz, z prostą grzywką jest tym, kim jest naprawdę: miłym, pilnym, podatnym na formowanie chłopakiem, który został mistrzem.
Było w Vancouver kilku takich, co równie wytrwale dążyli do celu. Aksel Lund Svindal, zdobywca złotego medalu w supergigancie, mężczyzna wyglądający jak model, który przed laty pogruchotał się mocno podczas upadku w Beaver Creek, w tej chwili zaś jest trzykrotnym złotym medalistą. Albo saneczkarz Felix Loch, w dzieciństwie i do dziś trenowany przez ojca.
W kawiarni w Vancouver siedzi trener Thomas Niendorf. (…) Mieszka w Kanadzie już od 20 lat. Był kiedyś trenerem BFC Dynamo w Berlinie, tutaj szkoli drużynę młodzieżową. Naturalnie, że można stworzyć mistrza olimpijskiego i każdego innego zwycięzcę – uważa Niendorf. Na początku potrzebne są zdolności, potem zaczyna się ciężka praca. Większość sportowców żyje pod stałą presją, odczuwają stres, dlatego ich działania są zawsze spóźnione – twierdzi trener łyżwiarzy figurowych Frank Carroll. Zwycięzcy są pewni siebie – mówi Niendorf. Wiedzą, że doskonale opanowali każdy potrzebny krok, mają przewagę czasową dzięki temu, że wiele rzeczy robią automatycznie, i spokój wypływający z przekonania, że podjęli słuszną decyzję. Chodzi o te 10 tysięcy godzin treningu z najlepszymi nauczycielami, o ciągle wyzwania i wciąż nowe zadania, jakie trzeba wykonać. O 10 tysiącach godzin ćwiczeń mówią specjaliści, którzy prowadzili badania nad ludźmi sukcesu, takimi jak Bill Gates.
Do tego trzeba jeszcze dodać rolę szczęśliwego przypadku. Przyszły mistrz olimpijski musi przede wszystkim przyjść na świat w odpowiednim miejscu. Narciarka alpejska Maria Riesch, zdobywczyni złotych medali w slalomie i superkombinacji, pochodzi z Garmisch-Partenkirchen. Magdalena Neuner z Wallgau obserwowała jako dziecko zawody biatlonowe i chciała być taka, jak jej bohaterowie. Viktoria Regensburg, urodzona w  Kreutz, zdobywczyni złotego medalu w gigancie, jako czternastolatka była w kadrze młodzieżowej. Zwycięzcy muszą żyć w czasach, które docenią ich talent, muszą dostać szansę pięcia się w górę.
Nie jest zbiegiem okoliczności fakt, że Shaun White wychował się w krainie snowboardu, skateboardu  i surfingu – w Kalifornii lat dziewięćdziesiątych, a dzisiaj jest podwójnym mistrzem olimpijskim. Daje do myślenia również  to, że Steve Jobs z Apple’a, Eric Schmidt z Google i Bill Gates z Microsoftu urodzili się w tym samym 1955 roku. Jako piętnastolatkowie pisali już programy w komputerowych laboratoriach, a gdy mieli po szesnaście lat, stworzono pierwszy komputer osobisty. I nie bez znaczenia jest fakt, że spośród 75 najbogatszych ludzi w historii czternastu to Amerykanie urodzeni między 1831 a 1840 rokiem. Nie byli ani za młodzi, ani zbyt starzy na to, by wykorzystać nowe możliwości, jakie stworzyły kolej żelazna oraz Wall Street.
W sporcie liczy się nawet dzień narodzin: kanadyjscy chłopcy, którzy przyszli na świat w styczniu, grają w hokeja na lodzie z kolegami młodszymi od nich często o 11 miesięcy. U ośmiolatków stanowi to sporą różnicę fizyczną. W tym wieku rozpoczyna się też selekcja – część dzieci dostaje dodatkową godzinę specjalnego treningu, pozostali zaś nie. Socjolog Robert Merton nazywa to “efektem Mateusza”, od słów Ewangelii, głoszących: temu, kto ma, będzie jeszcze dodane.
I potrzebna jest ponadto pasja, czyli coś więcej niż tylko dobre chęci i znajdowanie przyjemności w tym, co się robi. Trzeba owej nienasyconej woli, która każe trenować o 15 procent intensywniej niż słabsi koledzy. – Mistrza olimpijskiego nie trzeba motywować do pracy – stwierdza Thomas Niendorf. – Motywację on już ma, musi nauczyć się jedynie dobrej koncentracji. (…)
Niemcy mieli w Vancouver wielu zwycięzców. Złoto zdobyli Tatjana Hüfner w saneczkarstwie i André Lange w bobsleju. Lata pasji pozwoliły w decydującym momencie maksymalnie się skoncentrować i podjąć właściwe decyzje. Nic nie ujmuje owym osiągnięciom fakt, że takie zwycięstwa niemiecki sport przeżywa od lat, są one produktem technologii, przewagi miejsca zamieszkania, pracy zespołowej i indywidualnego napędu.
W innych zespołach pojawiły się całkiem nowe zjawiska. Byli w nich zawodnicy, którzy wykazywali całkiem obcą dotychczas zimowym sportom konsekwencję, charyzmę i manię wielkości. Interesowali się jedynie sobą, co czyni  z nich zapewne trudnych w pożyciu małżonków i kiepskich przyjaciół, ale sprawia jednocześnie, że są niemal nie do pokonania. Ci ludzie za nic mieli solidarność zespołową czy MKOl – słuchali jedynie własnego organizmu.
– Zejście nieco z normalnej drogi i przygotowywanie się we własny sposób sprawia, że zawodnikowi zaczyna zależeć bardziej niż wtedy, gdy wszystko biegnie utartym trybem – mówi Ingo Steuer. Taki styl życia obowiązuje już w młodych zimowych dyscyplinach, jak snowboard czy narciarstwo dowolne. W starych zaś zaczyna być pomału modny. (…)
Taka postawę prezentują głównie Amerykanie, którzy tworzą własne małe imperia i nie pozwalają, by przeszkadzała im cała ta sportowa biurokracja, bo po prostu nie przyjmują jej do wiadomości. Czy to oni będą zwycięzcami przyszłości? Zakończone właśnie igrzyska rzucają nieco światła na czekającą nas perspektywę.
Przyszli mistrzowie nie powtórzą z pewnością błędów przegranych z Vancouver. Holender Sven Kramer zdobył złoty medal w biegu łyżwiarskim na 10 tysięcy metrów i stracił go, ponieważ został zdyskwalifikowany za niedozwoloną zmianę toru. Francuzka Marion Rolland przewróciła się zaledwie pięć metrów po starcie. Włoszka Daniela Merighetti startowała w trzech zjazdach i w każdym zaliczyła upadek. Japończykowi Nobunariemu Oda podczas występu urwało się sznurowadło. (…)
Mistrz przyszłości będzie miał najprawdopodobniej wokół siebie ogromny zespół menedżerów, taktyków, psychologów. Będzie zawierał kontrakty ze stacjami telewizyjnymi, którzy specjalnie dla niego stworzą cały program.  Zawodniczka przyszłości mogłaby być taka jak Lindsey Vonn – silna, piękna i ambitna. Vonn na konferencji prasowej opowiadała coś o stłuczonej kości piszczeli, co z początku pozbawiło ją presji, a na końcu  wzmocniło jej triumf – what a drama! NBC osiągnęła rekordową oglądalność transmitując jej bieg zjazdowy, Vonn pokonała nawet amerykańskiego “Idola”.
W sporcie chodzi przecież o wymyślanie wciąż nowych strategii i o zyskiwanie przewagi nad innymi, którzy też w końcu wiedzą, jak należy trenować. Doping rownież może pomoc, niestety. Poddanie się bezwzględnemu systemowi było sposobem osiągania sukcesów w latach siedemdziesiątych, w Chinach jest nim do dzisiaj.
bode-miller-gpldZdaje się, że mamy do czynienia z początkiem epoki indywidualistów. Bode Miller jest facetem, który w sezonie Pucharu Świata podróżuje swoim kamperem z zawodów na zawody, posiłki przygotowuje mu kolega. Na szczyt wjeżdża niekiedy razem z trenerami amerykańskiego zespołu narciarskiego, zwykle jednak jest sam. – Potrzebuję wolności podejmowania samodzielnych decyzji – mówi. Ma własny styl jazdy, jest maksymalnie odchylony do tyłu, wygląda to, jakby miał zaraz wlecieć do sieci. Gdyby jeździł tak jakiś Austriak, wyrzucono by go z drużyny. Miller jednak wywalczył w Vancouver złoto, srebro i brąz, zaś austriaccy narciarze alpejscy nie zdobyli na żadnego medalu.
Indywidualistą jest także amerykański zawodnik łyżwiarstwa szybkiego Apolo Anton Ohno, urodzony w Seattle mistrz olimpijski z Salt Lake City i Turynu, zdobywca srebra i brązu w Vancouver. Wygrywa już od dwunastu lat, zrobił światową karierę, jest produktem rodzinnego biznesu. Ojciec woził go na treningi i zawody, spali w samochodzie, bo brakowało pieniędzy. Pewien trener zabronił młodemu Ohno noszenia opaski na czole, ten trenował więc dalej sam, oczywiście w opasce. Wybił się w swojej dyscyplinie, nie potrzebował już mentora, zachęcającego do dalszych wysiłków. On potrzebuje raczej kogoś, kto go przyhamuje – twierdzi ojciec.
Jego syn “kradnie” regularnie medale zawodnikom z Korei Południowej, chociaż Seul wciąż jeszcze stanowi kuźnię talentów. Koreańczycy go nienawidzą, bo jest tak inny od nich, tak bardzo niezależny. Tę nienawiść widać podczas każdego biegu, gdy próbują odepchnąć go łokciami.  – Oni chodzą do pracy, mnie sprawia to przyjemność – śmieje się Amerykanin.
A potem na podium w centrum prasowym w Whistler wchodzi ogarnięty największą pasją sportowiec tej olimpiady. Ma okulary w metalowych oprawkach, w ręku trzyma papierowy kubek z kawą, na jego szyi wiszą dwa złote medale. Młody człowiek o spokojnym głosie jest synem szwajcarskiego górnika i nie ma w nim żadnego sztucznego blasku. Żadnych inscenizacji, tylko po prostu złoto.  Simon Ammann to chyba największy skoczek narciarski wszech czasów. Jest podwójnym złotym medalistą z Salt Lake City przed ośmiu laty, a teraz powtórzył ów wyczyn. W Szwajcarii porównuje się go z Rogerem Federerem. Nie lubi tych porównań. – Dla mnie jest on zbyt wielki – mówi.
Wszyscy zgromadzeni tu dziennikarze chcą wiedzieć, jak to się robi, żeby wygrywać. Ammann odpowiada: – Nigdy nie przestałem badać tego sportu.
Poprawia okulary i ciągnie dalej, jak wykład: – Znalazłem sposób na to, by poprawić siłę nośną podczas skoku. Gdy udało mi się w dodatku rozwiązać problemy balistyczne, wiedziałem: to jest droga do medalu.
simon-ammannKim jest ten facet – sportowcem czy fizykiem? Ammann rozprawia o przenoszeniu środka ciężkości, o siłach dźwigni i aerodynamice. O swojej dyscyplinie wie prawdopodobnie więcej niż jego trener. – Zbadałem granice techniczne i dopasowałem do tych wymagań swoje ciało – twierdzi zawodnik, niczym ktoś, kto przyjechał tu prosto ze Szwajcarskiego Uniwersytetu Technicznego w Zurychu.
Tam właśnie pracują naukowcy Gerhard Tröster i Hanspeter Gubelmann, którzy od jakiegoś czasu towarzyszą Simonowi Ammanowi, czuwają nad nim i udzielają mu rad. Podczas treningu i skoków przyczepiają do jego ciała czujniki, by stale mierzyć krążenie, pracę serca i mięśni. Chodzi o zdobycie wiedzy o tym, jak wielkie są obciążenia psychosomatyczne w dniu zawodów – opowiada Gubelmann. Muszą jeszcze przeanalizować szczegóły, ale już teraz wiadomo, że owe obciążenia są zaskakująco olbrzymie. – Simon mówi tylko, że w rozstrzygającym momencie umie porządnie dodać gazu – wyjaśnia psycholog. Tętno Ammanna w powietrzu wynosi 180.
W ostatecznym rozrachunku chodzi więc o umiejętność zachowania spokoju w stresowej sytuacji. Oto, by pomimo ogromnej presji wypaść najlepiej ze wszystkich, bo dopiero wówczas zwycięzca osiąga prawdziwy spokój. Wie bowiem, że potrafi zrobić to, czego się od niego wymaga. – Patrząc z punktu widzenia psychologii, można wysnuć wniosek, że Simon dysponuje wysoką umiejętnością samoregulacji. Ma więc środki i możliwości, by w ogromnie stresującej chwili przed startem ustawić odpowiednio swój poziom aktywacji – stwierdza naukowiec.
Zwycięzcą w owej dyscyplinie będzie bowiem ten, kto potrafi uczynić z siebie maszynę do latania i usunąć z drogi wszystko, co może zakłócić jego lot.

Klaus Brinkbäumer, Gerhard Pfeil

Zostaw komentarz

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Marzec 2010
P W Ś C P S N
« lut   kwi »
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031