Czy leci z nami pilot?
Czy minister SZ RP może lekceważyć swe obowiązki i poświęcać bieżący interes państwa w imię swej politycznej kariery?
To pytanie wstrząsnęło lekko polskimi politykami. Bo mamy do czynienia z niebezpiecznym precedensem. Zamiast debatować o sprawach unijnej prezydencji z kolegami po fachu w Cordobie, w ubiegły weekend minister Sikorski rywalizował w Katowicach z partyjnym kolegą o popularność wśród młodych członków PO. Taki wybór priorytetów spotkał się z jednoznacznie krytyczną reakcją opinii publicznej. I nie pomogły rozmaite zapewnienia samego zainteresowanego, ani jego rzecznika z MSZ, że to w sumie była taka sobie towarzyska impreza dyplomatów, na której nic ważnego się nie działo. Opozycja uznała, że minister ma “psi obowiązek” zajmować się resortem. A jeżeli mu to przeszkadza w karierze, to niech zda lub choćby zawiesi swój urząd. Cordoba nie była może niczym ważnym, ale co się stanie, jeżeli to Sikorski zostanie oficjalnym kandydatem PO i ruszy w kraj ze swoją kampanią?
Oczywiście, premier Tusk Sikorskiego nie da ruszyć, to znaczy - na razie. Szefostwo PO ma zapewne nadzieję, że prawybory skończą się już za kilka tygodni i potem sprawy wrócą do “normy”. Ale krytyczne głosy i pytania o priorytety są jak najbardziej na miejscu. Wszak to nie kto inny, ale właśnie “Radek” przekonywał nas często, że naprawdę ważne rzeczy załatwia się w świecie podczas spotkań kuluarowych, że poza wścibskim okiem kamer i uchem mikrofonów wpływowi politycy tego świata ustalają sprawy, które potem się jedynie parafuje na oficjalnych “szczytach”. Rozsądni odbiorcy tej linii rozumowania mieli wyciągnąć sami stosowne wnioski, że dlatego właśnie to on, człowiek władający językami, obyty w międzynarodowych kręgach ma ową unikalną szansę wpływać na kształt polityki międzynarodowej. Swoboda “bywania” Sikorskiego miała stanowić oczywisty kontrast z “trudną” obecnością braci Kaczyńskich na arenie międzynarodowej. A teraz okazuje się, że tak, ale nie koniecznie. Ambasador wystarczy.
Kampania kandydacka Radosława Sikorskiego zaczyna przypominać zbytnio rozpędzony bobslejowy bolid. Prędkość początkowa i dynamika wejścia w zakręty ogromna, szum na torze, ale “międzyczasy” wyraźnie wskazują, iż Sikorski powoli traci dystans do Komorowskiego. Najnowsze sondaże - a sondażami żyje z braku innych tematów polska polityka - wskazują, iż to marszałek Komorowski zaczyna zdobywać silniejsze poparcie we wszystkich możliwych wariantach wyborów prezydenckich. Radzi on sobie lepiej niż Sikorski także na froncie medialnym. Wygląda poważniej, nie daje się ponosić nerwom, kontroluje emocje.
Najnowszym hitem kampanii Sikorskiego miała być telewizyjna debata, do jakiej zaprosić miał naszego szefa dyplomacji red. Lis. Telewizyjna debata, jak w Ameryce!!! Sikorski ochoczo podchwycił pomysł i rzucił telewizyjne wyzwanie “Bronkowi”, ale ten grzecznie lecz stanowczo odmówił. A zrobił to w formie listu otwartego, który oczywiście odczytają nie tylko członkowie Platformy. Ten list to takie trochę pouczenie. Marszałek tonuje oczekiwania kontrkandydata. Na ostrą debatę przyjdzie czas w trakcie prawdziwych wyborów. Znaczenie tej publicznej odpowiedzi jest oczywiste. - “Nie będziemy się szarpać publicznie, kolego Sikorski, bo to tylko może nam, jako formacji zaszkodzić!” I wszelkie racje są po jego stronie. Sikorski w swym zapale zapomniał najwyraźniej, że nadal mamy do czynienia z prawyborami, a te niekoniecznie muszą odbywać się na arenie krajowej. O kandydacie decydować będą tylko członkowie PO, a dla samej partii organizowanie takiego spektaklu, w którym obaj pretendenci będą się mimo wszystko rozliczać i licytować, jest politycznie ryzykowne.
Na razie Platforma korzysta z nieomal nieograniczonego kredytu społecznego zaufania, ale pewne “wpadki”, jak ta choćby z wypowiedzią Drzewieckiego o “dzikim kraju” dodatkowych punktów nie zdobyły. Ślimaczy się sprawa senatora Piesiewicza, w sprawie którego prokuratura ma podobno - jeżeli wierzyć rozmaitym informacjom - coraz więcej dowodów. Tusk i Schetyna chcieliby się kompromitującego polityka jak najszybciej pozbyć, ale koledzy senatorowie kryją go imunitetem, a wokół samego Piesiewicza zawiązała się ciekawa koalicja obronna, z “Gazetą Wyborczą” na czele.
Szefostwo PO najwyraźniej nie jest zainteresowane zbyt ostrą rywalizacją Sikorskiego z Komorowskim. Oczywiście, z punktu widzenia interesów Sikorskiego, im ostrzejsza kampania, tym lepiej, bo jego szansą na zagospodarowanie masy członkowskiej PO jest tylko i wyłącznie radykalizm. Stąd ów ostry - zdaniem wielu osób zupełnie niepotrzebny - atak na prezydenta Kaczyńskiego, stąd też ostrzejsze nieco oceny kandydatury Komorowskiego jako “polityki kontynuacji”.
Być może fakt, iż Sikorski zajęty jest krajowym podwórkiem byłby mniej zauważalny, gdyby nie to, iż akurat teraz mamy do czynienia z kryzysem w relacjach polsko-białoruskich, a na horyzoncie bardzo ważne wizyty prezydenta i premiera w Katyniu. Dobrze by było, by nasz minister miał spokojną głowę i skoncentrował się głównie na pracy swego resortu. Fakt, iż Parlament Europejski rozpatruje rezolucję dotyczącą traktowania polonijnej mniejszości na Białorusi jest z polskiego punktu widzenia bardzo ważny. Od tego, jak Warszawa rozegra całą sprawę konfliktu z Łukaszenko, będzie zależała nasza pozycja w regionie, w którym staramy się wszak odgrywać wiodącą rolę.
Wojciech Michał Wojnarowicz









