Dziesiątki tysięcy warszawiaków wyległo na ulice, kiedy Lech Kaczyński powrócił na łono ojczyzny. Niektórzy ludzie stali otępiali, inni zalewali się łzami albo modlili się w milczeniu, obserwując ostatni przejazd polityka z lotniska na Krakowskie Przedmieście. Trumnę ze zwłokami prezydenta spowijała biało-czerwona flaga. Jeszcze nigdy polskie społeczeństwo nie okazało Lechowi Kaczyńskiemu tyle miłości, co tego dnia.
Za życia prezydent Lech Kaczyński nie potrafił zmobilizować swych najgorętszych zwolenników, nie mówiąc o podbiciu serc reszty rodaków. Był człowiekiem niskiej postury, miał kłopoty z dykcją, ale jego polityka wyrażała nastroje większości Polaków. Lech Kaczyński walczył o prawo i porządek w kraju i co pewien czas przypominał zachodnim i wschodnim sąsiadom o cierpieniach Polaków w czasie drugiej wojny światowej i pod rządami komunistów. Mimo to prezydent nie cieszył się sympatią polskiego społeczeństwa. Większość rodaków uważała, że jego, często konfrontacyjna postawa, nie reprezentuje z wystarczającą godnością Polski na arenie międzynarodowej. Według najnowszych sondaży, przeprowadzonych na kilka dni przed śmiercią, Lech Kaczyński nie miał żadnych szans na zwycięstwo w nadchodzących wyborach prezydenckich.
Teraz ludzie nie wstydzą się publicznie opłakiwać śmierci polityka. Klękają przed morzem kwiatów i zniczy, które powstało w nocy przed Pałacem Prezydenckim. Polacy pogrążyli się w żałobie po śmierci prezydenta, jego małżonki Marii oraz 95 prominentnych pasażerów, pogrzebanych we wraku samolotu rządowego. Wielu Polaków wywiesiło w oknach biało-czerwone flagi z kirem.
Jeden z polskich publicystów (Paweł Lisicki) pyta:
Skąd te tłumy? Skąd ten płacz powszechny? Skąd rozpacz na tylu twarzach? Jak to się stało, że śmierć tego polityka nagle spowodowała wybuch tak wielkiego narodowego współczucia? Te miliony płaczących, smucących się? Skąd tylu ludzi pogrążonych w modlitwie? Towarzyszących prezydentowi w ostatniej drodze z lotniska do Pałacu Prezydenckiego? Skąd się oni wzięli?
I odpowiada.
Na pewno poruszyła ich niewymowna tragedia samej śmierci. Jej całkowita nieprzewidywalność. Ta groza, którą wywołuje zawsze to, co nieoczekiwane. Nie mniej istotna jest chyba obecna w tym dramacie symbolika. Prezydent, jego żona, najbliżsi współpracownicy zginęli, chcąc oddać cześć poległym w Katyniu. Cóż, prawo bólu i rozpaczy. Być może innym powodem tego narodowego wzruszenia jest też poczucie osierocenia. Ludzie boją się, że państwo i naród zostały pozbawione swej głowy. Nic dziwnego, że w takiej chwili chcą być razem.
Ale jest chyba jeszcze jeden powód owego wybuchu żalu i smutku: nie do końca czyste sumienie. Czy to możliwe, by ten człowiek, którego śmierć wspomina się z takim oddaniem i bólem, był tym samym niemal groteskowym przywódcą? Jest jakaś gwałtowna dysproporcja między dzisiejszą dość powszechną zgodą (mimo pojawiających się protestów)na to, by Lech Kaczyński spoczął na Wawelu wśród najwybitniejszych Polaków a ową niedawną jeszcze pogardą i lekceważeniem jego osoby. Między zgodą na powszechne wyśmiewanie prezydenta i jego obecną apoteozą. Tak, myślę, że tym, co kieruje tylu ludzi na ulice, jest głębokie poczucie niesprawiedliwości wyrządzonej Kaczyńskiemu.
Dla Polaków słowo Katyń oznacza nie tylko miejsce przerażającej zbrodni wojennej. Ta nazwa symbolizuje knowania sąsiadów Polski, zmierzające do eksterminacji całego narodu polskiego. Większość ofiar katyńskich należała do elity przedwojennego państwa polskiego. Byli wśród nich profesorowie, prawnicy, bankierzy, lekarze, aptekarze, inżynierowie, przemysłowcy i duchowni katoliccy. W zbiorowej pamięci większości Polaków masakra katyńska jest najbardziej znaczącym wydarzeniem minionego stulecia - obok wyboru ich rodaka na papieża w 1978 roku.
Katyń ma tak wielki ładunek emocjonalny w świadomości narodowej Polaków, ponieważ symbolizuje kłamliwy mit założycielski, leżący u podstaw powstania Polski Ludowej. (…) Oficjalnie nie wolno było mówić o wydarzeniach katyńskich do czasu upadku rządów komunistycznych w Polsce w pamiętnym roku 1989, choć każdy Polak znał prawdę. Znał ją także od dziecka Lech Kaczyński i jego brat-bliźniak Jarosław. Obydwaj dorastali w domu o tradycjach patriotycznych, w czasie wojny ich rodzice walczyli przeciwko Niemcom w szeregach AK, a potem odrzucili rządy komunistyczne.
Przed ośmiu laty Lech Kaczyński odwołując się do haseł o porządku i sprawiedliwości uzyskał 70 procentowe poparcie w wyborach na prezydenta Warszawy. Jednym z jego najważniejszych projektów było stworzenie muzeum, poświęconego Powstaniu Warszawskiemu.
Międzynarodowe media często przedstawiały niesprawiedliwy i karykaturalnie przerysowany wizerunek Kaczyńskiego, jako polityka małostkowego, arcykonserwatywnego i pozbawionego poczucia humoru. W rzeczywistości Kaczyński nie był tępym nacjonalistą, lecz znakomicie wykształconym intelektualistą o głębokiej świadomości historycznej, który domagał się sprawiedliwej oceny w stosunku do ofiar poniesionych przez Polskę w trakcie najnowszej historii. Piastując stanowisko ministra sprawiedliwości zlecił dziesięć lat temu ponowne zbadanie pogromu w Jedwabne. Okazało się wówczas, że w polskim miasteczku grupa katolickich mieszkańców, podburzona przez oddział SS zamordowała w 1941 roku setki żydowskich sąsiadów. Natomiast w rocznicę progromu kieleckiego w 1946 roku, pełniąc godność prezydenta Kaczyński poprosił w imieniu Polaków o przebaczenie za zbrodnie popełnione na Żydach.
Lech Kaczyński nie ustawał w wysiłkach, aby uświadomić rosyjskim sąsiadom cierpienia narodu polskiego. Jego oficjalna podróż do Rosji po wyborze na prezydenta przed pięciu laty wiodła najpierw do lasów katyńskich, nie zaś do Kremla, jak przewiduje praktyka dyplomatyczna. Władze rosyjskie pod kierownictwem Władimira Putina poczuły się urażone i zareagowały na swój sposób - wstrzymały dochodzenie w sprawie zbrodni katyńskiej, wszczęte przez Borysa Jelcyna, poprzednika Putina. Jelcyn podczas oficjalnej wizyty w Warszawie zwrócił się do Polaków w imieniu narodu rosyjskiego i poprosił o przebaczenie za zbrodnie Stalina. Jednak w okresie rządów Putina w Rosji przycichła debata o rządach stalinowskich i totalitarnym aparacie terroru.
Tym większe było zdziwienie, gdy kilka tygodni temu akurat Putin zapowiedział zorganizowanie obchodów rocznicowych, upamiętniających ofiary Katynia. Uroczystości odbyły się w minioną środę i były postrzegane na świecie jako kamień milowy na drodze do polsko-rosyjskiego pojednania. Jednak Putin zaprosił do Katynia tylko polskiego premiera Donalda Tuska, bez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wprawdzie taka decyzja była zgodna z formułą protokołu dyplomatycznego, który przewiduje, że premier zaprasza premiera innego kraju, ale nie głowę państwa. Jednak wielu Polaków przyjęło z oburzeniem i goryczą wykluczenie Kaczyńskiego z udziału w uroczystościach katyńskich. Obarczyli winą Donalda Tuska, że sprawy zaszły tak daleko.
Właśnie z tego powodu Lech Kaczyński poleciał minionej soboty do Katynia bez Donalda Tuska, za to z własną delegacją, złożoną z czołowych polityków, najwyższych rangą generałów, dostojników kościelnych i przedstawicieli Rodzin Katyńskich. Oficjalnie podróż miała charakter prywatny. Strona rosyjska wysłała na uroczystości trzeci garnitur polityków, co zostało odebrane w Polsce jako nowy wyraz rosyjskiej pogardy wobec Polski. Zdecydowana większość polskiej delegacji dzieliła poglądy polityczne z braćmi Kaczyńskimi.
W sobotę rano większość polskich polityków wchodziła na pokład prezydenckiej maszyny na warszawskim Okęciu z głębokim urazem w sercu. Zdaniem polskiej delegacji Putin podczas uroczystości w Katyniu dokonał poważnego zafałszowania historii. W swoim przemówieniu uhonorował ogólnikowo “ofiary terroru stalinowskiego“ i dodał, że w lasach katyńskich spoczywa więcej obywateli sowieckich niż Polaków, co oznacza, że także Rosjanie byli ofiarami represji Stalina. Ponadto Putin zdecydowanie odrzucił “odpowiedzialność narodu rosyjskiego” za zbrodnię katyńską. W trakcie transmisji telewizyjnej było widać, że Tusk jest zaskoczony słowami rosyjskiego premiera. W swoim przemówieniu Tusk unikał obarczania winą Moskwy, choć większość polskich komentatorów domagała się od premiera wypowiedzenia takich słów. Po uroczystościach nastąpił szybki uścisk rąk, trwający zaledwie ułamek sekundy. Obydwaj politycy nawet nie spojrzeli na siebie.
Po powrocie do kraju Donald Tusk przeczytał w większości warszawskich gazet, że uczestniczył w wielkim show z Putinem w roli głównej, ale nic nie ugrał dla dobra Polski. Faktycznie, Putin nie zobowiązał się do wznowienia dochodzenia w sprawie mordu katyńskiego ani nie zaproponował prawnej rehabilitacji polskich ofiar. - Rosja nadal nie chce ujawnić zawartości swoich archiwów - krytykował Janusz Kurtyka, prezes Instytutu Pamięci Narodowej, odpowiedzialnego za wyjaśnienie zbrodni niemieckiego okupanta i reżimu komunistycznego. - Moskwa sabotuje zmierzenie się ze swą totalitarną przeszłością - powiedział Andrzej Przewoźnik, sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa.
Kurtyka, Przewoźnik i Szczygło uchodzili za ważnych, choć kontrowersyjnych propagandystów polityki braci Kaczyńskich. Teraz wszyscy nie żyją, znajdowali się na pokładzie samolotu prezydenta, który w Katyniu miał wyrazić krytyczne słowa pod adresem Moskwy, jakich oczekiwała od Donalda Tuska większość Polaków.
Premier ponownie spotkał się z Putinem na miejscu katastrofy pod Smoleńskiem. Obydwaj politycy objęli się. Podobnie jak na twarzach milionów Polaków, w oczach Tuska, przeciwnika politycznego braci Kaczyńskich pojawiły się łzy. Również Putin wydawał się głęboko poruszony, choć podczas uroczystości rocznicowych w Lesie Katyńskim sprawiał wrażenie chłodnego, opanowanego i nieco obcesowego.
Być może Polaków i Rosjan zbliży do siebie gest obydwu polityków na tle tlących się szczątków feralnej maszyny.
Donald Tusk towarzyszył Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdy ten dotarł na miejsce katastrofy pod Smoleńskiem. Przed trzema laty Tusk pokonał Jarosława i objął stanowisko premiera. Obydwaj politycy znają się jeszcze z czasów studenckich, są ze sobą na ty. Tusk był przy Jarosławie Kaczyńskim, gdy ten musiał zidentyfikować zwłoki brata. Cała Polska zamarła, kiedy spiker radiowy przeczytał lakoniczny komunikat. Jarosław powiedział kiedyś o bracie: “Lech jest częścią mnie.”
Wszyscy Polacy wiedzieli, że bracia byli nierozłączni. Jako dwunastoletni chłopcy zagrali w filmie dla dzieci “O dwóch takich, co ukradli księżyc”. Już w szkole średniej dostrzegli przyczynę kłopotów ekonomicznych Polski w wymuszonej przynależności do bloku wschodniego. Jako studenci, podobnie do Tuska, zaangażowali się w działalność podziemną w szeregach demokratycznej opozycji, z którego później narodziła się “Solidarność”. Będąc prawnikami stali się doradcami przywódcy robotniczego i późniejszego prezydenta, Lecha Wałęsy.
Jarosław, kawaler, był bardziej aktywny od brata, kochał konfrontację. Lech był raczej ugodowy, prawdopodobnie pod wpływem swojej żony, wyjątkowo lubianej przez Polaków.
Kiedy w niedzielę Jarosław Kaczyński przez wiele minut klęczał przed trumną brata, wielu ludzi zadawało sobie pytanie, jak zdoła przetrwać tak wielką tragedię osobistą? Jarosław mieszka z matką Jadwigą, która jeszcze nic nie wie o śmierci syna. Jest ciężko chora, lekarze odradzili poinformowanie jej o tragicznym wypadku. Jarosław żyje tylko dlatego, że z powodu choroby matki nie poleciał do Katynia.
Wielu Polaków odebrało jako symboliczny znak, że na pokładzie feralnej maszyny znajdował się ostatni prezydent RP na uchodźctwie, Ryszard Kaczorowski. Rząd emigracyjny istniał do czasu pierwszych, wolnych wyborów parlamentarnych w Polsce, zapomniany przez świat i nie uznawany przez żadne państwo. Jednak dla Polaków Kaczorowski symbolizował Polaka-patriotę. W 1990 roku został przyjęty z honorami przez nowego prezydenta Lecha Wałęsę i przekazał mu insygnia władzy przedwojennego rządu uratowane z wojennej pożogi i wywiezione z kraju. W ceremonii uczestniczył także Lech Kaczyński jako szef kancelarii Wałęsy.
Obydwaj mężowie stanu odeszli razem. 60-letni Lech Kaczyński i 90-letni Ryszard Kaczorowski ponieśli tragiczną śmierć w drodze do Katynia. Zginęło dwóch “bojowników walczących o prawdę historyczną”. Odeszło dwóch mężów stanu, którzy uosabiali wszystko to, co w Polsce i Polakach najlepsze.
Thomas Urban /SDZ
Tych, którzy odeszli, nie da się zastąpić, ale w najbliższych dniach będziemy oglądać złożony i zadziwiający swoją skutecznością proces odbudowy struktur państwa. Sposób, który współstworzyli również ci, którzy lecieli feralnym lotem do Katynia.
Konstytucja mówi o tym, że w przypadku śmierci urzędującego prezydenta jego obowiązki przejmuje Marszałek Sejmu. Stało się tak już w godzinę po katastrofie.
Jest to szczególnie ważne w tej dramatycznej sytuacji. Bez urzędującego prezydenta nie da się powołać następców tragicznie zmarłych ministrów - Władysława Stasiaka, Aleksandra Szczygły, Pawła Wypycha - w Kancelarii Prezydenta. Aleksander Szczygło był też szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Jego też powołuje prezydent.
Ale to nie wszystko, p.o. obowiązki prezydent Bronisław Komorowski, będzie też musiał powołać szefa sztabu generalnego oraz szefów wszystkich rodzajów sił zbrojnych.
Nie oznacza to oczywiście, że wojsko straciło zdolność działania. W tak hierarchicznej strukturze każdy z szefów rodzajów wojsk ma swojego zastępcę. A szef Sztabu Generalnego WP ma w armii aż dwóch zastępców. Wszyscy oni przejęli obowiązki byłych zwierzchników. Tymczasowy prezydent będzie ich musiał zaproponować Sejmowi nowego szefa NBP.
Sejm stracił 15 posłów, senat 3 senatorów. I tu już zaczynają działać procedury. Miejsce dzisiejszych ofiar w ławach poselskich zajmą ci politycy, którzy dostali najwięcej głosów spośród, ale nie zdołali się dostać do Sejmu. Nie wiadomo kto po Krzysztofie Putrze i Jerzy Szmajdzińskim miałby zostać wicemarszałkiem Sejmu.
O ile, w ramach upamiętnienia ofiar Sejm mógłby się ociągać i de facto zostawić na sali obrad nieobsadzone miejsca, tak konstytucja nie zostawia żadnego pola manewru. Chcemy czy nie, wybory będą musiały się odbyć. W ciągu maksymalnie 75 dni od śmierci prezydenta.
RAFAŁ MADAJCZAK











