Powrót do normalności?
Pisanie politycznego felietonu w dwa tygodnie po narodowej tragedii, kiedy nadal trwają pogrzeby ofiar smoleńskiego wypadku, do najprzyjemniejszych obowiązków nie należy. Z częścią czytelników “Życia” byliśmy przez te ostatnie dni w kontakcie za pośrednictwem fal Radia7. Ten komunikacyjny pomost pozwala nam wrócić dziś do naszej cotygodniowej pracy. Rozmowy o tym, co się wokół nas dzieje, szukania sensu w morzu wydarzeń.
Jesteśmy nieco inni. Bo też to, co nas spotkało, musiało wywrzeć na nas jakieś wrażenie. Choćby takie, że wiemy już, iż słowa rzucane w wirze politycznych sporów, w zamieszaniu i gorączce, mają straszny ciężar. I z tym ciężarem rzeczy powiedzianych i nie powiedzianych w odpowiedniej formie, czasie i miejscu przyjdzie się nam teraz zmierzyć. Ileż opinii, ileż ocen chcielibyśmy dziś przewartościować. Iluż opiniodawców chciałoby cofnąć słowa i werdykty, rzucone często bez pokrycia, w ferworze walki, bądź ot tak, dla zasady.
Czy polska polityka się zmieni? Pytanie raczej powinno brzmieć: jak polska polityka się zmieni. Bo, że musi się zmienić, to rzecz oczywista. Na scenie naszego publicznego życia zabraknie zbyt wielu głównych aktorów, by ich odejście nie wywarło wpływu na publiczny dyskurs o państwie zwanym Polską. A ci, co zostają, muszą zmierzyć się z cieniami nieobecnych, których obecnośc będzie czasem znaczniejsza, niż obecność żywych aktorów politycznego spektaklu.
Polityka to w swej podstawie spór o wartości. Spór ostry, czasem - niestety - brutalny, bo tam, gdzie w grę wchodzą podstawowe wartości dla życia państwa i społeczeństwa, często nie ma miejsca na kompromisy. I dobrze, tak ma być, to jest demokracja. Na takie reguły gry zgadzali się aktorzy polskiej sceny politycznej. I często gęsto nie byli na niej bezwolnymi marionetkami.
Ale doświadczenia minionych tygodni powinny uczulić nas na fakt, że za słowami i ideami stoją ludzie, konkretni ludzie i tym ludziom należy się pewien szacunek. To nie są z reguły nasi śmiertelni wrogowie, a jeśli nawet tak ich widzimy, to dostrzeżmy, że i ci potrafią wspiąć się na wyżyny człowieczeństwa, kiedy i im tragedia zajrzy w oczy.
Jesteśmy pełni obrazów minionych dni. Te obrazy zapełnią naszą pamięć, dookreślą nasze postawy. Czy te ze smoleńskiego lasku, czy te z nocnego czuwania na Krakowskim Przedmieściu, czy po prostu ta sekwencja, powtarzana w nieskończoność przez telewizję - sekwencja twarzy ludzi, którzy tak wrośli w nasz dzień powszedni, że czy lubiani czy nie, stali się częścią naszego życia codziennego. Nie będzie się teraz z kim kłócić przed telewizorem, nie będzie na kogo narzekać.Ot, los surowy a bezwzględny przypomiał nam starożytną maksymę, spłaszczoną w masowej kulturze - Memento mori!
Skąd ten ból? Skąd ten dziwny ścisk w gardle i zaciskanie zębów, by nie dopuścić nieopanowanych, nieoczekiwanych łez, gdy przyszło nam mówić głośno o tym, co nas właśnie dotknęło? Skąd to nagłe poczucie straty? Wszak żyjemy w wieku bez uczuć, wieku wypranym w sentymentów, kiedy nie wierzymy już samym sobie. Nie, to nieprawda. Po prostu potrzebujemy uderzenia między oczy, by dostrzec prawdziwe skale wartości, by odrzucić swary i spojrzeć na siebie bez krzywego zwierciadła politycznej satyry i partyjnej propagandy.
Tysięczne kolejki do Pałacu Prezydenckiego i do krypty wawelskiej to nie są polityczne demonstracje. Było to tak widoczne, tak odczuwalne, że nawet najwytrawniejsze polityczne i dziennikarskie hieny zamilkły. A czasem chciałoby się wierzyć, że autentycznie i im uwiązł głos w gardle. Tam, między tymi niepoliczalnymi tłumami żałobników, polityczne identyfikacje i afiljacje nie miały miejsca. Co mnie obchodzą polityczne sympatie w chwili, gdy mój kraj stracił część swej politycznej i obywatelskiej elity!? W tamtym miejscu, w takiej chwili!
Opadną emocje, powróci polityczna walka. Życie ma swe bezlitosne prawa. Nie możemy żyć codziennie na najwyższym, moralnym, poziomie. Niestety. I nie w tym rzecz. Ale nie zapomnijmy tego momentu uniesienia. Przez moment byliśmy wszyscy razem, lepsi.
Surowe są lekcje historii. Twarde jest prawo Pana. Mamy teraz ten historyczny punkt odniesienia, to definiujące doświadczenie wspólnotowe, którego doszukiwaliśmy się przez ostatnie dekady - pytanie, które może - nie, nie “może” - które powinno stać się cezurą naszego jednostkowego życia Polaków, a specjalnie nas, tu, na emigracji. Gdzie byłeś, co robiłaś, gdy dosięgnęła Cię wieść, że zginął Prezydent Kaczyński?!
WMW
PS. Bracia Rosjanie. To słowo wypowiadane przez nas od lat z odcieniem ironii, czasem goryczy, stało się w ostatnich dniach posłaniem pojednania. Nie mówię o politykach, ale o tych bezimiennych ludziach, którzy składali kwiaty pod naszymi poselstwami w miastach Rosji. Mówię o dziennikarzach, którym czasem łamał się głos w trakcie relacji z miejsca tragedii, mówię o zajadłych przeciwnikach z internetowych forów, którzy nie kryjąc do nas politycznej niechęci, łączyli się z nami w nagłym, nieoczekiwanym bólu. Bracia Rosjanie - nie zapomnijmy tego uczucia więzi, tej niewytłumaczalnej wspólnoty dwóch słowiańskich narodów, które na poziomie ludzkim tak naprawdę nie potrzebują tłumaczy, by się zrozumieć, ponad wredną polityką i jeszcze wredniejszą historią.









