W bankach można zobaczyć maszyny do “wyciągania gotówki” i “recyklingu pieniędzy”. Miejscowe restauracje oferują takie specjały jak “smażona lewatywa”, “monolityczny kalmar z trzonka huby” oraz tajemniczy napój orzeźwiający zwany “sokiem z ucha Żyda”.
Ci, którzy zjedzą za dużo kalmarów z huby, mogą potrzebować nowych ubrań, niewykluczone, że w rozmiarze “grubas” lub “tłuścioch”. Tak oznakowane stroje dostaniemy w sieci sklepów Scat.
Jasne, można się z tego śmiać, ale przed otwarciem Expo 2010 w Szanghaju, które przez pół roku ma przyciągnąć ponad 70 milionów gości, te oraz inne typowe dla Chińczyków koślawe przekłady na angielski miały zostać w znacznej mierze wyrugowane. W każdym razie przez ostatnie dwa lata intensywnie pracowała nad tym Szanghajska Komisja na rzecz Regulacji Użycia Języka.
Wspierana przez armię 600 wolontariuszy i politbiuro złożone z osób biegle władających angielskim komisja poprawiła błędy na ponad 10 tysiącach tablic (koniec z “tealotą” i “dzielnicą uryny”), stworzyła nowe opisy zabytków po angielsku oraz pomogła setkom restauracji zredagować swoje karty dań.
Kampania po części wzorowana jest na ambitnym programie modernizacji anglojęzycznej informacji turystycznej przed igrzyskami olimpijskimi w 2008 roku w Pekinie. Wymieniono wtedy 400 tysięcy znaków ulicznych, 1300 kart w restauracjach oraz zastąpiono pewne niestosowne nazwy, takie jak Szpital Odbytu Dongda – obecnie Szpital Proktologiczny Dongda. Popularna atrakcja turystyczna, Rasistowski Park, została przemianowana na Park Mniejszości.
– Znaki mają być przydatne, a nie zabawne – mówi Zhao Huimin, były ambasador Chin w USA, który jako dyrektor generalny stołecznego Urzędu Spraw Zagranicznych stanął na czele walki o ujednolicenie i poprawność napisów po angielsku.
Wojna z łamaną angielszczyzną jest traktowana bardzo poważnie przez oficjeli z rządu, ale pasjonaci tak zwanego “języka chingielskiego” załamują ręce w rozpaczy.
Oliver Lutz Radtke, były reporter niemieckiego radia, który jest jednym z największych światowych ekspertów od chingielskiego, twierdzi, że Chińczycy powinni być dumni z tej frywolnej mieszanki angielskiego i chińskiego, jako że jest to dynamiczny, żywy język. Jego zdaniem chingielski to zagrożony gatunek, który zasługuje na ochronę.
– Jeżeli ujednolicimy wszystkie przekazy, to nie tylko stracimy świetny ubaw, jaki towarzyszy zwykle spacerom w parku, ale pozbawimy się też pewnego cennego wglądu w mentalność Chińczyków – mówi Radtke, autor dwóch albumów ze zdjęciami zabawnych napisów po chingielsku w ich naturalnym otoczeniu.
Walor humorystyczny nie jest ich jedyną zaletą, podkreśla Radtke, który pisze właśnie doktorat na temat chingielskiego na Uniwersytecie w Heidelbergu.
Przeciwnicy tego języka uważają jednak, że śmiech, jaki wzbudza, jest upokarzający. Wang Xiaoming, lektorka angielskiego w Chińskiej Akademii Nauk Społecznych z zawstydzeniem wspomina, jak jej zagraniczni koledzy chichotali, gdy przeglądali album fotograficzny ze źle przetłumaczonymi tablicami. – Nie chcieli mnie obrazić, ale poczułam się bardzo dotknięta – opowiada Wang, która stała się jedną z czołowych pogromczyń chingielskiego w Pekinie.
Ludzie, którzy badają korzenie chingielskiego, twierdzą, że w wielu przypadkach jest on efektem lenistwa oraz wykorzystania kiepskich, ale bardzo popularnych programów do tłumaczenia. Victor Mair, profesor filologii chińskiej na University of Pennsylvania, mówi, że to za sprawą komputerowego słownika Jingshan Ciba w chińskich supermarketach pojawiły się obsceniczne, seksualnie nacechowane określenia suszonej żywności oraz nieszczęsna “smażona lewatywa” w menu, która powinna być przetłumaczona jako “smażona kiełbaska”.
Choć ulepszone oprogramowanie translatorskie i coraz większa dbałość o gramatyczną poprawność osłabiają rozwój “chinglicyzmów”, Mair zdradza, że codziennie dostaje około pięciu nowych zdjęć od osób, które pasjonuje wypatrywanie i rozszyfrowywanie takich perełek. – Gdyby ktoś mi za to płacił, mógłbym poświęcić całe życie na badanie tego zjawiska – przyznaje.
Pieniądze za zmaganie się z chingielskim dostaje za to Jeffrey Yao, tłumacz z języka angielskiego i nauczyciel w Graduate Institute of Interpretation and Translation w Szanghaju, który prowadzi krucjatę przeciw fatalnie przetłumaczonym znakom w całym mieście. Mimo że stara się wyplenić najbardziej rażące przykłady – takie są wytyczne rządu, a firmy nie mają prawa zlekceważyć zaleceń komisji – ma mieszane uczucia i przyznaje, że jakkolwiek niektóre chingielskie zdania brzmią dziwnie dla osób z Zachodu, potrafią być oryginalne i poetyckie.
– Część z nich jest bardzo ekspresyjna, a zarazem elegancka – mówi, przeglądając internetowy zbiór zdjęć przysłanych przez wolontariuszy patrolujących Szanghaj z aparatami cyfrowymi. – One zdradzają, jak my, Chińczycy, traktujemy język.
Podaje on następujący przykład: podczas gdy tabliczki w parkach na Zachodzie ostrzegają ludzi, by “nie deptać trawników”, chińskie wersje zazwyczaj antropomorfizują naturę, co ma być subtelnym środkiem perswazji. Stąd napomnienia takie jak “Mała trawka śpi. Proszę jej nie przeszkadzać” albo “Nie rób mi krzywdy. Boję się bólu”. Yao czyta te napisy, jakby deklamował z zachwytem szekspirowski sonet. – Jakie to cudowne – wzdycha.
Wskazuje też, że ta lingwistyczna mentalność przyczyniła się do ukucia takich wyrażeń jak “kopę lat” (”long time no see” – dosłownie “długi czas nie widzieć”), literalne tłumaczenie chińskiego zwrotu, które przyjęło się w potocznym angielskim.
Ale Yao, który przez ponad dwadzieścia lat pracował jako tłumacz w Kanadzie, zdaje sobie sprawę, że są pewne granice. Jako dowód pokazał tablicę z miejscowego parku, zaznajamiającą gości z regulaminem parku, który zakazuje między innymi prania, “wygrzebywania ze śmietników”, suszenia odzieży i publicznej defekacji. Wszystko to napisane jest niezrozumiałą, a w przypadku ostatniego przepisu także dość dosadną angielszczyzną.
Na samym dole widnieje fascynujące ostrzeżenie: “Ponieważ jeżeli turysta nie słucha się obsługi, by się zachowywać, albo krnąbrnym jest, wszelkie konsekwencje są dumne”.
Choć Yao kazał już poprawić te lapsusy, wciąż kręci głową z obrzydzeniem na samo ich wspomnienie. Jest też zirytowany, że przed otwarciem targów uwadze komisji umknęła cała masa żenujących językowych potknięć, w tym napis w bufecie: “Zastawa stołowa odzyskuje swe miejsce” (czyli “zwrot brudnych naczyń”). – Niektóre wyrażenia chingielskie są ładne, ale to nie jest tłumaczenie literatury – dodaje. – Chciałbym, by ludzie oglądający te znaki rozumieli ich treść. Nie chcę, żeby się z nich śmiali.
Andrew Jacobs









