Takich wyborów w naszej historii jeszcze nie było. W ciągu dwóch miesięcy Polska straciła prezydenta i kilkadziesiąt innych osób kluczowych dla państwa, przeżyła traumę taśmowych pogrzebów, by w finale doświadczyć katastrofalnej powodzi w czasie kampanii wyborczej. Ta kaskada gorzkich zdarzeń, nierealna wręcz czarna seria plag, może mieć całkiem realne skutki dla polskiej polityki. Jeśli Polacy zagłosują emocjami, wygra Jarosław Kaczyński. A społeczne emocje są coraz silniejsze.

Potyczki na wałach
Obaj główni kandydaci wiedzą, że krawat na wałach będzie źle wyglądał w telewizji. Kaczyński założył więc czarny sweter, Komorowski luźną kurtkę. Pierwszy pojechał na wały atakować, drugi – żeby się na wałach bronić.
– Nieprzyzwoitością jest rozważanie tego, czy powódź komuś politycznie służy. Nie służy. Jest autentycznym dramatem – zarzeka się Komorowski. Ale w sztabach wyborczych obu głównych kandydatów opinie są jasne: to powódź może zdecydować o wyniku wyborów. Dlatego w ostatnich dniach obaj kandydaci tak intensywnie zaczęli się zajmować wielką wodą: jeździli na zalane tereny, obwiniali się wzajemnie o zaniedbania i spierali o zapomogi dla powodzian.
Jedna z wielu potyczek słownych: – Gdybym był w dalszym ciągu premierem, to budżet na pewno byłby już znowelizowany. Muszą być środki na to, żeby pokryć straty. Muszą także zapadać decyzje dotyczące przyszłości – mówił kilka dni temu Kaczyński na specjalnie zwołanej konferencji. Komorowski zareagował błyskawicznie: zapowiedział, że złoży projekt specustawy, która uprości wykup gruntów pod inwestycje hydrotechniczne, w tym m.in. wały przeciwpowodziowe i zbiorniki retencyjne.
W przepychanki włączył się nawet premier. – Wolałbym, żeby ludzie, którzy są zaangażowani we własne cele polityczne, nie wtrącali się wtedy, kiedy nie potrafią pomóc. Niektórym się wydaje, że można wyremontować wał, jak woda jeszcze stoi. Mam wrażenie, że to też problem pana Kaczyńskiego.
W odpowiedzi Kaczyński porzucił swój kampanijny język miłości: – Rozumiem, że pan premier chciałby, żeby nie było opozycji. Ja będę w tym uczestniczył, bo jest to mój święty obowiązek. Jestem posłem, reprezentantem społeczeństwa. W demokratycznym państwie po to jest opozycja, żeby kontrolować władzę. A jak władza działa w tej chwili, to każdy widzi.
Dogoni czy nie?
Do tej pory Platformie udało się wyjść obronną ręką ze wszystkich opresji. Podczas ponaddwuletnich rządów nie straciła wysokich sondaży po wybuchu kryzysu finansowego ani po ujawnieniu afery hazardowej, po fiasku sprzedaży stoczni ani nawet po problemach ze służbą zdrowia. Wbrew początkowym obawom liderów partii także Smoleńsk nie obrócił się przeciwko rządowi, choć to było pierwsze wydarzenie za rządów PO, które tak wyraźnie wzmocniło PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Przecież przed katastrofą wydawał się już politycznym emerytem, wyalienowanym i skazanym na powolną wegetację. Krzyżyk stawiali na nim nawet niektórzy politycy PiS, tacy jak Paweł Poncyljusz, który dziś jest rzecznikiem sztabu Kaczyńskiego.
Sondaże nie pozostawiają wątpliwości: Komorowski doszedł do ściany. Cieszy się poparciem 42 proc. badanych, a są to zapewne – jak zwykle w przypadku sondaży dotyczących polityków Platformy – wyniki nieco zawyżone. Jest mało prawdopodobne, aby wygrał wybory w pierwszej turze, do czego trzeba zdobyć ponad połowę ważnych głosów.
W tym samym czasie powoli, ale systematycznie idą w górę notowania Jarosława Kaczyńskiego, które dziś urosły do 35 proc. poparcia. Politycy PO zachodzą w głowę: zdoła dogonić Bronka czy nie?
Wśród sztabowców Komorowskiego panują zatem minorowe nastroje. Pewnie nikt się nie spodziewał, że marszałek Sejmu będzie tak słabym kandydatem, że będzie zaliczał wpadkę za wpadką. Przed rozpoczęciem kampanii w Platformie panowało przekonanie, że Komorowskiego, który w polityce jest 20 lat, nie trzeba prowadzić za rękę. Potem się jednak okazało, że trzeba go pilnować jak politycznego nowicjusza. – Najgorsze w Komorowskim jest to, że on jest politycznie wypalony. Nie ma takiej sprawy, za którą dałby się pokroić, ma bardzo giętki kręgosłup. I to, niestety, widać – mówi polityk PO.
Dowodem na to, że Platforma liczy się z przegraną, są ostatnie działania partii. Tuż przed wyborami w ekspresowym tempie PO obsadziła kilka urzędów osieroconych po katastrofie smoleńskiej przez przedstawicieli PiS. W minionym tygodniu Marek Belka został prezesem NBP, a Irena Lipowicz – rzecznikiem praw obywatelskich, wcześniej rozpoczęto procedurę wyboru prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. W dodatku z inicjatywy PO parlament zrobił pierwszy krok, aby rozwiązać Krajową Radę Radiofonii i Telewizji, gdzie PiS także grał pierwsze skrzypce. Komorowski zatwierdzi decyzję parlamentu, a to znaczy, że KRRiT zostanie rozwiązana jeszcze przed wyborami. Żadna z tych decyzji nie zostałaby podjęta, gdyby prezydentem został Jarosław Kaczyński.
Obawy polityków Platformy o wynik Komorowskiego mają kilka przyczyn. Po pierwsze, pogorszenie sytuacji powodziowej jest wciąż realne. Po drugie, najgorsze zacznie się dopiero wtedy, gdy przyjdzie do usuwania skutków powodzi i wypłaty odszkodowań. Po trzecie, druga tura wyborów odbędzie się 4 lipca, gdy duża część naturalnego elektoratu PO (młode rodziny z miast z małymi dziećmi) wyjedzie na wakacje. Jeszcze nigdy w Polsce nie głosowaliśmy w wakacje. Maj, czerwiec, wrzesień październik – tak, ale nie lipiec.
Na to wszystko nakładają się coraz ostrzejsze podziały w Platformie, które są konsekwencją bezpardonowej walki o władzę w regionach i w centrali. Na ostatnim posiedzeniu zarządu partii wściekły premier wykrzyczał pozostałym liderom, że jak tak dalej pójdzie, to niedługo niewiele z Platformy zostanie.
Kto zobaczy gest Kozakiewicza
Znany z nadmiernej emocjonalności Tusk mocno przesadza, ale rzeczywiście nastroje w partii nie są w tej chwili najlepsze. Bo jeśli ktokolwiek zyska na powodzi, nie będzie to Komorowski jako przedstawiciel ugrupowania rządzącego, które przed powodzią powinno chronić. Oczywiście, dzieli nas cała polityczna epoka od potopu z 1997 roku, gdy premier Włodzimierz Cimoszewicz (SLD) pogrzebał szanse wyborcze swego ugrupowania radą dla powodzian, aby się ubezpieczali.
Nie przypadkiem PiS domaga się zwiększenia pomocy finansowej dla powodzian. Partia Kaczyńskiego złożyła w Sejmie pakiet projektów, który zakłada przeznaczenie 2,6 mld zł na usuwanie skutków kataklizmu, zwiększenie z 6 do 12 tys. zł zasiłków dla powodzian, sfinansowanie wakacji dla dzieci z terenów powodziowych, zwiększenie środków na wyprawki szkolne oraz dożywianie.
Jarosław Kaczyński podkreśla, że Platforma zawiniła, bo wykreśliła część inwestycji przeciwpowodziowych z przygotowanej przez jego rząd listy projektów współfinansowanych ze środków unijnych. – Trzeba po prostu umieć powiedzieć: kiedyś pomyliliśmy się, zamiast się upierać, że miało się rację, skoro gołym okiem widać, że tej racji tutaj nie było – przekonuje Kaczyński. (…)
Niewiadomą jest frekwencja i wyniki na obszarach powodziowych. Z jednej strony ludziom, którzy stracili domy, nie w głowie wybory, w dodatku głosowanie będzie utrudnione, bo część punktów wyborczych po prostu zalała woda. Teoretycznie działa to na korzyść kandydata Platformy, bo – mówi się po cichu wśród polityków – przecież wiadomo, że zalane tereny to w większości bastiony PiS. Z drugiej jednak strony właśnie dotknięci przez klęskę mogą się zmobilizować i masowo pójść na wybory. Bronisław Komorowski apeluje, aby organizując głosowanie, powodzianie pokazali naturze gest Kozakiewicza. Tyle że ów gest mogą zobaczyć rząd i sam marszałek.

Zanim przyjdzie ochota na rewanż
To dziś ważny element rozgrywki politycznej – komu pomogą głosy z południa Polski.
Na pytanie: – Dlaczego nie chcecie się zgodzić na wprowadzenie stanu klęski żywiołowej?
– Panie redaktorze, przecież pan wie – z uśmiechem odpowiada znany polityk Platformy.
– Czy boicie się politycznych skutków powodzi?
– Musielibyśmy przełożyć wybory, a przedłużona kampania stałaby się okazją do rozliczenia Platformy z powodzi. Tusk za wszelką cenę chce tego uniknąć. Dlatego wybory trzeba zrobić jak najszybciej, kiedy ludzie są zajęci ratowaniem dobytku, a nie myśleniem o polityce. Kiedy przyjdzie im ochota na rewanż, będzie już po wszystkim.
Widać wyraźnie, że Platforma się pogubiła, że nie wie, jak politycznie rozegrać tę powódź. Jedynym pomysłem są właśnie szybkie wybory, aby jak najmniej stracić. Donald Tusk co prawda bardzo szybko zareagował na pierwszą falę wielkiej wody, osobiście objeżdżając zalane tereny. Tusk nie popełnił jednak błędu, który zdarzył się Komorowskiemu: nie zbagatelizował zagrożenia. W pierwszych dniach kataklizmu marszałek-prezydent oświadczył, iż woda ma to do siebie, że spływa.
Dopiero po powodziowych wizytach Jarosława Kaczyńskiego sztabowcy PO zdali sobie sprawę, że to nie przelewki. – Przecież TVP ciągle w nas uderza powodzią. Będą grać tym motywem do samych wyborów – wieszczy jeden z liderów Platformy.
Stąd posiedzenie rządu pod przewodnictwem Komorowskiego (czyli Rada Gabinetowa) na temat powodzi, a potem konferencja marszałka i premiera. Ich wspólny komunikat brzmi: nie bagatelizujemy powodzi, pomożemy wszystkim. Zaś jego niezwerbalizowane, polityczne przesłanie: nie wierzcie Kaczyńskiemu, wszystko jest pod kontrolą, a tylko my w duecie gwarantujemy krajowi spokój i bezpieczeństwo.
To spokój pozorny, bo w Platformie coraz głośniej mówi się o tarciach między Tuskiem a Komorowskim, które tylko pogłębiają obawy o wynik wyborów. Pierwsza od dłuższego czasu wspólna konferencja nie zmieni faktu, że marszałek jest w kampanii osierocony przez popularnego premiera. Rodzi to w partii podejrzenia, że Tuskowi nieszczególnie zależy na prezydenturze Komorowskiego.
Komorowski z Unii Wolności
Marszałek jest w Platformie osamotniony. Działacze PO właśnie w ten sposób tłumaczą liczne gafy, które popełnia w kampanii.
Mimo że Komorowski w wewnętrznych wyborach zdobył ponad dwie trzecie głosów, to w partii nie ma żadnego zaplecza, żadnego środowiska, na którym mógłby się oprzeć. W dużym stopniu sam jest za to odpowiedzialny – nigdy dotąd nie dbał o to, by takie środowisko sobie zbudować.
Pokazały to pierwsze jego nominacje w Kancelarii Prezydenta, które w partii przyjęto z zaskoczeniem: ani szef Kancelarii Jacek Michałowski, ani szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego gen. Stanisław Koziej nie są związani z PO. W personalnych wyborach Komorowski woli sięgać nie do Platformy, ale do środowisk swej pierwszej partii, Unii Wolności. Obok kojarzonego z tym środowiskiem Michałowskiego marszałek-prezydent zaproponował na nowego rzecznika praw obywatelskich byłą posłankę UW Irenę Lipowicz. Wiele wskazuje na to, że w razie zwycięstwa Komorowskiego sporą część ministerialnych stołków w Kancelarii Prezydenta zajmą właśnie ludzie z UW, którzy – wyciągnięci z politycznej zamrażarki – będą wobec Komorowskiego bardziej lojalni niż koledzy z Platformy.
Spekuluje się, że doradcą do spraw społecznych może zostać dawny poseł UW Jan Lityński. Jako potencjalnego doradcę do spraw gospodarczych wymienia się Waldemara Kuczyńskiego. Według naszych rozmówców Komorowski może zaprosić do współpracy także byłego posła UW i członka Trybunału Konstytucyjnego prof. Jerzego Ciemniewskiego. W pałacu mogą się znaleźć także współpracownicy Komorowskiego z Kancelarii Sejmu, choćby szef jego gabinetu Jaromir Sokołowski, były dyplomata, a także rzecznik prasowy Krzysztof Luft.
Już dziś można przewidywać, że jeśli Komorowski pójdzie tą drogą, nie będzie się to w partii podobać. Duży apetyt na stanowiska w Kancelarii Prezydenta ma bowiem kilku liczących się polityków Platformy, choćby najsilniej dziś wspierający Komorowskiego szef klubu PO Grzegorz Schetyna, który zapewne będzie chciał umieścić w otoczeniu prezydenta kilku swoich zaufanych. Duże ambicje ma także szef wyborczego sztabu Komorowskiego, Sławomir Nowak, który liczy na fotel szefa kancelarii. Ma jednak małe szanse, bo Komorowski traktuje go głównie jak namiestnika Tuska, który ma raczej kampanię kontrolować, a nie ją kreować. Szefem kancelarii raczej pozostanie Michałowski, wspierany przez dwóch swoich współpracowników, Władysława Manteuffela i Tomasza Kiersnowskiego.
Zwycięstwo Komorowskiego może skomplikować sytuację w PO jeszcze z jednego powodu. Mogłoby dojść do taktycznego sojuszu ze Schetyną. Komorowski jako prezydent może pomóc Schetynie w przejęciu władzy w Platformie. Już teraz jego wpływy w PO znacząco wzrosły, czego przejawem były nerwy Tuska na wspomnianym posiedzeniu zarządu. Wokół premiera dziś prawie nie ma ludzi z PO – jedynym jest Paweł Graś. Tusk może więc znaleźć się w paradoksalnej sytuacji, gdy będąc niekwestionowanym liderem politycznym, straci wpływy we własnej partii. W razie porażki Komorowskiego będzie to mniej prawdopodobne, bo straci cała Platforma, a obok Komorowskiego najbardziej Schetyna.
Muzealnicy atakują
Ale pod względem perspektyw dla własnej partii Kaczyński wcale nie jest w lepszej sytuacji. W razie zwycięstwa będzie musiał wyznaczyć następcę w partii. Najlepszy byłby oczywiście polityk i lojalny, i charyzmatyczny – a takich w PiS jak na lekarstwo. Dawni towarzysze Kaczyńskiego z Porozumienia Centrum, zwani zakonem PC (Adam Lipiński, Joachim Brudziński, Jarosław Zieliński czy Marek Suski), są co prawda lojalni do grobowej deski, ale nie nadają się na liderów dużej partii. Z kolei Zbigniew Ziobro ma charyzmę, ale odstrasza elektorat centrowy i ma problemy z lojalnością. Ziobro nie wyrzeka się swych ambicji. Po śmierci Zbigniewa Wassermanna po cichu przejął szefostwo PiS w Małopolsce. Ale szanse na prezesurę partii ma tylko iluzoryczne.
Gdyby nawet Kaczyński wyznaczył kogoś zaufanego w rodzaju Adama Lipińskiego, wcześniej czy później w partii może dojść do autentycznej walki o schedę po Kaczyńskim. Pretendentów może być kilku – oprócz Ziobry Michał Kamiński, Paweł Poncyljusz. Ta walka może utrudnić sytuację PiS przed wyborami parlamentarnymi w 2011 roku.
Partia poniesie straty także dlatego, że część ludzi – w przypadku zwycięstwa Jarosława Kaczyńskiego – może pójść z nim do Kancelarii Prezydenta. Wymienia się między innymi nazwiska Mariusza Błaszczaka, Elżbiety Jakubiak, Pawła Kowala.
Największym zaskoczeniem dla posłów PiS są rosnące ambicje tzw. muzealników, czyli grupy polityków związanych z Lechem Kaczyńskim, którzy za jego prezydentury w stolicy stworzyli Muzeum Powstania Warszawskiego. Jarosław Kaczyński przyjął ich na listy wyborcze PiS w 2007 roku, ale do tej pory nie traktował jak poważnych partnerów politycznych. W tygodniach po Smoleńsku to się zmieniło. Do lidera PiS bardzo zbliżył się europoseł Paweł Kowal, który pośredniczył w kontaktach z rosyjskimi władzami, w tym z Władimirem Putinem.
Jeśli Kaczyński zwycięży w wyborach, Kowal może być kluczowym doradcą w sprawach międzynarodowych.
Choć może dostać propozycję nie do odrzucenia – mówi nasz rozmówca w PiS. Zyskała także “muzealna” Elżbieta Jakubiak, która stała się jedną z twarzy kampanii Kaczyńskiego. Reprezentowała nawet prezesa PiS na spotkaniu żon kandydatów. – W Eli obudziły się ogromne ambicje – opowiada jeden z bliskich współpracowników Lecha Kaczyńskiego. – Widać wyraźnie, że ona chce być szefową Kancelarii Prezydenta.
Na początku kampanii Kaczyński i jego sztabowcy tak naprawdę nie zakładali, że mogą wygrać wybory. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Po Smoleńsku, pod koniec powodzi i na progu wyborów to Komorowski jest w trudniejszej sytuacji. Po prostu musi wygrać, inaczej zakończy się jego polityczny żywot. Kaczyński zaś nic nie musi. A może wiele.
Andrzej Stankiewicz
współpraca Piotr Śmiłowicz










OPIS RZĄDÓW Jarosława KACZYŃSKIEGO I JEGO PUPILI.
Cytat kogoś o nicku “Prawda”.
To był wyjątkowy rok, takiego nie mieliśmy od 17
lat. Pierwszy raz od 17 lat do marszałka sejmu
wpływa wniosek aby Jezusa Chrystusa ogłosić
królem, a na komendzie można zamówić taxi lub
pizzę. Wszystko zaczęło się od kampanii partii
zwanej żartobliwie prawem i sprawiedliwością, pod
wdzięcznym tytułem `My dotrzymujemy słowa’. W
ramach “my dotrzymujemy słowa, jeśli mój brat
zostanie prezydentem, ja nie zostanę premierem”,
premierem został atrakcyjny Kazimierz, pierwszy
produkt medialny w Europie Środkowej. Rodzime
Truman Show potrwało pół roku. W tym czasie w
ramach “my dotrzymujemy słowa w kwestii taniego
państwa”, powstało najwięcej w historii wolnej
Polski nowych ministerstw i sekretarzy stanu, z
ministerstwem śledzi i morza na czele. Mamy
najwięcej w historii Polski marszałków sejmu i
senatu oraz 4 wicepremierów. Dwukrotnie TK
zanegował ustawy przegłosowane w odstępie kilku
miesięcy, co jest absolutnym rekordem. Mieliśmy w
ciągu roku 3 rządy, w ramach tych samych partii, 3
rodzaje koalicji, na trzech różnych pakietach
“umów”, do tego dwóch premierów i pięciokrotnie
był wymieniany minister finansów. Jeśli mój brat
zostanie prezydentem, ja jednak zostałem
premierem, ponieważ premier, który ma 78% poparcia
społecznego był za słaby, wymieniliśmy go na
premiera, który ma 33% poparcia, a premier który
miał 78% poparcia przegrał wybory na prezydenta
Warszawy. Pierwszy raz od 17 lat Polska zobaczyła
masówkę, 160 cm kompleksów spędziło słuchaczy
radiowęzła z Torunia do stoczni i uroczyście
przysięgało nie rozmawiać z Lepperem, po czym
polazło i gadało, ale o tym za chwilę. Pierwszy
raz od 17 lat w ministerstwie sprawiedliwości w
randze wiceministra zasiadł sędzia stanu wojennego
i w randze ministra koordynatora komunistyczny
prokurator z lat 70. takiej kadry nie miał nawet
Leszek Miller. Na fali rewolucji moralnej
marszałkiem sejmu, a następnie premierem wybrano 4
krotnego recydywistę, członka powołanej przez SB
grupy politycznej, na co dokumenty widział brat.
Premiera recydywistę zdymisjonowano za
warcholstwo, co było ewidentnym chamstwem, by
następnie w nocy bez kamer tuż po projekcji filmu
o JP II wskrzesić i wsadzić na szczyty władzy. Od
17 lat nie mieliśmy w rządzie koalicyjnym klubu,
który w ponad 50% składa się z oskarżonych lub
skazanych prawomocnymi wyrokami posłów, znajdziemy
w IV RP odnowy moralnej, posła (…), posłankę
skazaną za fałszowanie przepustek więziennych,
europosła oskarżonego o gwałt, rodzimego posła
oskarżonego o gwałt, jego żonę oskarżoną o
defraudacje, posłankę, która zasłynęła, jako
operatorka scen korupcyjnych, a następnie została
skazana przez komisje etyki i ta sama komisja
uniewinniła posłów korumpujących posłankę.
Znajdziemy posła wyrzuconego z klubu PiS za jazdę
po pijaku, jest poseł wywalony z SO za awantury w
dyskotece, jest również poseł powołujący się na
znajomości z ministrem sprawiedliwości w czasie
egzekucji komorniczej, za co został wywalony z SO,
cały ten kwiat polskiego parlamentaryzmu tworzy
koalicyjne koło narodowo - ludowe. Pierwszy raz od
17 lat minister sprawiedliwości 80% czasu pracy
poświecił na konferencje, pierwszy raz minister
pokazał społeczeństwu jak się niszczy dokumenty
przy okazji sprawy politycznej, gdzie o 6.50
prokuratura wkroczyła do PZU, na wniosek posła
Kurskiego, członka sztabu wyborczego PIS, który
oskarżył Donalda Tuska o fałszerstwa polegające na
kupowaniu bilbordów od PZU. Jak się okazało nie
było ani jednego świadka potwierdzającego słowa
Kurskiego, firma obsługująca PZU obsługiwała PIS,
nie PO, a sędzia w tej sprawie był minister, który
był szefem kampanii wyborczej PiS. Sprawę
umorzono, poseł Kurski błaga na kolanach o ugodę.
To samo ministerstwo sprawiedliwości, w ciągu roku
zresocjalizowało Rywina, wypuściło Jakubowską i
Jakubowskiego, łamiąc prawo aresztowało Wąsacza,
nie wyjaśniło ANI JEDNEJ SŁYNNEJ AFERY, łącznie z
afera Rywina, którą minister jako członek komisji,
ponoć rozwiązał w ułamku sekundy, tylko ówczesne
władze blokowały śledztwa. Pierwszy raz od 17 lat
rząd, który popierał lustrację zamknął do spółki z
klerem usta księdzu Sakowiczowi, prezydent
podpisał wadliwą ustawę lustracyjna, a następnie
sam znowelizował ją do poziomu ustawy, która
obowiązywała wcześniej. Nie złapano ani jednego
członka układu, nie odebrano emerytury ani jednemu
ubekowi, za to opluto wielu opozycjonistów, w tym
nieżyjących jak Jacka Kuronia i uczynił to
człowiek, który nie spędził ANI JEDNEGO DNIA W
KOMUNISTYCZNYM WIEZIENIU, A W CZASIE STANU
WOJENNEGO JAKO JEDYNY OPOZYCJONISTA Z KREGU WAŁĘSY
SIEDZIAŁ U MAMUSI POD PIERZYNĄ. Na tym tle
pokazuje się najbardziej czytelny podział w IV RP.
Komuniści dzielą się na pisowych i pozostałych, z
tym, że pisowi tacy jak Gierek, Jasiński, Kryże,
to dobrzy komuniści, pozostali są z układu. Z
układu są też wszyscy członkowie opozycji i media,
z tym, że w tym wypadku ważny jest kontekst i
przydatność “układowa”. Znany polityk opozycji
najpierw dostał propozycję objęcia rządu IV RP,
potem ogłoszono go morderca demokracji, by znów
zaproponować mu miejsce w rządzie. Pierwszy raz od
17 lat rząd, który nie zrobił nic w kwestiach
gospodarczych, nie wydał najmniejszego dokumentu,
choćby najniższej wagi regulującego jakikolwiek
obszar gospodarczy, okrzyknął się twórcą 1
punktowej inflacji i PKB na poziomie 5 pkt.
Pierwszy raz szef kancelarii prezydenta, który
wyleciał z niej za prowadzenie spółki z baronem
SLD Nawratem, która to spółka jest ulubieńcem
prokuratora, po kilku miesiącach karencji został
szefem doradców premiera. Pierwszy raz od 17 lat
ministrem spraw zagranicznym jest kierowniczka
magla, która nie odróżnia dwóch najważniejszych
dla Polski traktatów regulujących stosunki z
sąsiadami. Pierwszy raz od 17 lat 8 ministrów
spraw zagranicznych, a więc wszyscy uznali polską
politykę zagraniczną za szkodzącą i ośmieszająca
kraj. Nigdy dotąd w historii 17 letnich zmagań z
demokracja, prezydent nie odwołał spotkania na
szczycie tłumacząc się rozwolnieniem wywołanym
artykułem w niemieckim brukowcu. Nigdy dotąd
polski premier nie żebrał o 4 minuty rozmowy z
prezydentem USA by w jej trakcie oddać z
wdzięczności 1000 polskich żołnierzy na misje
`pokojowe’. Nie zdarzyło się od 17 lat aby polski
premier musiał się tłumaczyć w Brukseli, że Polska
nie jest krajem antysemickim, w którym króluje
homofobia i nigdy podobnych tłumaczeń nie uznano
za sukces dyplomatyczny. Nie zdarzyło się w wciągu
17 lat by prezydent wygłosił 2 minutowe orędzie,
oznajmiając, że nie rozwiąże parlamentu. Nie było
takiego przypadku by ministrem edukacji został
szef organizacji, której obecni, przyszli lub byli
członkowie pali pochodnie w kształcie swastyk,
udawali kopulację z drzewem, oraz miedzy sobą. Nie
pamięta Polska takiego przypadku, by członkowie
koalicyjnego rządu, podawali rękoma weterynarzy
środki wczesnoporonne przeznaczone dla bydła,
kobietom zgwałconym przez innych członków. Nie
miał nigdy miejsca taki przypadek by premier i
prezydent z tytułami naukowymi tak kaleczyli język
polski, mówiąc “włanczam”, “som”, “świętobliwość
Biskup Rzyma”, oraz mlaskali i oblizywali wargi, a
pierwsza dama zasuwała do samolotu z reklamówką.
To był najciekawszy rok od 17 lat, polskie władze
w ciągu roku wykreowały i sprzedały taki wizerunek
Polski, który świat pamięta z początku XIX wieku.
W ciągu tego roku nasze stosunki z Niemcami, UE i
Rosja zatoczyły koło i wróciły do czasów Układu
warszawskiego i RWPG. W ciągu tego roku wystąpiła
największa fala emigracji od czasów stanu
wojennego. Z 3 mln mieszkań nie powstało ani jedno
w ramach programu rządowego z setek kilometrów
autostrad w przyszłym roku powstanie 6 km odcinek.
Cały ten dorobek nazywał się IVRP, której nie ma
na żadnej mapie świata, a powstał ten twór chorej
wyobraźni w efekcie rewolucji moralnej, która
skalą, siłą i zapachem przypomina szambo
spuszczone z Giewontu do Jastarni. To był rok
bliźniąt na kaczych nogach, przetrwaliśmy też rok
następny i dziękowaliśmy Bogu, i prosiliśmy go,
by już nigdy więcej dobry Bóg podobnych dowcipów
nam nie robił.
Najlepszym Prezydentem byłby Pan JKM,lecz z dwojga złego zagłosuję na Kaczyńskiego.