Nie ma dnia, by Kesia Damas nie rozpaczała z powodu utraty swego ulubionego nauczyciela. Pan B. wprowadzał ją w świat teatru, opowiadał o sztuce. To dzięki niemu zaczęła marzyć o karierze filmowej, która pozwoliłaby jej wyrwać się z zakurzonej haitańskiej wsi.

– Zawsze tu był, pomagał, dopingował mnie – wspomina 17-letnia dziewczyna w czasie próby do napisanego przez siebie spektaklu o gniewie i zemście.
Pana B. nie zabrało potężne trzęsienie ziemi, które nawiedziło Haiti 12 stycznia tego roku. Przynajmniej nie bezpośrednio. Razem z innymi nauczycielami ze szkoły Kesi uciekł z wyspy zaraz po tym, jak katastrofa wywróciła do góry nogami życie całego narodu. Mimo że ich miasteczko nie ucierpiało bardzo w wyniku wstrząsów, wyjechali z dwóch prostych powodów: bo mieli taką możliwość oraz wiedzieli, że w ojczyźnie nie ma dla nich przyszłości.
Po trzęsieniu ziemi władze Stanów Zjednoczonych nie kryły obaw, że katastrofa uruchomi kolejną falę exodusu. Amerykanie bali się powtórki z początku lat 90. W następstwie zamachu stanu i obalenia prezydenta Jeana-Bertranda Aristide’a amerykańska straż przybrzeżna w samym 1992 roku złapała 37 618 uciekinierów.
W tym roku podobny scenariusz na razie się nie zrealizował. Liczba dotychczasowych interwencji straży przybrzeżnej spadła. Mimo to instytucje edukacyjne z południa Florydy zanotowały od czasu tragedii znaczny wzrost liczby haitańskich studentów – o ponad dwa tysiące. Tymczasem na wyspie La Gonave – miejscu, z którego bardzo wielu Haitańczyków opuszcza kraj – dostrzegalne są nowe oznaki nerwowości.
Wielu najzdolniejszych już wyjechało. Wśród miejscowych słychać zapowiedzi większej emigracji. Przed trzęsieniem ziemi ostrożni Haitańczycy, tacy jak Jean-Louis Elifaute, niechętnie podejmowali temat przemycania ludzi. Dziś ten 49-letni mężczyzna otwarcie opowiada o tym, jak wraz z siedmioma innymi osobami wdrapał się na pokład niewielkiej łodzi, by wyruszyć o północy w kierunku Miami.
Po trzech dniach złamał się maszt i łódź się wywróciła. – Była noc, bardzo się baliśmy – mówi Elifaute. Zostali uratowani przez załogę niewielkiego statku towarowego, który odwiózł ich z powrotem do Haiti. Ale podobnie jak wielu innych, Elifaute planuje już kolejną wyprawę. Jak tłumaczy, ma dużą rodzinę na utrzymaniu. – To nie jest szaleństwo. Ten kraj jest zły, nie mam tu życia, więc czemu nie próbować? – pyta retorycznie.
Wtóruje mu 22-letni James Previlus, energetyczny, dobrze zbudowany młodzieniec. – Pojechałbym wszystko jedno dokąd i zapomniał o Haiti. Nigdy bym tu nie wrócił – rozmyśla nad swoją przyszłością Previlus.
Wielu już tak zrobiło, chociaż pełny obraz odpływu ludności z Haiti jest trudny do ustalenia. Haitański rząd nie prowadzi tego rodzaju statystyk. Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji podaje jedynie szacunki: 20 tysięcy Haitańczyków przekroczyło granicę Dominikany zaraz po trzęsieniu. Każdego tygodnia od 30 do 50 emigrantów zostaje zawróconych z Bahamów (dane z połowy czerwca), podczas gdy amerykańska straż przybrzeżna odesłała z powrotem do miasta Cap Haitien 647 osób. Nikt jednak nie wie, jak wielu uciekinierów nie zostało ujętych w żadnych statystykach.
W Grace L’Eternel, największym hotelu w Anse-a-Galets, 33-letni Gay Raguel pilnuje interesu, ponieważ właściciel jest na Gwadelupie. Raguel widział dziesiątki osób wspinających się na łodzie. – Nawet nie wiedzieli, dokąd płyną. Teraz po prostu ich nie ma – tłumaczy mężczyzna.
Wielu z tych, którzy wyruszyli z La Gonave, dopiero co przybyło na wyspę. W rejonie tym jest mnóstwo osób, które przeżyły trzęsienie ziemi w Port-au-Prince i uciekły na wieś. Niektórzy wracają tu, by zamieszkać u swoich krewnych, ale znaczna część z nich przywozi ze sobą znajomych, którzy nie mają żadnych związków z La Gonave, za to mają za sobą bolesne doświadczenia. Rdzenni mieszkańcy wyspy narzekają, że przyjezdni piją zbyt dużo i nigdy nie zastąpią bliskich, którzy uciekli z Haiti.
Milfort Jean Damas, 24-letni kuzyn Kesi stracił w ten sposób 10 najbliższych kolegów, którzy wyjechali do Wenezueli i do Stanów Zjednoczonych. Najlepszy przyjaciel Damasa po prostu zjawił się pewnego dnia i powiedział: – Nie wiem, kiedy cię znów zobaczę, ale niech cię Bóg błogosławi.
Taka strata jest jak śmierć bliskiej osoby. – Jeśli ci, którzy wyjechali, nie wrócą, ten kraj stanie się jeszcze gorszy – mówi Damas.
Ojciec Kesi, stolarz Rigard Damas chciałby, żeby jego dzieci poszły na uniwersytet. – Moja córka to mądra dziewczyna. Powinna się obracać wśród mądrych ludzi – mówi o najmłodszej z dziewięciorga rodzeństwa Kesi. – Jeśli sytuacja w Port-au-Prince się poprawi, będę musiał ją tam wysłać. Jeśli nie, to nie ma mowy – dodaje 58-letni mężczyzna.
Zanim to nastąpi, rodzina Damasów będzie próbowała znaleźć dla Kesi szansę w Ameryce. Tymczasem nastolatka znajduje pocieszenie w swoich sztukach. W każdą sobotę razem z przyjaciółmi ze szkoły organizuje w Grace L’Eternel wieczory teatralne.
Nie mają sceny, a jedynie zwykłą zasłonkę przewieszoną przez sznur do bielizny. Mimo to sala z 52 miejscami jest zawsze pełna. Przedstawienia mają poważne przesłanie. Kesia często pisze o żalu i wynikającej z niego złości. Ostatni wieczór dawał jednak nieco nadziei: pewien poeta opisał kraj, o jaki się modli. – Wszystkie moje dzieci wrócą. Pewnego dnia znów będziemy razem. Wszyscy Haitańczycy – zapewnił artysta.
Damien Cave
NYT









