Dziś, gdy 80-letni Clint Eastwood wciąż kręci filmy, a 88-letnia Betty White występuje w nowym sitcomie, nie oczekujemy już od 70-latków, by przygotowywali się na śmierć, ale by jeszcze żwawiej wymachiwali swymi artretycznymi kończynami.

Ringo Starr niedawno uczcił swoje siedemdziesiąte urodziny koncertem w Radio City Music Hall. Przy tej okazji obwieścił, że jego nowym bohaterem jest B.B. King, który w wieku osiemdziesięciu kilku lat wciąż regularnie występuje na scenie.
W przyszłym roku do klubu siedemdziesięciolatków dołączą Bob Dylan (”Obyś na zawsze pozostał młody”) i Paul Simon (”Jak strasznie dziwnie mieć 70 lat”). Wkrótce przyjdzie też pora na Rogera Daltreya (”Lepiej żebym umarł, zanim się zestarzeję”) i Micka Jaggera, który podobno kilka wieków temu zadeklarował: (”Wolę się przekręcić, niż śpiewać »Satisfaction’ w wieku 45 lat«”).
Siedemdziesięcioletni rockandrollowiec to fenomen, o którym gerontolog Robert Butler mógł jedynie marzyć, gdy w 1968 roku ukuł pojęcie “ageizmu”, by opisać społeczną dyskryminację osób starszych.
Butler, który był też psychiatrą, zmarł na białaczkę w wieku 83 lat, na kilka dni przed wielką fetą Ringo. Jak twierdzą znajomi profesora, nikt nie zrobił więcej dla poprawy wizerunku starości w Ameryce. W swoich pracach dowodził on, że seniorzy wcale nie są skazani na niedołężność, ale potrafią być produktywni, sprawni intelektualnie i aktywni – seksualnie i w innych sferach. Sam Butler zresztą był tego najlepszym przykładem, bowiem pracował jeszcze na trzy dni przed swoją śmiercią.
Choć Butler na pewno wiwatowałby na cześć starszawego Beatlesa na scenie, jego koledzy podkreślają, że przestrzegał również przed powielaniem odwrotnego stereotypu, wedle którego “udana starość”, by użyć jego słów, sprowadza się do walenia w bębny przed wielotysięczną publicznością – czyli udawania, że wciąż mamy 20 lub 40 lat.
Ten stereotyp wydaje się niemal równie silny jak sam ageizm.
– Za bardzo skupiamy się na skrajnościach – twierdzi Anne Basting, dyrektor Center on Age and Community na University of Wisconsin w Milwaukee. – Słyszymy albo o wczesnej diagnozie alzheimera, albo o babciach skaczących ze spadochronem. Za mało mówi się o pośredniej kategorii, do której należy znaczna część ludzi starszych.
Mimo to większości społeczeństwa siedemdziesiątka wciąż kojarzy się bardziej z końcem niż z początkiem. Średnia długość życia w USA wynosi 78 lat – trochę więcej dla białych kobiet, a mniej dla mężczyzn i osób czarnoskórych. Wskaźnik ten wprawdzie wzrasta, ale chyba wolniej niż nasze oczekiwania. Gloria Steinem powiedziała w 2004 roku o swoich 70 urodzinach: “Ten próg przypomina o śmiertelności”.
Ale dziś, gdy 80-letni Clint Eastwood wciąż kręci filmy, a 88-letnia Betty White występuje w nowym sitcomie, nie oczekujemy już od 70-latków, by przygotowywali się na śmierć, ale by jeszcze żwawiej wymachiwali swymi artretycznymi kończynami.
Ósma dekada życia, jak wskazuje Basting, “jest obecnie postrzegana jako czas aktywności: jesteś już na emeryturze, więc pora odkrywać świat i rozwijać się umysłowo”. Wielu osobom zdrowie na to pozwala, ale nie wszystkim.
– Ponieważ ludzie żyją coraz dłużej, będzie wzrastał odsetek osób niedołężnych i niepełnosprawnych – przewiduje S. Jay Olshansky, demograf z University of Illinois w Chicago, który bada procesy starzenia się. Większa długowieczność może się przełożyć na więcej przypadków udarów i choroby Alzheimera, dodaje.
Według gerontologów istnieje też niebezpieczeństwo, że sławiąc owych nadzwyczaj aktywnych staruszków wpędzimy w poważne kompleksy seniorów, którzy nie grają dla tłumów na bębnach, a zwłaszcza tych cierpiących na schorzenia wieku starczego.
Presję tę zwiększa jeszcze prowadzona obecnie polityka społeczna. Komisja Europejska zarekomendowała ostatnio podwyższenie wieku emerytalnego do 70 lat, by zapewnić wypłacalność państwowym systemom świadczeń. Z kolei lider Republikanów w amerykańskim Kongresie, John Boehner z Ohio, zaproponował, by wypłaty z Social Security przysługiwały emerytom dopiero od 70 roku życia, co pozwoli na zachowanie finansowej płynności programu.
Thomas R. Cole, dyrektor McGovern Center for Health, Humanities and the Human Spirit w Health Science Center na University of Texas w Houston oraz autor książki o kulturowej historii starości, twierdzi, że podziwia wiekowe osoby, które – jak mówi jego 85-letnia matka – “hasają sobie po trawce”.
Jednocześnie podkreśla on: – Jeżeli nie będziemy pamiętać o typowych problemach osób po siedemdziesiątce i osiemdziesiątce, to zaniedbamy ludzi potrzebujących pomocy. W takim wypadku jasno damy im do zrozumienia: jeżeli chorujesz, to twoja wina; jeżeli nie masz orgazmów i nie bierzesz udziału w maratonach, coś jest z tobą nie tak. Musimy zastanowić się, jak zadbać o ludzi w gorszej kondycji. Nie mogą czuć się jak nieudacznicy tylko dlatego, że nie są już w stanie robić tego, co dawniej.
“Dzielenie” starości na dobrą i złą sięga według Cole’a połowy XIX wieku, kiedy mieszkańcy USA po raz pierwszy dokonali tak zwanej “legitymizacji długowieczności”. Przeciętna długość życia wynosiła wówczas zaledwie 40 lat, ale zaczęto wierzyć, że człowiek może dożyć późnej starości, którą utożsamiano z wiekiem powyżej 80 lat. – Ludzie wtedy zaczęli myśleć: “Urodziłem się, by przeżyć długie życie, więc jeżeli będę ciężko pracował i będę porządnym człowiekiem z klasy średniej, to czeka mnie spokojna śmierć. A jeśli nie uda mi się, to znaczy, że zasługuję na krótkie życie i śmierć w cierpieniach” – mówi Cole.
Cole dodaje, że to przekonanie wciąż pokutuje, o czym świadczy nasza obsesja na punkcie zdrowia i długowieczności, której przejawem są chociażby okładki kolorowych magazynów. – Chcielibyśmy wierzyć, że wszystko da się kontrolować siłą woli – mówi.
Gerontologowie zwykle definiują udaną starość jako maksymalne wykorzystywanie własnego potencjału oraz utrzymywanie jak największej aktywności towarzyskiej i intelektualnej. Nasza kultura częściej jednak wielbi aktywność w bardziej dosłownym znaczeniu.
– Nie zaszkodziłoby nam, gdybyśmy z powrotem docenili wartość refleksji i kontemplacji – twierdzi Basting. – Starsze osoby czują presję, by być ludźmi sukcesu, angażować się w wolontariat, aktywnie spędzać czas i grać w tenisa. Dzieje się tak po części dlatego, że żyjemy w kulturze czynu. Nie wiemy tak naprawdę, jak być. A jesień życia jest właśnie po to, by być. Ale to wiąże się ze stygmatem.
Wzorem dla nas może być wielu starzejących się muzyków i innych artystów. Ludzie kreatywni nie odchodzą na emeryturę, ale ich dojrzałe dzieła często są odzwierciedleniem nowego etapu w ich życiu. Cole podaje jako przykład filmy Clinta Eastwooda oraz piosenki Paula Simona, który niegdyś opisywał w utworze “Old Friends”, jak dziwaczna dla młodego człowieka jest perspektywa siedemdziesiątki, ale później, w wieku 60 lat, śpiewał już o starzeniu się, nawiązując do własnego doświadczenia.
Z drugiej strony, jak mówi Basting, być może Mick Jagger wyznaczy nowe standardy – ciekawe, czy będzie jeszcze hasał po scenie w wieku 75 lat?
Oglądanie starzejących się ikon rock’n’rolla może być irytujące szczególnie dla przedstawicieli pokolenia baby boomu. Robert Kastenbaum, 77-letni psycholog i autor licznych publikacji na temat starości, porównuje to uczucie do uczestnictwa w zjeździe absolwentów szkoły średniej po 50 latach i spotkania z dziewczyną, w której się podkochiwaliśmy. – Ta głupiutka dziewczyna, która była zbyt piękna, by mogła istnieć naprawdę, dziś okazuje się dojrzałą, rozważną babcią – wskazuje. – Z początku nie możesz uwierzyć, jak bardzo się zmieniła. Prawda jest taka, że zawsze była sobą. Kiedyś budziła zachwyt, a teraz –szacunek. Musimy pamiętać, że w życiu są różne etapy, i zrozumieć, że nie ma między nimi dysonansu. – Właśnie na tym polega tolerancja – podkreśla Kastenbaum.
Podobnego zdania był Butler. W swoim ostatnim wywiadzie, przeprowadzonym niecałe dwa tygodnie przed jego śmiercią, stwierdził: “Czasami to najstarsza osoba w pokoju ma najbardziej wnikliwe spostrzeżenia – ale nie zawsze. Myślę, że powinniśmy realistycznie patrzeć na różne okresy w życiu i nie idealizować starości jako najwspanialszego etapu, wieku czcigodnych, leciwych mędrców. Moim zdaniem to przesada”.
Czy presja kiedyś znika? Być może.
Basting, który przeprowadzał wywiady z seniorami należącymi do amatorskich zespołów teatralnych, wspomina, jak jeden z jego rozmówców chwalił się, że w wieku 90 lat wreszcie poczuł “prawdziwą wolność”. – Co byś nie robił, ludzie są zdziwieni, że jeszcze żyjesz – mówi Basting. – Gdy przekroczysz dziewięćdziesiątkę, nikt niczego już od ciebie nie wymaga.
Kate Zernike









