Potępienie Lisickiego
Słowne spory liderów konkurujących formacji politycznych są chlebem powszednim polityki. Ale sytuacja, w której szef partii opozycyjnej podejmuje ostrą polemikę z redaktorem w sumie sympatyzującej z jego ugrupowaniem gazety, to pewne novum. Czym to red. Lisicki z “Rzepy” naraził się Kaczyńskiemu? Być może brakiem zrozumienia, o co Kaczyńskiemu obecnie chodzi. A jeżeli natychmiast Lisickiego pochwalił red. Blumsztajn z GW, no to może prezes ma powody do zdenerwowania.
Krytyka ze strony “liberalnych” mediów spływa po szefie PiS jak woda po rynnie, bo to i tak jego zadeklarowani przeciwnicy. Ale od “Rzepy” oczekiwano zapewne większego zrozumienia potrzeby chwili. Przy czym rzeczywiście Lisicki zdaje się źle odczytuje dynamikę sytuacji, przypisując Kaczyńskiemu zbyt wielki wpływ na rozwój obecnego konfliktu na Krakowskim Przedmieściu. Jarosław Kaczyński nie dokłada się do powstawania u nas “zapateryzmu”. Chętnych bowiem do powtórzenia działań hiszpańskiej lewicy w Polsce nie brakuje i bez jego ostrej krytyki wypowiedzi Prezydenta Komorowskiego o potrzebie usunięcia krzyża. Natomiast - być może - sama możliwość pojawienia się na bazie wtorkowej demonstracji ruchu społecznego, który z budowaniem zapateryzmu w Polsce będzie można skojarzyć, to nowe polityczne otwarcie i szansa na zmobilizowanie tej części konserwatywnego, tradycyjnego elektoratu, który do tej pory w wyborach był nieobecny.
Jarosławowi Kaczyńskiemu można zarzucić wiele, ale nie polityczną lekkomyślność. Jego postępowanie było i jest przemyślane i podporządkowane długofalowym planom. To, że ich realizacja nie zawsze się prezesowi PiS udaje, to już całkiem inna sprawa. Dlatego też obecny ostry i spersonalizowany ton wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego to nie jest wynik jakiegoś nerwowego załamania, czy odreagowywania traumy, jak próbują tłumaczyć szefa jego zwolennicy. Kontrast z postawą Kaczyńskiego z okresu kampanii prezydenckiej jest logicznym wynikiem zmiany sytuacji. Wybory miały służyć zbudowaniu szerszej platformy politycznego działania, stąd brało się pewne wyciszenie tonu jego wypowiedzi. Dzień po wyborach Kaczyński rozpoczął jednakże dwie, kolejne kampanie: jedną przeciw rządowi PO, z perspektywą przyszłorocznych wyborów, i drugą, skierowaną osobiście przeciw Bronisławowi Komorowskiemu, obliczoną na osłabienie jego wizerunku do momentu następnych wyborów za lat pięć. I w tym działaniu Kaczyński jest bardzo konsekwentny. Rozdzieranie szat nad jego “strasznym” wnętrzem jest jedynie dawaniem dowodu naiwności. Kaczyński buduje swą siłę na walce, na kontestacji obecnego ładu politycznego w Polsce. I mówi szczerze o tym, iż mamy do czynienia z walką dwóch wzajemnie wykluczających się wizji kraju. Dziś w sondażach ta taktyka pełnej konfrontacji zdaje się PiS szkodzić, ale za kilka miesięcy, kiedy być może sytuacja gospodarcza osłabi dobre notowania rządu, a wzrost cen zaniepokoi dosyć mimo wszystko ospały, polski elektorat, może być różnie.
Happening czy wojna polsko-polska?
Happeningowa, nocna demonstracja przeciwników obecności krzyża “smoleńskiego” przed Pałacem Prezydenckim pokazała szerokiej publiczności nową społeczną rzeczywistość nad Wisłą. Szacunek dla symboliki religijnej, wymuszany dotychczas nawet na przeciwnikach religii poprzez obawę powszechnej publicznej nagany, to czas miniony. Dawne symbole utraciły swoją powagę. Dziś, na bazie powszechnego upadku autorytetów, na tle miałkości naszych politycznych i wszelkich innych elit duża część młodych ludzi może być podatna na radykalne hasła ściślejszej separacji Kościoła Katolickiego od przestrzeni publicznej w Polsce. Dla Kościoła, dla katolickiej hierarchii i katolickich intelektualistów powinien być to dzwonek alarmowy. Rozumie to dobrze dr. Terlikowski z “Frondy”. Ale czy zrozumie to instytucjonalna “góra”? A jeżeli rozumie, to jaka będzie jej odpowiedź? Czy zresztą hierarchowie mają jakieś pole manewru na scenie politycznej walki?
Nocna demonstracja na Krakowskim Przedmieściu była dla postronnego obserwatora widowiskiem równie smutnym, jak fiasko akcji przeniesienia krzyża do Św. Anny. Dziennikarze zaś wyraźnie czekali na dramatyczne wydarzenia, bo jak inaczej wytłumaczyć całonocną transmisję z tej - anonimowej wszak - inicjatywy społecznej. Kilkutysięczny tłum zachowywał się tak, jakby garstka w sumie pozbawionych jakiegokolwiek poparcia ludzi, broniących obecności krzyża w tym miejscu, była rzeczywiście forpocztą groźnej, katolickiej krucjaty, nową “Falangą” czy czymś jeszcze gorszym.
W lukę kompletnej nieudolności Kancelarii Prezydenta, przy niezrozumiałym w sumie zachowaniu wielu dostojników kościelnych, wchodzi z premedytacją SLD, narzucając w gorączce chwili debatę o laickości państwa. Mówią o tym coraz głośniej i Napieralski, i Miller, i Szczuka, i Środa. Tyle, że akurat ta debata jest nam najmniej potrzebna, bo jeśli spór o śledztwo smoleńskie i sama kwestia politycznej, czy choćby moralnej odpowiedzialności za tę katastrofę potrafiły Polaków tak podzielić, to taka ideologiczna debata może nam rzeczywiście przynieść już nie medialno-partyjną, ale całkiem realną wojnę polsko-polską. Oczywiste jest, że polska lewica, i ta z SLD i ta poza-partyjna, szuka gorączkowo tematu, przestrzeni, w której mogłaby zaistnieć jako samoistna siła, jako alternatywna oferta dla młodych, “zeuropeizowanych” Polaków - wobec i PO, i PiS. Jest to jednak zagrywka ryzykowna dla Polski. Raz rozbudzone emocje religijne nie zostawiają miejsca na kompromis. Czy rzeczywiście chcemy powtarzać doświadczenia Hiszpanii?
Wojciech Michał Wojnarowicz










Wedlug mnie nie ma nic zlego w tym zeby ten krzyz przeniesc gdzies w godne miejsce do kosciola. Nie mozna tego nazywac proba “usuniecia” krzyza.
Mowie to z pelna odpowiedzialnoscia jako czlowiek wychowany w katolickiej wierze.
Zalosne jest to ze Rydzykowa sekta “broniaca” krzyza uzurpuje sobie prawo wypowiadania sie w imieniu wszystkich katolikow.
Pozdrawiam.