Hitler rulez
1 września politycy wygłaszali okolicznościowe przemówienia, a polskie dzieci poszły do szkół, na murach których oprócz normalnych bazgrołów od czasu do czasu pojawiają się napisy takie, jak ten tytułowy. Woźne mojego dawnego liceum problemu nawet nie zauważyły, a zagadnięta na parkingu nauczycielka wyjaśniła mi, iż za napisy odpowiedzialna jest szkolna dziatwa, a pan dyrektor nie ma środków na czyszczenie ścian. No!
1 września 1939 roku umarł świat stworzony w oparciu o idealistyczne zasady samostanowienia narodów, wyartykułowane najlepiej po Wielkiej Wojnie 1914-1918 roku przez prezydenta USA, Woodrow Wilsona, a zrealizowane w oparciu o ułomny Traktat Wersalski. To był chybiony eksperyment, moment nieuwagi wielkich tego świata. 1 września skorygował ten błąd, w konsekwencji hitlerowskiej agresji umarła zasada bezwarunkowej suwerenności w Europie małych i średnich państw. Umarła także w sposób nieomal niezauważalny odtworzona w swym mniej więcej historycznym kształcie Rzeczpospolita. Czuł to zmobilizowany na kresach prof. Stanisław Swianiewicz, ale poza nim niewiele osób zapewne miało poczucie tej epokowej zmiany. Wojna jak wojna, miała skończyć się do Świąt, wraz z aliancką ofensywą. Ta nowa wojna, rozpoczęta przez Niemcy, cokolwiek miało w niej miejsce, realizowała starą zasadę imperialną - rządzą wielcy, a mali mają się ustawić w ich orszaku. I ta zasada przyświeca nam do dziś, mimo wszelkich górnolotnych frazesów. Współczesnym światem rządzą od tamtych lat wielkie mocarstwa, one nadają ton międzynarodowej debacie, wymianie gospodarczej i wzajemnym relacjom narodów.
W Polsce nadal panuje moda na analizowanie przyczyn klęski wrześniowej. I są tacy, którzy z wielkim trudem dowodzą, jak mogliśmy te wojnę wygrać, a przynajmiej nie przegrać tak rozpaczliwie. Zapominają przy tym, iż 1 września 1939 roku doszła do głosu w świecie ideologia eksterminacji całych społeczeństw. Polska stanęła na jej drodze. Tak - mogliśmy uniknąć anihilacji, ale jedynie za cenę przyłączenia się do brunatnego lub czerwonego terroru. A do tego nie byliśmy zdolni. Nie byliśmy jednak także zdolni do obrony siłą naszych racji i naszego sposobu życia. Cena za słabość była tragiczna.
Kampania wrześniowa była bez wątpienia szokiem dla narodu, utwierdzanym przez oficjalną propagandę w przekonaniu, iż “Armia Polska milion wojska” oraz, że w razie czego “nie oddamy nawet guzika”. Oddaliśmy nie tylko guziki, a krach polskiej państwowości był kompletny. To, co zdało egzamin, to patriotyczne nastawienie społeczeństwa, wierność żołnierska oraz przywiązanie do samej idei posiadania własnego państwa.
Lekcja września 1939 to lekcja iluzoryczności sojuszów zawieranych między wielkimi i małymi państwami, gdzie relacje klientelne brano za gwarancje pomocy. W polityce międzynarodowej nic nie dzieje się za darmo. A my nie mieliśmy naszym “sojusznikom” niczego do zaoferowania. Nie mieliśmy także zdolności do twardej gry o własne interesy, nie zdobyliśmy się na żadne zagrywki odsuwające od nas niebezpieczeństwo niemieckiej agresji. Mogliśmy i my wszak paktować z diabłem, ale powstrzymało nas od tego jakieś samobójcze poczucie obowiązku wobec zasad. Jakich zasad? Tak, mieliśmy honor i historyczne racje, ale nie mieliśmy przysłowiowych armat. I daliśmy się skierować na pierwszą linię konfliktu z oboma strasznymi totalitaryzmami XX wieku, kiedy inni wykorzystali ten czas na poprawienie własnej zdolności obronnej.
Czego uczy nas pamięć o Wrześniu 1939 roku? O to należałoby zapytać naszych polityków, wychowawców i resztę społeczeństwa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż tak naprawdę - niczego. Nasza naiwna wiara w siłę międzynarodowych sojuszów i zobowiązań jest nie mniejsza, niż 71 lat temu. Najlepszym dowodem owej naiwnej wiary w to, iż przeszłość sama z siebie kogokolwiek czegokolwiek uczy, wyziera z przemówienia na Westerplatte Prezydenta Komorowskiego. Powtarzanie zaklęcia, iż zjednoczona Europa jest wolna od wojennego zagrożenia uderza naiwnością. Nasza zaś własna zdolność obronna równa się dzisiaj blisko zeru. Co zaś najgorsze, to fakt, iż dziś już nie ma w społeczeństwie tej bezwarunkowej akceptacji zasady, iż dobro Rzeczpospolitej jest nawyższym dobrem. Dobrem - podniesionym do kostytutywnej podobno zasady kapitalizmu - jest jedynie to, co służy realizacji naszych bieżących zachcianek i potrzeb, a nie jakaś iluzoryczna wspólnota losów czy poczucie obowiązku wobec wspólnego interesu. Liczy się kasa i władza. Sceny rozgrywające się obecnie, czy to na Krakowskim Przedmieściu, czy na rocznicowym zjeździe “Solidarności” pokazują nam dobitnie, jak rozbite i jak skłócone jest nasze społeczeństwo.
A świat? Świat wita z radością realizację planu Obamy zakończenia wojny w Iraku. Amerykanie kończą swą misję, która kosztowała ich ponad 4 000 żołnierzy, o rannych nie wspominając. Cierpień Irakijczyków nikt nie zliczy, ale o tym było wyżej. Małych i słabych nikt w rachunki nie wlicza. Druga Wojna funkcjonuje jedynie w kontekście odpowiedzialności za Holokaust. Wszelkie inne dywagacje zarezerwowane są dla specjalistów, których rewelacji nikt nie zauważa, nawet w szkołach lub na uniwersytetach. Historia wojny jest zaś jedynie materiałem dla coraz to głupszych filmideł, w których fikcja zastępuje realia, żeby się to dało w ogóle oglądać w świecie kultu celebrities. I dlatego na murze mojego liceum ktoś wymazał to, co wymazał.
WMW









