Trzeba wiedzieć, jak konsekwentnie budować swój wizerunek i zdobywać nowe znajomości, nie będąc przy tym nachalnym.
Jeszcze kilka lat temu poszukiwanie pracy było stosunkowo prostym procesem: napisać CV, przejrzeć oferty, odpowiedzieć na te, które wydają się odpowiednie i czekać. – Teraz to już tak nie działa – mówi Nancy Halverson, wiceprezes ds. nauki i rozwoju talentu w firmie MRINetwork, zajmującej się rekrutacją pracowników.
Jak wiele innych dziedzin życia, proces poszukiwania pracy przeszedł prawdziwą rewolucję od czasu powstania takich serwisów jak Facebook, Twitter, LinkedIn i inne portale społecznościowe. Dziś osoby szukające zatrudnienia muszą posiąść niełatwą umiejętność poruszania się w internetowej społeczności w taki sposób, by promować siebie, nie sprawiając przy tym wrażenia egocentryka. Jednocześnie trzeba cały czas dbać o swoją sieciową reputację. Najmniejsze potknięcie może odstraszyć ewentualnych pracodawców.
– Jeśli nie masz swojego profilu na portalach społecznościowych, rekruterzy nie będą w stanie do ciebie dotrzeć – przekonuje Halverson.
Tymczasem dla wielu bezrobotnych technologiczne wymogi współczesności stanowią poważną przeszkodę w znalezieniu posady. Coraz więcej osób zwraca się do poradni zawodowych i ośrodków kształcenia ustawicznego działających przy uniwersytetach. – Uczenie ludzi, jak mają wykorzystywać te narzędzia staje się jednym z głównych działań takich instytucji – mówi Nancy Richmond z Massachusetts Institute of Technology. – Pokazujemy, że używanie mediów społecznych to doskonały sposób, by przekonać pracodawcę, że nadążamy za nowatorskimi trendami. To może mieć ogromne znaczenie dla dalszej kariery.
Dwa razy w semestrze Richmond prowadzi warsztaty, podczas których uczy swoich kursantów, jak korzystać z serwisu LinkedIn i innych portali społecznościowych. W czasie lekcji indywidualnych pomaga uczniom w dopracowywaniu ich internetowych profili, docieraniu do potencjalnych pracodawców i budowaniu sieci znajomości.
Takie zajęcia stały się standardowym elementem programu na uczelniach w całych Stanach Zjednoczonych. Często domagają się ich sami studenci. Na ten rok Uniwersytet Wisconsin w Eau Claire zaplanował serię kursów pod nazwą “Język mediów społecznych”, które mają być trampoliną do świata kontaktów internetowych.
– Należy nie tylko tłumaczyć ludziom, dlaczego powinni istnieć w społeczności internetowej, ale także nauczyć ich, jak mogą zaprezentować się w sposób spójny i właściwy, jak mają podejść do promowania siebie – wyjaśnia pomysłodawczyni kursów Laurie Boettcher.
Czasem jest to trudne, ponieważ wielu bezrobotnych nigdy wcześniej nie miało powodu, by budować swoje profile w sieci. Tacy ludzie nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Dotychczas pracowali na przykład w branży wytwórczej, gdzie Facebook i Twitter nie były częścią ich codziennego życia. Niektórzy spędzili całe dekady w jednej firmie i nigdy nie mieli potrzeby pisania CV, nie mówiąc o tworzeniu strony opisującej ich karierę w serwisie LinkedIn. Kiedy na skutek globalnego kryzysu tak nagle i nieodwracalnie stracili zatrudnienie, poczuli się osamotnieni. Mają wszelkie umiejętności konieczne do podjęcia nowej pracy, ale nie wiedzą, jak jej szukać.
Okazuje się wówczas, że to nie aspekty techniczne są najtrudniejsze do opanowania. Dla osób, które nigdy nie należały do żadnych społeczności internetowych, największym problemem są subtelne umiejętności społeczne konieczne do funkcjonowania w tym środowisku.
Ta sztuka bywa wyjątkowo trudna nawet dla tych, którzy z komputerami są za pan brat. W 2008 roku Oliver Schmid, informatyk z Los Angeles, stracił pracę. Po raz pierwszy od 20 lat musiał szukać nowej posady. Zabrał się do tego w sposób tradycyjny: wysłał CV i czekał na odzew. Na próżno.
– Wygląda na to, że mój życiorys na nikim nie zrobił większego wrażenia – stwierdza Schmid. Dziś przyznaje, że CV nie prezentowało go w sposób pełny – nie było tam mowy o szerokim wachlarzu doświadczeń zawodowych, ani też o pasji i pomysłowości w tym, co robi.
Schmid zajrzał do internetu. Znalazł kilka stron z poradami dla szukających pracy. Dowiedział się, jak budować swoją markę w sieci. Zaczął pisać blog o swojej pracy. Kontaktował się z kolegami po fachu za pośrednictwem Twittera.
– Na początku nie obyło się bez potknięć –wspomina Schmid. Jednak po kilku miesiącach opanował sytuację. Udoskonalił umiejętność tworzenia krótkich wpisów o swojej pracy i kierowania ich do właściwych ludzi na Twitterze. Stał się bardziej konsekwentny, ale nie nachalny.
Wszystkie te działania wymagały ogromnego wysiłku, chociaż Schmid miał świadomość, że nie dają one gwarancji na znalezienie pracy. – Sieci kontaktów tak naprawdę służą poszerzaniu naszej strefy wpływów – mówi specjalistka ds. doradztwa zawodowego Miriam Salpeter. – Powinniśmy zwiększać liczbę ludzi, którzy o nas wiedzą. To się może opłacić – dodaje Salpeter.
Tak było w przypadku Schmida. Dawny kolega z pracy zauważył jego wpisy i polecił go pewnej norweskiej firmie technologicznej. Po krótkim okresie luźnej współpracy Schmid podpisał stałą umowę. Dziś uważa, że bez Twittera pewnie by mu się to nie udało. – Oni mnie nie szukali. Po prostu natknęli się na mnie w sieci – tłumaczy informatyk.
Farhad Manjoo











Bardzo dobry artykul i na czasie. Prosze o przeslanie na moj email versji angielskiej, jesli to mozliwe. Dziekuje i pozdrawiam. MW