Wielkie zamieszanie wokół naprotechnologii wybuchło niedawno, podobnie jak olbrzymie zainteresowanie, jakim cieszy się ta metoda wśród par daremnie starających się o dziecko. Zainteresowanych jest naprawdę wiele, gdyż szacuje się, że w Polsce niepłodnością dotkniętych jest ok. 2 mln osób!
Sama nazwa innowacyjnej metody to skrót od: Natural Procreative Technology, terminu, który wprowadził amerykański ginekolog, Thomas Hilgers. W Europie naprotechnologia stosowana jest od 10 lat, zaś pierwsze polskie małżeństwo zdecydowało się na rozpoczęcie leczenia niepłodności za pomocą tej metody dopiero w zeszłym roku.
Dwuletnia gwarancja
Na czym polega ta terapia? Zwolennicy naprotechnologii podkreślają, że jest to metoda w całości naturalna, opierająca się na codziennych obserwacjach cyklu. Z kobietą pracuje instruktor, który uczy ją jak wsłuchać się we własne ciało i obserwować kolejne etapy cyklu. Te obserwacje, które muszą być skrzętnie notowane kilka razy dziennie, dotyczą śluzu, temperatury, samopoczucia itd. Po kilku miesiącach obserwacji lekarz może już zacząć szukać przyczyny niepłodności, zlecając testy i przepisując leki. Jeśli to nie pomaga, zleca się dodatkowe badania: USG, poziom hormonów, a także badanie nasienia mężczyzny. Zwolennicy naprotechnologii podkreślają, że zarówno badania, jak i leki dobierane są zgodnie z indywidualnym cyklem badanej kobiety. Podstawowa różnica między naprotechnologią a metodą in vitro polega na tym, że lekarze proponujący sztuczne zapłodnienie nie badają cyklu kobiety. Jednak to nie wszystko - metoda ta zajmuje się również leczeniem niepłodności męskiej np. mniejszej liczby i ruchliwości plemników.
Podobno naprotechnologia jest bezpieczna dla zdrowia pacjentki i dziecka, a zaleca się ją nawet w przypadku poronień nawykowych i ciąż zagrożonych.
Kolejnym plusem naprotechnologii są koszty; zwolennicy głoszą, że jest trzykrotnie tańsza od in vitro. Ponadto naprotechnolodzy gwarantują, że w ciągu pierwszych dwóch lat odnajdą i jeśli jest to możliwe, wyleczą przyczyny bezpłodności. No i najważniejsze; decydując się na tę metodę nie będziemy mieć dylematów moralnych, gdyż , jak głoszą jej zwolennicy, nie powoduje ona śmierci zarodków!
Czas na wagę złota
Problem jednak polega na tym, że naprotechnologia okazuje się zupełnie bezskuteczna w przypadku walki z najczęstszymi przyczynami bezpłodności; zbyt małą liczbą plemników u mężczyzn, lub zaawansowaną endometriozą, ale też niedrożnością lub brakiem jajowodów u kobiet. Właśnie dla takich osób, jedynym sposobem na to, by doczekać się dziecka jest in vitro. Przeciwnicy naprotechnologii podkreślają jeszcze, że poddanie się tej metodzie trwa nawet 2 lata. Dla wielu par ten czas będzie stracony, gdyż kobieta nie produkuje komórek jajowych w trakcie całego życia, tylko powoli traci te, z którymi się urodziła. Jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że płodność kobiet w wieku 37-39 lat spada aż o połowę, zrozumiemy, że dla przeciwników metody 2 lata obserwacji śluzu czy temperatury ciała wydają się być czasem straconym…
Skąd zatem rosnąca popularność naprotechnologii? Wynika ona z… podejścia do pacjenta. W porównaniu z rutynową serią wizyt u rejonowego ginekologa, który zleci kilka badań, posiadanie własnego instruktora działa mobilizująco. Poza tym, pacjentka ma wrażenie, że czas ustalenia przyczyn niepłodności zależy tylko od niej, a nie od lekarza, gdyż to ona musi prowadzić skrupulatne zapiski, na podstawie których usłyszy potem diagnozę. Wreszcie pozostaje aspekt duchowy; naprotechnologia to woda na młyn dla środowisk katolickich. Najlepiej świadczy o tym fakt, że program leczenia obejmuje również rozmowy z terapeutą i duchownym. Dlaczego obecność księdza jest niezbędna? Otóż pary, dla których nie da się nic zrobić, przygotowywane są także do… adopcji dzieci. Po kilku latach spotkań, są gotowe, by przyjąć dziecko do swojej rodziny. Tylko czy w tym przypadku można mówić o leczeniu niepłodności?
Duże pieniądze, wielka ideologia
Przeciwnicy naprotechnologii odpierają też argument związany z kosztami metody względem drogiej in vitro. Nowa metoda jest stosowana tylko w prywatnych klinikach, które, jak wiadomo, są nastawione na przynoszenie dużego zysku. A przecież trwające ok. 2 lata spotkania z instruktorem (który wcale nie musi mieć wykształcenia medycznego!), a potem lekarzem, który zleci wiele badań, czy wreszcie z duchownym, muszą kosztować niemało w porównaniu z półrocznym programem leczenia in vitro, na które skierowanie dostaje tylko 1 na 10 par borykających się z bezpłodnością.
I jeszcze jeden argument, jakim posługują się przeciwnicy nowej metody: naprotechnolodzy to często nawet nie lekarze, lecz osoby bez podstawowej wiedzy na temat fizjologii i najnowszych me-tod leczenia niepłodności. Niestety, w większości przypadków ci „specjaliści” nie stosują się do ogól-nych zasad medycyny opartej na dowodach naukowych, co w efekcie przynosi szkodę pacjentom.
Pozostaje jeszcze kwestia, która przynosi najwięcej kontrowersji; “mordowanie” zarodków. Naprotechnologia zapewnia, że w przeciwieństwie do in vitro obchodzi się bez takich metod. Zwolennicy akceptowanej przez środowiska katolickie metody walki z bezpłodnością zapominają jednak, że medycyna idzie do przodu i dziś, dzięki technice witryfikacji przeżywa aż 100% zamrożonych zarodków, których i tak jest bardzo mało, gdyż obecnie do zapłodnienia pobiera się jedną komórkę jajową. Dla wielu lekarzy naprotechnologia pozostaje więc… silnie lansowaną przez środowiska katolickie metoda postawienia diagnozy, ale nie uleczenia pacjenta.
Naprotechnologia wydaje się być światełkiem w tunelu dla par, które od lat bezskutecznie starają się o dziecko. Zwolennicy innowacyjnej metody podkreślają zwłaszcza jej ideologiczny wymiar. Problem jednak polega na tym, że leczące się z niepłodności osoby często są zdesperowane. Takim osobom łatwo jest obiecać rzeczy niemożliwe, dać złudzenie, nadzieję, i to zarówno w gabinecie lekarskim, jak w klinice naprotechnologicznej. Skutek? Dotknięte bezpłodnością pary latami mogą tracić czas i pieniądze by tylko doczekać potomstwa.
Joanna Bielas/mwm










Naprotechnologia pomaga tam, gdzie są słabe parametry nasienia. Mąż miał wyniki 300 tys. (gdy norma to 20 mln) większość nieruchomych i nieprawidlowych, pewien lekarz powiedział że nie mamy szans zajść w ciążę naturalnie, zalecił biopsję jądra żeby sprawdzić czy można pobrać plemniki z jąder bo nawet na in-vitro dawał małe szanse. Zaczęliśmy się leczyc w klinice naprotechnologii i po roku, trzech wizytach wyniki wzrosły do 13 mln. A niedawno widzieliśmy na usg bijące serduszko naszego tak bardzo wyczekiwanego i kochanego Maluszka