Tag Archive | "dzieci"

Nuda receptą na życie?

Tags: ,

Nuda receptą na życie?


Zachęcanie dzieci do uczestnictwa w rozmaitych dodatkowych zajęciach  ma swoje dobre strony, ale nie brakuje również tych negatywnych, zwłaszcza jeżeli rodzice robią to, by poprawić własne samopoczucie, lub liczą, że nauczenie młodych osób szeregu umiejętności zagwarantuje im sukces w życiu.
nadzajetyWiększość rodziców, którzy mieszkają na moim osiedlu, prawdopodobnie wolałaby oszczędzić na własnych przyjemnościach, niż zrezygnować z dodatkowych zajęć dla swych dzieci.
Lekcje muzyki, gimnastyka, jazda konna, korepetycje, trwające całe lato obozy, zawody sportowe – lista jest całkiem pokaźna, podobnie zresztą jak wydatki.
Nawet kiedy zabraknie gotówki, niektórzy rodzice znajdują jakieś rozwiązanie. Znam ludzi, którzy pożyczali pieniądze od rodziny, brali kredyty pod zastaw domu i zadłużali karty, by zapłacić za wszystko, bez czego ich zdaniem dzieci nie mogą się obejść.
– Zajęcia, na które uczęszczała kiedyś głównie młodzież licealna, obecnie są popularne wśród uczniów gimnazjum, a nawet podstawówki – mówi William Doherty, profesor nauk o rodzinie oraz dyrektor programu terapii małżeńskiej i rodzinnej na University of Minnesota. – Wkrótce usłyszymy o szkole liderów dla niemowląt.
Muszę przyznać, że moje własne dzieci pobierały lekcje gry na skrzypcach, jazdy na łyżwach, tenisa, a nawet taekwondo (po których jedyną pamiątką jest masa kolorowych pasów w domu). Niektóre kursy trwały kilka miesięcy, inne całe lata.
I co w tym złego? Może to prawda, że część rodziców przesadza z dodatkowymi zajęciami, ale czyż nie przekładają się one na późniejszy życiowy sukces ich pociech?
Kiedy nie zapewniamy naszym dzieciom różnorodnych rozwijających atrakcji, “czujemy się jak gorsi rodzice”, twierdzi Wendy Mogel, psycholog kliniczna i autorka książki “The Blessing of a B Minus”.
Uszczęśliwianie dzieci na siłę pochłania jednak nie tylko mnóstwo pieniędzy, ale także emocjonalnej energii dorosłych.
– Wielu rodziców jest wykończonych przez swą własną nadgorliwość – podkreśla Bryan Caplan, profesor ekonomii na George Mason University w Wirginii. – Ponoszą wiele wyrzeczeń i są do tego stopnia zestresowani ciągłym wożeniem dzieci, że wrzeszczą, gdy te zmieniają stacje radiowe w samochodzie.
Czy mimo to nie warto się poświęcać dla dobra naszego potomstwa? Niekoniecznie. Najbardziej frapujących odpowiedzi na to pytanie udzielają nie psychologowie, a ekonomiści.
– Jeżeli spojrzymy na dzieci odnoszące sukcesy, łatwo dojść do pochopnego wniosku, że jest to zasługa dodatkowych zajęć – mówi Caplan. Badania jednak wcale tego nie potwierdzają.
Steven D. Levitt, profesor ekonomii na University of Chicago, opowiadał w niedawnej audycji w National Public Radio o analizie, którą przeprowadził wraz z kolegą. Badacze nie znaleźli żadnych dowodów na to, że tego typu postawy rodzicielskie korelują z lepszymi wynikami w nauce.
– Postawiłbym wręcz hipotezę – mówił Levitt – że natłok zajęć negatywnie wpływa na poczucie szczęścia u dziecka. Ciągłe jeżdżenie z jednej lekcji na drugą nie jest wymarzonym sposobem spędzania wolnego czasu dla większości dzieci – przynajmniej nie dla mojego.
Jak widać, ekonomistów interesują głównie sukcesy w nauce. Założyłabym się jednak, że zdaniem większości rodziców liczne dodatkowe formy aktywności gwarantują nie tylko lepsze stopnie, ale i większe szanse w przyszłości. Większość rodziców zdaje sobie sprawę, że znikomy odsetek dzieci osiąga mistrzowski poziom w jakiejkolwiek dziedzinie. Ale być może owe kosztowne lekcje golfa zapewnią synowi miejsce w licealnej drużynie, a kurs aktorstwa ułatwi córce zdobycie głównej roli w szkolnym przedstawieniu.
Który rodzic nie marzy, że lekcje gry na pianinie zaszczepią w dziecku dozgonną miłość do muzyki, nawet jeżeli miałoby grać tylko w salonie w domu?
Problem tkwi gdzie indziej – otóż zbyt wielu z nas uwierzyło, że każde dziecko ma “ukryty talent”, a jego odkrycie należy do obowiązków rodzica, tłumaczy Doherty.
Zachęcanie dzieci do uczestnictwa w rozmaitych zajęciach ma swoje dobre strony, ale nie brakuje również tych negatywnych, zwłaszcza jeżeli rodzice robią to, by poprawić własne samopoczucie, lub liczą, że nauczenie młodych osób szeregu umiejętności zagwarantuje im sukces w życiu.
Dążenie do szkolenia dziecka we wszelkich możliwych dziedzinach to przejaw “wypartego lęku przed przyszłością”, twierdzi Mogel.
Rezygnacja z lekcji baletu dla sześciolatki nie powinna przekreślić jej szans na karierę primabaleriny. Nawet gdy dziecko ma jakąś wielką pasję, nie oznacza to, że trzeba w nią wszystko inwestować, “zwłaszcza jeżeli miałoby się to niekorzystnie odbić na psychicznym zdrowiu rodziców bądź życiu rodzinnym”, wskazuje Doherty.
Albo na finansach.
– Rodzice mogą sobie odmawiać dóbr materialnych, ale bardzo trudno zrezygnować z tego, co traktujemy jako szansę – mówi Barbara Dafoe Whitehead, szefowa John Templeton Center for Thrift and Generosity w organizacji Institute for American Values. – Rozwój osobisty wydaje się świętą i nienaruszalną wartością, a za jej postrzeganie odpowiada zupełnie inny obszar w mózgu. Dzieci muszą zrozumieć, że rodzice nie mogą zapewnić im wszystkiego, jednak niezwykle trudno jest powiedzieć: “Przykro mi, nie stać nas na to” – dodaje Whitehead.
Moja przyjaciółka Rachel zdecydowała się zrezygnować po dwóch latach z prywatnych lekcji muzyki dla syna i córki. – Z początku czułam się, jakbym oszukała moje dzieci – przyznaje. – Byłam przekonana, że muzyka powinna być obecna w ich edukacji, a w szkole nie jest nauczana w dostatecznym zakresie.
Koszty – około tysiąca dolarów za semestr za jedno dziecko – stały się jednak zbyt dużym obciążeniem. Dzieci Rachel nie miały jej tego za złe – nadal grają na swoich instrumentach w szkole. – Zrobiłam wszystko, by połknęły muzycznego bakcyla, ale tak się nie stało – mówi Rachel. – Chciałabym wierzyć, że postąpiłam właściwie. Jestem wręcz zadowolona, że musieliśmy podjąć tę decyzję z powodów finansowych. W przypadku, kiedy można zapewnić dzieciom wszystko, zaczynają tonąć w morzu przeróżnych zajęć, nie wykazując żadnego wysiłku ani motywacji.
To nie oznacza, że stymulujące rozwój zajęcia pozaszkolne są zupełnie zbędne, ale równie ważne jest pełne ciepła i równowagi życie rodzinne, podkreśla Doherty. – Czasami dla dobra dziecka i rodziny warto odpuścić sobie nadmiernie absorbujące formy aktywności – radzi. Gdy dziecko lubi na przykład piłkę nożną, można mu pozwolić grać rekreacyjnie, a nie w półprofesjonalnym zespole, który wyjeżdża na mecze.
Musimy też odrzucić przekonanie, że jeżeli dziecko nie zacznie treningu wcześnie, nie rozwinie w pełni swego potencjału. Wiadomo przecież, że ludzki mózg osiąga pełną dojrzałość dopiero około 25 roku życia, dodaje Doherty.
Skąd więc ten pośpiech? Faktem jest, że dwunastolatek może mieć kłopoty z dołączeniem do sportowej drużyny, jeżeli wszyscy zawodnicy grają w niej od piątego roku życia. Ludzie jednak nieraz bardzo szybko uczą się nowych umiejętności, a nawet odkrywają pasje w dorosłym życiu, mimo że w młodszym wieku nie przejawiali takich inklinacji.
24-letnia córka Mogel gra obecnie wyczynowo w roller derby, a także studiuje stosunki przemysłowe. – Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że zainteresuje się którąkolwiek z tych dyscyplin, w życiu bym nie uwierzyła – przyznaje Mogel. – Pokutuje przesąd, że za pasją trzeba gonić, bo szybko ucieka. Rozumowanie to jest jednak całkowicie błędne.
Jeżeli nie ograniczymy nadmiernie intensywnych zajęć, być może już wkrótce będziemy musieli przeznaczyć sporo czasu i pieniędzy na kolejną aktywność – wizyty u terapeuty.

Alina Tugend

•••
W ostatnich dziesięciu latach zrobiło się głośno o “rodzicach-helikopterach”, którzy rozpieszczają swoje dzieci i skrupulatnie planują każdą minutę ich życia.
Arielle Ewell na każdym kroku spotyka matki, które opowiadają, jak cudowny wpływ na ich dzieci mają zajęcia gimnastyczne oraz lekcje muzyki, po czym namawiają ją, by zapisała na nie także swojego synka. To nic, że ma on dopiero 21 miesięcy. – Nie chcę krytykować cudzych metod wychowawczych, ale to wydaje mi się zupełnie zbędne – mówi Ewell, która niedawno zadebiutowała w roli mamy. – On nie potrafi nawet spokojnie ustać, gdy czekamy w kolejce. Czy przyzwyczaiłby się do harmonogramu zajęć? Nie sądzę.
nudnedziatkiW ostatnich dziesięciu latach zrobiło się głośno o “rodzicach-helikopterach”, którzy rozpieszczają swoje dzieci i skrupulatnie planują każdą minutę ich życia. Taka postawa jest coraz częściej krytykowana, o czym świadczą dwie wydane w tym roku książki, propagujące luźniejsze podejście do wychowania – “Simplicity Parenting: Using the Extraordinary Power of Less to Raise Calmer, Happier and More Secure Kids” Kima Johna Payne’a i Lisy M. Ross oraz “Free-Range Kids” Lenore Skenazy.
Filozofia wychowania zakładająca, że mniej znaczy więcej i postulująca wydłużanie czasu wolnego oraz ograniczenie ingerencji rodziców może się wydać nieco staroświecka. Jej zwolennicy twierdzą jednak, że obecne pokolenie uzależnionej emocjonalnie młodzieży i zestresowanych dzieci nadgorliwych rodziców jest samo w sobie wystarczającym argumentem za tą koncepcją.
Kim John Payne, terapeuta rodzinny ze stanu Nowy Jork i współautor pierwszej książki, twierdzi, że dzieci odczuwają tak dużą presję ze strony rodziców, że zaczynają się zachowywać podobnie jak dzieci uchodźców, które niegdyś leczył z zespołu stresu pourazowego.
Zdaniem Kathleen Crowley, profesor psychologii na College of Saint Rose, skłonność rodziców do nadmiernego kontrolowania życia dzieci spowodowała, że dzisiejsza młodzież jest mniej niezależna i kreatywna niż poprzednie pokolenie.
Kiedy dwadzieścia lat temu Crowley ogłaszała na zajęciach ze studentami, że zrobi test, nie było dyskusji. Dziś, jak mówi, studenci oczekują, że dokładnie im wytłumaczy, jak mają się przygotować. Ci sami młodzi ludzie przychodzą do niej z płaczem, ponieważ dostali pierwszą w życiu czwórkę i nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić.
Skutek tego “przedłużonego dojrzewania” jest taki, że absolwentom, którzy rozpoczynają kariery zawodowe, trzeba obecnie zapewniać w pracy doradztwo i szkolenia, by mogli się przystosować do nowego środowiska. – Gdy rozmawiam z rodzicami – zarówno jako matka, jak i psycholog rozwojowy – jesteśmy zdumieni, że nasze dzieci, które mają po 18, 19, 20 lat, są tak mało samodzielne – dodaje Crowley, która z bólem przyznaje, że sama w przeszłości zachowywała się jak  “helikopter” i była przerażona, kiedy jej 16-letni syn powiedział, że nie zrobi kanapki z tuńczykiem dla młodszego brata, bo nie potrafi się posługiwać otwieraczem do puszek. – Nie są osobami niezależnymi, a patrząc na style wychowania w ostatnich dziesięciu-kilkunastu latach, zrobiliśmy wszystko, by ich od siebie uzależnić. Nadzorowaliśmy każdą ich czynność. Ustalaliśmy im plan dnia. Wybieraliśmy jadłospis. Trzymaliśmy ich w domu, by uchronić ich przed czyhającymi rzekomo na każdym kroku zagrożeniami.
W przeciwieństwie do poprzednich pokoleń rodziców, obecni tatusiowie i mamusie sami byli wychowywani w kulturze strachu. Dziś są bombardowani doniesieniami telewizyjnymi o porwaniach nieletnich osób i reklamami lokalizatorów GPS dla dzieci. Czasopisma poświęcone wychowaniu zamieszczają artykuły, które zdradzają “sekret lepszych stopni” lub radzą, co zrobić, “by twój dzidziuś był bardziej rozmowny”. Presja, by być “dobrym rodzicem”, jest coraz silniejsza.
Dlatego właśnie młodzi ludzie, którzy dorastali, jeżdżąc po podwórku na rowerach i grając w piłkę, dopóki ich matki nie zawołały ich na kolację (krzycząc z okna, a nie dzwoniąc na komórkę), stali się rodzicami, którzy skazują swoje dzieci na zabawę w domu lub co najwyżej w ogródku i wożą je trzy razy w tygodniu na treningi oraz w pozostałe cztery dni na inne zajęcia.
Żeby dzieci przypadkiem nie nudziły się w czasie jazdy, kupują im odtwarzacze DVD, angażują się w ich szkolne kłótnie, pisząc e-maile do dyrektora i dzwoniąc do rodziców ich niegrzecznych kolegów, oraz pomagają dzieciom za wszelką cenę uniknąć porażki, siedząc wraz z nimi nad pracą domową i nie pozwalając, by kiedykolwiek odczuły na własnej skórze konsekwencje jej nieodrobienia.
Dlatego też Payne i autorzy tacy jak Skenazy, którą nazwano “najgorszą matką Ameryki”, ponieważ w zeszłym roku pozwoliła swojemu 9-letniemu dziecku jechać samemu nowojorskim metrem, przekonują dzisiejszych rodziców, że trzeba dawać dzieciom więcej swobody, bo inaczej w ogóle nie dorosną. – To nieprawda, że staną się leniwe i mało ambitne – mówi Payne. – Moim zdaniem ta metoda pozwala wychować inteligentne, odnoszące sukcesy dzieci, które nie wyrosną na nerwowych i niezrównoważonych dorosłych.
Payne zdradza, że prowadził terapię z dziećmi z typowej podmiejskiej klasy średniej, które przejawiały symptomy zespołu stresu pourazowego. – Z tym, że one nie przeżyły jakiegoś pojedynczego, dużego urazu. Doszedłem do wniosku, że to nie tyle zespół stresu pourazowego, co skumulowana reakcja stresowa –  tłumaczy. – Kiedy mówi się o przygotowaniu dzieci do życia w świecie, ja zawsze pytam: “W czyim świecie?”.
Payne przychodzi do domów swoich klientów z torbą na śmieci, do której wrzuca niepotrzebne zabawki – zbyt duża ich liczba może przytłoczyć psychicznie małe dzieci. Sugeruje też ograniczenie – o ile nie wyeliminowanie – czasu spędzanego przed telewizorem. Ostrzega rodziców, by nie dyskutowali o kłopotach w pracy ani o medialnych doniesieniach o przemocy, dopóki dzieci nie położą się spać. Daje też rodzicom “pozwolenie”, by usiedli i poczytali sobie gazetę. Dzieci powinny wówczas same zdecydować, jak spędzić czas.
Nuda – problem, który niegdyś rodzice zupełnie lekceważyli, lub rozwiązywali go, obarczając dzieci obowiązkami, stał się zmorą, której nowocześni rodzice za wszelką cenę chcą uniknąć. Crowley wspomina, jak jej najmłodszy syn spytał, czy może wziąć ze sobą GameBoya na uroczystość wręczenia dyplomów w szkole jego starszego brata, żeby się nie nudzić. – Odpowiedziałam: “Będziesz się nudził, bo tak ma być. To bardzo ważna umiejętność i trzeba ją opanować”. Gdybym sama nie nauczyła się wytrzymywać na nudnych spotkaniach, nie udałoby mi się tyle osiągnąć w życiu – mówi. – Dziś nie uczymy już dzieci, że nuda jest czymś normalnym. Nudząc się, możemy uruchomić swoje własne kreatywne myślenie.

Jak zatrzymać helikopter

Kim John Payne, terapeuta i pedagog, ma dla rodziców następujące rady:

Posprzątać rupiecie: Przeciętne dziecko ma ponad 150 zabawek, mówi Payne. Zostawcie na widoku kilka ulubionych zabawek dziecka, a resztę schowajcie. Tak samo z książkami: zmieniajcie co jakiś czas książki i zabawki na “wystawie”, by dziecko mogło nacieszyć się każdą z nich, a jednocześnie nie musiało przekopywać się przez całą stertę.
Harmonogram: Najlepsze dla dziecka proporcje to jedna trzecia czasu wolnego, jedna trzecia na kreatywne zabawy i jedna trzecia na zaplanowane, zorganizowane zajęcia. Wprowadźcie rodzinne tradycje, takie jak “wieczór z pizzą” lub “wieczór gier”, które poprawiają humor dziecka.
Czas wolny: Wykorzystajcie “błogosławieństwo”, jakim jest nuda, radzi Payne. Pełne zajęć i wrażeń dni przeplatajcie tymi spokojniejszymi. Wprowadźcie też obowiązkowy czas wolny, zarówno dla dzieci, jak i dla siebie.
Ciche chwile: Nie rozmawiajcie zbyt dużo z dziećmi w wieku do 9 lat o ich uczuciach. One same jeszcze do końca ich nie rozumieją, a naleganie, by sprecyzowały, co czują, może spowodować, że staną się nerwowe, dodaje Payne. Niech rozmowy i problemy dorosłych pozostaną między dorosłymi. Ograniczcie też to, o czym mówi się w waszym domu do tego, co “życzliwe, szczere i potrzebne”.
*

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Do przedszkola na obcasach

Tags: , ,

Do przedszkola na obcasach


kindergardenTo, jak ubieramy dziecko, jest nie tylko kwestią smaku, lecz również wyrazem naszych przekonań o roli i znaczeniu dzieciństwa. Gdy wciskamy stopy dziewczynki w dorosłe buty, chcemy na siłę – dla żartu, dla szpanu albo ulegając dziecięcym namowom – zrobić z niej osobę dorosłą. Bez względu na motywację skutki tej nieodpowiedzialności mogą być groźne.
suri-cruise-high-heels-beac__opt
Przed kilkoma tygodniami nowe zdjęcia Suri Cruise, córki Toma Cruise’a i Katie Holmes, w bucikach na obcasach, wywołały falę komentarzy. Dziewczynka ma dopiero pięć lat, ale już dwa lata temu pojawiła się w obuwiu na podwyższonym obcasie. Dla jednych stała się ikoną mody, lecz prezentowany przez nią hollywoodzki styl zdawał się przynależeć do kultury za oceanem i mało kto sądził, że może przyjąć się w Europie.
A jednak dziś na półki sklepów obuwniczych w Hiszpanii trafiają całe serie butów dla dziewczynek z podwyższonymi obcasami. Już począwszy od numeru 26 – który zazwyczaj noszą czterolatki – buciki wzorowane są na modzie dla dorosłych, choć pięta nie uniesie się wysoko – obcas mierzy tylko parę centymetrów. Osoby z branży obuwniczej zapewniają, że nie mamy jeszcze do czynienia z boomem na takie produkty, lecz niewątpliwie modele z obcasikiem dobrze się sprzedają. Badania rynkowe wykazują, że rodzice nie zamierzają ubierać w nie dzieci na co dzień, lecz zarezerwują je na specjalne okazje – na przykład na przyjęcia.
Pięcioletnia dziewczynka ubrana jak 30-latka? Na słynnym obrazie Velazqueza „Panny dworskie” (Las Meninas na zdjęciu po prawej) infantkavelazquezmeninas Margarita nosi w zasadzie taki sam strój jak jej nianie. Ma na sobie suknię z gorsetem, bufiastymi rękawami i obszerną spódnicą z nadającej jej objętości stelażem, która w przypadku dorosłych kobiet często miała za zadanie skrywać niechcianą ciążę. (…) Aż do XIX wieku moda dla dzieci w zasadzie nie istniała, bo nawet samemu pojęciu „dzieciństwa” nie poświęcano zbyt wiele uwagi.
Dzieci uważano za obywateli drugiej kategorii, którym nie należą się specjalne względy. Dlatego stroje dla nich mogły być co najwyżej miniaturową kopią modeli dla dorosłych – mówi Dolors Giró, szefowa wydziału mody w Wyższej Szkole Wzornictwa (ESDI). W średniowieczu chłopi ubierali się, w co mogli, a ich potomkowie musieli zadowolić się zgrzebną koszulą sięgającą do kolan. Synowie i córki notabli ubierali się na wzór rodziców – strój podkreślał ich wysoki status społeczny. Patrząc z tego punktu widzenia pojawienie się obcasów w bucikach dla dziewczynek oznacza krok wstecz: tak jak przed wiekami dzieci znów muszą wkładać stroje stworzone z myślą o ich rodzicach, choć nie uwzględniają one potrzeb najmłodszych.
Dzisiejsza dyskusja na temat dziecięcej mody jest z pewnością czymś więcej niż sporem o obcasy. Valentin Martinez-Otero, doktor psychologii i pedagogiki oraz wykładowca z madryckiego Uniwersytetu Computense zaznacza, że imperatywem powinno być zapewnienie najmłodszym szkoły życia, „w której mogą rozwijać się i dojrzewać pod każdym względem”. Niestety „wymuszone i zbyt szybkie tempo dorastania pozbawia dzieci poczucia bezpieczeństwa i pcha je w kierunku fałszywej dojrzałości”. To, jaki użytek zrobi rodzic z oferty sklepów obuwniczych dla dzieci, zależy w zasadzie tylko od niego. Hiszpański badacz uważa, że szkodę wyrządza się dopiero wtedy, gdy narzucanie dorosłości jest nachalne, intensywne i długotrwałe. Innymi słowy nie ma problemu, jeśli wystroimy naszą córkę w obcasy z jakiejś specjalnej okazji.
kindergarden-fesrtMartinez-Otero ostrzega przed modelami narzucanymi przez telewizję, które umniejszają rangę tradycyjnej edukacji, za to przydają wagi kwestiom związanym z wyglądem, z ciałem. (…) Elena Simon, pisarka i specjalistka w zakresie studiów genderowych i koedukacji zwraca uwagę na niepokojące zjawiska prezentowane w niektórych serialach: zupełnie małe dziewczynki uczy się, że ich podstawowym dążeniem powinno być dbanie o swój zewnętrzny wizerunek. I tak oglądając telewizję dzieci dowiadują się, że sukces związany jest z podobaniem się płci przeciwnej, a stąd już tylko krok do modelu społeczeństwa patriarchalnego. Tendencja seksualizacji dzieci, z którą już od paru lat zmagają się Brytyjczycy, przenosi się do Europy kontynentalnej.
Hiszpański psycholog apeluje do rodziców, by działali z poczuciem odpowiedzialności. (…) I zwraca uwagę na seksizm, jaki nadal panuje w wychowaniu. A Elena Simón podkreśla wartość koedukacji – idea ta jej zdaniem została zepchnięta do defensywy – gdyż tylko dzięki niej można będzie zaprowadzić prawdziwą równość między płciami. Koedukacji, która rozprawi się z modelem „niebieskie ubranka dla niego, różowe dla niej”. W przygotowanym niedawno w Hiszpanii raporcie eksperci przestrzegają przed „ryzykiem erotyzacji” dzieciństwa, poświęcaniu nadmiernej uwagi wyglądowi zewnętrznemu najmłodszych, choć dbałość o wizerunek była dotąd cechą nastolatków.
A co o obcasach na dziecięcych nóżkach sądzą ortopedzi? Stopy dzieci są w fazie rozwijania się, dlatego są bardzo wrażliwe, więc jeśli przez dłuższy czas będą narażone na niewłaściwe obuwie, z pewnością się zdeformują. Tak twierdzi Elena de Planell, podolog (specjalista od chorób stóp) i wykładowca na uniwersytecie w Barcelonie. Z powodu uniesionej pięty w butach na wysokim obcasie dochodzi do skrócenia stopy, która następnie, przy próbie rozprostowania, może dziecko boleć. Z czasem, przy częstym noszeniu obcasów, u dziewczynek mogą pojawić halluksy i uszkodzenia torebki stawowej, czy wiązadeł. Najważniejsze jest to, by obuwie z obcasem nie stało się elementem mody codziennej. Nic się nie stanie, jeżeli dziecko wystroi się w nie na specjalną okazję.

Cristina Sen, Maite Gutiérrez

Posted in Różne, W numerzeComments (0)

Rodzice do szkoły

Tags: , ,

Rodzice do szkoły


Kto jest winien, gdy uczeń nie osiąga postępów w nauce – rodzice, nauczyciele, czy też samo dziecko? I kogo za to karać?

szkolaDzisiejszy temat to edukacja, zacznijmy więc od krótkiego testu:
1. Uczennica trzeciej klasy z Florydy notorycznie spóźnia się do szkoły. Często zapomina też odrobić pracę domową i nie przygotowuje się do klasówek. Nauczyciel chciałby porozmawiać na ten temat z rodzicami, ale ci nie bywają na zebraniach. Wychowawca powinien:
a) postawić ocenę naganną uczennicy;
b) postawić ocenę naganną rodzicom.

2. Gimnazjalista z Alaski regularnie wagaruje, co niekorzystnie odbija się na jego stopniach. Kuratorium powinno:
a) ukarać ucznia;
b) ukarać rodziców grzywną w wysokości 500 dolarów za każdy dzień jego nieobecności

3. Uczeń zerówki z Kalifornii 10 razy w semestrze nie przychodzi do szkoły, a jego rodzice nie przedstawiają zwolnienia lekarskiego ani innego “wiarygodnego usprawiedliwienia”. Władze ds. edukacji powinny:
a) skontaktować się z rodzicami;
b) skontaktować się z prokuratorem okręgowym, by postawił rodzicom zarzuty.

Zgodnie z prawami stanowymi, które zostały zaproponowane (numer 1) lub niedawno weszły w życie w USA (numer 2 i 3), prawidłową odpowiedzią w każdym przypadku jest “b”. Jeżeli uczeń źle się sprawuje, karzemy mamę i tatę.
Nauczyciele mają dość roli kozłów ofiarnych, nieustannie obwinianych za bolączki amerykańskiego systemu szkolnictwa, a prawodawcy zaczynają brać pod uwagę ich skargi. Szereg nowych ustaw zgłoszonych w różnych stanach próbuje przenieść odpowiedzialność na rodziców. Skoro prawo może regulować nauczanie, to czemu nie wypełnianie obowiązków wychowawczych?
Jest to skomplikowana kwestia, ściśle powiązana z kontrowersyjnym pytaniem o to, kto jest winien, gdy uczeń nie osiąga postępów w nauce – rodzice, nauczyciele, czy też samo dziecko?
Założenie jest następujące: jeżeli przyjrzymy się tym “lepszym” szkołom (pod względem wyników testów i wskaźników zdawalności), to we wszystkich mamy do czynienia z zaangażowanymi (czasem aż nadmiernie) rodzicami. Sprawdzają prace domowe, są w stałym kontakcie z nauczycielami i mocno przejmują się przyszłością swych dzieci. Jeśli zatem tego samego będziemy wymagać od rodziców uczniów “kiepskich” szkół, problem rozwiąże się sam, nieprawdaż?
W dawnych czasach sprawowanie uczniów w klasie odzwierciedlało ich wychowanie, rodzice zaś gorliwie umacniali swe dzieci w przekonaniu, że “nauczyciel wie lepiej”. Współcześni rodzice bardzo często postrzegają jednak pedagogów jako przyczynę problemów – podobnie zresztą jak prezydenci, którzy oskarżali nauczycieli o zaniedbywanie znacznej części uczniów, gubernatorzy chcący anulować ich układy zbiorowe pracy, czy burmistrzowie marzący o uchyleniu praw chroniących pedagogów z najdłuższym stażem.
Dyskusje o tym, jak rozprawić się ze wstrętnymi belframi, wywołały protesty i przyczyniły się do uchwalenia nowych rozwiązań. Członkini Izby Reprezentantów stanu Indiana, demokratka Linda Lawson, wizytowała szkołę średnią, której groziło zamknięcie z powodu kiepskich wyników. – Ludzie obarczają nauczycieli winą za każdy problem w szkolnictwie – słyszała wielokrotnie od swych rozmówców. – Mówią ciągle: “Gdyby tylko nauczyciele byli bardziej empatyczni… nie mieli wolnego w wakacje… pracowali po osiem godzin dziennie…”. Ale od rodziców nikt nic nie wymaga.
To samo powtarzali rozmówcy republikanki Kelli Stargel, stanowej kongresmenki z Florydy. – Nauczyciele mówili nam: “W szkole mamy ograniczone pole manewru. Nie kontrolujemy tego, co dzieje się z dziećmi w domu”, podkreśla.
Lawson postanowiła zaproponować ustawę zobowiązującą rodziców do odbycia w każdym semestrze trzech godzin wolontariatu w budynku szkoły lub przy okazji szkolnych imprez. Rozwiązanie to oficjalnie służyć ma przeciwdziałaniu przemocy wśród uczniów, mimo że obowiązek nie dotyczyłby tylko rodziców agresywnych dzieci. Lawson przyznaje, że tak naprawdę chodzi o usprawnienie komunikacji nauczycieli z rodzicami, stworzenie okazji do rozmów, oraz uświadomienie rodzicom szkolnych realiów i wymagań.
Stargel przedstawiła z kolei jeszcze bardziej zdumiewającą ustawę, wprowadzającą obowiązek oceniania zaangażowania rodziców w edukację dziecka, oraz umieszczania tego stopnia na świadectwie ucznia. Mama i tata nie chodzą na zebrania? “Naganny”. Wysyłają dziecko do szkoły stosownie ubrane, nakarmione, z niezbędnymi przyborami? “Zadowalający”. Nie zawsze sprawdzają pracę domową?  “Wymagana poprawa”.
Oba projekty spotkały się ze sprzeciwem rodziców. – Naszym zdaniem obowiązek oceniania rodziców przez nauczycieli wcale nie poprawi wzajemnych relacji – powiedziała oschle podczas posiedzenia Cindy Gerhardt, przewodnicząca komitetów rodzicielskich na Florydzie.
Poważnych problemów nastręczają też same definicje. Co na przykład liczy się jako aktywny udział w życiu szkoły? Sprzedaż popcornu na meczu? Prace remontowe w weekendy? Jak zdefiniować dobre lub złe wypełnianie obowiązków rodzicielskich oraz ustalić kryteria negatywnej bądź pozytywnej oceny? Czy matka, która wysyła dziecko do szkoły ze słodkimi ciasteczkami, powinna dostać ostrzeżenie, czy ocenę naganną? (A może zasługuje na medal, ponieważ w ogóle udało jej się nakłonić dziecko do jedzenia?).
Jak ocenić rodziców, których dzieci zawsze mają odrobioną pracę domową, ale tylko dlatego, że są w tym wyręczane? A co w przypadku, kiedy dziecko przyszło nieprzygotowane, ponieważ rodzic uznał, że samo powinno przekonać się, jakie są konsekwencje lenistwa?
Ustawa z Indiany nie zdążyła nawet wejść pod obrady na ostatnim posiedzeniu zgromadzenia. Na Florydzie za to debatowano nad projektem cenzurek dla rodziców, ale nie poddano go głosowaniu. Żadna z pomysłodawczyń nie składa jednak broni. Obie zamierzają dopracować swoje propozycje w czasie wakacji i przedstawić je ponownie na jesieni. – Skupimy się na tym, co można zmierzyć – zapowiada Stargel. –Nie możemy stawiać ocen niedostatecznych rodzicom. Tak naprawdę zależy nam na zidentyfikowaniu osób, które zaniedbują obowiązki wychowawcze, co ułatwiłoby interwencję.
Inne stany za to już wdrożyły rozwiązania mające służyć zwiększeniu zaangażowania rodziców. Na Alasce rodzicom wagarujących uczniów grozi grzywna, natomiast w Kalifornii rażąca liczba szkolnych nieobecności jest podstawą do oskarżenia rodziców o wykroczenie. Stan ten jako pierwszy zezwolił także sądom na kierowanie rodziców, których dzieci należą do gangów, na specjalne zajęcia. Według wnioskodawcy, demokraty Tony’ego Mendozy, mają one pomóc rodzicom w zrozumieniu problemów okresu dojrzewania. Ustawa zaczęła obowiązywać w styczniu, a pierwsze doniesienia mówią o dość niskiej frekwencji na zajęciach. To wcale nie dziwi, podkreśla Diane Ravitch, historyk edukacji i autorka książki “The Death and Life of the Great American School System”. Owszem, rodzicielstwa można “uczyć”, twierdzi Ravitch, ale nie w taki sposób.
Uważa ona, że zbyt wielu reformom edukacji przyświeca dewiza “kogo by tu jeszcze ukarać”. – Karać nauczycieli. Karać rodziców. To jak u Dickensa. Zamiast tego należy wyciągać pomocną dłoń – mówi.
– Edukacja rodzicielska powinna rozpoczynać się, kiedy kobieta jest jeszcze w ciąży – wskazuje Ravitch. – Kluczowy etap trwa od okresu prenatalnego do piątego roku życia dziecka. Musimy też zdać sobie sprawę, że najpoważniejszym problemem jest ubóstwo.
Koniec końców, cały model “karania rodziców” prawdopodobnie przejdzie do historii jako kolejny chwilowy trend w pedagogice, podobnie jak banalne, sprzeczne ze sobą dogmaty w stylu “dzieci za szybko dziś dorastają” i “nadmiernie przedłużamy młodym dzieciństwo”. Jak niemal każda modna koncepcja, za jakiś czas zostanie on uznany za pełen szlachetnych intencji, ale i błędów znak swoich czasów.
A skoro czasy te jeszcze nie minęły, spytajmy, czy karanie rodziców ma sens?
a) Nie, to nic nie zmieni.
b) Warto przynajmniej spróbować.

Lisa Belkin

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Wybitne bobaski

Tags: ,

Wybitne bobaski


Jak się okazuje, już niemowlęta są zainteresowane iPodami i bardzo szybko uczą się je obsługiwać. Czy zbyt wczesne wejście w elektroniczny świat nie zaszkodzi jednak dziecięcemu rozwojowi?
gieniusieTom wie, co ma zrobić, kiedy w rączki wpadnie mu iPad. Głaszcząc palcem, usuwa fachowo blokadę ekranu. Potem przewija cztery, pięć stron, aż natrafi na swoje gry. Klika precyzyjne w jedną z kolorowych ikonek i na ekranie pojawia się, dudniąc i łoskocząc, jego ulubiona śmieciarka. Użytkownik Tom ma dwa latka.
– Większości z tych rzeczy nauczył się zupełnie sam – mówi nie bez dumy jego ojciec, dziennikarz Michael Friedrichs. Gdy Tom naogląda się już do woli zdjęć hałasujących samochodów, chętnie bawi się też wirtualną klawiaturą albo ogląda obrazki ze zwierzętami, sprawiając, że małpy w zoo skaczą, a lamy plują.
Tom Friedrichs nie jest żadnym wyjątkowym talentem, inni rodzice opowiadają to samo. Już bardzo małe dzieci wykazują zadziwiającą smykałkę do nowoczesnych płaskich komputerów obsługiwanych z ekranu. Wystarczy, że tam, gdzie mogą dopełznąć, leży jakiś iPad lub podobne urządzenie. Maluchy naciskają, pukają i klikają po prostu tak długo w cudownie błyszczącą powierzchnię, aż wydarzy się coś, co im się spodoba.
Zaledwie rok temu firma Apple wypuściła na rynek swego pierwszego iPada. Dorośli zrobili wokół owego wynalazku wielki szum, a dzieci z zapałem przyswoiły sobie nową technikę. Teraz roi się już od komputerowych ekspertów, którzy nie potrafią jeszcze sami korzystać z nocnika.
Ten, kto będzie szukał na YouTube takich haseł jak “iPad” i “baby”, znajdzie pełen asortyment zdolnych malców, którzy malują cyfrowymi pędzlami, szperają w symbolach menu lub surfują po filmach, przesuwając palec po wskaźniku chronologicznym. A rynek odkrywa właśnie całkiem nową grupę docelową. W App Store firmy Apple można kupić już setki programów dla najmłodszych.
Wcześniej też dzieci interesowały się komputerami, już choćby ze względu na kuszące gry. Istniała jednak bariera, która skutecznie trzymała je na dystans: obsługa myszki i komputera była dla maluchów rzeczą zbyt skomplikowaną. Dopiero w wieku siedmiu, ośmiu lat zdobywały po raz pierwszy dostęp do komputerowego świata.
Te czasy już minęły. Bajecznie prosty iPad za jednym zamachem obniżył wiek owej inicjacji do siedmiu, ośmiu miesięcy. – Kiedy dziecko potrafi już chwytać przedmioty, poradzi sobie w zasadzie również z takim urządzeniem – stwierdza Moritz Daum, psycholog z Instytutu Neurobiologii Maxa Plancka w Monachium.
Jeśli więc ktoś potrafi ściągnąć grzechotkę ze stołu, nie będzie miał też problemów z obsługą komputera – równie sprawnie przewinie strony z gadającymi obrazkami. Mniej więcej w wieku dwunastu miesięcy dzieci wskazują palcem samochód czy krowę i tym samym ruchem sprawią, że symbol pojazdu na ekranie zacznie trąbić, a krowa muczeć.
Rzeczywiście, iPad nawiązuje do pradawnego znanego naszemu gatunkowi gestu. Wskazywanie zamieniło się w dotykanie i stało poleceniem włączenia. I zyskało przez to niesłychaną władzę: za pomocą własnego palca malcy budzą nieruchome obiekty do magicznego życia. Szkatułki z klejnotami zmieniają się w gwiezdny pył, konewka wznosi się w powietrze, koza mecząc rzuca się na kapustę. Już w wieku niemowlęcym dzieci poznają cuda cyfrowego świata.
Rodziców i specjalistów od kognitywistyki stawia to przed nowymi pytaniami. Dzieci właśnie w tym wieku uczą się budować wieże z klocków i znowu je burzyć, badają świat wraz z jego przyczynami i skutkami. Czy nie miesza im się wszystko, kiedy w komputerowym świecie stale obowiązują inne zasady niż w prawdziwym życiu?
Już gdy po raz pierwszy „Teletubisie” obiecywały telewizję dostosowaną do potrzeb dzieci, poruszenie było wielkie. Pytanie, co robi ze swoją raczkującą publicznością owe medium, w przypadku komputerów pojawia się ze znacznie większą ostrością. Bo w telewizorze przed małymi widzami otwierało się tylko jedno okienko i z bezpiecznej odległości oglądali oni świat ukryty za szybą. Teraz zaś sami są w jego środku, stają się częścią świata z ekranu, dotknięciem palca rozrzucają tam różne przedmioty, otwierają drzwi i sprawiają, że księżniczka ożywa.
Mali aktorzy poruszają się wśród cudownych krajobrazów, gdzie nie obowiązują prawa przyrody. W realnym świecie potrzebne jest porządne uderzenie, żeby przewrócić wieżę z klocków, ta wirtualna jednak wali się przez samo dotknięcie. Wszędzie tu panuje samowola programistów. W skrzynce wieko podnosi się, kiedy się jej dotknie, inna zaczyna się świecić, trzecia w ogóle nie reaguje. Czego dziecko nauczy się z tego o świecie? – Że jedna rzecz zachowuje się tak, a druga inaczej – mówi Daum. – Dzieci szybko zaczynają rozumieć, że w zależności od kontekstu panować mogą różne reguły. Są w stanie także nauczyć się tego drugiego języka.
Na początku oczywiście mali badacze mieli skłonność do rozszerzania każdej nowo poznanej zasady na wszystko, co tylko możliwe. Mówili: „poszedła” zamiast „poszła” i w początkowej euforii uważali cały świat za jeden wielki iPad. Dotykali każdej gładkiej i błyszczącej powierzchni, oczekując, że coś się wydarzy. – Nasza córka próbowała wykorzystać swoje doświadczenia z iPadem, próbując tego samego z telewizorem i notebookiem – mówi wydawczyni Kirstin Hofkens. Trwało dobrą chwilę, zanim dziecko nauczyło się rozróżniać owe przedmioty.
Pani Hofkens opracowuje książki z obrazkami przeznaczone na iPada, które potem sprzedaje jako aplikacje. – Na początku byliśmy niemal jedyni – mówi – ale od świąt Bożego Narodzenia na rynku tym zapanowało wielkie ożywienie. Hamburskie wydawnictwo Carlsen tworzy na przykład elektroniczne edycje swoich książek, a Apples App Store wydaje gry graficzne, puzzle i programy do nauki liczenia.
Dzieci zawsze są uszczęśliwione, kiedy mogą sprawić, że coś się dzieje. Wiele programów skierowanych jest więc do takich odbiorców – których łatwo zachwycić.(…)
Doradcy amerykańskiej firmy Gartner przepowiadają tego typu urządzeniom wielką przyszłość. Już w 2015 roku przynajmniej co drugi komputer sprzedawany dzieciom w wieku poniżej 15 lat będzie miał ekran dotykowy. Według ankiety firmy badań rynkowych Nielsen z okresu ostatnich świąt Bożego Narodzenia jest to jak najbardziej możliwe: przynajmniej w USA dzieci w wieku od sześciu do dwunastu lat ze wszystkich elektronicznych urządzeń najbardziej marzą właśnie o iPadzie.
Owe pożądanie bierze się również stąd, że po raz pierwszy dzieci dostają do ręki tę samą technikę co dorośli. Nie są, jak gdzie indziej często się to zdarza, trzymane od niej z dala, dostając w zamian jedynie tanią zabawkową wersję. Mają dostęp do tego samego sprzętu, jakiego używają mama i tata – to rzadki triumf.
Niezbyt zręczne jeszcze palce słabo radzą sobie z niewielkim ekranem iPhona, dopiero iPad staje się uniwersalnym komputerem dla wszystkich. Zasada jego działania jest tak przystępna, że szybko opanowują ją nawet zwierzęta.
W wiedeńskim Instytucie Etologii Porównawczej im. Konrada Lorenza przed sterowanym przez dotyk ekranem komputera siedzą ciekawskie ptaki. To papugi z gatunku kea, żyjącego w Nowej Zelandii. Biolog Gyula Gajdon daje im do rozwiązania wiele różnych zadań, by dowiezieć się, w jaki sposób ptaki te się uczą. Gdy uderzają dzióbkami we właściwe obrazki, dostają jedzenie. Ekran dotykowy okazał się wprost idealny do takich badań. – Papugi natychmiast sprawdziły, co mogą dzięki niemu zdziałać – mówi Gajdon. – I bardzo fascynuje je fakt, że rzeczywiście osiągają efekty.
Jeden z ptaków był tak zachwycony okienkiem, jakie znalazł, że pozwolił, by aż szesnaście razy przetoczyły się przed nim ulubione ziarenka, zanim wpadł na to, by je dziobnąć – niewiarygodna jak na zwierzaka rezygnacja ze swojej naturalnej skłonności.
Podobne eksperymenty przeprowadzał już kilkadziesiąt lat temu na gołębiach psycholog Burrhus Frederic Skinner. Wkładał je do skrzynki i notował, kiedy dziobały we właściwe okienko. Klatka Skinnera, jak się ja dzisiaj nazywa, jest swego rodzaju prototypem touchpada. Dwuletnie dzieci używają jej podobnie jak gołębie: naciskają dowolne miejsce, a jeśli dobrze trafią, wywołany efekt staje się nagrodą.
– To dość ubogie doświadczenia w porównaniu z innymi sposobami uczenia się dzieci – stwierdza Gabriele Haug-Schnabel, kierująca grupą badawczą etologii człowieka w miasteczku Kandern w Badenii-Wirtembergii.
W świecie przedmiotów dzieci znajdują kamienie i kije, które w zależności od kształtu mogą służyć do wszystkiego. Pudełka da się wkładać jedno w drugie, pokrywkami od garnków można robić fajny hałas, a jeśli trochę poćwiczyć, będą nadawać się też do roli łopatki w piaskownicy albo jako tarcza do zabawy w rycerzy. – Takich doświadczeń, dzięki którym dzieci poszerzają swoją wiedzę o świecie, nie zdobędzie się, siedząc przed komputerem – mówi Haug-Schnabel. – Tu można robić jedynie to, co przewidział programista. Mały użytkownik nie ma możliwości zboczyć z tej drogi i zacząć przeprowadzać własne plany badawcze.
Jak się wydaje, komputer dla najmłodszych tak czy inaczej nie jest medium pozwalającym dokonywać odkryć. Dzieci, jak gdyby dla samoobrony, są ogromnymi konserwatystami i bardzo wybrednymi konsumentami medialnych propozycji. Mimo obfitości oferty zainteresowane są jedynie kilkoma aplikacjami, które lubią i rozumieją. – Z pomocą iPada robią po prostu to, co normalnie robiłyby w tym wieku – zauważa psycholog z Instytutu Maxa Plancka, Moritz Daum. Grają, rysują, oglądają książeczki z obrazkami.
Malcy rzadko sami z siebie przekraczają własne horyzonty, nie potrafią też długo skupić uwagi na jednej rzeczy. Małego Toma Friedrichsa iPad nie jest w stanie zainteresować na dłużej niż kwadrans. Rodzice jednak każdego wieczoru czytają mu prawdziwe książki, ma to być w pewnym sensie antyprogramem.
Dopóki dzieciom wystarcza czasu na poznawanie realnego świata, pewna dawka komputera nie jest niczym groźnym – co do tego specjaliści są raczej zgodni. Te starsze jednak potrafią się niekiedy zatracić w grach i czatach. – Wówczas pojawia się niebezpieczeństwo, że nie będą już potrafiły się od tego oderwać – mówi Daum. Jego rada jest prosta: należy ograniczać dziecku czas spędzany przed komputerem.
Również specjalistka w dziedzinie etologii, Gabriele Haug-Schnabel zaleca umiar. – IPad nie jest z pewnością diabelskim wynalazkiem – stwierdza – ale oczywiście zupełnie niepotrzebnym.
Dzieciom nie oferuje niczego, czego nie mogłyby uzyskać w inny, lepszy sposób. Choć ma również pewne zalety, które doceniają niekiedy umęczeni rodzice. – Półtorarocznemu maluchowi nie dałabym czegoś takiego do ręki – mówi badaczka. – Ale w przypadku trzylatka, podczas długiej podróży samochodem, no tak, chyba bym zmiękła.

Manfred Dworschak


http://www.citytv.com/toronto/citynews/videos/137127

Mój synek w wieku 2 lat i 10 miesięcy nieźle czytał i liczył do 1000. Teraz ma 3,5 roku, czyta, liczy, studiuje mapę i stał się ekspertem od połączeń komunikacyjnych w Warszawie. Byłam z nim u psychologa, by dowiedzieć się, czy są przedszkola, które zajmują się takimi utalentowanymi dziećmi. Ku mojemu zdziwieniu psycholog stwierdził, że dziecko czyta i liczy, żeby przypodobać się rodzicom. I że warto odwracać jego uwagę od tego (ciekawe jak, bo czyta wszystkie nazwy ulic na budynkach), bo lepiej, żeby się bawiło jak inne dzieci (co też robi) i że dziecko musi rozwijać się stosownie do wieku. Psycholog nie doradził, jak pokierować dzieckiem, aby odniosło w przyszłości korzyść ze swoich zdolności. Nie mogę zgodzić się z tym, że stymuluję “dorosłe” zachowania mojego synka, bo jak np. miałabym zmusić go do studiowania mapy, którego sama mam dosyć?

•••

Rozumiem, że nie zgadza się Pani z poglądami psychologa. Ani ja, ani psycholog nie doradzimy, jak te “talenty” rozwijać, z oczywistego powodu - uważamy, że nie jest dobrze stymulować tak małe dzieci w kierunku działań nieadekwatnych do ich wieku. Rozumiem, że rozczarowało to Panią, ponieważ jest niezgodne z Pani myśleniem na ten temat i Pani oczekiwaniami. Myślę, że tempo życia we współczesnym świecie, nastawienie na osiąganie sukcesu, może niejednokrotnie wzbudzać w nas, rodzicach, rozmaite obawy o to, czy i jak nasze dzieci sobie w życiu poradzą. I to jest naturalne, podobnie jak to, że chcielibyśmy jako rodzice, żeby wiodło im się jak najlepiej, były zdolne i odnosiły sukcesy. Mimo wszystko uważam, że w rozwoju dziecka nie warto niczego przyśpieszać. Najlepiej spokojnie i z miłością towarzyszyć mu w jego normalnym rozwoju, nawet jeśli czasem trudno jest czekać spokojnie na to, co niosą kolejne etapy.

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Osobista tragedia ambasadora

Tags: , , , , ,

Osobista tragedia ambasadora


Z wielkim bólem donosimy, że obecnego ambaszkosiniak-kamyszadora Rzeczpospolitej Polskiej w Kanadzie pana Zenona Kosiniak-Kamysza i jego żonę Katarzynę dotknęła największa, jaką można sobie wyobrazić, tragedia osobista - śmierć obydwojga dzieci. Lączymy się w bólu z państwem Kamyszami i wszystkimi ich bliskimi.

Maria lat 15 i Michał 19-latek odwiedzali podczas wakacji rodzinę w Polsce. Towarzyszyła im w tej wycieczce kuzynka z Oshawy imieniem Sylwia (20) - obywatelka kanadyjska. Samochód marki renault, który został uderzony przez ciężarówkę natychmiast stanął w płomieniach. Do wypadku doszło w poniedziałek 9 sierpnia, w Łagowie w województwie świętokrzyskim, między Opatowem a Kielcami.

Pani Sylwia Domisiewicz, szef protokołu Ambasady Polskiej w Ottawie - powiedziała, że Ambasador miał w planach podróż do Polski w czwartek, na okresowe spotkanie korpusu dyplomatycznego i miał się tam spotkać z dziećmi. Pani Domisiewicz przypuszcza, że w kościele polskim pw. św. Jacka odbędzie się nabożeństwo żałobne w intencji tragicznie zmarłych, po powrocie p. ambasadorostwa z Polski.

Tragiczny wypadek w Łagowie

Tragiczny wypadek w Łagowie

Przed wylotem do Polski, państwa Kamyszów , odwiedził ksiądz proboszcz parafii św. Jacka w Ottawie.

Maria uczyła się w Colonel By Secondary School w Ottawie a Michał był studentem University of Ottawa.

Polska Agencja Prasowa donosiła w tej sprawie tak.

Kielce (PAP) - Przejezdna jest już w poniedziałek przed południem droga krajowa nr 74 Kielce - Lublin w Łagowie (Świętokrzyskie), ale ruch odbywa się wahadłowo jednym pasem - poinformował PAP Grzegorz Dudek z zespołu prasowego świętokrzyskiej policji.

Przez ponad godzinę droga była całkowicie zablokowana, gdyż z rowu wyciągano tira, który rano uczestniczył w wypadku. W tym czasie podróżujący musieli korzystać z objazdów.
W wypadku w Łagowie kierujący samochodem osobowym, wyjeżdżając z drogi podporządkowanej, nie ustąpił pierwszeństwa i wpadł pod tira. Dwie osoby zginęły na miejscu, trzecia zmarła mimo reanimacji.(PAP)

Tragiczny wypadek w Łagowie - zdjęcia z miejsca wypadku

Telegraf24.pl donosił:

Rano na drodze krajowej nr 74 w Łagowie doszło do tragicznego w skutkach wypadku samochodowego. Czołowo zderzyły się osobowy renault z “tirem”. Nie żyją trzy osoby z samochodu osobowego. Dwie z nich spłonęły w aucie. Trzecią udało się wyciągnąć, jednak reanimacja nie przyniosła skutku. Winę za wypadek ponosi prawdopodobnie kierowca renault, który zlekceważył znak STOP.

zobacz także info w rubryce Kanada

Posted in W numerzeComments (0)

Dziecko na sprzedaż

Tags: , ,

Dziecko na sprzedaż


Mężczyzna handlował dziećmi. Klientami były państwowe domy dziecka w Chinach, gotowe zapłacić nawet 600 dolarów za każde niemowlę płci żeńskiej, które trafiało następnie do adopcji do USA i Europy Zachodniej.

Klientom tak bardzo zależało na dokonaniu zakupu, że wręczali mu drogie upominki i zapraszali na kolacje w wykwintnych restauracjach. Obroty rodzinnego biznesu Duana utrzymywały się na poziomie 3 tysięcy dolarów miesięcznie, co dla niewykształconego rolnika z leżącej na południu Chin prowincji Hunan było sumą niewyobrażalną. - Ciągle było za mało dzieci. Popyt rósł, więc nieustannie podnosiłem cenę - mówi Duan, który w grudniu został wypuszczony z więzienia po odsiedzeniu czterech lat z sześcioletniego wyroku za nielegalny handel dziećmi.

W latach 2001 - 2005 kierowana przez niego siatka sprzedała 85 dzieci do sześciu sierocińców w prowincji Hunan. Historia Duana, wsparta setkami stron dokumentacji zebranej przez sąd w trakcie procesu z 2006 roku,  pokazuje skalę nielegalnego procederu handlu niemowlętami. W jego wyniku dziesiątki tysięcy dziewczynek, które urodziły się w ubogich chińskich rodzinach, dorasta dziś w USA, nosząc takie imiona jak Kelly czy Emily.

- Oczywiście wszystkie sierocińce płaciły za dzieci - mówi 38-letni Duan, elokwentny mężczyzna z kwadratową fryzurą i policzkami chomika. Początkowo on i jego rodzina zakładali, że nie łamią prawa, ponieważ sprzedawali dzieci do  państwowych sierocińców. Praktyka ta była powszechnie akceptowana przez chłopów, którzy sami sprzedawali niechciane dzieci innym rodzinom. Ale policja miała inne zdanie. W 1991 roku chińskie prawo zostało zaostrzone, a “kupno, sprzedaż, przekazywanie i wywożenie dzieci w celu sprzedaży” zostały jednoznacznie zakazane - nie tylko ze względów etycznych, ale również po to, by położyć kres porwaniom dzieci, które były w tamtych czasach prawdziwą plagą.

Duan i pięcioro członków jego rodziny - dwie młodsze siostry, żona, szwagierka i szwagier zostali w 2006 roku skazani za nielegalny handel dziećmi. Duan został zwolniony ze względu na starszych rodziców, którzy potrzebują opieki. Pozostali odbywają jeszcze swoje kary. Wszyscy uważają, że zostali kozłami ofiarnymi, a proceder handlu dziećmi jest powszechny. Już po zakończeniu sprawy, niektórzy dyrektorzy sierocińców zostali awansowani. - Najwięcej zarabia na tym rząd. My dostawaliśmy tylko ochłapy - mówi Duan Fagui, 59-letni ojciec Yuelina. Mówi, że sprzedażą dzieci do sierocińców zajmuje się wiele rodzin. - Różnica jest taka, że to nas złapano.

Wszystko zaczęło się w 1993 roku, kiedy matka Yuelina i jej dwie córki podjęły się opieki nad dziećmi w sierocińcu. Dostawały pensję w wysokości jednego dolara dziennie. W tym czasie Komunistyczna Partia Chin bardzo mocno propagowała ograniczenie populacji, a nadgorliwym partyjnym aktywistom zdarzało się nawet burzyć domy rodzinom, które miały więcej niż jedno dziecko (w przypadku rodzin rolników dopuszczano dwójkę, jeśli jako pierwsza urodziła się dziewczynka, ponieważ tylko chłopcu można było przekazać rodowe nazwisko).

Porzucenie dziecka, nawet poprzez oddanie go do sierocińca, jest w Chinach nielegalne. Rodzice pozbywali się więc niechcianych dzieci pod osłoną nocy, zostawiając je na dworze w kartonowych pudłach lub bambusowych koszykach. Jeśli działo się to w pobliżu sierocińca, często dawali sygnał petardą, żeby ktoś z sierocińca mógł znaleźć dziecko.

wo-men-traffic

- Dzieci były wszędzie - wspomina Chen Zhejin, malutka kobiecina w połatanych spodniach. - Były zawinięte w brudne łachmany, czasami łaziły po nich mrówki, które zwabił słodki zapach niemowlaka. Ponieważ Chen pracowała w sierocińcu, ludzie często prosili ją, żeby zabrała ich niechciane dziecko. Sierociniec czasem przyjmował dzieci, ale dyrekcja często musiała odmawiać z powodu braku wystarczającej liczby pracowników lub pożywienia.

Sytuacja zmieniła się w latach 1996-1997, kiedy sierocińce z prowincji Hunan przystąpiły do programu, który polegał na wysyłaniu niemowląt płci żeńskiej do adopcji zagranicą. Za każde dziecko placówka mogła otrzymać od nowych rodziców 3 tysiące dolarów. Dyrektor sierocińca przestał odmawiać Chen. Zaczął ją błagać o dostarczanie jak największej ilości dzieci, obiecując, że pokryje dodatkowe koszty. - Pomóż nam, cioteczko - wspomina słowa dyrektora Chen. - Przynieś do nas wszystkie porzucone dzieci, jakie znajdziesz.

W okolicy otwarto pięć nowych sierocińców, które miały podobne potrzeby. Około 2000 roku podaż zaczęła słabnąć. Zmiana podejścia do dziewcząt, wzrost dochodów w społeczeństwie i osłabienie polityki jednego dziecka sprawiły, że liczba porzucanych niemowląt zaczęła się zmniejszać. Kobiety zaczęły też powszechnie korzystać z badań mających wykryć płeć płodu i decydowały na aborcję, jeśli miała urodzić się dziewczynka.

Ale zapotrzebowanie na dzieci do adopcji nie słabło. W samym tylko 2000 roku do USA wysłano ponad 5 tysięcy niemowląt. - Na początku płacili nam 50 albo 100 juanów (6 - 12 dolarów) za dziecko. Potem 700-800. Ale popyt wciąż rósł, rosły więc i ceny. Zaczęto nam przywozić dzieci z innych prowincji -  mówi Duan.

Niemowlęta przywożono między innymi z sąsiedniej prowincji Guangdong. To najbardziej uprzemysłowiona część Chin, z dużą populacją napływowych robotników, których często nie stać na utrzymywanie dzieci. W 2001 roku szwagier Duana zaczął pracę na kurzej fermie w mieście Wuchuan. Przez przypadek poznał mieszkającą w okolicy Liang Guihong, która od dawna trudniła się zbieraniem porzuconych dzieci. Niejednokrotnie w jej domu przebywało jednocześnie ponad 20 noworodków. Rodzina Duana dostrzegła w tym swoją szansę. Jej członkowie zaczęli kupować od niej dzieci i sprzedawać je do sierocińców w Hunan.

Rodzina Duana twierdzi, że nawet, jeśli doszło do złamania prawa, to dzięki ich działalności dzieci otrzymały szansę na lepsze życie. - Wiele z nich by umarło, jeśli nikt by ich nie przygarnął. Opiekowałam się nimi - mówi matka Duana. - Proszę mi powiedzieć: czy zrobiłam źle?

Barbara Demick

Grupa białoruskich dzieci uprowadzonych przez grupę młodych ludzi, podających się za ich opiekunów prawnych, przemierzyła 5 krajów europejskich. Wkrajach tych handlarze znajdowali „klientów” – dzieci były tam zmuszane do uprawiania prostytucji. Najmłodsze dzieci żebrały, aby dostać coś do jedzenia, starsze opiekunowie zmuszali do kradzieży.

W jednym z krajów europejskich dzieci zatrzymano, udzielono im pomocy. Ich opieku- nowie uciekli.

W trakcie śledztwa okazało się, że zdjęcia i filmy pornograficzne z udziałem dzieci oferowano w Internecie.

Problem handlu dziećmi dotyczy całego świata.

Handel dziećmi najczęściej jest procederem etapowym realizowanym na terenie wielu krajów.

W kraju pochodzenia działają handlarze dziećmi, którzy wyszukują potencjalne ofiary, przewożą je legalnie lub nielegalnie przez kraje tranzytowe. Wkraju docelowym czeka już konkretny nabywca.

Według wyników badań międzynarodowych Polska jest krajem pochodzenia, tranzytowym i coraz częściej docelowym dla handlu dziećmi.

Programy zapobiegania zjawisku handlu dziećmi muszą mieć wymiar współpracy międzynarodowej.

Wciąż nie ma statystyk pokazujących prawdziwy obraz zjawiska handlu dziećmi na świecie. Istnieje ogromna ciemna liczba tego typu przestępstw.

Definicja handlu

Najczęściej stosowane definicje handlu ludźmi oraz handlu dziećmi zostały zapisane wregulacjach międzynarodowych:

• Handel ludźmi oznacza werbowanie, transport, przekazywanie, przechowywanie lub przyjmowanie osób, z zastosowaniem gróźb lub użyciem siły, lub też z zastosowaniem innej formy przymusu, uprowadzenia, oszustwa, wprowadzenia wbłąd, nadużycia władzy lub wykorzystania słabości, wręczenia lub przyjęcia płatności lub korzyści dla uzyskania zgody osoby mającej kontrolę nad inną osobą, wcelu jej wykorzystania.

Wykorzystanie obejmuje, jako minimum, wykorzystanie do prostytucji innych osób lub inne formy wykorzystywania seksualnego, pracę lub usługi ocharakterze przymusowym, niewolnictwo lub praktyki podobne do niewolnictwa, zniewolenie albo usunięcie organów ludzkich.

• Handel dziećmi oznacza jakiekolwiek działanie lub transakcję, wdrodze której dziecko przekazywane jest przez jakąkolwiek osobę lub grupę osób innej osobie lub grupie osób za wynagrodzeniem lub jakąkolwiek inną rekompensatą.

Formy eksploatacji

Dzieci – ofiary handlu są:

• wykorzystywane w seksbiznesie: zmuszane do uprawiania prostytucji, używane do produkcji pornografii, rozpowszechnianej także w Internecie;

• zmuszane do żebractwa;

• sprzedawane w formie nielegalnych adopcji;

• wynajmowane do udziału w popełnianiu przestępstw;

• wykorzystywane w handlu organami.

child2

Skala i topografia zjawiska handlu dziećmi

Według Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji (IOM) wlatach 2000–2004 odnotowano 6256 ofiar handlu ludźmi wEuropie Południowo-Wschodniej. Raport IOM opublikowany w 2004 r. wskazuje, że dziewczynki w wieku 15–18 lat były najczęściej sprzedawane do usług seksualnych, a dzieci poniżej 13. roku życia – w celu pracy przymusowej, żebractwa, sprzedaży organów. Liczba ofiar handlu zidentyfikowanych w Europie Południowo-Wschodniej w 2003 r. to 1329, a w 2004 r. – 1227. Spośród ofiar handlu zarejestrowanych w Bułgarii w 2003 r. połowa to osoby niepełnoletnie.

UNICEF szacuje, że 90% kobiet - ofiar handlu zostało sprzedanych do prostytucji, a około 10%–15% z nich miało mniej niż 18 lat.

W Bułgarii w 2003 r. zarejestrowano 63 przypadki dzieci - ofiar handlu.

W Mołdawii w 2003 r. 132 kobiety padły ofiarą handlu, 19% z nich to dziewczynki poniżej 18. roku życia, (3-5% poniżej 15. roku życia).

W Rumunii wpierwszym kwartale 2004 r. odnotowano 109 dzieci – ofiar handlu.

Według Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO) niewolnictwo, handel narkotykami, oddanie w niewolę za długi, prostytucja, pornografia i wiele innych nielegalnych poczynań – to rzeczywistość 8,4 mln dzieci.

ILO szacuje, że 1,2 mln dzieci zostało sprzedanych.

Według danych Biura ds. Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej w latach 1995–2003 w Polsce oskarżono 612 osób o handel ludźmi (dorosłych i dziećmi). 228 spraw zakończyło się aktem oskarżenia.

W latach 2002–2005 odnotowano wPolsce 51 małoletnich ofiar handlu.

15-letnię Nadję ojciec przekazał sąsiadom, aby zabrali ją ze sobą z Bułgarii, gdzie dziewczynka dotychczas mieszkała, do Hiszpanii. Dziewczynka miała tam pracować, a pieniądze przesyłać ojcu, aby mógł wyżywić młodsze dzieci. Nadja pamiętała, że ojciec dostał pieniądze od sąsiadów „na życie” w chwili, gdy opuszczała z nimi rodzinny dom. Dziewczynka pracowała w kilku krajach, przez które przejeżdżała, nigdy nie dostała wynagrodzenia za swoją niewolniczą pracę. W trakcie kilkunastu miesięcy podróży zmieniali się jej opiekunowie. Gdy dotarła do Polski, Straż Graniczna zidentyfikowała ją jako potencjalną ofiarę handlu – została zatrzymana, gdy wystawiono ją jako prostytutkę w strefie przygranicznej.

Mechanizmy zjawiska handlu dziećmi

Handel dziećmi wiąże się ze szczególną formą relacji między handlarzem a dzieckiem. Handlarz może:

• zastraszać dziecko, grozić zrobieniem krzywdy jemu lub osobom bliskim dziecku,

• uwodzić dziecko, zapewniając mu zaspokojenie potrzeb miłości i przynależności,

• opiekować się dzieckiem, które nie ma bliskich osób; może być jedyną osobą, która dba ojego podstawowe potrzeby: pożywienie, opiekę, sen.

Handlarz może spełniać potrzeby, kreować zależność i wten sposób uzależnić dziecko od siebie.

Psychika dziecka – ofiary handlu jest obarczona ryzykiem powstawania urazów.

Dzieci pochodzące z rodzin dysfunkcyjnych, mniejszości narodowych, posiadające doświadczenia przemocy ze strony osób dorosłych, niemające odpowiedniej ochrony są zagrożone – mogą być ofiarami handlu.

Do czynników ryzyka handlu dziećmi należy zła sytuacja ekonomiczna kraju pochodzenia dziecka, konflikty zbrojne, ubóstwo, złe warunki życia.

14-letni mołdawski chłopiec został oddany przez matkę handlarzom. Kobieta wzamian za dziecko otrzymała znaczną sumę pieniędzy. Chłopiec był ofiarą przemocy fizycznej; wczasie podróży był zmuszany do prostytucji. Celem ostatecznym podróży była Austria. Z handlarzem przekroczył legalnie granice kilku krajów, udało mu się uciec na terenie Polski. Znaleźli go ludzie mieszkający wstrefie przygranicznej i poprosili o pomoc funkcjonariuszy Straży Granicznej. Kilka dni chłopiec oczekiwał w budynku Straży na transport do pogotowia opiekuńczego. W tym czasie handlarz zgłosił się po chłopca, przedstawił dokumenty potwierdzające pokrewieństwo z chłopcem. Pracownik Straży Granicznej wydał chłopca mężczyźnie podającemu się za wujka.

Dziecko – ofiara handlu

Dzieci – ofiary handlu doświadczają wielu krzywd ze strony dorosłych.

Są samotne, opuszczone przez najbliższych, zaniedbywane, cierpią głód, są upokarzane, krzywdzone. Ponoszą ogromne koszty psychiczne.

romove

Konsekwencje psychologiczne ponoszone przez dziecko-ofiarę handlu

W czasie tranzytu dziecko przeżywa silny stres związany z nielegalnym przekraczaniem granicy, obawia się kary, czuje niepokój związany ze złymi warunkami podróży, jest narażone na używanie siły ze strony straży granicznej lub policji, bo jest zmuszone do fałszowania tożsamości.

Dziecko – ofiara handlu bywa zmuszane do uległości przemocą, zastraszaniem, groźbami, karą, torturowaniem. Cierpi, gdy jest wykorzystywane seksualnie, doświadcza przemocy fizycznej. „Programowanie” uległości oraz lęku przed policją, interwencją powstrzymuje je przed szukaniem pomocy.

Po ujawnieniuprocederu handlu/wykorzystania dziecko boi się pobytu wbudynku policji, wareszcie, w Policyjnej Izbie Dziecka. Obawia się kontaktu z handlarzem, zemsty, realizacji gróźb. Czuje strach o bliskich.

Myśli, że będzie deportowane. Za wszelką cenę chce uniknąć stygmatyzacji – naznaczenia, że było ofiarą, kimś słabym, wykorzystanym.

Działania podejmowane wobec procederu handlu dziećmi

w Polsce i na świecie

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (Zespół ds. Zwalczania i Zapobiegania Handlowi Ludźmi) zajmuje się proponowaniem oraz opiniowaniem podejmowanych działań zmierzających do skutecznego zwalczania i zapobiegania handlowi ludźmi oraz współpracą zorganami administracji rządowej, samorządu terytorialnego oraz organizacjami pozarządowymi w zakresie zwalczania i zapobiegania handlowi ludźmi.

W realizację Krajowego Programu Zwalczania i Zapobiegania Handlowi Ludźmi włączeni są przedstawiciele: Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, Komendy Głównej Policji, Komendy Głównej Straży Granicznej, Ministerstwa Sprawiedliwości oraz organizacje pozarządowe.

Fundacja Dzieci Niczyje prowadzi Narodowy punkt konsultacyjny ds. dzieci cudzoziemskich bez opieki i dzieci – ofiar handluwramach współpracy Państw Morza Bałtyckiego. Celem programu jest podniesienie wiedzy profesjonalistów stykających się wswojej pracy zdziećmi cudzoziemskimi bez opieki wzakresie rozpoznawania dzieci – ofiar handlu i poszerzania wiedzy ozjawisku handlu dziećmi. W ramach działań Narodowego punktu konsultacyjnego pracownicy placówek interwencyjnych, funkcjonariusze Straży Granicznej i Policji biorą udział w specjalistycznych szkoleniach i spotkaniach roboczych, mających na celu wypracowanie metod współpracy pomiędzy poszczególnymi służbami. Wydawane są materiały edukacyjne poświęcone identyfikacji potencjalnych małoletnich ofiar handlu.

Do organizacji pozarządowej zadzwoniła kobieta handlująca na stadionie X-lecia, prosząc o interwencję wsprawie afrykańskiej dziewczynki, która według niej była wykorzystywana do wielogodzinnej pracy przy pilnowaniu straganu z afrykańskimi pamiątkami. Dziewczynka w rozmowie z pracownikiem socjalnym i psychologiem z ośrodka interwencji kryzysowej opowiedziała o ucieczce z kraju konfliktu wojennego, prosiła o niezgłaszanie faktu jej nielegalnego pobytu wPolsce. Ci zgodzili się na jej prośbę. Informacja o nielegalnym pobycie dziewczynki nie została przekazana do żadnej instytucji.

*

W trakcie przesłuchania jednego zdzieci cudzoziemskich w placówce Fundacji Dzieci Niczyje chłopiec z Ugandy opowiedział o kilkorgu dzieciach, które wraz z nim przyjechały do Polski – nie miał kontaktu z dziewczynkami, o których słyszał, że prostytuują się na stadionie. Wiedział, że są chore na AIDS. Na prośbę organizacji pozarządowej służby publiczne sprawdziły sytuację. „Na stadionie nie ma już żadnej afrykańskiej dziewczynki” – poinformowały.

•••

Instytucje zajmujące się udzielaniem pomocy dzieciom – ofiarom handlu i dzieciom cudzoziemskim bez opieki

Polska

Instytucje rządowe

Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji (www.mswia.gov.pl)

Ministerstwo Sprawiedliwości (www.ms.gov.pl)

Ministerstwo Edukacji Narodowej (www.men.gov.pl)

Komenda Główna Policji (www.policja.pl)

Komenda Główna Straży Granicznej – przygotowała algorytmy postępowania funkcjonariuszy wprzypadku zetknięcia się zofiarą handlu ludźmi

(www.sg.gov.pl)

Instytucje i organizacje pozarządowe

UNHCR – Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców (www.unhcr.pl)

UNICEF – Polski Komitet Narodowy UNICEF/Fundusz Narodów Zjednoczonych Pomocy Dzieciom (www.unicef.pl)

IOM – Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji (www.iom.pl)

FDN – Fundacja Dzieci Niczyje (www.fdn.pl; www.canee.net)

Stowarzyszenie Interwencji Prawnej (www.interwencjaprawna.pl)

Helsińska Fundacja Praw Człowieka (www.hfhrpol.waw.pl)

Organizacje światowe

UNICEF– United Nations Children’s Fund / Fundusz Narodów Zjednoczonych Pomocy Dzieciom (www.unicef.org)

ILO-IPEC– International Labour Organisation – International Program Against Exploitation of Children / Międzynarodowa Organizacja Pracy

(www.ilo.org)

IOM– International Organisation for Migration / Międzynarodowa Organizacja do spraw Migracji (www.iom.int)

UNHCR– United Nations High Commissioner for Refugees/Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do Spraw Uchodźców

(www.unhcr.org)

ECPAT– End Child Prostitution, Child Pornography and Trafficking of Children for Sexual Purposes – sieć organizacji i osób działających na rzecz eliminowania zjawiska komercyjnego wykorzystywania dzieci. ECPAT ma status organizacji doradczej przy Radzie Społeczno-Ekonomicznej ONZ (www.ecpat.net)

SAVE THE CHILDREN– międzynarodowa organizacja zrzeszająca organizacje i instytucje zwielu krajów zajmujące się pomaganiem dzieciom wsytuacji kryzysowej (www.savethechildren.org)

TERRA DES HOMMES(www.terredeshommes.nl)

WHO– World Health Organization/Światowa Organizacja Zdrowia

(www.who.int)

Pamiętaj!

• Dziecko przekraczające granicę państwową samotnie lub bez opieki rodziców może być ofiarą handlu

• Osoba podająca się za krewnego dziecka może uczestniczyć wprocederze handlu dziećmi

• Dzieci – ofiary handlu bardzo rzadko ujawniają przestępstwo, bo nie są świadome, że zostały  lub zostaną sprzedane Fundacja Dzieci Niczyje od 2005 r. prowadzi kampanię „Dzieci nie są na sprzedaż” adresowaną do pracowników straży granicznej, policjantów i wszystkich profesjonalistów mogących zidentyfikować dzieci - ofiary handlu.

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Dzieci na gazie

Tags: ,

Dzieci na gazie


Według lekarzy, dostępność taniego alkoholu jest w Wielkiej Brytanii tak powszechna, że na szpitalne izby przyjęć trafiają już nawet ośmioletnie dzieci, upite do nieprzytomności tanim cydrem, mocniejszymi trunkami czy kolorowymi napojami alkoholowymi typu Bacardi Breezer.

pijaczekJak podano na dorocznej konferencji Brytyjskiego Towarzystwa Medycznego, problem pijaństwa urósł do tych rozmiarów, że mniejsze szpitale – dawniej przyjmujące miesięcznie może jedno dziecko znajdujące się w stanie upojenia alkoholowego – teraz przyjmują kilkoro co piątek i sobota.

Ostrzeżenia lekarzy znajdują odzwierciedlenie w statystykach, które podają, że w kraju codziennie jedno dziecko poniżej 12. roku życia przyjmowane jest na izbę przyjąć z powodu zatrucia alkoholem. Ponadto, w zeszłym roku, szpitale przyjęły z powodu nadużycia alkoholu 4 500 młodych ludzi poniżej 16. roku życia, z czego 181 przypadków dotyczyło dzieci, które nie skończyły 12 lat.

Medycy podkreślają, że w ciągu ostatniej dekady zjawisko pijaństwa dramatycznie się nasiliło, w związku z czym zaapelowali o wprowadzenie ceny minimalnej na jednostkę alkoholu, bardziej zrozumiałe i jasne opisywanie zawartości alkoholu na opakowaniach oraz całkowity zakaz reklamowania piwa, wina i mocniejszych trunków.

Doktor Keith Brent, pediatra z Bournemouth oświadczył, że rządowa postawa polegająca na odmowie podjęcia zdecydowanych działań w zakresie najpilniejszych kwestii zdrowia publicznego jest symptomatyczna dla administracji, która “kłania się środowisku biznesowemu”. – Dzieci w stanie upojenia alkoholowego, które do mnie trafiają, nie upiły się pubie ani w barze – powiedział. – Znajdowane są nieprzytomne w parkach lub na ławkach. Mają w kieszeni 20 funtów, a w głowie jeden cel: upić się jak najszybciej się da. Jeśli ustalimy cenę minimalną na jednostkę alkoholu, wówczas przynajmniej ograniczymy ilość alkoholu, jaką mogą sobie kupić.

– Tymczasem co robi rząd? To samo, co dotąd w kwestiach zdrowia publicznego: zmiata problem pod dywan. Nasze propozycje z pewnością nie stanowią natychmiastowej odpowiedzi na wszystkie bolączki, ale mogłyby pomóc, a wszystko co może pomóc należy wypróbować.

Doktor Brent zaznaczył, że dawniej oglądał dzieci w stanie upojenia alkoholowego tylko sporadycznie, teraz zaś – w każdy weekend. – To bardzo smutne. Dziś zaczynam obchód od sprawdzenia, ilu mamy nieletnich pod wpływem alkoholu – powiedział.

Najświeższe dane z izb przyjąć uzyskane przez partię Liberalnych Demokratów ukazują, że od 2002 roku miało miejsce 1 426 przyjęć dzieci poniżej 12. roku życia spowodowanych zatruciem alkoholowym. W zeszłym roku 4 441 nastolatków pomiędzy 12. a 15. rokiem życia i 7 766 16- i 17-latków przyjęto w trybie nagłym z tej przyczyny. Stanowi to wzrost o – odpowiednio – 12 i 66 procent w stosunku do roku 2002.

Norman Lamb, odpowiedzialny w partii Liberalnych Demokratów za ochronę zdrowia stwierdził, że pozyskane dane stanowią “nowy szokujący dowód na skalę kryzysu związanego z nadużywaniem alkoholu, z jakim boryka się nasz kraj”. – Rząd nie może bez końca ignorować faktu, że dzieci piją tak dużo, że trafiają do szpitali – oświadczył. – Musimy zainwestować w organizację leczenia, położyć kres sprzedaży alkoholu po cenach szkolnego kieszonkowego i zacząć edukować najmłodszych. W przeciwnym razie statystyki te tylko ulegną stopniowo pogorszeniu.

W ubiegłym roku ministerstwo zdrowia zamówiło na wydziale medycznym uniwersytetu w Sheffield niezależną analizę wpływu ceny na popularność napojów alkoholowych. Raport uczonych kończył się wnioskiem, że poziom cen i dostępność stanowią dwa najważniejsze czynniki kontrolowania konsumpcji.

W marcu naczelny lekarz Anglii sir Liam Donaldson ostrzegał, że łatwy dostęp do taniego alkoholu “zabija nas jak nigdy wcześniej” i musi zostać ukrócony ostrymi przepisami licencyjnymi oraz minimalną ceną za jednostkę alkoholu w wysokości 50 pensów. Jednak premier odrzucił raport sir Liama jeszcze przed publikacją mówiąc, że nie zamierza nakładać dodatkowych obciążeń na większość społeczeństwa, która spożywa alkohol rozsądnie i w umiarkowanych ilościach.

Proponując wprowadzenie w życie krajowego planu kontroli nad piciem alkoholu, opracowanego przez Brytyjskie Towarzystwo Medyczne, doktor Chandra Mohan zaapelował, by rząd przestał wreszcie wymyślać kolejne wymówki dla swojego braku działań i poszedł za przykładem Szkocji, gdzie wprowadzono cenę minimalną za jednostkę alkoholu. Dodał, że takie posunięcie w Anglii mogłoby ograniczyć liczbę nagłych przypadków przyjęć do szpitali o 100 tysięcy rocznie. W ciągu dekady ogóle oszczędności w służbie zdrowia wyniosłyby 1,37 miliarda funtów.

– Czas powiedzieć stanowczo: “Dość” – powiedział doktor Mohan. – Nadmierne spożycie alkoholu dotyka każdej części naszego społeczeństwa: zapracowanych młodych ludzi, przemęczonych rodziców, starszych samotnych ludzi, dzieci. Musimy wystosować jasne przesłanie, że takiej sytuacji nie zamierzamy akceptować.

Z kolei doktor Charles Daniels wypowiadał się przeciwko propozycji kolegi, nazywając ją “polityką państwa – niańki” oraz “karaniem większości za grzechy mniejszości”. Niedawny raport centrum informacji National Health Service wykazał, że jedna czwarta dorosłych spożywa alkohol w ilościach zagrażających ich zdrowiu, z czego rocznie leczenia szpitalnego z powodu chorób związanych z piciem wymaga 850 tysięcy z nich.

Liczba pacjentów przyjmowanych rocznie do angielskich szpitali w związku z problemami zdrowotnymi wywołanymi przez napoje wyskokowe wzrosła aż o 69 procent na przestrzeni minionych pięciu lat, do 863 tysięcy w roku 2007 – aczkolwiek pewien wpływ na podwyższenie tych danych może mieć zmieniona forma ich zbierania. Dwie trzecie stanowili mężczyźni. Koszty leków podawanych w państwowych placówkach leczącym się z alkoholizmu wynoszą 2,4 miliona funtów rocznie, co stanowi 39-procentowy wzrost w stosunku do roku 2003.

Rzecznik ministerstwa zdrowia oświadczył, że rząd postanowił nie podejmować żadnych kroków prowadzących do ustalenia ceny minimalnej dla jednostki alkoholu ani na poziomie krajowym ani lokalnym. – Istnieją solidne dowody na to, że tani alkohol wiąże się z większą jego konsumpcją, a co za tym idzie – szkodą dla zdrowia. Jest jednak kluczowe, by wszelkie interwencje rządu ograniczały szkody bez nadmiernego oddziaływania na odpowiedzialną większość. W przyszłości zamierzamy rozwinąć bazę danych dowodowych dotyczących tej kwestii.

Sam Lister

Posted in Ciekawostki, RóżneComments (0)

Dziadkowie, rodzice i wnuki

Tags: , ,

Dziadkowie, rodzice i wnuki


dziadkowie1Babcia i dziadek odgrywają w życiu dziecka bardzo istotną rolę. Dysponują czasem, którego zwykle brakuje rodzicom, a także doświadczeniem i cierpliwością. Zaangażowanie emocjonalne sprawia, że dziecko chętnie przebywa w ich towarzystwie i czuje się z nimi bezpiecznie. Swym auto- rytetem mogą wspierać autorytet rodziców, skutecznie włączając się w proces wychowania wnuka.

Dziadkowie łatwiej znoszą hałaśliwość i aktywność dziecka, bywają bardziej wyrozumiali i tolerancyjni. Często zdarza się jednak, że ulegają zachciankom wnuczka,  nadmiernie go rozpuszczając. Bardzo ważne jest, by metody wychowawcze stosowane przez rodziców i dziadków były jednolite i konsekwentnie stosowane Jest to istotne zwłaszcza jeśli dziecko często pozostaje pod opieką babci lub dziadka. W sytuacji sporadycznych kontaktów ma to mniejsze znaczenie - gdy rzadko widują wnuczka, można przyznać im prawo do rozpieszczania go.

Zdarza się dość często, że babcia nie zgadza się z wyznawanymi przez matkę poglądami na wychowanie dziecka. Trudno jej w takim przypadku powstrzymać się od krytycznych uwag, tym bardziej, że posiada większe doświadczenie. Niekiedy jednak córka lub synowa pamiętając nieprzyjemne przeżycia z własnego dzieciństwa pragnie oszczędzić dziecku podobnych sytuacji. Nieporozumienia mogą powstawać na tle treningu czystości (babcie często starają się nauczyć malca jak najwcześniejszego korzystania z nocnika) lub zmuszania do jedzenia. Rodzice starają się nie popełniać błędów, które odczuli na własnej skórze. Nie oznacza to jednak, że będą idealnymi wychowawcami. Z tej przyczyny nie powinni odbierać uwag dziadków jako próby wtrącania się, lecz jako przejaw troski o dobro dziecka. Dziadkowie z kolei muszą zdawać sobie sprawę, iż ich zdanie traktowane jest wyłącznie jako porada, decydujący głos w każdej sytuacji mają jednak rodzice. Postępowanie takie wymaga dużego taktu, aby żadna ze stron nie czuła się urażona i lekceważona. Wszelkie nieprawidłowości we wzajemnych kontaktach są dostrzegane i boleśnie przeżywane przez dziecko. Z tej przyczyny konieczne jest więc wypracowanie kompromisów. Rodzice powinni okazywać dziadkom uznanie i wdzięczność za ich wysiłki. Dziadkowie zaś nie mogą nadmiernie ingerować w życie rodziny, podważać swym zachowaniem autorytetu rodziców. Ich wkład w wychowanie dziecka jest cenny tylko wtedy, jeżeli nie narusza panujących w domu zasad.

Opiekująca się wnukiem babcia nie powinna pozwalać mu na zabawy, których zakazuje matka. Błędem jest również dawanie dziecku słodyczy, jeżeli rodzice tego unikają. Jeśli dziadkowie dają się terroryzować, ulegają wszelkim zachciankom wnuczka, tolerują jego naganne zachowanie - wyrządzają mu krzywdę i zaburzają proces wychowania. Mimo ogromu uczucia, jakim darzą dziecko powinni zdobyć się na pewną surowość i  dostosować się do życzeń rodziców.

Najczęściej jednak dziadkowie doskonale radzą sobie z wnukami, wspaniale się nimi opiekują i cieszą się ich towarzystwem. Włączająca się w życie rodzinne babcia wnosi atmosferę spokoju i bezpieczeństwa. Dzięki niej rodzice mogą pozwolić sobie na spędzenie czasu poza domem, nie martwiąc się o dzieci.  Nie powinni jednak tego nad- miernie wykorzystywać. Pomoc ze strony starszego pokolenia jest ważna i potrzebna, lecz nie zwalnia ich od wypełniania obowiązków wobec dziecka. Nawet jeśli więź uczuciowa między nim a dziadkami jest bardzo silna, ojciec i matka pozostają najważniejszymi osobami w jego życiu.

MW

Posted in ZdrowieComments (0)

Śmierć dwojga dzieci z Piemont

Tags: , , , , ,

Śmierć dwojga dzieci z Piemont


Quebecka policja bada śmierć dwojga dzieci z Piemont. To niewielka społeczność w Laurentian mieszkająca w górach, 60 kilometrów na północny zachód od Montrealu.

Ciało pięcioletniego chłopca i jego trzyletniej siostry znaleziono w ich domu w soboteę Do tej pory nie ujawniono żadnych szczegółów  dotyczących śmierci. Policja powiedziała, że w mieszkaniu znajdował się również ojciec dzieci, który w momencie pojawienia się policji był pod wpływem przedawkowanych leków.

Mężczyzna  został przewieziony do szpitala jego stan jest ciężki, ale stabilny. Niestety jego stan uniemożliwia przeprowadzenie przesłuchania.

W chwili zdarzenia matka dzieci przebywała na nartach, około 250 kilometrów na północ od Quebec City.

Posted in MiejskieComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1