Zachęcanie dzieci do uczestnictwa w rozmaitych dodatkowych zajęciach ma swoje dobre strony, ale nie brakuje również tych negatywnych, zwłaszcza jeżeli rodzice robią to, by poprawić własne samopoczucie, lub liczą, że nauczenie młodych osób szeregu umiejętności zagwarantuje im sukces w życiu.
Większość rodziców, którzy mieszkają na moim osiedlu, prawdopodobnie wolałaby oszczędzić na własnych przyjemnościach, niż zrezygnować z dodatkowych zajęć dla swych dzieci.
Lekcje muzyki, gimnastyka, jazda konna, korepetycje, trwające całe lato obozy, zawody sportowe – lista jest całkiem pokaźna, podobnie zresztą jak wydatki.
Nawet kiedy zabraknie gotówki, niektórzy rodzice znajdują jakieś rozwiązanie. Znam ludzi, którzy pożyczali pieniądze od rodziny, brali kredyty pod zastaw domu i zadłużali karty, by zapłacić za wszystko, bez czego ich zdaniem dzieci nie mogą się obejść.
– Zajęcia, na które uczęszczała kiedyś głównie młodzież licealna, obecnie są popularne wśród uczniów gimnazjum, a nawet podstawówki – mówi William Doherty, profesor nauk o rodzinie oraz dyrektor programu terapii małżeńskiej i rodzinnej na University of Minnesota. – Wkrótce usłyszymy o szkole liderów dla niemowląt.
Muszę przyznać, że moje własne dzieci pobierały lekcje gry na skrzypcach, jazdy na łyżwach, tenisa, a nawet taekwondo (po których jedyną pamiątką jest masa kolorowych pasów w domu). Niektóre kursy trwały kilka miesięcy, inne całe lata.
I co w tym złego? Może to prawda, że część rodziców przesadza z dodatkowymi zajęciami, ale czyż nie przekładają się one na późniejszy życiowy sukces ich pociech?
Kiedy nie zapewniamy naszym dzieciom różnorodnych rozwijających atrakcji, “czujemy się jak gorsi rodzice”, twierdzi Wendy Mogel, psycholog kliniczna i autorka książki “The Blessing of a B Minus”.
Uszczęśliwianie dzieci na siłę pochłania jednak nie tylko mnóstwo pieniędzy, ale także emocjonalnej energii dorosłych.
– Wielu rodziców jest wykończonych przez swą własną nadgorliwość – podkreśla Bryan Caplan, profesor ekonomii na George Mason University w Wirginii. – Ponoszą wiele wyrzeczeń i są do tego stopnia zestresowani ciągłym wożeniem dzieci, że wrzeszczą, gdy te zmieniają stacje radiowe w samochodzie.
Czy mimo to nie warto się poświęcać dla dobra naszego potomstwa? Niekoniecznie. Najbardziej frapujących odpowiedzi na to pytanie udzielają nie psychologowie, a ekonomiści.
– Jeżeli spojrzymy na dzieci odnoszące sukcesy, łatwo dojść do pochopnego wniosku, że jest to zasługa dodatkowych zajęć – mówi Caplan. Badania jednak wcale tego nie potwierdzają.
Steven D. Levitt, profesor ekonomii na University of Chicago, opowiadał w niedawnej audycji w National Public Radio o analizie, którą przeprowadził wraz z kolegą. Badacze nie znaleźli żadnych dowodów na to, że tego typu postawy rodzicielskie korelują z lepszymi wynikami w nauce.
– Postawiłbym wręcz hipotezę – mówił Levitt – że natłok zajęć negatywnie wpływa na poczucie szczęścia u dziecka. Ciągłe jeżdżenie z jednej lekcji na drugą nie jest wymarzonym sposobem spędzania wolnego czasu dla większości dzieci – przynajmniej nie dla mojego.
Jak widać, ekonomistów interesują głównie sukcesy w nauce. Założyłabym się jednak, że zdaniem większości rodziców liczne dodatkowe formy aktywności gwarantują nie tylko lepsze stopnie, ale i większe szanse w przyszłości. Większość rodziców zdaje sobie sprawę, że znikomy odsetek dzieci osiąga mistrzowski poziom w jakiejkolwiek dziedzinie. Ale być może owe kosztowne lekcje golfa zapewnią synowi miejsce w licealnej drużynie, a kurs aktorstwa ułatwi córce zdobycie głównej roli w szkolnym przedstawieniu.
Który rodzic nie marzy, że lekcje gry na pianinie zaszczepią w dziecku dozgonną miłość do muzyki, nawet jeżeli miałoby grać tylko w salonie w domu?
Problem tkwi gdzie indziej – otóż zbyt wielu z nas uwierzyło, że każde dziecko ma “ukryty talent”, a jego odkrycie należy do obowiązków rodzica, tłumaczy Doherty.
Zachęcanie dzieci do uczestnictwa w rozmaitych zajęciach ma swoje dobre strony, ale nie brakuje również tych negatywnych, zwłaszcza jeżeli rodzice robią to, by poprawić własne samopoczucie, lub liczą, że nauczenie młodych osób szeregu umiejętności zagwarantuje im sukces w życiu.
Dążenie do szkolenia dziecka we wszelkich możliwych dziedzinach to przejaw “wypartego lęku przed przyszłością”, twierdzi Mogel.
Rezygnacja z lekcji baletu dla sześciolatki nie powinna przekreślić jej szans na karierę primabaleriny. Nawet gdy dziecko ma jakąś wielką pasję, nie oznacza to, że trzeba w nią wszystko inwestować, “zwłaszcza jeżeli miałoby się to niekorzystnie odbić na psychicznym zdrowiu rodziców bądź życiu rodzinnym”, wskazuje Doherty.
Albo na finansach.
– Rodzice mogą sobie odmawiać dóbr materialnych, ale bardzo trudno zrezygnować z tego, co traktujemy jako szansę – mówi Barbara Dafoe Whitehead, szefowa John Templeton Center for Thrift and Generosity w organizacji Institute for American Values. – Rozwój osobisty wydaje się świętą i nienaruszalną wartością, a za jej postrzeganie odpowiada zupełnie inny obszar w mózgu. Dzieci muszą zrozumieć, że rodzice nie mogą zapewnić im wszystkiego, jednak niezwykle trudno jest powiedzieć: “Przykro mi, nie stać nas na to” – dodaje Whitehead.
Moja przyjaciółka Rachel zdecydowała się zrezygnować po dwóch latach z prywatnych lekcji muzyki dla syna i córki. – Z początku czułam się, jakbym oszukała moje dzieci – przyznaje. – Byłam przekonana, że muzyka powinna być obecna w ich edukacji, a w szkole nie jest nauczana w dostatecznym zakresie.
Koszty – około tysiąca dolarów za semestr za jedno dziecko – stały się jednak zbyt dużym obciążeniem. Dzieci Rachel nie miały jej tego za złe – nadal grają na swoich instrumentach w szkole. – Zrobiłam wszystko, by połknęły muzycznego bakcyla, ale tak się nie stało – mówi Rachel. – Chciałabym wierzyć, że postąpiłam właściwie. Jestem wręcz zadowolona, że musieliśmy podjąć tę decyzję z powodów finansowych. W przypadku, kiedy można zapewnić dzieciom wszystko, zaczynają tonąć w morzu przeróżnych zajęć, nie wykazując żadnego wysiłku ani motywacji.
To nie oznacza, że stymulujące rozwój zajęcia pozaszkolne są zupełnie zbędne, ale równie ważne jest pełne ciepła i równowagi życie rodzinne, podkreśla Doherty. – Czasami dla dobra dziecka i rodziny warto odpuścić sobie nadmiernie absorbujące formy aktywności – radzi. Gdy dziecko lubi na przykład piłkę nożną, można mu pozwolić grać rekreacyjnie, a nie w półprofesjonalnym zespole, który wyjeżdża na mecze.
Musimy też odrzucić przekonanie, że jeżeli dziecko nie zacznie treningu wcześnie, nie rozwinie w pełni swego potencjału. Wiadomo przecież, że ludzki mózg osiąga pełną dojrzałość dopiero około 25 roku życia, dodaje Doherty.
Skąd więc ten pośpiech? Faktem jest, że dwunastolatek może mieć kłopoty z dołączeniem do sportowej drużyny, jeżeli wszyscy zawodnicy grają w niej od piątego roku życia. Ludzie jednak nieraz bardzo szybko uczą się nowych umiejętności, a nawet odkrywają pasje w dorosłym życiu, mimo że w młodszym wieku nie przejawiali takich inklinacji.
24-letnia córka Mogel gra obecnie wyczynowo w roller derby, a także studiuje stosunki przemysłowe. – Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że zainteresuje się którąkolwiek z tych dyscyplin, w życiu bym nie uwierzyła – przyznaje Mogel. – Pokutuje przesąd, że za pasją trzeba gonić, bo szybko ucieka. Rozumowanie to jest jednak całkowicie błędne.
Jeżeli nie ograniczymy nadmiernie intensywnych zajęć, być może już wkrótce będziemy musieli przeznaczyć sporo czasu i pieniędzy na kolejną aktywność – wizyty u terapeuty.
Alina Tugend
•••
W ostatnich dziesięciu latach zrobiło się głośno o “rodzicach-helikopterach”, którzy rozpieszczają swoje dzieci i skrupulatnie planują każdą minutę ich życia.
Arielle Ewell na każdym kroku spotyka matki, które opowiadają, jak cudowny wpływ na ich dzieci mają zajęcia gimnastyczne oraz lekcje muzyki, po czym namawiają ją, by zapisała na nie także swojego synka. To nic, że ma on dopiero 21 miesięcy. – Nie chcę krytykować cudzych metod wychowawczych, ale to wydaje mi się zupełnie zbędne – mówi Ewell, która niedawno zadebiutowała w roli mamy. – On nie potrafi nawet spokojnie ustać, gdy czekamy w kolejce. Czy przyzwyczaiłby się do harmonogramu zajęć? Nie sądzę.
W ostatnich dziesięciu latach zrobiło się głośno o “rodzicach-helikopterach”, którzy rozpieszczają swoje dzieci i skrupulatnie planują każdą minutę ich życia. Taka postawa jest coraz częściej krytykowana, o czym świadczą dwie wydane w tym roku książki, propagujące luźniejsze podejście do wychowania – “Simplicity Parenting: Using the Extraordinary Power of Less to Raise Calmer, Happier and More Secure Kids” Kima Johna Payne’a i Lisy M. Ross oraz “Free-Range Kids” Lenore Skenazy.
Filozofia wychowania zakładająca, że mniej znaczy więcej i postulująca wydłużanie czasu wolnego oraz ograniczenie ingerencji rodziców może się wydać nieco staroświecka. Jej zwolennicy twierdzą jednak, że obecne pokolenie uzależnionej emocjonalnie młodzieży i zestresowanych dzieci nadgorliwych rodziców jest samo w sobie wystarczającym argumentem za tą koncepcją.
Kim John Payne, terapeuta rodzinny ze stanu Nowy Jork i współautor pierwszej książki, twierdzi, że dzieci odczuwają tak dużą presję ze strony rodziców, że zaczynają się zachowywać podobnie jak dzieci uchodźców, które niegdyś leczył z zespołu stresu pourazowego.
Zdaniem Kathleen Crowley, profesor psychologii na College of Saint Rose, skłonność rodziców do nadmiernego kontrolowania życia dzieci spowodowała, że dzisiejsza młodzież jest mniej niezależna i kreatywna niż poprzednie pokolenie.
Kiedy dwadzieścia lat temu Crowley ogłaszała na zajęciach ze studentami, że zrobi test, nie było dyskusji. Dziś, jak mówi, studenci oczekują, że dokładnie im wytłumaczy, jak mają się przygotować. Ci sami młodzi ludzie przychodzą do niej z płaczem, ponieważ dostali pierwszą w życiu czwórkę i nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić.
Skutek tego “przedłużonego dojrzewania” jest taki, że absolwentom, którzy rozpoczynają kariery zawodowe, trzeba obecnie zapewniać w pracy doradztwo i szkolenia, by mogli się przystosować do nowego środowiska. – Gdy rozmawiam z rodzicami – zarówno jako matka, jak i psycholog rozwojowy – jesteśmy zdumieni, że nasze dzieci, które mają po 18, 19, 20 lat, są tak mało samodzielne – dodaje Crowley, która z bólem przyznaje, że sama w przeszłości zachowywała się jak “helikopter” i była przerażona, kiedy jej 16-letni syn powiedział, że nie zrobi kanapki z tuńczykiem dla młodszego brata, bo nie potrafi się posługiwać otwieraczem do puszek. – Nie są osobami niezależnymi, a patrząc na style wychowania w ostatnich dziesięciu-kilkunastu latach, zrobiliśmy wszystko, by ich od siebie uzależnić. Nadzorowaliśmy każdą ich czynność. Ustalaliśmy im plan dnia. Wybieraliśmy jadłospis. Trzymaliśmy ich w domu, by uchronić ich przed czyhającymi rzekomo na każdym kroku zagrożeniami.
W przeciwieństwie do poprzednich pokoleń rodziców, obecni tatusiowie i mamusie sami byli wychowywani w kulturze strachu. Dziś są bombardowani doniesieniami telewizyjnymi o porwaniach nieletnich osób i reklamami lokalizatorów GPS dla dzieci. Czasopisma poświęcone wychowaniu zamieszczają artykuły, które zdradzają “sekret lepszych stopni” lub radzą, co zrobić, “by twój dzidziuś był bardziej rozmowny”. Presja, by być “dobrym rodzicem”, jest coraz silniejsza.
Dlatego właśnie młodzi ludzie, którzy dorastali, jeżdżąc po podwórku na rowerach i grając w piłkę, dopóki ich matki nie zawołały ich na kolację (krzycząc z okna, a nie dzwoniąc na komórkę), stali się rodzicami, którzy skazują swoje dzieci na zabawę w domu lub co najwyżej w ogródku i wożą je trzy razy w tygodniu na treningi oraz w pozostałe cztery dni na inne zajęcia.
Żeby dzieci przypadkiem nie nudziły się w czasie jazdy, kupują im odtwarzacze DVD, angażują się w ich szkolne kłótnie, pisząc e-maile do dyrektora i dzwoniąc do rodziców ich niegrzecznych kolegów, oraz pomagają dzieciom za wszelką cenę uniknąć porażki, siedząc wraz z nimi nad pracą domową i nie pozwalając, by kiedykolwiek odczuły na własnej skórze konsekwencje jej nieodrobienia.
Dlatego też Payne i autorzy tacy jak Skenazy, którą nazwano “najgorszą matką Ameryki”, ponieważ w zeszłym roku pozwoliła swojemu 9-letniemu dziecku jechać samemu nowojorskim metrem, przekonują dzisiejszych rodziców, że trzeba dawać dzieciom więcej swobody, bo inaczej w ogóle nie dorosną. – To nieprawda, że staną się leniwe i mało ambitne – mówi Payne. – Moim zdaniem ta metoda pozwala wychować inteligentne, odnoszące sukcesy dzieci, które nie wyrosną na nerwowych i niezrównoważonych dorosłych.
Payne zdradza, że prowadził terapię z dziećmi z typowej podmiejskiej klasy średniej, które przejawiały symptomy zespołu stresu pourazowego. – Z tym, że one nie przeżyły jakiegoś pojedynczego, dużego urazu. Doszedłem do wniosku, że to nie tyle zespół stresu pourazowego, co skumulowana reakcja stresowa – tłumaczy. – Kiedy mówi się o przygotowaniu dzieci do życia w świecie, ja zawsze pytam: “W czyim świecie?”.
Payne przychodzi do domów swoich klientów z torbą na śmieci, do której wrzuca niepotrzebne zabawki – zbyt duża ich liczba może przytłoczyć psychicznie małe dzieci. Sugeruje też ograniczenie – o ile nie wyeliminowanie – czasu spędzanego przed telewizorem. Ostrzega rodziców, by nie dyskutowali o kłopotach w pracy ani o medialnych doniesieniach o przemocy, dopóki dzieci nie położą się spać. Daje też rodzicom “pozwolenie”, by usiedli i poczytali sobie gazetę. Dzieci powinny wówczas same zdecydować, jak spędzić czas.
Nuda – problem, który niegdyś rodzice zupełnie lekceważyli, lub rozwiązywali go, obarczając dzieci obowiązkami, stał się zmorą, której nowocześni rodzice za wszelką cenę chcą uniknąć. Crowley wspomina, jak jej najmłodszy syn spytał, czy może wziąć ze sobą GameBoya na uroczystość wręczenia dyplomów w szkole jego starszego brata, żeby się nie nudzić. – Odpowiedziałam: “Będziesz się nudził, bo tak ma być. To bardzo ważna umiejętność i trzeba ją opanować”. Gdybym sama nie nauczyła się wytrzymywać na nudnych spotkaniach, nie udałoby mi się tyle osiągnąć w życiu – mówi. – Dziś nie uczymy już dzieci, że nuda jest czymś normalnym. Nudząc się, możemy uruchomić swoje własne kreatywne myślenie.
Jak zatrzymać helikopter
Kim John Payne, terapeuta i pedagog, ma dla rodziców następujące rady:
Posprzątać rupiecie: Przeciętne dziecko ma ponad 150 zabawek, mówi Payne. Zostawcie na widoku kilka ulubionych zabawek dziecka, a resztę schowajcie. Tak samo z książkami: zmieniajcie co jakiś czas książki i zabawki na “wystawie”, by dziecko mogło nacieszyć się każdą z nich, a jednocześnie nie musiało przekopywać się przez całą stertę.
Harmonogram: Najlepsze dla dziecka proporcje to jedna trzecia czasu wolnego, jedna trzecia na kreatywne zabawy i jedna trzecia na zaplanowane, zorganizowane zajęcia. Wprowadźcie rodzinne tradycje, takie jak “wieczór z pizzą” lub “wieczór gier”, które poprawiają humor dziecka.
Czas wolny: Wykorzystajcie “błogosławieństwo”, jakim jest nuda, radzi Payne. Pełne zajęć i wrażeń dni przeplatajcie tymi spokojniejszymi. Wprowadźcie też obowiązkowy czas wolny, zarówno dla dzieci, jak i dla siebie.
Ciche chwile: Nie rozmawiajcie zbyt dużo z dziećmi w wieku do 9 lat o ich uczuciach. One same jeszcze do końca ich nie rozumieją, a naleganie, by sprecyzowały, co czują, może spowodować, że staną się nerwowe, dodaje Payne. Niech rozmowy i problemy dorosłych pozostaną między dorosłymi. Ograniczcie też to, o czym mówi się w waszym domu do tego, co “życzliwe, szczere i potrzebne”.
*






















