Gdy po powrocie z Egiptu oglądam z kasety film nakręcony wprawną rękę Aymana Atile, egipskiego operatora, z wyprawy na pustynię, potrafię docenić jego inteligencję i … wrażliwość. Oto w filmie, na tle przesuwających się scen, powraca machinalnie jeden obraz- migdałowe oczy egipskiej kobiety.
Gdzie nas nie ma
Smutne, zamyślone oczy patrzą jak wyrzut sumienia. Zamyślone nad losem takich jaka ona niewiast zamieszkujących nieogarniętą przestrzeń pustyni.
Do usytuowanych tam wiosek beduińskich wozi się turystów, żeby pokazać prymitywne życie – bez światła, w skromnych, skleconych naprędce szałasach.
Ale najpierw japońskie jeepy zabierają po 8 – 10 osób i pędzą w dal nitką asfaltu, by minąwszy ostatnie hotele w nadmorskim kurorcie, skręcić na bezdroża. Przez pustynię jedzie się jak po wertepach. Samochód podskakuje niczym piłka, że trzeba się mocno trzymać, żeby nie uderzyć głową o sufit. Od czasu do czasu są postoje. Wtedy należy podziwiać ciągnące się na horyzoncie pasmo gór lub zjawisko fatamorgany.
A po przyjeździe do wioski, sadowiąc się w szałasie, wypada posłuchać ciekawej opowieści o tubylcach. Zwłaszcza gdy opowiadać będzie Polka, p. Krystyna, która poznała swego męża, Egipcjanina w Austrii i osiedliła się na stałe w Hurghadzie. Owocem tej miłości jest uroczy kilkunastolatek, Mahomet, świetnie władający językiem arabskim i polskim. Zaiste, gdzie nas nie ma!
Wioska beduińska
powstaje zawsze w tym miejscu, gdzie jest woda. Pędzi się przedtem stado wielbłądów przez pustynię i tam, gdzie się ono zatrzyma, nieomylnie musi być życiodajne źródło. Kopie się wtedy studnię, z której korzysta potem cała wioska.
Ludzie naprędce klecą swoje domostwa – z kartonów, kamieni, z czego się tylko da. Budują także symboliczny meczet.
Taką wioskę, do której przywozi się turystów, traktuje się jako swoistą atrakcję. Usłużni beduini oferują przejażdżkę na wielbłądach. Pokazują też, jak kobiety egipskie pieką chleb. Choć może to za duże słowo, raczej placek z dobrze rozwałkowanego ciasta, które kładzie się na rozgrzanej płycie. Jako opału używa się wysuszonych wielbłądzich odchodów.
Tubylcy przygotowują turystom wieczerzę, którą spożywa się we wnętrzu szałasu, oświetlonym niezliczoną ilością lampek. Potem każdy bierze lampkę do ręki, wychodzi na zewnątrz i ustawia w rzędzie. Rozświetlają dostatecznie czeluść nocy. Ktoś zaczyna uderzać w bębenek, wybija rytm i niewiele potrzeba, żeby tubylcy zaczęli śpiewać i tańczyć, zachęcając wszystkich do wspólnej zabawy.
Ale zanim zapadnie zmrok, trzeba koniecznie wspiąć się na pobliskie wzgórze, żeby podziwiać bajecznie kolorowy zachód słońca…
W drodze do Kairu
Droga przez pustynię zawiodła mnie także do Kairu. Taka podróż to właściwie cała wyprawa. Autokary przybywają do wyznaczonego miejsca, skąd po uformowaniu się kolumny, ruszają konwojowane przez policje. To dla bezpieczeństwa turystów, jak się tłumaczy, gdyż jeszcze parę lat temu zdarzały się zbrojne napady na pojedyncze autokary wiozące cudzoziemców.
Na pustyni nie ma prawie nic. Widuje się tylko kępki wyschniętej trawy czy innego zielska, stanowiącego pokarm wielbłądów. Gdzieniegdzie widać szyby naftowe albo ni stąd ni zowąd wyrasta w szczerym polu zakład przemysłowy. Są to przeważnie cementownie, które buduje się ze względu na dostępność surowca do produkcji cementu.
Sam Kair to miasto – moloch z 18 milionami mieszkańców, w którym ekskluzywne dzielnice kontrastują z dzielnicami biedy. Są luksusowe hotele, kasyna, duże prywatne rezydencje, a na przedmieściach – slamsy i cmentarze, na których grobowce wykorzystuje się jako mieszkania.
W Kairze poprzecinanym krzyżującymi się ponad sobą wiaduktami autostrad, przelewają się ulicami tłumy pieszych, potoki aut wśród nieustającego ryku klaksonów. W niektórych ubogich dzielnicach przypada ponad 100 tys. mieszkańców na kilometr kwadratowy. To już nie „matka wielkich miast”, jak słynny arabski podróżnik Ibn Battuta nazwał czternastowieczny Kair, ale wielkie ludzkie mrowisko.
Miasto o dziesiątkach twarzy
Kair to miasto o dziesiątkach twarzy. Z jednej strony pozbawione wyrazu biurowce, gmachy urzędowe, hotele, kolorowe neony, szerokie arterie komunikacyjne, a z drugiej – miasto minaretów i kolorowych bazarów w ciasnych uliczkach między murami starych dzielnic Bab al–Futuh i Bab Zueila, gdzie nowoczesność jeszcze nie dotarła.
Przed licznymi herbaciarniami siedzą mężczyźni w turbanach, paląc nargile i grając w tryfraka. Bukiniści handlują rozrzuconymi na chodnikach książkami, a sprzedawcy kwiatów – girlandami kwiecia o omdlewającym zapachu.
Przybysz zachowa jednak w pamięci z Kairu przede wszystkim kurz, smog, hałas i chaos na jezdniach oraz niezliczone tłumy ludzi. Nawet budynki w najstarszej dzielnicy wyglądają jakby były przyprószone kurzem.
W biegu
Gdyby nie piramidy i Muzeum Egipskie niejeden byłby tym miastem rozczarowany. Ale w muzeum jest na co popatrzeć. Tyle że ogląda się wszystko w biegu – mumie, sarkofagi, kamienne rzeźby, mozaiki, papirusy z tekstami religijnymi i rysunkami oraz zbiór klejnotów starożytnego Egiptu, przechowywany w skarbcu. Największe jednak wrażenie robi złoty sarkofag Tutrenchamona, króla Egiptu od 1333 roku i złota, inkrustowana maska, która przykrywała głowę królewskiej mumii.
Nie wyjedzie się jeszcze z Kairu, a przed oczami wyrastają najsłynniejsze w dziejach ludzkości piramidy królów: Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa. Usytuowane na przedmieściach metropolii, robią wrażenie. Widok piramid dosłownie zapiera dech w piersiach. Najwyższa Cheopsa ma 137 metrów wysokości. Jej budowa trwała 20 lat, a pracowało przy niej 20 tys. ludzi. Potężne bloki kamienne, wydźwignięte jedynie siłą ludzkich mięśni, przewożono znad wschodniego Nilu, przesuwając po rampach lub na rolkach.
Atrakcją, obok piramid, jest spotkanie ze sfinksem, do którego można podejść całkiem blisko lub zrobić zdjęcie z pewnej odległości z widokiem piramid w tle.
Pod piramidami nie ma spokoju zarówno w dzień, jak i w nocy, gdy w ciemności odbywają się spektakle „światło i dźwięk”. Ludzie siedzą wygodnie na krzesełkach, przeżywając transmitowaną przez głośniki historię piramid, wydobywanych z ciemności snopem kolorowych refletorów.
Bakszysz
Gdy wracam do hotelu w Hurghadzie, zastaję na łóżku … dwa łabędzie wykonane z ręczników. W taki oto sposób chłopcy sprzątający pokoje chcą pozyskać sympatię turystów i dostać wszechobecny bakszysz (czyli coś za nic albo i za wszystko).
Odwdzięczam się nazajutrz, kładąc na łóżku kilka egipskich funtów i dwie paczki amerykańskich papierosów. Wracając z plaży, zostaję zagadnięty:– Good decoration? – Good! – odpowiadam, nie kryjąc zadowolenia.
Któregoś dnia ów sprzątający chłopiec przedstawił się: – Nazywam się Yasser Salim, mam 20 lat, pochodzę w Luksoru. A kilka dni potem przyniósł mi w prezencie krokodyla z jakiegoś tworzywa z utrącona dolną szczęką. Ode mnie zaś chciał dostać radio tranzystorowe. Nie mógł ni jak pojąć, że nie mogę mu radia sprezentować. Nie dawał za wygraną i pewnego razu wykonał z ręcznika otwarte dwie koperty. Na jednej położył „swojego” krokodyla, drugą pozostawił pusta. Czekała najwidoczniej na prezent, więc w dniu odjazdu podarowałem mu okulary przeciwsłoneczne, cztery paczki papierosów i zapalniczkę. Nie posiadał się z radości. Ale po godzinie przyszedł do mojego pokoju ze smutną miną: – Mr Willson (uparł się tak mnie nazywać) eyeglass and cigarette somebody steal! Miało to znaczyć, że ktoś mu ukradł okulary i papierosy.
Rozłożyłem bezradnie ręce.
JANUSZ ŚWIĄDER




















