Tag Archive | "Emigracja"

Tags: , , ,


czarnaafrykaTo nie jest obraz, który Republika Południowej Afryki chciałaby pokazać światu: trzy miliony sierot, błąkających się po ulicach, z głodu wdychających klej.
W trosce o dobry wizerunek gospodarz piłkarskich mistrzostw świata postanowił problem ukryć – dosłownie. Dzieciaki od kilku miesięcy są siłą wywożone poza granice dużych miast, daleko od spojrzeń kibiców i telewizyjnych kamer.
Przepych, z jakim rozpoczęły się mistrzostwa, pompa i parada, jakie towarzyszyły ceremonii otwarcia, nie wystarczą jednak, by przesłonić niewesołą, dramatyczną prawdę: w RPA żyją miliony dzieci osieroconych przez AIDS. Większość z nich jest bezdomna, pozbawiona jakichkolwiek środków do życia, a głód i stres oszukuje wdychając opary kleju nitro – najtańszego narkotyku świata, który najprędzej africa_adu-hivpowoduje nieodwracalne zmiany neurologiczne.
“Miliony dzieci” to pojęcie abstrakcyjne – do chwili, w której na drodze naszej ekipy reporterskiej nie stanie ośmioletni Moeketsi. Jego rodzice zmarli na AIDS przed trzema laty i od tego czasu każdy jego dzień jest walką o przetrwanie: codziennie musi zdobyć żywność i ubranie, wystrzegając się zarazem gangów ulicznych, handlarzy żywym towarem i pedofilów, którzy niemal bezkarnie przemierzają ulice.
Tak przynajmniej było do czasu rozpoczęcia przygotować do mundialu. Dziś Moeketsi i jego koledzy muszą mieć się na baczności przed jeszcze jednym zagrożeniem: przed policją. Już od kilku miesięcy ulice Durbanu codziennie przemierzają nieoznakowane półciężarówki, będące na stanie miejscowych sił porządkowych, których zadaniem jest wyłapywanie południowoafrykańskich “bezprizornych” i wywożenie ich w odległe okolice, daleko poza granice miasta, z dala od kamer stacji telewizyjnych i pijanych ze szczęścia kibiców, którym nic nie powinno zakłócić atmosfery święta. Ta deportacja oznacza również, niestety, że dzieci zostaną odcięte od jedynego dla wielu źródła pomocy, jakim są stołówki i świetlice prowadzone przez organizacje charytatywne.
Ich aktywiści już dziś biją na alarm: według ich relacji małoletni bezdomni wyłapywani są bezwzględnie, często z użyciem gazu łzawiącego, nieraz – bici i wywożeni w warunkach, jakich nigdy nie doświadczają dorośli aresztanci. Ludziom, którzy usiłują zmienić los “sierot po AIDS”, doszło jeszcze jedno zadanie: prócz gromadzenia funduszy i przełamywania nieufności swoich podopiecznych, muszą jeszcze monitorować działalność policji.
Do takich działań szykuje się m.in. 28-letnia Lucy Caslon, pedagog, która przed trzema laty założyła fundację Msizi Africa. Od ponad roku współpracuje z durbańską fundacją charytatywną Umthombo, której głównym celem jest całościowa opieka nad bezdomnymi dziećmi ulicy. – Wygląda na to, że za sprawą mundialu władze zdecydowane są strzec cukierkowego wizerunku kraju za wszelką cenę – mówi wstrząśnięta Lucy. – Konsekwencje są przerażające. Wczoraj dowiedziałam się o 17-latku, który uciekając przed ścigającym go patrolem wpadł prosto pod koła samochodu i zginął na miejscu.
Ludzi takich jak Lucy nieraz musi dopadać zwątpienie: według ostrożnych statystyk ONZ, w Republice Południowej Afryki żyje ponad trzy miliony malców osieroconych przed AIDS. Ogromną większość czeka los dzieci ulicy, spędzających noce na chodniku lub – w najlepszym razie – na klatkach schodowych, na które zdołają się dostać. Tylko w Durbanie, gdzie rozgrywana będzie trzecia część meczów, takich dzieci są tysiące. Drugie tyle konkuruje z nimi na ulicach o jałmużnę, lecz na noc wraca do domu.
orphan– Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z rozmiarów tej katastrofy, kiedy trafiłam do nieformalnej noclegowni, oddanej dzieciom do użytku – wspomina Lucy, która do tego czasu pracowała jako wolontariuszka w sierocińcu w Lesotho. To, co tam zobaczyła, nie przygotowało jej na spotkanie z sierotami Durbanu. – Zabiedzone dzieciaki, półprzytomne od oparów kleju, który sprawia, że nie czują głodu, i trzęsące się na myśl o ataku któregoś z gangów ulicznych, który może zrabować im wszystko – wspomina. – Nie sposób tego opisać. Miałam wrażenie – mam je zresztą do tej pory – że władze po prostu umyły ręce. Uznałam, że muszę coś zrobić.
Założona przez Lucy fundacja Msizi (po zulusku słowo to oznacza kogoś, kto pomaga, obrońcę lub uzdrowiciela) zdołała zgromadzić blisko 350 tys. euro. W 2008 roku Lucy pozyskała wsparcie programu charytatywnego operatora telefonii komórkowej Vodafone (”World of Difference Programme”), dzięki czemu mogła się w pełni poświęcić działalności dobroczynnej. Kilkaset tysięcy euro to gigantyczny kapitał (wyżywienie dziecka przez miesiąc, przy dokonywaniu zakupów w hurtowniach, kosztuje nie więcej niż 6 euro – mniej niż jedną setną biletu na finały mundialu), który jednak topnieje w szybkim tempie: fundacje Msizi i Umthombo rozdają dziennie kilkaset posiłków, a liczba ich pensjonariuszy stale rośnie.
Organizatorzy akcji starają się, by wieść o darmowych posiłkach docierała jak najszerzej do bezdomnych, dzieci bowiem, które przywędrują na posiłek, mają szanse trafić do założonego przez Umthombo schroniska-hostelu, któremu nie przypadkiem nadano nazwę “Safe Space”, czyli bezpieczna przestrzeń. Dzieci, które tu trafią, mogą liczyć na porady opiekunów, z których wielu wywodzi się z dawnych bezdomnych. Zaczyna się od prostych porad, ale dzieci mogę też liczyć na pomoc asystentów medycznych, którzy przekazują wiedzę o tym, jak mają żyć i leczyć się mali nosiciele AIDS.
– Pierwszym wabikiem jest oferta darmowego posiłku; dzieci, które do nas docierają, zaczynają jednak nawiązywać kontakt z doradcami – zapewnia Lucy. – Miska pożywnej strawy to dopiero początek. Każdy posiłek przeznaczony dla nosicieli wirusa musi być tak przemyślany, by organizm nabierał sił, a leki immunosupresyjne działały jak najskuteczniej.
affriaansDla dzieci pozbawionych opieki rodziny i państwa takie poradnie to jedyna szansa na przedłużenie życia – a te, które przyjmą wyciągniętą dłoń, mogą zostać ocalone. – Staramy się zorganizować im czas tak, by nie ciągnęło ich na ulicę również w środku dnia – opowiada założyciel Umthombo Tom Hewitt. – Chcemy wyciągnąć je z klejowego nałogu dzięki pomocy psychologów, a jeśli trzeba, przy pomocy leków. Zbudowaliśmy mały stadion i prowadzimy zajęcia z windsurfingu, by choćby na chwilę oderwać myśli tych dzieciaków od ich przeszłości i teraźniejszości, by porzuciły ulice nie tylko fizycznie, ale i duchowo.
Za każdym razem chcemy doprowadzić do tego, by nasi podopieczni wrócili do swoich społeczności – większość, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, ma krewnych, nierzadko zatroskanych losem tych dzieci – lub w ostateczności zamieszkali w niewielkich “rodzinach zastępczych”, często tworzonych przez dorastających wychowanków naszych schronisk, nadzorowanych przez pedagogów. Oczywiście – to odległy cel, ale wiemy już, że nie chcemy poprzestać na misce zupy.
Większość dzieci, które rozpoczęły współpracę z hostelem, udaje się namówić na powrót do szkoły. W RPA wykształcenie nadal pozostaje cenionym dobrem i osoby, które je posiadają, mogą liczyć na lepsze życie. I tu jednak mundial dał się społecznikom we znaki: niedawno w jednej z prowincji kraju zburzono dwie zaniedbane szkoły podmiejskie, na miejscu których miał stanąć kolejny stadion. Dzieci od jesieni uczą się tam w zaimprowizowanych, zastępczych klasach, niewiele różniących się od noclegowni.
Lucy przyznaje, że zdarza jej się w tych okolicznościach zmagać ze zniechęceniem; twierdzi jednak, że dostrzega rzeczywiste, trwałe zmiany w życiu dzieci, którymi się zajmuje, i to okazuje się być najlepszą zachętą.
– Jedzą. Jedzą, a zatem rozwijają się, rosną, mają zdrową skórę. Coraz rzadziej trafiają do nas z kaszlem czy katarem, co dawniej zdarzało się niemal codziennie – wylicza Lucy, promieniejąc. – Codziennie któreś z nich rzuca klej, z którym dotąd się nie rozstawało. Codziennie któreś staje na własne nogi i rusza na plac zabaw, by beztrosko gonić za piłką, jak inne dzieci w tym wieku. Biedni, mali uliczni wojownicy są po prostu dzieciakami, które musiały obrosnąć skórą godną nosorożca.

NofTW

Dramat w liczbach
Bezdomne dzieci zamieszkują trzy największe miasta RPA – Durban, Cape Town i Johannesburg – można je jednak spotkać również na prowincji, a nawet w wioskach
– Według danych ONZ, na skutek epidemii AIDS wśród dorosłych, w RPA osieroconych zostało ponad 3 miliony dzieci
– Nosicielami wirusa HIV jest ponad 5,7 mln mieszkańców RPA
– Handel dziećmi zbiera w RPA bogate żniwo: rokrocznie rejestrowane jest ponad 1700 zaginięć dzieci; znaczna liczba porwań ma miejsce “w szarej strefie”, wśród dzieci ulicy, i tym samym umyka statystykom.

Czarne owce Afryki

oboz-emigrantow-w-kapsztadzieCo Afrykanie sądzą o innych Afrykanach? Dla gospodarzy piłkarskich mistrzostw świata najgorszą opinię mają przybysze z Nigerii
Stereotypy o Afryce pokutujące wśród Europejczyków są powszechnie znane. Niewiele natomiast wiadomo, co Afrykanie sądzą o innych Afrykanach. Pod tym względem mieszkańcy Czarnego Lądu nie są wyjątkiem i rozwinęli bogaty repertuar uprzedzeń. Podróżując po Afryce słuchać najczęściej ostrzeżenie: “Miej się na baczności przed Nigeryjczykami!”.
Mieszkańcy kraju położonego w Afryce Zachodniej mają - najoględniej mówiąc - mocno zaszarganą reputację na kontynencie. Jeden z napowszechniejszych stereotypów głosi, że Nigeryjczycy są nachalni, lubią się popisywać  bogactwem i zgrywają chojraków. Do tego są krzykliwi, zarozumiali, bezczelni i pyszałkowaci. W Afryce niezwykle rzadko można usłyszeć przychylną opinię na temat Nigeryjczyków. Mieszkańcy RPA nie są wyjątkiem - również i oni nie zostawiają na suchej nitki na swoich pobratymcach, chyba że ci akurat walczą na stadionie, ratując piłkarski honor Afryki podczas mundialu.
Mieszkańcy Nigerii mają wyjątkowo złą reputację wśród gospodarzy piłkarskich mistrzostw świata. Niewątpliwie jest to związane z rozwojem przestępczości zorganizowanej - w RPA działa wiele gangów nigeryjskich. Lista zarzutów pod ich adresem jest długa: napady z bronią w ręku, handel narkotykami, przemyt ludzi. Nigeryjczycy wiodą prym w przestępczym procederze. Z tego powodu mieszkańcy Południowej Afryki darzą wszystkich imigrantów z Nigerii ogromną nieufnością. Nigeryjczyk jest i pozostanie typem spod ciemnej gwiazdy. Inaczej być nie może.
Niewiadomo co będzie po zakończeniu piłkarskich mistrzostw świata, bowiem w RPA może się jeszcze bardziej nasilić niechęć do afrykańskich gastarbeiterów. Jego rodacy niejednokrotnie odczuwają przejawy ksenofobii. Ciągle są wśród nich żywe wspomnienia o nieodległych czasach, gdy dochodziło do brutalnych aktów przemocy wobec afrykańskich gastarbeiterów. W maju 2008 roku zginęło ponad 60 osób. W tamtym czasie ofiarami napaści byli głównie przybysze z Zimbabwe, Mozambiku i Somalii. Nigeryjczycy wyszli obronną ręką z zamieszek.
Wśród młodych i biednych mieszkańców RPA narasta frustracja, choć nie jest ona zauważalna w ogólnej euforii mistrzostw. Ludność Południowej Afryki z wyraźną z niechęcią obserwuje, jak lepiej wykształceni imigranci, głównie z Zimbabwe, przyjeżdżają do RPA i pracują za znacznie mniejsze wynagrodzenie. Miejscowym pracodawcom taka sytuacja jest na rękę. Natomiast wielu mieszkańców narzeka, że przybysze z innych regionów Afryki zabierają im miejsca pracy. W ten sposób dochodzi do dalszej eskalacji  nienawiści.
Do ugruntowania niepochlebnej opinii o Nigeryjczykach przyczyniają się przykładowo mieszkańcy Hillbrow, niegdyś kwitnącej, a obecnie całkowicie zaniedbanej dzielnicy Johannesburga: ciemne zaułki między wieżowcami, powybijane szyby w oknach, sterty śmieci na podwórkach. O dawnej świetności dzielnicy przypominają tylko nazwy ulic - Prospect Road, Princess Palace. Przed wejściem do jednego z domów przesiaduje grupa kilkunastu młodych mężczyzn. Nie mają ochoty na rozmowę z prasą.  Za najbliższym rogiem stoi Sands Hotel. SOUTH AFRICA IMMIGRANT ATTACKS- Lepiej nie wchodźmy do środka - przekonuje mój południowoafrykański przewodnik. Hotel jest bastionem handlarzy narkotyków. - To sami Nigeryjczycy - opowiadają mieszkańcy Hillbrow, co z pewnością jest mocno wyolbrzymione, ale ludzie wiedzą swoje. Wprawdzie wywiady środowiskowe potwierdziły duże wpływy nigeryjskich gangów w tej części Johannesburga, ale jednocześnie mieszkańcy odruchowo oskarżają Nigeryjczyków  o wszystkie przestępstwa popełniane w dzielnicy. Tymczasem społeczność nigeryjska skarży się, że sama pada ofiarą napadów.
W Hillbrow zaciera się obraz między ofiarami i sprawcami, co dodatkowo utrudnia pracę policji. Pościg za przestępcami w wieżowcach jest trudny - mają zbyt wiele zakamarków i kryjówek. Ciężko zaprowadzić od razu porządek w zaniedbywanej przez lata dzielnicy. Władze miasta muszą odzyskiwać stracony teren kawałek po kawałku, a to może potrwać.
“Jesteś głodna, kochanie?”
Południowoafrykański student, zamieszkujący jedno z mieszkań w  Hillbrow, przyznaje, że woli schodzić Nigeryjczykom z drogi. - Raz spotkałem kilku w windzie - wspomina. Faceci wyciągnęli z kieszeni pliki dolarów i zaczęli je liczyć. Dziewczęta w windzie otworzyły oczy ze zdziwienia, a jeden z Nigeryjczyków zapytał: “Jesteś głodna, kochanie?”.
- Tak wyglądają ich metody podrywu - denerwuje się student. Oto kolejna niepochlebna opinia o przybyszach z Afryki Zachodniej. Uczciwi Nigeryjczycy dalej będą  obawiali się narastającego gniewu mieszkańców RPA. Przecież Nigeryjczycy to typy spod ciemnej gwiazdy, w Południowej Afryce wie o tym każde dziecko.

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Żegnaj Irlandio!

Tags: ,

Żegnaj Irlandio!


Ale młodzi ludzie nie idą w ślady swoich przodków. Od Wielkiej Brytanii i USA, krajów silnie naznaczonych kryzysem, wolą Kanadę, Australię i Nową Zelandię.
Dom został wynajęty, najmłodsze dziecko – ochrzczone, a wszystko to w jeden miesiąc. John Keane, jego żona i trójka dzieci są gotowi do wyjazdu: za kilka dni odlatują w kierunku Brisbane. Kupili bilety w jedną stronę, ku słońcu Australii, daleko od szarego, dublińskiego nieba, od niewypłacalnych klientów, niedokończonych budów i niespłaconego domku bez ogródka.

irish-immigrants
W latach 60. ojciec Johna wyemigrował do Anglii, znalazł tam pracę w fabryce. Na początku lat 90. trójka rodzeństwa zamieszkała w Stanach Zjednoczonych. Ale John wierzył w swój kraj. Po kilku latach za granicą wrócił – przecież “wszystko szło tak dobrze”. Rozkręcił firmę, założył rodzinę, kupił dom. A teraz ma 29 lat i cieszy się, że może stąd uciec.
Po półtora wieku ciągłego jeżdżenia “za chlebem” Irlandczycy zaczęli zapuszczać korzenie. “Celtycki tygrys”, licząca cztery i pół miliona mieszkańców Irlandia sama stała się miejscem, gdzie ludzie z innych krajów przyjeżdżali do pracy. Potrzebowała tęgich głów do międzynarodowych koncernów i banków, silnych rąk, by podołać boomowi na rynku nieruchomości.
Zwrot nastąpił w 1996 roku. Wtedy to po raz pierwszy w Irlandii odnotowano więcej imigrantów niż emigrantów. Na Zieloną Wyspę przybywali ludzie z Europy Wschodniej, zwłaszcza z Polski i krajów bałtyckich, podczas gdy młodzi Irlandczycy cieszyli się ze wzrostu gospodarczego i ani myśleli wyjeżdżać z ojczyzny.
John Keane z dyplomem politechniki zajął się… kafelkowaniem. Były to czasy, tak przecież bliskie, kiedy każdy Irlandczyk uważał, że trzeba mieć własny dom. Banki pożyczały każdemu, kto o to poprosił, nawet bez poręczeń. Przedsiębiorcy budowlani nie wiedzieli, w co włożyć ręce. Wkrótce John miał już sześciu pracowników. Wziął kredyt na trzydzieści pięć lat i kupił pół bliźniaka w Dublinie, niedaleko lotniska – nic specjalnego – za 330 tysięcy euro. – Wtedy – usprawiedliwia się – nikomu przez myśl nie przeszło, że to się może źle skończyć.
Trzy lata później świadomie zrezygnował ze sprzedaży domu przed wyjazdem do Australii. Być może dostałby za niego z 230 tysięcy euro, ale nawet tej sumy nie mógł być pewien. Banki już nie pożyczają, na rynku nieruchomości panuje totalny zastój. Według przeprowadzonego w styczniu badania w całym kraju jest 621 ghost estates – osiedli, na których ponad połowa domów jest pusta lub nieukończona.
Upadek nastąpił szybko. Kryzys zaczął się w 2008 roku. Niebawem John musiał się nieźle nagimnastykować, żeby wydobyć pieniądze od klientów. Liczbę pracowników zredukował z sześciu do dwóch. Potem jego żona, stewardessa, straciła pracę. Jeden z jego przyjaciół, też z branży budowlanej, wyjechał do USA, inny – do Azji Środkowej, trzeci “zbankrutował w ubiegłym tygodniu”.
W 2009 roku bilans migracyjny znów się odwrócił.
Polacy wracają do siebie, a młodzi Irlandczycy chcą spróbować szczęścia gdzie indziej. Ale wybierają inne kierunki niż ich przodkowie. Koniec z Anglią i Stanami Zjednoczonymi, przyciągającymi ludzi od czasu Wielkiego Głodu w połowie XIX w. – tam też nie ma już pracy do zaoferowania. Pozostają Kanada i Australia, gdzie poziom bezrobocia wynosił w styczniu odpowiednio 8,3 i 5,3 proc., podczas gdy w Irlandii – 12,7 proc. Ale w obu tych krajach wymaga się wysokich kwalifikacji. Dawniej irlandzki emigrant był biedny, dziś jest wysoko wykwalifikowany.
Tak jak np. Hugo. W maju ten młody człowiek (typ “idealnego zięcia”) skończy wieloletnie studia i będzie ekspertem od finansów. – Wtedy na rynku oprócz mnie będzie jeszcze 250 szukających pracy specjalistów – ironizuje. To osoby, które zostały jesienią zwolnione przez wielkie firmy audytorskie i doradcze, takie jak PricewaterhouseCoopers czy KPMG. Dlatego zdecydował: w 2011 roku wyjeżdża do Australii. Kończąc swoje studia umie policzyć, co mu się opłaca; na razie, by zaoszczędzić wrócił do rodziców.
W 2006 roku kupił sobie małe mieszkanie, ale nie jest już w stanie płacić rat. Chciał je sprzedać. Ale “kto to teraz kupi?”. Nawet jego przyjaciele na posadach nie dostają pożyczek. (…) Dom jego rodziców jest zasobny. To owoc pracy za granicą. Hugo urodził się w RPA, 26 lat temu. Dokładnie tyle lat miał jego ojciec, kiedy decydował się na emigrację. Gdy w 1998 roku rodzina wróciła, uciekając przed brutalnymi konfliktami w Johannesburgu, ojciec i syn myśleli, że to już na dobre. A teraz rodzice patrzą, jak dwójka ich dzieci znów wyrusza w świat.
Za domem stoi bezczynnie pod plandeką samochód. To BMW należące do siostry Hugo. Próbowała je sprzedać, ale chętnych brak. – Ubezpieczenie, podatki i benzyna – to za drogo kosztuje – tłumaczy brat. Po skończenia studiów z biznesu i marketingu dziewczyna wyjechała do Australii. (…) Korzysta tam z wizy typu working holiday. Nazwa zdaje się wewnętrznie sprzeczna, ale “pracujące wakacje” pozwalają młodym Irlandczykom spędzić rok lub dwa w Australii, zatrudniając się to tu, to tam. Obecnie siostra Hugo pracuje w firmie sprzedającej samochody.
Od połowy lat 90. formuła working holiday zachęca wielu kończących naukę młodych ludzi do wyjazdu do Kanady, Nowej Zelandii czy Australii. W ciągu ledwie 12 miesięcy, od połowy 2008 do połowy 2009 roku Australia przyjęła prawie 23 tysiące młodych Irlandczyków, o jedną trzecią więcej niż w roku poprzednim.
Opozycja piecze przy tym swoją pieczeń, mieszając w swoich wypowiedziach wyjazdy na stałe z chwilowymi pobytami za granicą. W styczniu odnotowano 437 tysięcy bezrobotnych Irlandczyków. – Byłoby 500 tysięcy, gdyby nie emigracja – zapewniał lider opozycji Enda Kenny.
Jednak to nie młodzi absolwenci uczelni stanowią główną klientelę Liz O’Hagan. Ta urodzona w Londynie pół Australijka, pół Irlandka zajmuje się za opłatą skomplikowanymi formalnościami, jakie muszą załatwić osoby decydujące się na wyjazd na stałe. Ma do czynienia przede wszystkim z rodzinami, parami w wieku 30, 40 lat, mającymi dzieci.
Jedna z jej konkurentek, Mege Dalton, mieszkająca w Dublinie Australijka mówi, że jej telefon nie przestaje dzwonić. Podobnie jak Liz O’Hagan jest zadziwiona tym, jak wiele rodzin gotowych jest porzucić swoją ojczyznę.

no-irish
Jako powody ludzie podają: “niepewność jutra, chęć zapewnienia lepszej przyszłości dzieciom”.
– Powszechnie uważa się, że tutaj brakuje perspektyw – sądzi Carla Kinlan, lat 33, matka Georgia, Jessiki i Nathana. Choć Derek, jej mąż, zajmujący się budową dachów ma pracę i tak planują za dwa lata wyemigrować do Melbourne. – Chcemy dać dzieciom to, co najlepsze. Tam będą miały łatwiejsze życie – ciągnie Carla, odwołując się do pojęcia “life stylu”: chodzi o sposób życia, morze, dom, ogród, słońce…
Janie znajdzie się w Melbourne jeszcze przez Kinlanami, podobnie jak Hugo, zajmuje się doradztwem finansowym, tyle że ona ma z tego całkiem niezłe dochody. Wzrok jej się zapala, gdy wspomina o swoim BMW “Z3″. Niestety, będzie musiała sprzedać to cacko za jedną trzecią ceny, jaką zapłaciła.
Ta wysoka, 28-letnia blondynka ubrana w sportowym stylu chce “iść do przodu”. – Gdzie indziej to możliwe, ale nie w Irlandii – mówi z przekonaniem. Podłoga w jej mieszkaniu usłana jest pluszowymi maskotkami – to zabawki Loly Popa, jej jamnika. Spoglądając mu tęsknie w oczy mówi: – Może to mrzonka, ale spróbujemy ją zrealizować.

Marie-Pierre Subtil

Posted in Ciekawostki, Kultura, PodróżeComments (0)

Polski interes

Tags: , ,

Polski interes


Przeważnie postrzegano ich jako prostych robotników, a w najlepszym wypadku rzemieślników.

Podejmowanie przez tysiące obywateli polskich w Berlinie Zachodnim pracy “na czarno” wymuszane w latach 70. i 80. brakiem pozwolenia na legalną pracę utrwalało stereotypowy obraz Polaków. Przeważnie postrzegano ich jako prostych robotników, a w najlepszym wypadku rzemieślników. Polki natomiast funkcjonowały w mediach i świadomości dużej części Niemców przeważnie jako dobre i uczciwe sprzątaczki.

cleaning

Pogląd na temat możliwości emigrantów z Polski zaczął ulegać rewizji wraz ze stopniowym polepszaniem się ich statusu pobytowego i udzielaniem im zezwolenia na legalną pracę. Najszybciej proces “emancypacji” zawodowej i rosnącego uznania postępował w kręgach zachodnioberlińskich elit i organizacji gospodarczych. Przyczynili się do tego głównie sami przedstawiciele polskiej klasy średniej, przemysłowcy i handlowcy.

Na dobre zaczęło się w Berlinie

Do głównych sprawców radykalnej zmiany spojrzenia na możliwości Polek i Polaków w Berlinie Zachodnim należy Henryk Kulczyk, ojciec znanego polskiego miliardera Jana Kulczyka. Już w wieku 21 lat Henryk Kulczyk, jako syn przedwojennego kupca prowadził w Polsce po wojnie własne przedsiębiorstwo. W roku 1956 opuścił kraj i osiadł w Berlinie Zachodnim. “Przyjechałem tu, ponieważ upaństwowiono moje duże przedsiębiorstwo handlu hurtowego i przeróbki wełny surowej, sortownię i pralnię. To samo stało się z moim zakładem produkcji krawatów. Poza tym prawdziwy kupiec nie miał wtedy w Polsce żadnych szans. I byłem bardzo zadowolony, że udało mi się dostać do Niemiec”, mówi Henryk Kulczyk.

W Berlinie Zachodnim Henryk Kulczyk w ciągu krótkiego czasu nawiązał kontakty z kilkoma firmami niemieckimi, rozpoczynając swe pierwsze niemiecko-polskie interesy “w wielkim stylu”, jak dodaje nie bez dumy. Początkowo pracował w nowej dla niego branży i prowadził na dużą skalę handel owocami leśnymi i grzybami. Już wkrótce stał się najważniejszym przedstawicielem kilku dużych firm i koncernów na terenie byłego bloku wschodniego. “Swój największy interes zrobiłem z pewnym amerykańskim koncernem kontenerowym, przyczyniając się równocześnie do wprowadzenia konteneryzacji w Polsce” - twierdzi przedsiębiorca.

W kwietniu 1975 roku Henryk Kulczyk wziął udział w spotkaniu założycielskim Komitetu Współpracy Gospodarczej Polaków za Granicą i został wybrany jego przewodniczącym. Wraz z dwoma innymi zachodnioberlińskimi przedsiębiorcami z Polski w styczniu 1975 roku założył w Berlinie Zachodnim Towarzystwo Wspierania Kontaktów Gospodarczych z Polską Ludową. Został wybrany jego przewodniczącym i funkcję tę sprawował przez 14 lat. Na początku lat 80. Henryk Kulczyk założył w Berlinie Zachodnim własne przedsiębiorstwo handlu zagranicznego, nadal pozostając przedstawicielem kilku renomowanych przedsiębiorstw niemieckich i polskich. W roku 1987 jako pierwszy cudzo- ziemiec został wybrany na przewodniczącego Grupy Roboczej ds. Polski w Berlińskiej Organizacji Marketingowej (Berliner Absatz-Organisation BAO), przy Berlińskiej Izbie Przemysłowo-Handlowej. Za swe osiągnięcia został odznaczony m.in. Orderem Zasługi Landu Berlina. Również syn Henryka Kulczyka, dr Jan Kulczyk swoje pierwsze kroki jako handlowiec stawiał w Berlinie Zachodnim.

Solaris Bus & Coach

Od przysłowiowego zera w Berlinie Zachodnim swą karierę zaczął także Krzysztof Olszewski, założyciel i obecny Przewodniczący Rady Nadzorczej firmy produkującej autobusy Solaris Bus & Coach. Jako młody inżynier Olszewski prowadził w Warszawie najpierw prywatny warsztat samochodowy. W celu zakupu części zamiennych na początku grudnia 1981 roku przybył do Berlina Zachodniego, gdzie zaskoczyło go ogłoszenie stanu wojennego w Polsce. Zdecydował się nie wracać. Na początku 1982 roku podjął pracę jako mechanik w berlińskiej fabryce Gottlob Auwärter GmbH, produkującej autobusy Neoplan. Szybko zwrócono uwagę na zdolnego i kreatywnego pracownika z Polski. Krzysztof Olszewski zaprojektował tam m.in. centralną instalację elektryczną usprawniającą obsługę serwisową autobusów. Już po trzech latach awansował na stanowisko dyrektora przedsiębiorstwa, które piastował do czasu powrotu do Polski w roku 1994. Zebrane w Berlinie Zachodnim doświadczenia wykorzystał m.in. przy zakładaniu własnej fabryki autobusów Neoplan Polska Sp. z.o.o. Mimo zaangażowania w Polsce Krzysztof Olszewski, podobnie jak Henryk Kulczyk, posiada w Berlinie swój adres zamieszkania.

Drobni przedsiębiorcy

85704275Wraz z postępującą stabilizacją prawno-pobytową głównie w drugiej połowie lat 80. coraz liczniejsi emigranci z Polski w Berlinie Zachodnim zaczęli zakładać własne firmy. Były to przeważnie małe i średniej wielkości zakłady budowlane, salony fryzjerskie i kosmetyczne, restauracje, biura turystyczne, warsztaty samochodowe, firmy transportowe i budowlane oraz sklepy. Powstawały też kancelarie adwokackie, biura doradców podatkowych i firmy konsultingowe. Na prowadzenie samodzielnej działalności gospodarczej w Berlinie Zachodnim decydowały się w latach 80. także dziesiątki wykształconych w Polsce lekarzy internistów, stomatologów, okulistów, psychologów i psychiatrów czy weterynarzy, jak też masażyści i rehabilitanci. Zanim zdecydowali się na rejestrację własnych firm wielu z nich mogło wykazać się umiejętnościami w miejskich szpitalach i klinikach, czy gabinetach prywatnych.

Lekarska sława

Specjalną sławę sięgającą poza Berlin Zachodni zyskał neurochirurg Jan Zierski. Jako naukowiec prof. Zierski jest autorem i współautorem ok. 130 prac naukowych z dziedziny neurochirurgii i współwydawcą licznych książek naukowych, prowadzi wykłady na kongresach i sympozjach. Jest on też członkiem renomowanych gremiów naukowych i towarzystw neurochirurgicznych w Niemczech, Austrii i Francji oraz członkiem komisji ds. kształcenia neurochirurgów i komisji kontaktów międzynarodowych Niemieckiego Towarzystwa Neurochirurgicznego, członkiem zarządu Towarzystwa Neurologów i Psychiatrii w Berlinie oraz egzaminatorem dla specjalizacji w neurochirurgii Izby Lekarskiej w Berlinie.

Sukcesy zawodowe i finansowe niemałej grupy emigrantów z Polski w Berlinie Zachodnim spowodowały zmianę opinii dużej części berlińczyków na temat zdolności i pracowitości Polek i Polaków w ogóle. Przyczyniły się też do rewizji długo pokutującego w Niemczech poglądu na temat “polnische wirtschaft”, czyli “polskiej niegospodarności” i “polskiego bałaganu”, jeszcze przed upadkiem muru w Berlinie i wprowadzeniem gospodarki wolnorynkowej w Polsce.

Posted in Ciekawostki, Czy wiesz?, W numerzeComments (0)

“Wesołych” Świąt - emigrancie

Tags: , ,

“Wesołych” Świąt - emigrancie


Zaraz po uroczystości Wszystkich Świętych, albo jak ktoś chce inaczej Halloweenie witryny sklepowe zamieniają się w świąteczne ekspozycje.

eatons-christmasPojawiają się na sklepowych wystawach choinki, mikołaje, sztuczny śnieg, a wewnątrz anielice sprzedają wigilijne opłatki, z głośników płyną kolędy i co krok napotkać można promocje świąteczne, zachęcające do zakupów. Czy nie jest tak, że zapominamy, jaka jest istota świąt Bożego Narodzenia? A może nie tyle zapominamy, co zwyczajnie odchodzimy od ich tradycyjnego wymiaru, który czyni je przecież tak wyjątkowymi…

Amerykańska moda

Takie zeświecczenie rozlało się po świecie z Ameryki  – podobnie jak wiele innych zwyczajów. Na oślep podążamy za amerykańską modą choć jest to miejsce dalekie od ideału. Zróżnicowanie klasowe, rasowe i religijne sprawiło, że Boże Narodzenie nabrało tu nieco innego charakteru.

Walentynki, Halloween czy chociażby Wedding Planner to przykłady tego, jak amerykanizujemy tradycje, które przez to zanikają. Myśląc o przyszłych pokoleniach, można by się zatem zastanowić: Czy te dzieci będą kiedyś wiedziały, kim naprawdę był św. Mikołaj i dlaczego został świętym? Najmłodsi postać św. Mikołaja najczęściej kojarzą z dziadkiem w czerwonym kubraczku, żyjącym gdzieś w Laponii, więc możliwe, że nie wszystkim może się podobać nowy-stary wizerunek św. Mikołaja jako biskupa. Dobrze by jednak było, gdyby nasze pociechy miały świadomość, że św. Mikołaj nie jest postacią fikcyjną, a tzw. mikołajki obchodzi się 6 grudnia – w rocznicę śmierci Biskupa.

Wielkie przygotowania do Świąt

Ameryka Boże Narodzenie świętuje w sposób świecki, bo dla Amerykanów to zwyczajne święto rodzinne. Niewielkie jest tam odniesienie do Chrystusa. Ma to związek z wymieszaniem na tym kontynencie ras i religii. Wszak tylko 30 procent tamtejszej ludności to katolicy. Zdecydowaną większość stanowią wyznawcy religii niechrześcijańskich oraz protestanci wszelkich odłamów, którzy nie obchodzą tych Świąt w takim wymiarze jak katolicy. Ale nawet u chrześcijan duchowo-religijny charakter Bożego Narodzenia jest wypierany stopniowo, lecz skutecznie, przez ten komercyjny.

W Polsce od kilku lat jest podobnie. W oczekiwaniu na Święta większą uwagę przywiązuje się do listy zakupów czy opracowania menu niż do przygotowania naszych serc na spotkanie z Chrystusem. Planujemy skorzystać z sakramentu pokuty podczas rekolekcji, a kiedy ten czas nadchodzi, zniechęcamy się kolejkami przy konfesjonałach i odkładamy spowiedź na później. W końcu przychodzi Pasterka i konfesjonały są puste, bo wszyscy księża tego wieczoru sprawują Mszę św.

A przecież okres Bożego Narodzenia to nie tylko dwa dni świąt. Mamy jeszcze uroczystość Świętej Bożej Rodzicielki w Nowy Rok, uroczystość Objawienia Pańskiego, czyli Trzech Króli, i święto Chrztu Pańskiego, które przypada w tym roku liturgicznym 11 stycznia 2009 r.

W Święta do sklepu…

Amerykańskie święta trwają krócej niż polskie. Polacy obchodzą uroczystą Wigilię, Boże Narodzenie oraz święto św. Szczepana, pierwszego męczennika. Amerykanie świętują tylko 25 grudnia, a już następnego dnia tłumy pojawiają się w marketach, aby zwrócić nietrafione prezenty. Zresztą w dobie nasilającego się kryzysu już nawet w Boże Narodzenie niektóre markety są tam otwarte.

…czyli różne, dziwne zwyczaje

Święta w USA są “widoczne”, co wyraża się chociażby w dekorowaniu domów. To kolejny przejaw komercjalizacji. W Polsce zaczęło się od przystrajania drzewek, a teraz także możemy się pochwalić światełkami dookoła domów. Wygląda to efektownie i nie ma w tym absolutnie nic złego, ale czy jest to naprawdę nieodłączny element Świąt?

Jako ciekawostkę warto też wspomnieć, że w kościołach amerykańskich nie znajdziemy szopek ani siana, tak jak w Polsce. Tylko gdzieniegdzie w spotkać można figurki Dzieciątka Jezus, Maryi i Józefa, jakiegoś pastuszka z owieczką, parę choinek. Sztucznych, oczywiście, ponieważ te żywe w opinii firm ubezpieczeniowych stanowią zagrożenie pożarowe.

Wstyd tak kolędować

W Polsce – w wielu zakładach pracy tuż przed Świętami stało się modne organizowanie Wigilii. Tylko o jaką Wigilię chodzi? Czy przypomina ona choć trochę tę tradycyjną? Suto zastawiony stół i coraz częściej nie brakuje na nim alkoholu… Także w wielu polskich domach wigilijna wieczerza wygląda podobnie – zamiast świecy Caritas, Pisma Świętego czy chleba na sianku dla wielu Polaków wieczór ten staje się zwyczajnym spotkaniem rodzinnym przy tzw. butelce. I kolejny raz mijamy się z właściwym znaczeniem Bożego Narodzenia.

Tak być jednak nie musi. Kolacja przy wigilijnym stole może być okazją do świętowania przyjścia na świat Maleńkiej-Wielkiej Miłości, która przynosi radość i nadzieję.

Piękna tradycja kolędowania też powoli zanika. W polskich marketach kolędy i pastorałki już dawno się zdewaluowały. Zgodnie z zasadami marketingu, najlepiej, jeśli są wykonywane po angielsku. Wnoszą wtedy światowy powiew, no i słowem “Bóg” nie drażnią ucha ateisty czy innowiercy, który jest także klientem sklepu. Z tego też względu stały się piosenkami o śniegu, zimie i mikołaju. Ich celem jest umilenie zakupów, stworzenie atmosfery dla pozornie bezbolesnego wydawania pieniędzy. Czy wobec tego właśnie z przekory w owej zepsutej Ameryce grane są najczęściej kolędy religijne?

Całej winy za komercjalizację Świąt nie możemy zrzucić na Amerykę, bo w tej kwestii wiele zależy od nas samych. Najważniejsze jest czyste serce, do którego ma przyjść sam Bóg, i nieważne, w jakiej oprawie – amerykańskiej czy polskiej, tradycyjnej.

Anna Mularczyk

•••

mikolajMerry Christmas czy Wesołych Świąt?

Święta są wyjątkowo trudnym czasem dla emigrantów. W te dni, bardziej niż zwykle, tęsknią za domem, rodziną, polskimi tradycjami.

Niektórzy decydują się, choć na kilka dni, wrócić do kraju i spędzić święta w rodzinnym gronie. Nie każdy może sobie na taki krok pozwolić. Ci, którzy zostają na obczyźnie, budują swoją nową tradycję, zapraszają do siebie znajomych lub starają się dopasować do zwyczajów danego kraju.

Poniżej kilka wpisów jakie pojawiły się na blogach polskich emigrantów.

Jedziemy do Polski!

Rodacy, którzy zdecydowali się na powrót do ojczyzny na święta musieli zaplanować to wcześniej – zarezerwować bilet, postarać się o urlop w pracy. Oczekiwanie było dla nich wielką radością. “Powoli szykujemy się do wyjazdu do Polski. Cieszę się na te święta. Prawdziwa choinka, cała rodzina na Wigilii… Już nie mogę się doczekać. Jeszcze nigdy nie byliśmy w Polsce odkąd mieszkamy w UK” – pisze Emigrantka.

Dla Angie nadchodzące święta są długo wyczekiwane i wyjątkowe: “Ktoś by powiedział - wielka rzecz… Święta! A jednak… Moje ostatnie święta z rodziną spędziłam w 2003 roku. Jakby mi wtedy ktoś powiedział, że następne spędzę z rodziną dopiero teraz - nie uwierzyłabym. Teraz wierzę i już nie mogę się doczekać 24 grudnia. Choć zasłużyłam na rózgi od Mikołaja, największym prezentem jest to, że będę w Polsce wśród najbliższych” – podkreśla.

Emigranci tęsknią za rodziną, domem, polskimi tradycjami i świątecznymi potrawami. “Podczas pierwszego przyjazdu na święta z emigracji od miesięcy śniły nam się ogórki kiszone, a na myśl o śledziu z cebulką dostawaliśmy ślinotoku. Czekaliśmy z niecierpliwością  na możliwość zatopienia zębów w polskich daniach i co? Po przyjeździe uraczono nas sałatą, francuskim winem, łososiem norweskim oraz słodkim tiramisu” – wspomina gabi13

Boże Narodzenie na obczyźnie

Nie wszyscy mogą sobie pozwolić na spędzenie świąt w kraju. Ci, którzy zostają – otaczają się bliskimi osobami i bazując na doświadczeniach wyniesionych z rodzinnych domów, organizują własne święta.

“Dzisiaj ubieraliśmy po raz trzeci naszą wspólną choinkę. To już trzecie święta na emigracji” – wyznaje Małżonka – “Będzie 12 potraw na stole, opłatek, prezenty i kolędy. Nasze małe tradycje budowane na emigracji.  Bo trzeba to jakoś przetrzymać, przetrwać, a potem przyjdzie już lepszy czas”.

W Polsce bardziej czuć ducha świąt i prawdziwą przyczynę, dla której spotykamy się przy wigilijnym stole i łamiemy się opłatkiem. Jak zauważa Karola, w Anglii dużo ludzi wpada w świąteczną gorączkę i szał zakupów: “Święta zbliżają się wielkimi krokami. Od miesiąca można było dostrzec świąteczne dekoracje, kartki, tłumy ludzi okupujących każdy, nawet najmniejszy sklep w poszukiwaniu prezentów dla najbliższych. Ja jednak nadal nie czuję zbliżających się świąt tak, jak to było w Polsce. Nie ma tego ducha, klimatu”.

Wewnętrzną pustkę dostrzega też Mała Mi: “Moje pierwsze święta i to pod wieloma względami… Będzie ciężko - wiem to już dzisiaj, ale nie żałuję podjętych decyzji i tego, że jestem tutaj w USA, a nie z najbliższymi. Pomimo tego, iż choinka już ubrana, na stole stoją stroiki świąteczne, niby wszystko już gotowe na świętowanie, zapowiadają nawet w telewizji ze śniegiem sypnie nam po pachy - to jednak czegoś mi tu brakuje…”

Kolejna blogerka zwraca uwagę na to, co w tym czasie najważniejsze: “Dla mnie święta były zawsze wielkim wydarzeniem. Oczekiwanie na gości, msza święta, dzielenie się opłatkiem, modlitwa, składanie sobie serdecznych życzeń, kolędowanie. Bliskość i ciepło. Czasami w tym wszystkim zdarza się zapomnieć o najważniejszym, że to Bóg się rodzi…” – podsumowuje Mania. Choć spędzi te święta z dala od rodziny – to obok tej najważniejszej, poznanej na emigracji osoby: “W tym roku niestety nie spotkamy się z bliskimi w Polsce. Kolejne święta bez nich, ale za to przy nim. Gdybym nie wyemigrowała być może byłyby inaczej”.

Podobne odczucia na temat wypaczenia idei świąt ma przebywająca we Francji Claudia: “Kiedy wychodzę z domu, dookoła widzę skomercjalizowane Boże Narodzenie. Jest wszędzie - w każdym sklepie, piekarni, wypożyczalni filmów, restauracjach nawet u kosmetyczki czy fryzjera! Nie róbmy z tego szczególnego święta okazji do wielkich zakupów, gonitwy, stresu.. Nie wykorzystujmy go, żeby sprzedać większą ilość produktów w naszym sklepie, żeby więcej zarobić” – apeluje.

Aby spędzić święta z rodziną, można ją też zaprosić do siebie, tak jak Kattrinka: “Nie mogę się doczekać przylotu rodziców, kiedy pojedziemy po nich na lotnisko… Potem, to już będzie prawie jak w domu w Polsce. Długie pogaduchy przy kawie, wspólne ubieranie choinki, Wigilia, Święta”.

“Jak świętować – to najlepiej z rodakami i rodziną” - przyznaje Maya i dalej pisze: “Święta w tym roku spędzamy tutaj w UK. Ja z mężem, bracia z rodzinami, teść i współlokator. Wigilia odbędzie się w dość sporym gronie i dobrze. Już planuję kupić choinkę, lampki na okna, dekoracje na stół. Niech będzie w końcu miło i przytulnie”.

Wigilijne krewetki zamiast karpia

Wychowanemu na polskich tradycjach emigrantowi ciężko jest się odnaleźć w innej kulturze. Jeśli jednak nie ma możliwości dołączenia do bliskich i spędzenia świąt tak jak zawsze, może warto spróbować trochę egzotyki?

Kolejną blogerkę los rzucił na drugi koniec świata, w zupełnie inną kulturę: “Chiny były dla mnie przegięciem w drugą stronę. Przeciętny Chińczyk o Bożym Narodzeniu pojęcie ma mgliste i wytłumaczenie koncepcji Jezuska w żłóbku było nie lada wyzwaniem”. Jednak takie święta też mogą mieć swój urok – zauważa Pekinka: “Trzeba spojrzeć na sytuację zupełnie inaczej i założyć z góry, że będą to najbardziej niezwykłe i jedyne w swoim rodzaju święta – radzi. Można je trochę przewartościować, przemyśleć, co naprawdę jest w nich najważniejsze i stworzyć je dla siebie. Wysłać najbliższym świąteczne kartki, jakich normalnie nigdy by się nie wysłało, zjeść najbardziej egzotyczne potrawy wigilijne (u mnie były to wigilijne krewetki) i zaprosić do siebie ciekawego gościa, którego w domu przy Wigilii zawsze, mimo wolnego nakrycia, brakowało”.

Mieszkająca na stałe w Szwecji Lady eM przybliża menu suto zastawionego szwedzkiego stołu: “Można tam znaleźć - śledzie w różnych formach i z różnymi dodatkami, łososia, szynkę świąteczną, kotleciki mielone, żeberka, ziemniaczki, specjalny smakowy świąteczny chleb i inne przysmaki. Do picia serwowane jest specjalne świąteczne piwo, sznaps - uwielbiany przeze mnie, julmust (taki specjalny napój na Boże Narodzenie, wyglądem przypomina Colę) i glögg, czyli grzane wino z przyprawami. Do tego obowiązkowo pepparkakor, czyli pierniczki - w specjalnej, płaskiej i chrupkiej wersji”.

Tradycję włoskich szopek opisuje mieszkająca tam Bromba: “Poza choinką obowiązkowa jest także szopka i każdy się stara, żeby to jego była najpiękniejsza. Oprócz domowych szopek są także “publiczne”, organizowane nie tylko przez kościoły, ale i różne organizacje lokalne. Jednymi z najsłynniejszych są szopki neapolitańskie”.

Angielski zwyczaj obdarowywania się kartkami przytacza na swoim blogu Karola: “W Anglii panuje taki zwyczaj, aby wręczyć kartkę każdemu, z kim się pracuje, bądź pracowało, każdemu sąsiadowi, znajomemu, rodzinie znajomego itd. Ja w tym roku wypisałam kartki dla współpracowników typowo po angielsku, czyli tylko podpisałam się pod wydrukowanym już “Merry Christmas”.

Podwójnie smutne świętowanie

Dla niektórych rodaków te święta nie będą ani radosne, ani rodzinne. Na własnej skórze, bowiem odczuli oni skutki kryzysu gospodarczego: “Recesja dopadła wszystkich… Może nie dosłownie, ale każdy ma znajomych, którzy utracili pracę. Święta się zbliżają i prawdę powiedziawszy nie czuć tej magicznej atmosfery, tylko strach o jutro…” – wyznaje Gosh.

Z kolei Ennorath opisuje, że nawet ten świąteczny czas nie uchronił jej znajomego przed zwolnieniem: “Zawrzało w obu departamentach. Ów manager dostał rozstroju nerwowego, po czym z załamania wpadł we wściekłość. Powiedział, że jeśli ma odejść, to odejdzie w chwale, po czym dodał: “Now I’m going to his office to smash his face!”.

Smutne wspomnienia związane ze świątecznymi początkami na emigracji ma Niki: “Zbliżają się już moje drugie święta na emigracji, jakże inne od zeszłorocznych. Pamiętam, że było mi tak strasznie przykro, iż nie mogliśmy sobie pozwolić na porządne prezenty dla dzieci… Tego typu zakupy robiłam w “funciaku”. Jednak jakimś cudem na świątecznym stole pojawiły się wszystkie wigilijne potrawy. Mimo przeciwności losu daliśmy radę” – cieszy się.

Dziś, jej sytuacja znacznie się poprawiła i dlatego z dużym optymizmem i radością czeka na najbliższe święta: “Teraz widzę jaki ogromny postęp zrobiliśmy w ciągu tego roku. Mieszkamy w pięknym domu  jeździmy autem, więc nie muszę już wszędzie biegać na nogach, jest u mnie siostra z rodziną - więc tym bardziej będzie rodzinnie, no i dzieci dostaną wymarzone prezenty, już nie z funciaka”.

Według szacunków, na każde święta wraca do Polski około pół miliona emigrantów. Niewielu z nich decyduje się zostać w kraju. Wracają do swoich nowych ojczyzn, by mieć do czego tęsknić przez cały rok.

Agata Skóra

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Bank żywności oblężony

Tags: , ,

Bank żywności oblężony


MS FOOD 01.JPGRekordowa liczba osób zwraca się w Ontario do banków  żywności o pomoc.

Jak ocenia Ontario Association of Food Banks około 375 tys. mieszkańców Ontario korzysta z pomocy takich banków każdego miesiąca, chociaż jedna trzecia z tych ludzi to osoby pracujące.

Jak wynika z przedstawionego raportu blisko 36% osób przychodzących do banków żywności to osoby 16-letnie, lub młodsze, 33 % to nowi emigranci, którzy w Kanadzie mieszkają mniej niż 4 lata. 54% nowych Kanadyjczyków zwracających się do banków o pomoc to ludzie wykształceni.

Posted in Kanada, Miejskie, WiadomościComments (0)

Polskie drogi Ukraińców

Tags: , ,

Polskie drogi Ukraińców


– Nie wiem, co bym zrobiła bez Polski – mówi Olena

Ma 54 lata i przyjeżdża tu stale od 1996 roku. Teraz pracuje jako opiekunka 86-letniej pani Zofii. – To dobre zajęcie u dobrych ludzi – mówi. – Pierwsze prace w Polsce były bardzo ciężkie, zastanawiam się nieraz, jak dałam radę.

Ołeś Jakymiw jest w Polsce od dziesięciu lat. Przyjechał tu na studia MBA organizowane przez SGGW w ramach projektu “Rolnicy rolnikom”. Rok później na te same studia przyjechała do Warszawy jego żona, Iryna. Zostali. Tu, trzy lata temu, urodził im się synek. Kupili mieszkanie w jednym z nowoczesnych warszawskich osiedli.

Roksana Vikaluk z Tarnopola, pieśniarka, muzyk i kompozytorka, mówi o Polsce, że to jej druga ojczyzna. – Tu dojrzałam jako człowiek i jako artystka – dodaje.

Fot. Getty Images/FPM

Ewa, 32-letnia nauczycielka z Drohobycza, pracowała na Ukrainie w swoim zawodzie przez pięć lat i chociaż bardzo lubiła tę pracę, zdecydowała, że tymczasem gdzie indziej musi poszukać szans na godne życie. Zamierzała pojechać do Niemiec, nie dostała wizy, postanowiła więc spróbować w Polsce. Udało się.

Rusłan Sałamatin żartuje, że Polska to w jego życiu trochę przypadek, zaraz jednak dodaje, że piękny przypadek. Tu spotkał swoją żonę. Po raz pierwszy przyjechał do Warszawy dzięki wymianie naukowej między kijowską Narodową Akademią Nauk Ukrainy i Polską Akademią Nauk.

Obywatele Ukrainy stanowią największą i najbardziej istotną dla polskiej gospodarki grupę imigrantów. Oficjalnie w Polsce pracuje ich blisko 100 tysięcy rocznie, a według szacunkowych ocen liczba ta jest jeszcze większa[1].

Ołeś, Roksana, Rusłan i Ewa pracują w Polsce legalnie. Badania pokazują jednak, że liczba Ukraińców zatrudnionych na podstawie zezwoleń jest wyjątkowo mała. Dane z 2008 r. mówią o 5400 takich osobach.

Olena nie ma pozwolenia na pracę. Dziś już łatwiej o taki dokument, nadal jednak procedury są dosyć skomplikowane i męczące. Poza tym, nie ma co ukrywać – zatrudnienie “na czarno” jest atrakcyjniejsze dla wielu pracodawcy, który nie musi odprowadzać podatków, a dla pracownika oznacza wyższe zarobki.

Oszacowanie skali zjawiska nielegalnego zatrudnienia cudzoziemców w Polsce jest bardzo trudne. Specjaliści wskazują liczby mieszczące się w przedziale między 50 a 300 tysięcy pracowników, a Ukraińcy stanowią tu najbardziej znaczący procent, wnoszący najprawdopodobniej ponad 90%.

Każdy ma swoją opowieść

– Polskę mam w genach – śmieje się Roksana Vikaluk. – Mój tata jako student odwiedził Warszawę i z miejsca zakochał się w waszym kraju, w jego kulturze i ludziach. Tę miłość do Polski przekazał potem mamie, a oni oboje nam: mnie i mojemu bratu. Rodzice sami nauczyli się polskiego, prenumerowali dawny “Przekrój”, a dla nas z bratem “Misia”. Jedną trzecią naszej wielkiej domowej biblioteki stanowią polskie książki.

Roksana mieszka w Polsce od 1994 r. – To był trudny moment w moim życiu – wspomina. – Miałam dwadzieścia lat, szukałam swojej życiowej drogi. Kochałam jazz, w naszym domu wiele się go słuchało, na Ukrainie jazz nie ma takich tradycji jak w Polsce. Jako osiemnastolatka poszłam po raz pierwszy w życiu na koncert jazzowy i wtedy już wiedziałam: Będę śpiewała jazz! Rzuciła studia pedagogiczne i przyłączyła się do zespołu jazzowego. – Przyjechaliśmy do Polski, ale nie udało nam się tu zaistnieć. Ja jednak postanowiłam tu zostać i rozpocząć naukę jazzu. Dostałam się do szkoły w Katowicach na wydział wokalny, jednak czesne wynoszące 5500 dolarów rocznie było dla mnie sumą kosmiczną.

Kiedy wydawało się, że nic jej się w Polsce nie uda, przyszła propozycji pracy w Operetce Śląskiej w Gliwicach. Był rok 1995.  – Śląsk – wspomina Roksana – do dziś jest mi bardzo drogi; spotykałam tam samych pięknych ludzi, a pośród nich mojego mistrza: Józefa Skrzeka. To również jemu zawdzięczam moją coraz bardziej świadomą identyfikacją narodową. Kiedy dowiedział się, że dla mnie istnieje tylko jazz, zapytał: Kim jesteś, dziewczyno, skąd pochodzisz? Tym pytaniem odwrócił moją głowę z zachodu na wschód. I tak zaczął się mój powrót do korzeni i zachwyt ukraińską i żydowską muzyką źródeł. Odnalazłam w niej swoją indywidualność i wielką inspirację twórczą. Odkryłam, że obrzędowe pieśni, śpiewane od setek lat, mają niezwykłą siłę, również duchową.

Olena pochodzi spod Lwowa, słychać to w jej śpiewnym polskim, którego nauczyła się sama. Opowiada: – Byłam wśród pierwszych ludzi wyjeżdżających do Polski za pracą. Najczęściej pracowało się wtedy w zakładach krawieckich, skąd towar hurtem odbierali Rosjanie. Zdarzało mi się pracować po szesnaście godzin. Tyle trzeba było wypracować, żeby zarobić to, co Polacy przez osiem godzin. My, Ukrainki, nie miałyśmy też wolnych dni, pracowałyśmy w soboty, niedziele i na nocne zmiany. Potem przeszłam do zakładu kosmetyków. Robiłyśmy kremy, cienie, zmywacze do paznokci, szminki. Towar też szedł do Rosji. Jak mieli przyjechać odbiorcy, zdarzało się nam pracować bez przerwy i trzy doby. Niektórym kobietom wystarczyło zdrzemnąć się na siedząco pół godziny i dalej mogły pracować, ja wytrzymywałam najwyżej półtorej doby, pękały mi naczynka w oczach. Ale na perfumerce płacono nam takie same stawki jak Polakom. Oni pracowali najczęściej po osiem godzin, a my i dwa razy tyle. Mówili czasem, że pracujemy jak ukraińskie konie, ja jednak lubiłam tę pracę. Kiedyś przyszła tam policja z kontrolą. Nasz pracodawca wypuścił nas szybko tylnymi drzwiami. Był strach, na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pracowałam też na farmie kurzej i przy zrywaniu jabłek.

Olena nie narzeka, a przecież podczas tych pierwszych przyjazdów do Polski nie tylko pracowała ponad siły, ale w ogóle żyła w bardzo trudnych warunkach. Wspomina, że mieszkały w osiem kobiet w jednym wynajmowanym pokoju, bez łazienki. – Wracałyśmy do domu nocą bardzo zmęczone i rozpoczynałyśmy grzanie wody i mycie. Wszystko to szło bardzo sprawnie, chciałyśmy jak najszybciej położyć się spać.

Jednak nie to było najtrudniejsze. Tamte lata to nieustanna rozłąka z dziećmi. – Kiedy po raz pierwszy wyjeżdżałam do Polski, córka była w szóstej klasie, a syn w trzeciej. Zostawiłam ich z mamą, która miała już ponad siedemdziesiąt lat. Mama i Polska – mówi łamiącym się głosem Olena – to dwie moje podpory w życiu. Nie wiem, jak bym sobie bez nich poradziła. Dzięki pracy w Polsce mogłam zapracować na siebie i dzieci. Z mężem się rozstałam i sama musiałam sobie radzić.
Zupełnie inne powody przywiodły do Polski Ołesia Jakymiwa, który mieszka tu od dziesięciu lat. – Pracowałem jako wykładowca na Lwowskim Uniwersytecie Rolniczym, żona też miała dobrą pracę. Jednak studia MBA w Polsce były dla nas dużą szansą, taki dyplom honorowany jest przecież na całym świecie. Po studiach zostałem jeszcze rok na stażu naukowym. Wtedy znalazłem ciekawą pracę w firmie, która  z czasem stała się największym w Europie dystrybutorem części zamiennych do samochodów japońskich i koreańskich. Mogłem wykorzystać swoją wiedzę i zdobyć nowe doświadczenia – nie da się ukryć, że zasady handlu w Polsce i na Ukrainie różnią się.

Dziś Ołeś Jakymiw jest zastępcą dyrektora ds. eksportu w firmie. – Los był dla nas tutaj przyjazny, opowiada, czujemy się w Polsce bardzo dobrze. Mamy tu wielu przyjaciół, wspólnie obchodzimy święta, które rozciągają się na dwa tygodnie – my jesteśmy grekokatolikami i świętujemy według kalendarza juliańskiego. Tak się składa, ze w naszej kamienicy mieszka dużo ludzi, którzy – podobnie jak my – przyjechali szukać do Warszawy swojej szansy. Pochodzą z Pomorza, z Łodzi, Lublina, Rzeszowa. Być może to właśnie wspólny los tak bardzo nas zbliżył.

– Nasz synek jest dwujęzyczny. Zadbaliśmy, żeby miał polską nianię, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że nie nauczymy go poprawnej polszczyzny. Dzieci na podwórku traktują go jak swego, językowo wcale od nich nie odstaje. Podobnie motywuje związanie swoich losów z Polską Rusłan Sałamatin, 35-letni biolog pochodzący z okolic Humania. W 2001 r. obronił w Kijowie doktorat. Rok wcześniej jego projekt badawczy wygrał konkurs na stypendium i przyjechał do Polski na sześć miesięcy. Potem bywał tu co najmniej dwa razy w roku. W 2002 r. zaproponowano mu pracę na warszawskiej Akademii Medycznej, rozpoczął ją w lutym 2003 r. Od tego czasu pracuje w Zakładzie Biologii Ogólnej i Parazytologii na stanowisku adiunkta. Jako pracownik naukowo-dydaktyczny nie miał kłopotu z uzyskaniem polskiej wizy,  tu przepisy były i są sprzyjające.

– Podjąłem tę pracę, bo warunki, jakie stwarzała praca w Polsce, były dla atrakcyjniejsze niż to, co proponowano mi na Ukrainie – tłumaczy. – Tu miałem większe zarobki i dużo większe możliwości rozwoju naukowego, lepszy dostęp do badań naukowych i wyjazdów zagranicznych. Nie zamierzałem zajmować się dydaktyką, teraz jednak jestem zadowolony, że stało się inaczej. Praca ze studentami daje mi bardzo dużo satysfakcji. I w Polsce, i w swoim instytucie czuje się na swoim miejscu. Z pewnością również dlatego, że założyłem tu rodzinę.

Żonę, Joannę, spotkał w cerkwi greckokatolickiej przy Miodowej, jednym z ważniejszych dla Ukraińców miejsc w Warszawie. Spotyka się tam cały przekrój społeczny Ukraińców: od profesora uniwersytetu po budowlańca. To miejsce wszystkich łączy. Odprawiane są tu Msze po ukraińsku, a po nich odbywają się spotkania przy kawie i herbacie. Można tu kupić prasę ukraińską, płyty CD. – Chociaż jestem prawosławny – opowiada Rusłan – często bywałem w kościele na Miodowej, nic więc dziwnego, że kiedy spotkałem tam Joannę, uznałem, ze jest Ukrainką. Joanna, chociaż Polka, znakomicie mówi po ukraińsku. Jej mąż twierdzi, że lepiej niż niejeden polski Ukrainiec.

Bardzo możliwe, że Ewa mówi lepiej po polsku niż niejeden Polak z Ukrainy. W przyjeździe do Polski pomogli jej znajomi z rodzinnego Drohobycza, którzy już tu pracowali. Ewa jest w Polsce po raz trzeci, teraz w końcu dostała wizę na rok. Podczas poprzednich pobytów zajmowała się albo dziećmi, albo starszymi osobami. Teraz pracuje jako opiekunka do dziecka. – Do tej pracy zarekomendowała mnie znajoma, którą poznałam w naszym zborze baptystycznym. Jestem protestantką, tu w Warszawie w niedzielę odbywa się nabożeństwo po rosyjsku, mamy też pastora z Ukrainy. Jest mi przykro – przyznaje – że nie mogę zdobytej na studiach wiedzy wykorzystywać, ale nie jest źle, lubię pracę z dziećmi. I cieszę się, że jestem w Warszawie. Zawsze przyciągały mnie duże miasta, życie w nich wiruje. Tęsknię za rodziną i przyjaciółmi, ale tu też już mam sporo znajomych, zarówno wśród Ukraińców, jak i Polaków.

Pensja Ewy jest kilka razy wyższa niż ta na Ukrainie i pomimo że życie w Warszawie jest drogie – ale, jak się okazuje, tańsze niż w Kijowie – opłaca się jej praca tutaj. Oszczędza,  nie jest jednak tak, że liczy każdy grosz. Może pozwolić sobie na kino czy pójście ze znajomymi do kawiarni. Czeka właśnie na odwiedziny mamy. – Chcę żeby zobaczyła, jak tutaj żyję.

Czas teraźniejszy

Biorąc pod uwagę obciążenia historyczne relacji polsko-ukraińskich, wydawać by się mogło, że nie jest łatwo być Ukraińcem w Polsce. Rzeczywistość jednak, jak zawsze, wymyka się prostym schematom. – Nigdy nie odczuwałem w Polsce żadnej dyskryminacji z powodu mojej narodowości – mówi Ołeś Jakymiw. – W mojej firmie jest konkurencja, ale przecież tak jest na całym świecie. Dużą uciążliwością były dla nas z żoną drastyczne przepisy dotyczące zatrudniania obcokrajowców, zwłaszcza ponownego zatrudnienia. Zdobycie zezwolenia na zamieszkanie i na pracę w Polsce zajmowało nam jeszcze do niedawna około trzech miesięcy. Trzeba było zgromadzić całą masę dokumentów i odbyć mnóstwo wizyt w urzędach.

Złe doświadczenia z Polski? – W Polsce – opowiada Ewa – jak wszędzie, są dobrzy i źli ludzie. Na ogół spotykam się tu z życzliwością. Tylko raz trafiła mi się praca, za którą mi nie zapłacono.

Olena chce pamiętać dobre doświadczenia, bo było ich znacznie więcej. Indagowana opowiada, że od pracujących wspólnie z nią Polaków zdarzyło się jej kiedyś usłyszeć: “ukraińskie bydło”. – To było bardzo przykre, czasem aż człowiek zapłakał – mówi i natychmiast dodaje: – Mnie spotkało jednak w Polsce wiele dobra. Z wieloma osobami, u których pracowałam, utrzymuję kontakt. Dzwonimy do siebie na święta, czy po prostu, żeby zapytać, co słychać. Pani Ania z Krakowa, kiedy dowiedziała się o chorobie mojej wnuczki, przysłała nam pięćset dolarów. O nic nie prosiłam, ona zrobiła to sama z siebie. Kiedy dziękowałam, mówiła tylko, że jestem dla niej jak siostra, bo tak troskliwie opiekowałam się jej mamą. Inna pani, u której pracowałam, zaprosiła mnie na ślub i wesele swojej córki. No i jest jeszcze Grażyna, pracuję teraz na jej miejscu. To bardzo dobra i życzliwa osoba, dzięki niej czuję się w Polsce mniej samotna.

Ciekawy obraz postaw Polaków wobec Ukraińców przynoszą badaniach CBOS[2]. Widoczna  jest  tu spora dynamika. W 1993 r. sympatię wobec Ukraińców deklarowało 12% procent badanych. W 2008 r. liczba ta wzrosła trzykrotnie i wynosiła 34%. O połowę też zmalała liczba osób deklarujących uczucia negatywne wobec Ukraińców – w 1993 r. przyznawało się do nich 65% Polaków, w roku 2008 już tylko 31%.

Rusłan Sałamatin podziela powszechną opinię, że istotne znaczenie na wzrost życzliwości Polaków wobec Ukraińców miała “pomarańczowa rewolucja”. – Wtedy również, dodaje Rusłan,  skonsolidowało się nasze ukraińskie środowisko. Zawiązała się nieformalna grupa ludzi, wśród których byli m.in.: Rostysław Kramar, Andrij Bihun, Ołeś i Iryna Jakymiw, Serhij Perun. Chcąc wspomagać tę sprawę – opowiada Sałamatin – postanowiliśmy namówić pracujących w Polsce Ukraińców, żeby poszli głosować. Nie to, że nie chcieli, ale wielu z nich pracowało tu nielegalnie i obawiali się, że kiedy zgłoszą się do ambasady, będą mieli kłopoty. Trzeba było powiadomić te osoby, że muszą zgłosić się do ambasady, żeby  w ogóle znaleźć się na listach wyborców i że nic im nie grozi. Wymagało to ciężkiej pracy pozytywistycznej. Zbieraliśmy się, drukowaliśmy ulotki, a potem próbowaliśmy trafić do miejsc, gdzie przychodzą Ukraińcy, czyli przede wszystkim do świątyń, na stadion X-lecia itp. Myśmy się wtedy bardzo zintegrowali. Potem powstał pomysł, żeby założyć stowarzyszenie Nasz Wybór Ukraina. Nie doszło do formalnej rejestracji, ale istnieje grupa ludzi, która utożsamia się z tą ideą i podejmuje różne działania.
O negatywnym stereotypie Ukraińca Rusłan dowiadywał się z literatury i badań CBOS. – Sam doświadczałem w Polsce przed wszystkim życzliwości, raz tylko zdarzyło mi się być skojarzonym z UPA – śmieje się. – Kontrolerzy w pociągu podmiejskim, dowiedziawszy się, że jestem Ukraińcem, chcieli chyba nawiązać ze mną kontakt i zagadnęli: Ukrainiec? Czyli UPA?

Czas przeszły

Oczywiście – przyznaje Roksana Vikaluk –  w naszej wspólnej historii dużo jest trudnych momentów. Nieraz zdarzało mi się o nich z moimi polskimi przyjaciółmi i znajomymi rozmawiać. W tych dyskusjach nie było zacietrzewienia,  próbowaliśmy widzieć racje dwóch stron. Chciałabym, byśmy – my, Polacy i Ukraińcy – wybaczyli sobie nawzajem wyrządzone krzywdy. Stefan Bandera i UPA to sprawy, których ja sama sobie jeszcze w pełni nie wyjaśniłam. Ale wiem jedno: walczyli o wolność Ukrainy. I będzie sprawiedliwie, jeśli ten fakt i jego pierwszorzędne znaczenie dla naszej historii zrozumie świat. Dziś historia Ukrainy, również dla samych Ukraińców, wciąż w wielu miejscach pozostaje jeszcze za mgłą.

Podobne doświadczenie jest udziałem Ewy. Opowiada: – Wiele osób tutaj  pyta mnie, co myślę o Banderze i UPA. To bolesne sprawy, spowodowały wiele niezawinionego cierpienia. Sama idea walki o wolność Ukrainy jest mi jednak bliska. Nie jest przecież tak, że do czasu pojawienia się Bandery wszystko ze strony Polaków wobec Ukraińców było OK, a Ukraińcy bez powodu rozpoczęli walkę. Historii nie zmienimy. Wy macie swoją opowieść o tym, jak Kozacy czy banderowcy znęcali się nad polskimi kobietami, a maleńkie dzieci nabijali na płoty. My mamy podobną – o tym, jak Polacy rozpruwali brzuchy naszym kobietom i zaszywali w nich koty… Za trudne relacje między naszymi narodami odpowiedzialne są obie strony. Historię trzeba pamiętać, ale nie można żyć tylko przeszłością. Czas, byśmy spróbowali sobie nawzajem wybaczyć.

Podobnie widzi te sprawy Ołeś Jakymiw. – Nie można liczyć historii od 1943 r. Wrócimy do roku 1918, kiedy Polska nie brała pod uwagę ukraińskich starań o niepodległość, wrócimy do Chmielnickiego…  Zastanawiam się, czy Związek Kresowiaków, podnosząc ciągle sprawy walk polsko-ukraińskich z ostatniej wojny, nie pomaga trochę Erice Steinbach? Nie chodzi o to, żeby zacierać przeszłość i twierdzić, że między naszymi narodami zawsze było dobrze. Przeciwny jestem jednak, aby w dyskusjach o naszej historii przerzucać się liczbami: ilu Polaków zginęło z rąk UPA, a ilu Ukraińców z rąk AK. Każde życie jest ważne i każdy mord był złem. Przeciwny jestem również, aby w dyskusjach o wydarzeniach na Wołyniu używać takich sformułowań jak “ludobójstwo”. Wtedy polskie akcje odwetowe też trzeba by nazwać ludobójstwem. Istnieją dwie strony tego dramatu. Chciałbym, żeby taką historię, w której pamięta się o tym, poznawał mój synek w polskiej szkole. I wolałbym, aby nasze narody bardziej patrzyły w przyszłość niż w przeszłość, byśmy się nawzajem wspierali. Czy nie do tego wzywał nas Jan Paweł II podczas swojej pielgrzymki na Ukrainę w 2001 r.?

Na pewno potrzeba czasu i wielu starań, aby się nawzajem usłyszeć, ale przecież wiele już teraz się to udaje. W polsko-ukraińskim domu Joanny i Rusłana Sałamatinów nie ma trudnych tematów. – Nie jesteśmy z żoną – mówi Rusłan – na jakichś dwóch przeciwnych pozycjach, które musimy uzgodnić. Ja sam rozumiem polskie racje, ale bliskie są mi też racje ukraińskie. Oczywiście, pamiętam, że liczby ofiar na przykład na Wołyniu różnią się; wtedy ucierpiało więcej Polaków. Nie jestem tutaj typowym przypadkiem, bo o ile w Polsce wydarzenia na Wołyniu są powszechnie znane, stanowią część kodu kulturowego, o tyle na Ukrainie wiedza na ten temat jest wciąż bardzo mała. Oczywiście gdzieniegdzie istnieje świadomość tych zdarzeń, jednak dla zdecydowanej większości Ukraińców wciąż są to sprawy nieznane. Większa część nie ma zielonego pojęcia, o co w tych wszystkich polsko-ukraińskich animozjach chodzi. To się powoli zmienia, przed kilku laty wspomniane fakty historyczne znalazły wreszcie swoje miejsce w ukraińskich podręcznikach historii. Z drugiej strony – opowiada Rusłan – bardzo ucieszyły mnie ostatnio słowa prezydenta Kaczyńskiego, który na prawosławnym cmentarzu na warszawskiej Woli oddał hołd Ukraińcom poległym w bitwie warszawskiej 1920 roku. Przypomnienie tego faktu jest małym wyłomem w niedobrym stereotypie Ukraińca, który chyba ulega osłabieniu.

Czas przyszły

Badania pokazują, że Ukraińcy osiedlający się w Polsce bardzo dobrze się tu integrują, co czyni z nich najbardziej pożądaną grupę imigrantów. Badacze wskazują również na to, że napływ imigrantów z Ukrainy poprawił wizerunek mniejszości ukraińskiej w Polsce. Do niedawna postrzegana ona była bardzo często w kontekście konfliktu etnicznego lat czterdziestych. Napływ pracowników z Ukrainy w dużym stopniu przyczynił się do zanikania tego stereotypu. Osobiste, jednostkowe kontakty sprawiają, że spotykamy człowieka, a nie stereotyp. Spotykamy człowieka obarczonego historią swojego narodu, ale też swoim własnym, często niełatwym losem.

– Już bym tu nie przyjeżdżała – mówi Olena – ale wnuczka choruje na białaczkę i potrzebujemy pieniędzy na lekarstwa i dobre jedzenie dla niej. Córka nie zarobi, musi opiekować się małą, zięć nie może znaleźć pracy na Ukrainie. Muszę pomóc. Teraz jest lepiej, małej właśnie odrosły włosy, córka wiąże jej już kucyki. Boże, żeby tak już było, żeby tamto straszne nie wróciło.

– Jak się pracuje w biznesie, wszystko zależy od sytuacji na rynku – wyjaśnia Ołeś Jakymiw. Tymczasem dobrze się nam w Polsce żyje, lecz jeśli przyjdzie lepsza, ciekawsza propozycja ze świata – ruszymy w świat. Ale dopóki tu jesteśmy, chciałbym mieć swój mały udział w budowaniu dobrych relacji miedzy Polską a Ukrainą. Również dlatego przyłączyłem się do Towarzystwa Przyjaciół Ukrainy.

Ewa nie wiąże swojej przyszłości na stałe z Polską. – Popracuję tu jeszcze rok, może trzy lata i wrócę na Ukrainę. Nie muszę pracować w szkole, chciałabym jednak, żeby moja praca stwarzała mi możliwość korzystania z wiedzy, którą zdobyłam, studiując.

Roksana Vikaluk nagrała w Polsce dwie płyty i regularnie koncertuje, a teraz spełnia się jej wielkie marzenie: została zaproszona jako instrumentalistka do udziału w festiwalu muzyki elektronicznej “Schody do nieba”. Tu nie tylko rozkwitło jej śpiewanie, ale przytrafił się jej również teatr. Gra w Teatrze Żydowskim, skomponowała też muzykę do spektaklu, który wystawiony zostanie niebawem w Teatrze Rampa. W Polsce czuję się u siebie, ale czy zawsze będę tu mieszkała, nie wiem. Idę tam – śmieje się Roksana – gdzie chcą mnie słuchać. Jeśli zechcą mnie na Marsie, tam też gotowa jestem ruszyć.

– Warszawa to już jest moje miasto – mówi Rusłan. Uświadomiłem to sobie niedawno, oprowadzając mojego kolegę z Ukrainy. Jestem dumny, że wiele zmienia się tutaj na lepsze, że miasto pięknieje. Mam satysfakcję, że mojej żonie, warszawiance, ja pierwszy pokazałem, że są trzy, a nie jedna kolumna Zygmunta. Bardzo lubię warszawskie biblioteki, spędzam w nich wiele czasu. Mam swoje ulubione knajpki. Dobrze mi tu, ale nie wykluczam, że będziemy kiedyś żyć gdzie indziej, być może na Ukrainie. Na szczęście, jak mawia żona: konieczność uwalnia od męki wyboru. Ale póki co, nie chciałbym wyjeżdżać z Polski.

Imiona niektórych bohaterów zostały zmienione.

Katarzyna Jabłońska - Więź

Katarzyna Jabłońska – absolwentka filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, krytyk filmowy. Z WIĘZIĄ współpracuje od 1992 r., obecnie sekretarz redakcji pisma. Publikowała  również w “Tygodniku Powszechnym”, “W drodze”, “Charakterach” i “Kwartalniku Filmowym”. Należy do Zespołu Laboratorium WIĘZI. Mieszka w Otwocku.

[1] Wszystkie cytowane dane podaję za: Mirosław Bieniecki, Mikołaj Pawlak, Strategie Przetrwania – integracja imigrantów z Ukrainy na Polskim rynku pracy. Raport z badania materiałów źródłowych, ISP 2009 r.

[2] Stosunek Polaków wobec innych narodów, CBOS, Warszawa, grudzień 2008.

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Pomoc dla rodaków w Brazylii

Tags: , , , ,

Pomoc dla rodaków w Brazylii


PILNA POTRZEBA-

POMOC DLA POLONII BRAZYLIJSKIEJ

Historia polskiej emigracji w Brazylii rozpoczęła sie około 150 lat temu i miała zróżnicowany przebieg. Tzw. „gorączka brazylijska” trwała od roku 1890 do roku 1914, kiedy to przybyło do Brazylii ponad 100000 Polaków. Różne też koleje miał los Polonii. Był czas dziesiątkowania przez epidemie, choroby, ciężką pracę, był też czas silnych więzi i pielęgnowania polskiej kultury. W latach 1938 - 1978 odnotowano zanikanie polskości.

Jednak rok 1978 przyniósł przełom – wybór polskiego papieża, później powstanie „Solidarności”, powstanie organizacji „Braspol” i tak aż do dnia dzisiejszego trwa stopniowe odradzanie polskości u trzeciego, czwartego a nawet piątego pokolenia tamtych emigrantów. Dzisiaj w Brazylii około 1 % ludności ma polskie pochodzenie. Jest to liczba, w.g. różnych źródeł - ponad 1 milion a być może blisko 2 miliony mieszkańców. Wielu Polaków, w różnych miejscach tego ogromnego kraju, zajmuje znaczące pozycje społeczne, posiada prosperujące biznesy, farmy, jest dobrze wykształconych. Jednak nie dotyczy to wszystkich. Wiele zależy od środowiska w jakim mieszkają. W Stanie Parana, na wysokości około 800 m nad poziom Oceanu, w górach, znajduje się malowniczo położone miasteczko Cruz Machado, które wraz z przyległymi wioskami liczy 18000 mieszkańców, w tym około 12000 ma polskie pochodzenie. Pozostali mieszkańcy mają również najczęściej europejskie korzenie.

Kilka pokoleń losów emigracyjnych przyniosło też znaczne „wymieszanie” międzynarodowościowe tak, że znaczna większość tego regionu ma jeżeli nie pełno polskie to częściowo polskie pochodzenie. Jest to region biedny, gdzie wielu ludzi mieszka w slamsach pozbawionych elementarnych środków i urządzeń komunalnych i sanitarnych. Wielu też, jako bezdomni, mieszka na polach w skleconych szopach albo poprostu pod kawałkiem folii na ziemi. Są też rodziny mieszkające w szałasach w lesie. Najczęściej są to rodziny wielodzietne (nawet do 10 małych dzieci), pozbawione najbardziej podstawowych środków do życia. Powodem zaś zubożenia regionu jest brak zakładów pracy oraz uprawa roli w górach gdzie nie można wprowadzić sprzętu.

W roku 2003, pod przewodnictwem pastora-misjonarza Antoniego Dąbrowskiego z Polskiego Kościoła Pełnej Ewangelii w Toronto, wyruszyła do Brazylii misja, ktora zetknęła się z tym stanem rzeczy. Od tego czasu, co roku wyjeżdża grupa misyjna, która zacieśnia i rozbudowuje współpracę z miastem Cruz Machado.

Od skromnej lecz rosnacej pomocy, w kolejnych latach - ostatnio zorganizowana już została szeroka pomoc socjalna, z której skorzystało co najmniej 1000 osób. Do akcji, poza grupą misyjną z Toronto – włączył się Urząd Miasta Cruz Machado oraz brazylijska misja pastora Marcio Roberto. Wydaliśmy około 1500 posiłków, około 500 paczek z ubrankami dla dzieci, wiele słodyczy, środki higieny, było mnóstwo zabaw i gier. W tym roku burmistrz miasta zwrócił sie do Polonii Kanadyjskiej, z prośbą o pomoc w rozwiązaniu w mieście problemu biednych i bezdomnych. Niezależnie od dotychczasowej działalności humanitarnej, która nadal będzie prowadzona – powstał plan wybudowania około 50 małych domów plus inne obiekty i pomieszczenia.

Pracujemy też nad planem stworzenia stanowisk i małych zakładów pracy stosownych do możliwości środowiska, myślimy o działalności na rzecz małych dzieci oraz pozostającej bez zajęcia młodzieży. Szeroki wachlarz zadań do wykonania pociągnął zaangażowanie się (oprócz wymienionych powyżej) – kolejnych osób. Dąłączyła do nas niemiecka Misja „Nehemiasz”, kierowana przez Polaka Pawła Sturzt oraz brazylijski pastor-misjonarz Edward Jamielniak, który jest bardzo dobrym organizatorem oraz znawcą tamtego Regionu. Dołączył również jeden z dużych kościołów w Sao Paulo. W dalszym ciągu otrzymujemy propozycje współpracy kolejnych osób, instytucji, kościołów, otwiera drzwi prasa, radio, liczymy na telewizję, jesteśmy przekonani, że jeszcze wielu Polaków poprze Projekt. Jesteśmy mile zaskoczeni i wdzięczni Polonii w różnych częściach świata z powodu tak pozytywnej reakcji oraz współpracy.

Realizacja Projektu „Pomoc dla Cruz Machado” wymaga znacznych środków finansowych. Dlatego też gorąco apelujemy o dotacje. Misja nie czerpie żadnych korzyści materialnych, nasza praca jest całkowicie społeczna a zapłatą będzie radość gdy zobaczymy zmianę położenia bezdomnych, biednych i głodnych naszych Rodaków mieszkających w mieście i okolicy Cruz Machado.

Odpowiedzialni za projekt pomocy dla Cruz Machado są:

1. Piotr Trejnowski – dyrektor Służby Misyjnej Polskiego Kościoła Pełnej Ewangelii w Kanadzie, Tel: 416-500-8741, E-mail: mission.peter@gmail.com

2. Rev. Antoni Dąbrowski – pastor-misjonarz Polskiego Kościoła Pełnej Ewangelii w Toronto, tel. 416-521-9900, E-mail: adabrowski@rogers.com

Adres Misji: Polski Kościół Pełnej Ewangelii w Kanadzie, Służba Misyjna Toronto, 69 Long Branch Ave. Toronto, ON. M8W 3J5, Canada. Dotacje można wpłacać internetem lub osobiscie na konto Nr 114931 w banku Polish Credit Union, nazwa konta: - „PFGC – Mission Ministries” lub wysłać czek na podany adres Służby Misyjnej. Na koniec roku wyślemy pokwitowania. Z góry serdeczne Bóg zapłać za każdą dotację.

Poniżej zamieszczamy szereg zdjęć, które dobitnie ilustrują w jak skrajnych warunkach egzystuje część naszych rodaków południowej w Brazylii.

dsc06386_editeddsc06383_editeddsc06377_editeddsc06368_edited1cr-m-24cr-m-23cr-m-22cr-m-15cr-m-14cr-m-12cr-m-10cr-m-09cr-m-08cr-m-07cr-m-053

Cztery ostatnie zdjęcia to ilustracja akcji socjalnej zorganizowanej w Cruz Machado, w porozumieniu z władzami miasta. Pomoc doraźna w postaci datków ubrań, żywności, drobnych upominków została udzielona około 1000 potrzebujących.

akcja-socjalna-11akcja-socjalna2akcja-socjalna3akcja-socjalna-4

Posted in Podróże, Polecamy, Różne, W numerzeComments (0)

Wytnij sobie Mariana

Tags: , , ,

Wytnij sobie Mariana


Każdy “młody, zintegrowany, kosmopolityczny Europejczyk z Polski” odwraca z obrzydzeniem wzrok, gdy Mariana widzi, ale paradoksalnie rozpoznaje go na milę. I używa sobie na nim ile wlezie.

Marian to postać tajemnicza, wręcz mityczna. Nikt z opisujących, a jest ich całkiem spora rzesza, nie miał z nim nigdy nic wspólnego, raczej każdy nim gardzi i go unika, a jednak wszyscy wiedzą o Marianie na tyle dużo, jakby mieszkali z nim w jednym pokoju. Cała uciecha, a zarazem paradoks w gnębieniu Mariana polega na tym, że brzydzący się nim “kosmopolityczni Europejczycy” nie ustają w tropieniu go. Zacznijmy od tej zabawy…

Mariana portret cudzy

Według znanego blogera Piotra Słotwińskiego, statystyczny polski emigrant ma na imię Marian, lat 38, pochodzi ze wsi z okolic Kalisza i nosi wąsy. “W Polsce zostawił żonę z dwójką dzieci, ale tutaj, pod polskim kościołem poznał Tereskę, lat 32, w separacji, z którą obecnie mieszka. Marian jest malarzem (ale nie artystycznym), więc pracuje w rożnych miejscach, do których dowozi go brat szefa, toteż Mariana można codziennie rano spotkać przy bankomacie albo na rogu, skąd jest zabierany do pracy” – to dopiero początek opisu.

Ogólnie rzecz biorąc, w pracy Marian zarabia minimalna stawkę, więc żeby utrzymać się na powierzchni, “młóci overtajmy”. Funty, które za nie dostaje, są dla niego wartością najwyższą i cała jego emigracyjna tułaczka jest ich gromadzeniu podporządkowana.

marianKanon ubioru to plecak (obowiązkowo z sześciopakiem piwa Tyskie), dżinsy “wycieruchy”, bluza Lonsdale i adidasy. Najważniejszym znakiem rozpoznawczym są jednak wąsy, z dyskretnym dodatkiem poważnych braków w uzębieniu.

Jeśli w ogóle kupuje coś z rzeczy poza Polską, to tylko w Primarku, ewentualnie w TK Maxx. W spożywkę zaopatruje się w Lidlu albo w Tesco, ale w większości jest to najtańsza i najpodlejsza linia produktów Tesco Value. W jego domu mieszka co najmniej pięciu innych Marianów, ewentualnie Mietków, Mariolek i Teresek. Z elewacji zaniedbanego, wynajmowanego domu zwisa czarny talerz Cyfrowego Polsatu albo Cyfry+, więc wszyscy raczą się “Kiepskimi”, “Plebanią”, “Gwiazdami tańczącymi na lodzie” i wściekają się oglądając “Londyńczyków”.

Wersje do wyboru

Marian ma oczywiście swoje mutacje. W wersji młodzieżowej, poniżej trzydziestki, ma gładko wygoloną głowę i szeroki kark, zdradzający zamiłowanie do pakowania na siłowni i łykania sterydów. Obowiązujący ubiór to spodnie dresowe z białymi paskami po bokach, do tego adidasy lub – w wersji bardziej eleganckiej – mokasyny z dyndającymi frędzlami oraz skórzana kurtka ze stójką, najlepiej z aplikacjami jakiegoś motocyklowego lub samochodowego teamu. W sieci można się doszukać pełnego “rozpoznania rasowego” takiego osobnika. “Kaprawe, wodniste, zapite oczka, neandertalskie mordy, czyli wysokie czoło, zgrubienia nad oczodołami, głęboko osadzone oczy, płaskie, krótkie nosy i cofnięte brody” - takiego opisu, zapożyczonego od sieciowego bytu podpisującego się jako zabawnyrr, nie powstydziłby się żaden rasistowski antropolog.

marioleJest też mutacja żeńska. To wspomniana już Mariolka, którą “kosmopolityczny Europejczyk” rozpoznaje po upodobaniu do różowych dodatków, nienaturalnie dopalonej solarium skórze oraz wymyślnym tipsom.

Choć opisy te ciągną się w nieskończoność, a im bardziej są szczegółowe, tym większą uciechę sprawiają demaskatorom, to cechy fizyczne Mariana i podobnych mu postaci są jedynie dopełnieniem listy jego wad i grzechów głównych. Znienawidzone postacie łączą więc cechy osobowościowe, nawyki, prymitywny światopogląd, ignorancja, płytki konsumpcjonizm, nieznajomość języka angielskiego i wulgarna odmiana polskiego, analfabetyzm technologiczny itp.

Jak pisze internauta Oscar, “poznałem ich po wyglądzie, choć nie mieli wąsów ani koszuli w kratkę. Ale nie miałem wątpliwości, to był Marian polski. Usłyszana później rozmowa potwierdziła moje rozpoznanie. Do towarzystwa brakowało im tylko polskiej Marioli.”

Konstruowanie Innego

Oscar pisze dalej o własnym olśnieniu: “Każdy Marian jest Polakiem, ale nie każdy Polak jest Marianem. Jeśli ktoś ze wstrętem pisze, a takich wpisów na forach jest mrowie, że Polaka wyczuje na odległość po wąsach i koszuli w kratkę, to głupio pisze. Owszem, wielu z nas cechuje się charakterystyczną, słowiańską urodą. Ale nie wszyscy. No i niektórzy zgolili wąsy na lotnisku.”

Czas na zadanie pytania: skąd bierze się owa potrzeba “konstruowania” Mariana? Bo jego konstruktorom, mimo demaskatorskich zapędów i analitycznej inteligencji, nie wystarcza przenikliwości, by zajrzeć w głąb siebie.

Tymczasem ich opis wynika z pierwotnej potrzeby poszukiwania własnej tożsamości, dość poważnie rozchwianej przez sytuację emigracyjną.

– Ludzie konstruują “Mariana”, aby udowodnić sobie i innym, że Marianami nie są. To jeden z fundamentalnych mechanizmów budowania tożsamości – stwierdza dr Michał Garapich, antropolog kultury z Roehampton University. – Aby poczuć się “kimś”, musimy wiedzieć, co jest tym “nie-kimś”, gdzie jest granica i co jest po drugiej stronie, musimy skonstruować sobie Innego, wobec którego możemy się zdystansować i obarczyć cechami negatywnymi, przez co nadajemy sygnał, iż my posiadamy same pozytywne. Mamy różnych Innych - bliskich, dalszych, ale Marian jest niebezpiecznie bliski, jest z Polski, mówi tym samym językiem, a w dodatku inni członkowie pozytywnych grup odniesienia (tych, do których Polacy chcieliby aspirować, zbliżyć się w hierarchii, czyli po prostu biali Anglicy z klasy średniej) pakują nas do jednego worka. To dlatego więcej społecznej energii poświęca się podkreśleniu różnicy między Marianem a nie-Marianem niż opisywaniu różnic, które dla aktorów społecznych mogą wydać się ewidentne, np. między Polakiem a Sikhem czy Polakiem a osobą o odmiennym kolorze skóry. Marian służy więc podkreśleniu wewnętrznego zróżnicowania grupy.

Dla “kosmopolitycznej” części polskich emigrantów sprzeciw wobec Mariana prowadzi do wykluczenia siebie z grupy narodowej: “jeśli tacy jak Marian reprezentują Polaków zagranicą, to ja się z tej narodowej wspólnoty wypisuję”. Jednak dla sporej części Polaków w UK przynależność etniczna jest na tyle ważna, że w opozycji do Mariana budują swoją “drugą Polskę na obczyźnie” i w swoim mniemaniu zamieszkują samo jądro polskości, która jest głęboka, patriotyczna, świadoma i… elitarna. Marian nie ma do niej wstępu, bo samą swoją obecnością by ją skalał. W ostateczności przestaje być Polakiem, bo na to miano nie zasługuje, staje się przedstawicielem “ciemnego luda”, bez własnej historii i kultury, wykorzenionym podczłowiekiem miotającym się gdzieś na powierzchni codziennego życia, zaspokajającym własne podstawowe potrzeby, a niezdolnym do uczuć wyższych i przynależności do “prawdziwej”, narodowej wspólnoty.

Wygnańcy w jednym worku

w-angliiEmigracja burzy naszą staroświecką, terytorialną tożsamość. Przekraczając granicę w pewnym sensie wyłączamy się z etnicznej wspólnoty, która zgodnie z wrośniętym w nas nacjonalistycznym mitem każe wierzyć,

że Polacy mieszkają wyłącznie w Polsce, a wyjazd za granicę to rodzaj anomalii, patologii sprzecznej z naturą. Emigracja jest w polskim dyskursie nacechowana negatywnie – to “tułaczka”, “poniewierka”, “wygnanie”, “banicja”, “wypędzenie”, a ostatnimi czasy “ucieczka”. Już sama ta sytuacja tworzy dyskomfort i chęć zrzucenia niechcianego ciężaru.

W dodatku – jako Polacy – jesteśmy wrzucani do jednego worka przez inne grupy społeczne. Właśnie w tym sprzeciwie wobec prymatu narodowej przynależności tkwi kompleks twórców Mariana. Wskazują oni, że różnią się od niego pozycją społeczną, wykształceniem, walorami moralnymi, które są dla nich ważniejsze od więzi etnicznej.

– Bezpośrednie doświadczenie negatywnej strony etniczności, która grupuje odgórnie jednostki sobie obce, zawiera element dyskomfortu, wstydu i poczucia, że bycie Polakiem lub Polką niesie za sobą potencjał skojarzenia ze złym towarzystwem – tłumaczy dr Garapich. – Jest to jednocześnie wstyd mocno zindywidualizowany, mający na względzie własny interes (na zasadzie: “co inni Anglicy o mnie pomyślą, patrząc na nich”). Polskość jako kategoria łącząca ludzi ma więc potencjał klasowej transgresji i zaburzenia własnego poczucia odrębności klasowej, edukacyjnej i tożsamościowej.

Według Bernadetty Siary, socjolożki z University of Westminster, jest to również walka o wzór Polaka, który ma prawo reprezentować nas na emigracji.

- To jest walka o reprezentację tymczasowej społeczności polskiej w UK, tzn. jakie symbole i jakie typy osobowościowe ją reprezentują – mówi B. Siara. – Jeśli przedstawimy Mariana w negatywnym świetle i go wykluczymy (a część społeczności męskiej w UK prawdopodobnie reprezentuje cechy przypisane Marianowi), to wtedy wszyscy ci, którzy pozostają w pozytywnym świetle (wykształceni, z dobrą znajomością języka, odczuwający mniejsze frustracje na emigracji i nie potrzebujący ich zabijać alkoholem, często nieźle zarabiający itp.), zyskują prawo reprezentacji tymczasowej, wykreowanej społeczności polskiej.

Dajmy mu odetchnąć

Ciągłe definiowanie wstydliwej polskości, uosobionej w postaci Bogu ducha winnego Mariana, ma dla jego twórców moc wyzwolenia. Sprawia, że poczucie przynależności do “arystokratów ducha” jest silne, mimo częstych przecież na emigracji porażek, nieznośnych kompromisów i losów poniżej własnych aspiracji. O tym, jak żywy jest to mit, świadczy chociażby efekt badań przeprowadzonych w ramach projektu Economic and Social Research Council wśród polskich emigrantów w roku 2007. Aż 80 proc. badanych mężczyzn i 50 proc. kobiet wyrażało negatywne opinie o Polakach. Niemal wszyscy mieli negatywne doświadczenia z rodakami bądź o takich słyszeli, a ponadto spontanicznie o nich opowiadali. W wywiadach z naukowcami podkreślali również różnice, które oddzielają ich od “polactwa”, przy czym najczęściej podkreślaną osią różnicy był fakt łamania norm moralnych.

Owe deklaracje wstydu i obrzydzenia stoją wręcz w sprzeczności z rzeczywistym doświadczeniem. – Ci sami respondenci deklarujący niechęć do innych Polaków, na dużą skalę angażują się w migracje łańcuchowe, produkcję migracyjnego kapitału społecznego, mieszkają z innymi Polakami razem, prowadzą wspólnie intratne interesy i korzystają z sieci społecznych złożonych z Polaków – mówi dr Michał Garapich.

We wspomnianym badaniu ESRC, 60 proc. badanych pomogło swoim znajomym w znalezieniu pracy lub mieszkania podczas początkowego etapu osiadania na emigracji. W sondażu dla władz dzielnicy Hammersmith & Fulham, 45 proc. Polaków znalazło pracę przez znajomych lub rodzinę, a jedynie 8 proc. skorzystało z formalnych instytucji, jak biura pracy czy agencje.

O czym to świadczy? Czy nie jest tak, że walczymy z Marianem, który tkwi w każdym z nas? Jeśli tak, dajmy mu od czasu do czasu odetchnąć…

Adam Skorupiński, Goniec Polski

Posted in Ciekawostki, Różne, W numerzeComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1