To nie jest obraz, który Republika Południowej Afryki chciałaby pokazać światu: trzy miliony sierot, błąkających się po ulicach, z głodu wdychających klej.
W trosce o dobry wizerunek gospodarz piłkarskich mistrzostw świata postanowił problem ukryć – dosłownie. Dzieciaki od kilku miesięcy są siłą wywożone poza granice dużych miast, daleko od spojrzeń kibiców i telewizyjnych kamer.
Przepych, z jakim rozpoczęły się mistrzostwa, pompa i parada, jakie towarzyszyły ceremonii otwarcia, nie wystarczą jednak, by przesłonić niewesołą, dramatyczną prawdę: w RPA żyją miliony dzieci osieroconych przez AIDS. Większość z nich jest bezdomna, pozbawiona jakichkolwiek środków do życia, a głód i stres oszukuje wdychając opary kleju nitro – najtańszego narkotyku świata, który najprędzej
powoduje nieodwracalne zmiany neurologiczne.
“Miliony dzieci” to pojęcie abstrakcyjne – do chwili, w której na drodze naszej ekipy reporterskiej nie stanie ośmioletni Moeketsi. Jego rodzice zmarli na AIDS przed trzema laty i od tego czasu każdy jego dzień jest walką o przetrwanie: codziennie musi zdobyć żywność i ubranie, wystrzegając się zarazem gangów ulicznych, handlarzy żywym towarem i pedofilów, którzy niemal bezkarnie przemierzają ulice.
Tak przynajmniej było do czasu rozpoczęcia przygotować do mundialu. Dziś Moeketsi i jego koledzy muszą mieć się na baczności przed jeszcze jednym zagrożeniem: przed policją. Już od kilku miesięcy ulice Durbanu codziennie przemierzają nieoznakowane półciężarówki, będące na stanie miejscowych sił porządkowych, których zadaniem jest wyłapywanie południowoafrykańskich “bezprizornych” i wywożenie ich w odległe okolice, daleko poza granice miasta, z dala od kamer stacji telewizyjnych i pijanych ze szczęścia kibiców, którym nic nie powinno zakłócić atmosfery święta. Ta deportacja oznacza również, niestety, że dzieci zostaną odcięte od jedynego dla wielu źródła pomocy, jakim są stołówki i świetlice prowadzone przez organizacje charytatywne.
Ich aktywiści już dziś biją na alarm: według ich relacji małoletni bezdomni wyłapywani są bezwzględnie, często z użyciem gazu łzawiącego, nieraz – bici i wywożeni w warunkach, jakich nigdy nie doświadczają dorośli aresztanci. Ludziom, którzy usiłują zmienić los “sierot po AIDS”, doszło jeszcze jedno zadanie: prócz gromadzenia funduszy i przełamywania nieufności swoich podopiecznych, muszą jeszcze monitorować działalność policji.
Do takich działań szykuje się m.in. 28-letnia Lucy Caslon, pedagog, która przed trzema laty założyła fundację Msizi Africa. Od ponad roku współpracuje z durbańską fundacją charytatywną Umthombo, której głównym celem jest całościowa opieka nad bezdomnymi dziećmi ulicy. – Wygląda na to, że za sprawą mundialu władze zdecydowane są strzec cukierkowego wizerunku kraju za wszelką cenę – mówi wstrząśnięta Lucy. – Konsekwencje są przerażające. Wczoraj dowiedziałam się o 17-latku, który uciekając przed ścigającym go patrolem wpadł prosto pod koła samochodu i zginął na miejscu.
Ludzi takich jak Lucy nieraz musi dopadać zwątpienie: według ostrożnych statystyk ONZ, w Republice Południowej Afryki żyje ponad trzy miliony malców osieroconych przed AIDS. Ogromną większość czeka los dzieci ulicy, spędzających noce na chodniku lub – w najlepszym razie – na klatkach schodowych, na które zdołają się dostać. Tylko w Durbanie, gdzie rozgrywana będzie trzecia część meczów, takich dzieci są tysiące. Drugie tyle konkuruje z nimi na ulicach o jałmużnę, lecz na noc wraca do domu.
– Po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z rozmiarów tej katastrofy, kiedy trafiłam do nieformalnej noclegowni, oddanej dzieciom do użytku – wspomina Lucy, która do tego czasu pracowała jako wolontariuszka w sierocińcu w Lesotho. To, co tam zobaczyła, nie przygotowało jej na spotkanie z sierotami Durbanu. – Zabiedzone dzieciaki, półprzytomne od oparów kleju, który sprawia, że nie czują głodu, i trzęsące się na myśl o ataku któregoś z gangów ulicznych, który może zrabować im wszystko – wspomina. – Nie sposób tego opisać. Miałam wrażenie – mam je zresztą do tej pory – że władze po prostu umyły ręce. Uznałam, że muszę coś zrobić.
Założona przez Lucy fundacja Msizi (po zulusku słowo to oznacza kogoś, kto pomaga, obrońcę lub uzdrowiciela) zdołała zgromadzić blisko 350 tys. euro. W 2008 roku Lucy pozyskała wsparcie programu charytatywnego operatora telefonii komórkowej Vodafone (”World of Difference Programme”), dzięki czemu mogła się w pełni poświęcić działalności dobroczynnej. Kilkaset tysięcy euro to gigantyczny kapitał (wyżywienie dziecka przez miesiąc, przy dokonywaniu zakupów w hurtowniach, kosztuje nie więcej niż 6 euro – mniej niż jedną setną biletu na finały mundialu), który jednak topnieje w szybkim tempie: fundacje Msizi i Umthombo rozdają dziennie kilkaset posiłków, a liczba ich pensjonariuszy stale rośnie.
Organizatorzy akcji starają się, by wieść o darmowych posiłkach docierała jak najszerzej do bezdomnych, dzieci bowiem, które przywędrują na posiłek, mają szanse trafić do założonego przez Umthombo schroniska-hostelu, któremu nie przypadkiem nadano nazwę “Safe Space”, czyli bezpieczna przestrzeń. Dzieci, które tu trafią, mogą liczyć na porady opiekunów, z których wielu wywodzi się z dawnych bezdomnych. Zaczyna się od prostych porad, ale dzieci mogę też liczyć na pomoc asystentów medycznych, którzy przekazują wiedzę o tym, jak mają żyć i leczyć się mali nosiciele AIDS.
– Pierwszym wabikiem jest oferta darmowego posiłku; dzieci, które do nas docierają, zaczynają jednak nawiązywać kontakt z doradcami – zapewnia Lucy. – Miska pożywnej strawy to dopiero początek. Każdy posiłek przeznaczony dla nosicieli wirusa musi być tak przemyślany, by organizm nabierał sił, a leki immunosupresyjne działały jak najskuteczniej.
Dla dzieci pozbawionych opieki rodziny i państwa takie poradnie to jedyna szansa na przedłużenie życia – a te, które przyjmą wyciągniętą dłoń, mogą zostać ocalone. – Staramy się zorganizować im czas tak, by nie ciągnęło ich na ulicę również w środku dnia – opowiada założyciel Umthombo Tom Hewitt. – Chcemy wyciągnąć je z klejowego nałogu dzięki pomocy psychologów, a jeśli trzeba, przy pomocy leków. Zbudowaliśmy mały stadion i prowadzimy zajęcia z windsurfingu, by choćby na chwilę oderwać myśli tych dzieciaków od ich przeszłości i teraźniejszości, by porzuciły ulice nie tylko fizycznie, ale i duchowo.
Za każdym razem chcemy doprowadzić do tego, by nasi podopieczni wrócili do swoich społeczności – większość, nawet jeśli nie zdaje sobie z tego sprawy, ma krewnych, nierzadko zatroskanych losem tych dzieci – lub w ostateczności zamieszkali w niewielkich “rodzinach zastępczych”, często tworzonych przez dorastających wychowanków naszych schronisk, nadzorowanych przez pedagogów. Oczywiście – to odległy cel, ale wiemy już, że nie chcemy poprzestać na misce zupy.
Większość dzieci, które rozpoczęły współpracę z hostelem, udaje się namówić na powrót do szkoły. W RPA wykształcenie nadal pozostaje cenionym dobrem i osoby, które je posiadają, mogą liczyć na lepsze życie. I tu jednak mundial dał się społecznikom we znaki: niedawno w jednej z prowincji kraju zburzono dwie zaniedbane szkoły podmiejskie, na miejscu których miał stanąć kolejny stadion. Dzieci od jesieni uczą się tam w zaimprowizowanych, zastępczych klasach, niewiele różniących się od noclegowni.
Lucy przyznaje, że zdarza jej się w tych okolicznościach zmagać ze zniechęceniem; twierdzi jednak, że dostrzega rzeczywiste, trwałe zmiany w życiu dzieci, którymi się zajmuje, i to okazuje się być najlepszą zachętą.
– Jedzą. Jedzą, a zatem rozwijają się, rosną, mają zdrową skórę. Coraz rzadziej trafiają do nas z kaszlem czy katarem, co dawniej zdarzało się niemal codziennie – wylicza Lucy, promieniejąc. – Codziennie któreś z nich rzuca klej, z którym dotąd się nie rozstawało. Codziennie któreś staje na własne nogi i rusza na plac zabaw, by beztrosko gonić za piłką, jak inne dzieci w tym wieku. Biedni, mali uliczni wojownicy są po prostu dzieciakami, które musiały obrosnąć skórą godną nosorożca.
NofTW
Dramat w liczbach
– Bezdomne dzieci zamieszkują trzy największe miasta RPA – Durban, Cape Town i Johannesburg – można je jednak spotkać również na prowincji, a nawet w wioskach
– Według danych ONZ, na skutek epidemii AIDS wśród dorosłych, w RPA osieroconych zostało ponad 3 miliony dzieci
– Nosicielami wirusa HIV jest ponad 5,7 mln mieszkańców RPA
– Handel dziećmi zbiera w RPA bogate żniwo: rokrocznie rejestrowane jest ponad 1700 zaginięć dzieci; znaczna liczba porwań ma miejsce “w szarej strefie”, wśród dzieci ulicy, i tym samym umyka statystykom.
Czarne owce Afryki
Co Afrykanie sądzą o innych Afrykanach? Dla gospodarzy piłkarskich mistrzostw świata najgorszą opinię mają przybysze z Nigerii
Stereotypy o Afryce pokutujące wśród Europejczyków są powszechnie znane. Niewiele natomiast wiadomo, co Afrykanie sądzą o innych Afrykanach. Pod tym względem mieszkańcy Czarnego Lądu nie są wyjątkiem i rozwinęli bogaty repertuar uprzedzeń. Podróżując po Afryce słuchać najczęściej ostrzeżenie: “Miej się na baczności przed Nigeryjczykami!”.
Mieszkańcy kraju położonego w Afryce Zachodniej mają - najoględniej mówiąc - mocno zaszarganą reputację na kontynencie. Jeden z napowszechniejszych stereotypów głosi, że Nigeryjczycy są nachalni, lubią się popisywać bogactwem i zgrywają chojraków. Do tego są krzykliwi, zarozumiali, bezczelni i pyszałkowaci. W Afryce niezwykle rzadko można usłyszeć przychylną opinię na temat Nigeryjczyków. Mieszkańcy RPA nie są wyjątkiem - również i oni nie zostawiają na suchej nitki na swoich pobratymcach, chyba że ci akurat walczą na stadionie, ratując piłkarski honor Afryki podczas mundialu.
Mieszkańcy Nigerii mają wyjątkowo złą reputację wśród gospodarzy piłkarskich mistrzostw świata. Niewątpliwie jest to związane z rozwojem przestępczości zorganizowanej - w RPA działa wiele gangów nigeryjskich. Lista zarzutów pod ich adresem jest długa: napady z bronią w ręku, handel narkotykami, przemyt ludzi. Nigeryjczycy wiodą prym w przestępczym procederze. Z tego powodu mieszkańcy Południowej Afryki darzą wszystkich imigrantów z Nigerii ogromną nieufnością. Nigeryjczyk jest i pozostanie typem spod ciemnej gwiazdy. Inaczej być nie może.
Niewiadomo co będzie po zakończeniu piłkarskich mistrzostw świata, bowiem w RPA może się jeszcze bardziej nasilić niechęć do afrykańskich gastarbeiterów. Jego rodacy niejednokrotnie odczuwają przejawy ksenofobii. Ciągle są wśród nich żywe wspomnienia o nieodległych czasach, gdy dochodziło do brutalnych aktów przemocy wobec afrykańskich gastarbeiterów. W maju 2008 roku zginęło ponad 60 osób. W tamtym czasie ofiarami napaści byli głównie przybysze z Zimbabwe, Mozambiku i Somalii. Nigeryjczycy wyszli obronną ręką z zamieszek.
Wśród młodych i biednych mieszkańców RPA narasta frustracja, choć nie jest ona zauważalna w ogólnej euforii mistrzostw. Ludność Południowej Afryki z wyraźną z niechęcią obserwuje, jak lepiej wykształceni imigranci, głównie z Zimbabwe, przyjeżdżają do RPA i pracują za znacznie mniejsze wynagrodzenie. Miejscowym pracodawcom taka sytuacja jest na rękę. Natomiast wielu mieszkańców narzeka, że przybysze z innych regionów Afryki zabierają im miejsca pracy. W ten sposób dochodzi do dalszej eskalacji nienawiści.
Do ugruntowania niepochlebnej opinii o Nigeryjczykach przyczyniają się przykładowo mieszkańcy Hillbrow, niegdyś kwitnącej, a obecnie całkowicie zaniedbanej dzielnicy Johannesburga: ciemne zaułki między wieżowcami, powybijane szyby w oknach, sterty śmieci na podwórkach. O dawnej świetności dzielnicy przypominają tylko nazwy ulic - Prospect Road, Princess Palace. Przed wejściem do jednego z domów przesiaduje grupa kilkunastu młodych mężczyzn. Nie mają ochoty na rozmowę z prasą. Za najbliższym rogiem stoi Sands Hotel.
- Lepiej nie wchodźmy do środka - przekonuje mój południowoafrykański przewodnik. Hotel jest bastionem handlarzy narkotyków. - To sami Nigeryjczycy - opowiadają mieszkańcy Hillbrow, co z pewnością jest mocno wyolbrzymione, ale ludzie wiedzą swoje. Wprawdzie wywiady środowiskowe potwierdziły duże wpływy nigeryjskich gangów w tej części Johannesburga, ale jednocześnie mieszkańcy odruchowo oskarżają Nigeryjczyków o wszystkie przestępstwa popełniane w dzielnicy. Tymczasem społeczność nigeryjska skarży się, że sama pada ofiarą napadów.
W Hillbrow zaciera się obraz między ofiarami i sprawcami, co dodatkowo utrudnia pracę policji. Pościg za przestępcami w wieżowcach jest trudny - mają zbyt wiele zakamarków i kryjówek. Ciężko zaprowadzić od razu porządek w zaniedbywanej przez lata dzielnicy. Władze miasta muszą odzyskiwać stracony teren kawałek po kawałku, a to może potrwać.
“Jesteś głodna, kochanie?”
Południowoafrykański student, zamieszkujący jedno z mieszkań w Hillbrow, przyznaje, że woli schodzić Nigeryjczykom z drogi. - Raz spotkałem kilku w windzie - wspomina. Faceci wyciągnęli z kieszeni pliki dolarów i zaczęli je liczyć. Dziewczęta w windzie otworzyły oczy ze zdziwienia, a jeden z Nigeryjczyków zapytał: “Jesteś głodna, kochanie?”.
- Tak wyglądają ich metody podrywu - denerwuje się student. Oto kolejna niepochlebna opinia o przybyszach z Afryki Zachodniej. Uczciwi Nigeryjczycy dalej będą obawiali się narastającego gniewu mieszkańców RPA. Przecież Nigeryjczycy to typy spod ciemnej gwiazdy, w Południowej Afryce wie o tym każde dziecko.






































