Tag Archive | "flower-power"

W poszukiwaniu dawnego Goa

Tags: , ,

W poszukiwaniu dawnego Goa


goa-mapyPonad milion turystów rocznie, tony betonu wylanego pod nowoczesne hotele, całe miasteczka tandetnych chatek na plaży
Jeśli myślicie, że tylko tyle zostało z magii Goa, jesteście w błędzie. Nadal można znaleźć tu swój mały kawałek hippisowskiego raju na ziemi – trzeba tylko porzucić utarte szlaki.
Pojechać tam, gdzie słońce nie daje o sobie zapomnieć, a dzień można przetrwać z kilkoma funtami w kieszeni – takie marzenie nachodzi czasem każdego z nas. A kiedy myślimy o takim magicznym miejscu, dawne Goa samo przychodzi do głowy. Dla dzieci kwiatów, które podróżowały tam w latach 60., ta dawna kolonia portugalska na zachodnim wybrzeżu Indii była prawdziwą ziemią obiecaną. Wyluzowani, przyjaźni miejscowi, a wszędzie wokół miękkie piaski w odcieniu spienionego cappuccino.
Przybysze z pokolenia flower-power już dotarli na Goa, z reguły nie spieszyli się z powrotem do domu. Po trudach lądowej przeprawy, myśl o zmaganiach z wiecznie psującymi się autobusami i pustki w portfelach starczały za pretekst, żeby poszwędać się po okolicy przez kolejny miesiąc albo trzy.
Trzy dekady później impreza ciągle trwała. – Atmosfera jak w San Francisco z lat 60., tyle, że bardziej gorąco – opisywał Goa jeden z moich znajomych podróżników, który trafił tam w latach 90. Jeszcze wtedy było to magiczne miejsce, pełne muzyki, substancji psychoaktywnych i imprez przy pełni księżyca. Ja jednak dopiero niedawno odkurzyłem wysłużony plecak i gotowy na spotkanie z przygodą, zabukowałem bilet na Goa. Bardzo szybko przekonałem się, jak wiele się zmieniło.
Po pierwsze pojawiła się lista rzeczy, które trzeba zgromadzić przed wyruszeniem w drogę: wiza do Indii (pół dnia spędzone w ambasadzie), szczepienia przeciwko żółtaczce, durowi brzusznemu, zapaleniu opon mózgowych, tężcowi i polio, tabletki na malarię. Zaopatrzyłem się także w sterylne igły do strzykawek, na wypadek pobytu w indyjskim szpitalu. Igły i tak zostały skonfiskowane przez pracowników lotniska podczas odprawy, a moja ostrożność była chyba trochę przesadzona. Pod względem transportu jest jednak dużo łatwiej niż kiedyś. Lot z Londynu do Goa zajmuje dziś 12 godzin przez Bombaj, albo 9 godzin czarterem.

india_goa_portuguese_villa
Dzisiejszej wygody podróżowania nie da się porównać z bitymi sześcioma tygodniami, jakie dawni podróżnicy spędzali w rozklekotanych busach, przedzierając się w kierunku indyjskiego wybrzeża przez Turcję, Iran i Afganistan. No i dziś w kierunku Goa nie zmierza już tylko garstka śmiałków. Magiczne wybrzeże każdego roku odwiedza półtora miliona turystów, którzy mają do dyspozycji aż 250 lotów czarterowych.
Zdecydowałem się na opcję z międzylądowaniem w Bombaju i znalazłem się w Calangute, gdzie trafia większość wycieczek all-inclusive. Jeśli duch lat 60. jeszcze gdzieś tu jest, musi być ukryty głęboko pod setkami ton betonu, jakie zużyto do budowy niezliczonych hoteli, obskurnych klubów nocnych i sklepów z tandetnymi pamiątkami.
Szybko wyruszyłem w kierunku Palolem, jednej z ostatnich, jak wyczytałem w przewodniku, dziewiczych plaż na Goa. Żeby się tam dostać, trzeba pokonać dwuipółgodzinną trasę autostradą z Panaji, stolicy regionu. Droga wiedzie przez zielone pola, wśród których można dojrzeć pozłacane, hinduistyczne świątynie.

calangute_beach_goa
Po doświadczeniu Calangute wycieczka ta wydawała się całkiem obiecująca. Plaża Palolem nie jest jednak tak bardzo na uboczu, jak mogłoby się wydawać. Pamiętacie pierwsze sceny z “Krucjaty Bourne’a”, kiedy główny bohater szuka zacisznego miejsca, gdzie mógłby się ukryć przed CIA? Trafia właśnie do Palolem. Na filmie nie widać jednak ogromnego hotelu InterContinental (gdzie mieszkali aktorzy i ekipa filmowa), ani mini-miasta z palmowych chatek.
Jeden z podróżników, którego spotkałem w Palolem pomstował na “efekt Lonely Planet” – gdy przewodnik “Lonely Planet”  poleca jakieś miejsce jako nieodkryte, z marszu kierują się tam tysiące odwiedzających. – Zamiast “Samotna Planeta”, powinni nazywać się “Zatłoczona Planeta” – zrzędził. (…)
Stało się jasne, że aby znaleźć dzikie miejsca na wybrzeżu, nie warto podążać szlakiem dawnego Goa. Żeby zasmakować uroku tego miejsca, z jego długimi pustymi plażami, samotnymi chatkami i pojedynczymi łodziami rybaków wyciągniętymi na piasek, trzeba udać się dalej na północ, w kierunku plaż wokół ujścia Chapory.

taj_fort_aguada_beach_resort_hotel_goa_3jpg
Żeby się tam dostać, trzeba minąć plażę Anjuna, ulubione miejsce dawnych hippisów. Anjuna to wciąż epicentrum kultury rave –kolorowe, pełne energii miejsce, gdzie bary rozbrzmiewają indyjskim techno, a miłośnicy zakupów na lokalnych straganach polują na bębny tom-tom i luźne spodnie.
Atmosfera zaczyna się zmieniać w okolicy Morjim. Miejsce to znane jest jako “plaża żółwi”. Jego południowy kraniec to królestwo rzadkiego gatunku tych zwierząt – żółwi oliwkowych. Kiedyś zakładały one swoje gniazda wzdłuż całego wybrzeża Goa, jednak z czasem zaczął im zagrażać wzmożony ruch turystyczny i rosnące zanieczyszczenie. Dziś rząd płaci ludziom, którzy kiedyś handlowali żółwimi jajami, żeby chronili siedliska tych zagrożonych gadów.
Plaża Mandrem, dalej na północ, wciąż jest cicha i spokojna. Nie spotkałem tam nikogo poza kilkoma podstarzałymi poszukiwaczami “skarbów” wyrzuconych na brzeg morza. Wszystkie miejscowe pensjonaty miały wolne miejsca. Można tutaj doświadczyć tego słynnego spokoju, który sprawił, że wielu z dawniejszych wagabundów pozostało tu na długie lata.
Plaża Querim na północnym skraju Goa to już tylko nietknięty piasek i kilka malutkich chatek. Po czterech dniach podróży w ukropie dotarłem wreszcie to takiego Goa, o którym marzyłem. Zaopatrzony w stertę używanych książek zakupionych za kilka rupii gdzieś przy drodze, mogłem usadowić się wygodnie w hamaku rozpiętym pomiędzy dwoma palmami. Jedynymi odgłosami, jakie dochodziły do moich uszu, były dźwięki morskich fal rozbijających się o brzeg, przerywane od czasu do czasu łoskotem orzechów kokosowych spadających z palm na piasek.
W pewnym momencie w oddali dostrzegłem punkcik zbliżający się w moim kierunku. Po pół godzinie chłopiec był już na tyle blisko, że zdołałem odczytać napis na rozpadającym się wózku z lodami, który niestrudzenie pchał: Himalaya Ice Cream. – Dzięki, stary – powiedział, kiedy kupiłem jednego loda i dałem mu napiwek. Goa nareszcie spuściło z tonu.

Posted in PodróżeComments (0)

Szczepionki H1N1 Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Na kogo zagłosujesz?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Czerwiec 2010
P W Ś C P S N
« maj    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
282930