Tag Archive | "Internet"

Wirtualne uzależnienie

Tags: , ,

Wirtualne uzależnienie


Z pozoru nie ma o czym mówić. Bo czy wizyty na internetowych stronach tylko dla dorosłych kogokolwiek krzywdzą? Szacuje się, że tylko w Wielkiej Brytanii od pornografii uzależniło się 1,2 miliona ludzi. Wielu z nich w ogóle nie wie, że ma problem. Tymczasem potajemny nawyk wpływa na życie w realu bardziej niż myślimy.
internet-sex-divorceMiesiąc temu uruchomiono w Wielkiej Brytanii pierwszy portal oferujący przez 24 godziny na dobę porady i pomoc dla osób uzależnionych od pornografii. – Liczba osób dotkniętych tą chorobą rośnie w zastraszającym tempie – ostrzega dr Chris Forester, założyciel HelpAddictions.org. – Większość osób uzależnionych to członkowie „wykształconej klasy średniej” – pracownicy merytoryczni, którzy z uwagi na zawód stale korzystają z zasobów sieci. Wielu z nich sięga po pornografię traktując ją jak odskocznię od stresującego życia zawodowego. Wśród konsumentów pornografii rosnącą grupę stanowią też mężczyźni na emeryturze, którzy nagle odkrywają, że tkwią w domu bez żadnych perspektyw ani atrakcyjnych zajęć.
Stały dostęp do zasobów pornografii oraz możliwość oglądania tego rodzaju materiałów w sposób anonimowy i w miejscu prywatnym okazują się toksyczną mieszanką. Większość nie uzależnia się od pornografii mimo stałego z niej korzystania, jednak perspektywa przejścia od stosunkowo nieszkodliwego zwyczaju do obsesji, która może zawładnąć człowiekiem bez reszty, nigdy nie jest zbyt odległa.
Wyobrażam sobie, jak trudna musi być sytuacja życiowych partnerów i rodzin osób, które popadły w ten nałóg, gdy muszą zmierzyć się z faktem uzależnienia swoich najbliższych. Nasza organizacja gotowa jest pomagać wszystkim zainteresowanym w rozwiązywaniu tego rodzaju bolesnych i złożonych sytuacji w cywilizowany sposób.
Czy jednak terapia oferowana przez HelpAddictions.org jest pomocna? 39-letni Brian Hope, żonaty pracownik sektora informatycznego z Reading, postanowił podzielić się z dziennikiem „The Sun” swoimi doświadczeniami. Opowiedział nam o tym, w jaki sposób uzależnił się od pornografii i zgodził się nawet na opublikowanie swoich zapisków, prowadzonych przez pierwszy tydzień terapii.
– Moje uzależnienie zaczęło się, jak przypuszczam, w dość typowy sposób – mówi. – Na magazyny erotyczne zerkałem z ciekawości i chęci eksperymentowania w czasie, gdy byłem jeszcze nastolatkiem. Myślę, że były to w sumie dość zwyczajne zachowania – razem z kumplami gapiliśmy się na czasopisma dla dorosłych. Był to fascynujący, bo zakazany owoc. Miałem poczucie, że wstępuję do ukrytego świata: czułem się dzięki temu silniejszy i z pewnością dorosły.
W momencie jednak, kiedy pojawił się internet, umożliwiając każdemu natychmiastowy dostęp do gigantycznych zasobów pornografii, sprawy zaczęły się w moim przypadku wymykać spod kontroli. Wpadając w objęcia nałogu byłem jeszcze singlem. Najpierw oglądałem to, co udawało mi się wyszukać dzięki Google, nałapałem jednak w ten sposób mnóstwo wirusów. Z czasem postanowiłem być bardziej ostrożny.
Zacząłem od oglądania stosunkowo „zwykłych” scen erotycznych i przedstawiających współżycie, wkrótce jednak zacząłem sięgać po coraz bardziej dziwaczne i drastyczne materiały. Cały czas gdzieś w głębi byłem świadom, że robię coś złego, ale nakręcało mnie to – trochę tak, jak potrafi nakręcić alkohol albo prochy. Przez ostatnich kilka lat miałem coraz silniejsze uczucie, że to „te sprawy” sprawują kontrolę nade mną, a nie ja nad nimi. Zwykle spędzałem na portalach pornograficznych około godziny dziennie, ale zdarzało mi się tkwić tam i pół dnia.
Nie mam złudzeń: wokół żyją setki tysięcy „całkiem normalnych” mężczyzn, którzy mają rodziny, karierę zawodową, wszystko, czego potrzeba do szczęścia. A oprócz tego skrywają swoją tajemnicę, z posiadania której wcale nie są szczęśliwi.
Kilkakrotnie udawało mi się związać na dłużej z kobietami, z dwoma z nich mam nawet dzieci. Uzależnienie miało jednak ogromny wpływ na moje związki: pornografia coraz skuteczniej stawała się ich namiastką. Wyobrażam sobie, że moja żona musiała być świadoma swego rodzaju dystansu, jaki powstawał między nami. Czasami obawiałem się, że może podejrzewać mnie o jakąś przygodę lub romans.
Jeśli nabierze się trochę doświadczenia, nietrudno jest ukryć pliki – zwłaszcza w przypadku osób z mojej branży. Nie zaniedbuję środków ostrożności: wymazuję wszystkie ścieżki dostępu do materiałów, które zgrywam, niszczę pliki z historią odwiedzin w przeglądarkach. Jeśli muszę coś kupić, posługuję się specjalną kartą kredytową, której istnienia moja żona nawet się nie domyśla. Musiałem się też zabezpieczyć przed intruzami w domu: wstawiłem w drzwi specjalny zamek. W pracy loguję się wyłącznie ze „wspólnego” komputera, nie z osobistego PC-ta, nie sposób więc mnie namierzyć.
Ostatnio wydaję na pornografię trochę mniej, myślę jednak, że przez ponad 20 lat poświęciłem na nią w sumie ponad pięć tysięcy funtów. Trudno dziś nawet oszacować tę sumę. Usiłowałem zerwać z uzależnieniem na własną rękę, ale bezskutecznie – bez pomocy nie sposób sobie z tym poradzić. Nowy portal oferujący terapię bardzo mnie zainteresował, podoba mi się zwłaszcza możliwość skorzystania o każdej porze z porady eksperta.
Nigdy nie mówiłem nikomu o mojej przypadłości aż do chwili, gdy zalogowałem się na tym portalu. Nieraz tęskniłem za szczerą rozmową, ale bałem się, że sprawa nabierze rozgłosu, a to byłoby dla mnie zbyt niebezpieczne.
Dziennik terapii
Dzień 1. Zapisałem się na terapię z najlepszymi chęciami, a jednak niektóre prawdy o uzależnieniu od pornografii zmroziły mnie. Wielu mężczyzn czuje się osaczonych przez lęki przed utratą pracy, żony, rodziny. Ich świadectwa przestraszyły mnie do głębi. Również kilka testów, pokazujących, jak bardzo uzależniony jestem od pornografii i jaką szkodę mogę w ten sposób wyrządzić sobie i swoim bliskim, otworzyły mi oczy na wiele spraw. I te wszystkie półprawdy i mity, których tak się trzymałem! Zawsze starałem się wierzyć, że w ten sposób nie wyrządzam nikomu krzywdy, że to tylko moja sprawa – ale to nieprawda.
Zgodnie z zaleceniem terapeuty, zacząłem prowadzić dzienniczek, w którym odnotowuję wszystkie sytuację, w których sięgam po pornografię. Otrzeźwiająca lektura: okazuje się, że robię to co najmniej dwukrotnie częściej niż sądziłem (…). Moja żona naprawdę istnieje i mnie kocha– czego nie sposób powiedzieć o pornografii.
Dzień 2. Udało mi się zgrać plik audio z portalu terapeutycznego, za pomocą którego można ćwiczyć techniki relaksacyjne z elementami hipnoterapii. W pewien sposób popatrzyłem na siebie samego z dużego dystansu, a całe nagranie zapadło mi w pamięć głębiej niż sądziłem. Głos kobiety, który dobiegał ze słuchawek, był uspokajający, a zarazem wolny od pouczeń. Terapia zakłada jednak czytanie wielu materiałów i wymaga sporo czasu, a całego nagrania należałoby słuchać co najmniej co drugi dzień. Nie będzie mi łatwo wygospodarować na to czas.
Zacząłem czytać w sieci kilka blogów prowadzonych przez inne osoby uzależnione od porno. Wiedza o tym, że inni zmagają się z tym samym problemem jest pomocna, ale też uświadamia mi, że nie ma mowy o łatwych i szybkich rozwiązaniach. (…)
Dzień 3. Zrozumiałem, że moje uzależnienie stanowi część szerszego problemu i wiąże się z ucieczką od rzeczywistości, z odrzuceniem odpowiedzialności. Zdałem sobie sprawę, że ten bezwarunkowy odruch, by pławić się w pornografii pojawia się u mnie, ilekroć czuje się zestresowany lub stoję w obliczu jakiejś konieczności – albo po prostu w chwili, gdy chcę mieć czas tylko dla siebie. Sięgam po porno, żeby zaspokoić brak czegoś moim życiu, by móc zignorować rzeczywiste wyzwania i udawać, że wszystko jest OK. Ćwiczenia oddechowe okazały się pomocne w redukowaniu napięcia i irytacji.
Dzień 4. Nadal sięgam po pornografię, ale czuję się inaczej niż dawniej. Nie mam poczucia, że pochłania mnie świat fantazji, część uroku zaczęła się zacierać. Z dzienniczka, który prowadzę wynika, że sięgam po te materiały rzadziej niż dawniej, skupiam się za to na ćwiczeniach. Dzięki zapiskom widzę też, kiedy zwykłem spędzać na porno-surfowaniu najwięcej czasu: działo się to późno w nocy. Staram się nie zadręczać wyrzutami, po prostu, ilekroć łapię się na tych czynnościach, staram się ich zaprzestać.
Dzień 5. Zauważam, że jestem bliżej niż dawniej z żoną: spędzamy więcej czasu razem, a ja mniej się izoluję. Ona jest prawdziwa, a pornosy nie – i tyle. To osoba, która naprawdę istnieje, która mnie kocha, a nie kolejny awatar pojawiający się na ekranie za sprawą łączy.
Dzień 6. Terapeuci zachęcili mnie do podzielenia się swoim problemem z kilkorgiem przyjaciół. Zrobiłem to i mogę liczyć na wsparcie z ich strony. Obawiałem się, że będą mnie osądzać, tymczasem okazali się gotowi, by wysłuchać mnie i zaoferować pomoc. Zdobyłem się wreszcie na szczerą rozmowę z moją partnerką – tym bardziej, że znam już doświadczenia osób, które zostały „nakryte” i wiem, jak fatalne miało to dla nich konsekwencje.
Dzień 7. Lepiej sypiam, czuję się bardziej odprężony, jakby uwolniono mnie od jakiegoś wielkiego ciężaru. To, czego dawniej tak pożądałem, staje się coraz bardziej smutnym, bezbarwnym nałogiem. Okazuje się, że nie „pożądam” już tego tak, jak dawniej. Jestem zdecydowany, by wytrwać do końca terapii.

Lynsey Haywood

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Flirt w Sieci

Tags: , ,

Flirt w Sieci


Gisele, w 62. wiośnie życie, wciąż próbuje. – W ubiegłym roku znalazłam przez internet 48-letniego mężczyznę, z którym przeżyłam wspaniały romans – opowiada. – Był żonaty, od początku o tym wiedziałam. Ale ten związek obudził we mnie wspomnienia utraconej młodości.
Ta była asystentka dyrektora, rozwiedziona od dziewięciu lat po trwającym trzydzieści jeden lat małżeństwie, od roku próbuje za pośrednictwem komputera skończyć ze swoją samotnością. – Chodziłam do klubów, gdzie grało się w gry planszowe, jeździłam na zorganizowane wycieczki. Wszystko na nic – wspomina. Aż wreszcie w magazynie dla kobiet przeczytała artykuł o “możliwości znalezienia w sieci uroczych i interesujących mężczyzn w każdym wieku” – i zapisała się najpierw, w 2010 roku, do serwisu Meetic, a następnie do szeregu innych.
Mimo że “obstawiła” tyle internetowych stron, wciąż miała problemy ze spotkaniem “mężczyzny w kwiecie wieku”. Dostawała za to propozycje od “młodych ludzi” – między 25. a 40. rokiem życia. – Zdarzało mi się z nimi spotykać i byłam bardzo zaskoczona tym, że ciąg dalszy randki nie był bynajmniej taki koleżeński… – śmieje się. Ale dorzuca: – Czułam się trochę zagubiona.
Sześćdziesięciolatki coraz częściej szukają towarzysza życia, przelotnej przygody czy wielkiej miłości przez internet. Do najpopularniejszego serwisu randkowego, Meetica, zapisało się 900 tysięcy osób powyżej 55. roku życia. (…) Ta klientela najchętniej korzysta z wyspecjalizowanych usług Meetic Affinity.

w-sieci
Dla niektórych flirt za pośrednictwem
Internetu jest sposobem na zabicie nudy w pracy. Dla innych to doskonały środek
przeciwko rutynie w związku realnym.
A jeszcze dla innych - to jedyny sposób
na znalezienie drugiej połowy.
Problem ze nalezieniem partnera w innym miejscu niż sieć może wynikać z różnych względów, ale najczęściej w grę wchodzą - kompleksy, tudzież wrodzona nieśmiałość, która nie pozwala na otwarte kontakty face to face. Bywają także ciemne strony relacji wirtualnych, ponieważ czasem z pozoru taki nic nie znaczący romans sieciowy może stać się przyczyną rozpadu małżeństwa albo
początkiem szeregu zdrad.

– Obecność seniorów wzrasta stopniowo wraz z popularyzacją internetu – tłumaczy Pierric Duthoit, dyrektor serwisu na Francję. Według Médiamétrie po sieci surfuje 35 proc. osób powyżej 65. roku życia – czyli trzy razy więcej niż pięć lat temu. – 30 proc. osób po sześćdziesiątce samotnie prowadzi gospodarstwo domowe – zauważa Cristelle Ghekiere, szefowa firmy badawczej Seniosphere. – 10 proc. z nich nigdy nie brało ślubu, 15 proc. to rozwodnicy, zaś 5 proc. stanowią wdowcy i wdowy.
Sześćdziesięciolatki należą do pokolenia, które miało dzieci między 20. a 30. rokiem życia. Po odejściu potomstwa ich związki często się rozpadały – dodaje Genevieve Djenati prowadząca terapię dla par. Mężczyźni, którzy się do niej zgłaszają, “niecały rok po rozstaniu szukają w necie ratunku. Kobiety potrzebują więcej czasu” – tłumaczy. Widać, że kobiety mają inne oczekiwania niż mężczyźni. – Panowie szukają najczęściej młodszej kobiety, by odtworzyć to, co już znają – ognisko domowe, wspólne życie – dodaje Genevieve Djenati. Kobiety pragną raczej czułego towarzysza do rozmów lub małych wypraw.
Christiane, kiedyś pracownica szpitala, od dziesięciu lat wdowa, zapisała się na stronę Meetica za radą swojej siostry. – Tylko po to, żeby mieć z kim pogadać wieczorem, jak nic nie ma w telewizji – tłumaczy. Nie wstawiła swojego zdjęcia. – Kontaktowali się ze mną głównie tacy mężczyźni, którzy przez dwa tygodnie pisali o filmie i literaturze, a potem znienacka pytali, czy chcę się z nimi kochać – prycha. Christiane nawet nie marzyła, że niespełna dwa miesiące po pierwszym logowaniu znajdzie szczęście u boku Arnaldo, samotnego wdowca.
– Byłam bardzo strachliwa, pewnego wieczora zebrałam się na odwagę i zaprosiłam go na kawę. Wcześniej całą noc wisieliśmy na telefonie, jak nastolatki – opowiada. – Jaki był śmieszny, kiedy zadzwonił do mnie z tą bombonierką w plastikowej siatce! Powiedziałam: “A to ja” i oboje wybuchliśmy śmiechem.
Od tego czasu minęły cztery lata. Christiane, lat 63, i Arnaldo, lat 70, wciąż są razem. – Spotkać się po sześćdziesiątce znaczy mieć tysiące starych nawyków. Dlatego każde z nas zachowało swoje mieszkanie – uściśla. Żadnego ślubu ani wspólnoty majątkowej. – Widzieliśmy, że to może wszystko zniszczyć – zaznacza. Postanowiliśmy ułatwić sobie życie.

Na romanse w sieci decydują się
nie tylko, jak się może z pozoru wydawać – kobiety w średnim wieku, znudzone
małżeństwem, szukające jakiegoś
dreszczyku bądź odmiany
– w swoim monotonnym
i obrośniętym rutyną - życiu.
Coraz częściej na sieciowe flirty decydują się młodzi i atrakcyjni fizycznie - ludzie,
żyjący w stałym związku, ale pragnący ponadto - ekscytujących chwil
albo jakiejś odmiany.
Powstaje wtedy pewien dylemat –
czy internetowy romans to zdrada?
Czy może to tylko pewna gra, która nie szkodzi realnemu związkowi?

Nie ma co się łudzić. Piękne historie nie kwitną w necie jak róże. Ale samo włączenie się do sieci może mieć dobroczynne skutki. – Starzeć się bez erotycznej przyjaźni znaczy czuć się wyrzuconym z tej sfery. Starość wiąże się ze straszną symboliczną kastracją – tłumaczy Genevieve Djenati. Internet wydaje się dobrym sposobem, by znów wrócić do gry. – I to w bezpieczny sposób – występujemy pod zmyślonym imieniem, nie odsłaniając się. Można czerpać z tego przyjemność nawet bez spotkań w realu. Bo przecież libido jest w głowie – podsumowuje terapeutka. – Potrzebujemy go, żeby czuć, że żyjemy. Wiadomo, jak wielkim problemem wieku starszego jest depresja. Z kolei u niektórych ludzi niewykorzystany potencjał erotyczny przekształca się w agresję, stają się opryskliwi.

W przypadku romansu sieciowego to kobiety częściej wpadają w pułapkę uczuć.
Niby od początku reguły są jasne – flirt to flirt –  to panie z dnia na dzień
zaczynają snuć coraz więcej planów
i wiązać ze swoim internetowym rozmówcą wiele nadziei. Ale panowie,
gdy tylko widzą jakieś większe zaangażowanie drugiej strony,

szybko wycofują się z kontynuacji dalszych relacji.

Meetic jako rodzaj terapii? Tak to widzi Martine, tuż po sześćdziesiątce, przez lata urzędniczka wysokiego szczebla. Po 25 latach małżeństwa i wychowywania dwójki dzieci rozstała się z partnerem i za radą córki zapisała do bazy Meetica. Po przełamaniu początkowych “silnych oporów” Martine uzależniła się od sieci, spędzając przed monitorem “cztery do pięciu godzin każdej nocy”. Od czterdziestu lat uważała się za zbyt grubą – teraz udało jej się przeprowadzić dietę. – Uwolniłam się, gdy odzyskałam zaufanie do mojego ciała – podsumowuje.

Co prawda – we flircie za pośrednictwem komunikatora nie ma fizyczności,

więc dla większości osób, które za zdradę uważają tylko bezpośredni kontakt fizyczny,

nie ma tutaj miejsca na jakieś zdradzanie.

Ale, gdyby pomyśleć o tym z innej strony – to czy jeśli dwie osoby,

dzień w dzień rozmawiają ze sobą, flirtują, próbują podniecić swymi słowami drugą stronę

- to czy to nie jest jednak zdrada?
Wydaje mi się, iż w tym wypadku granice zdrady są płynne i bardzo indywidualne,
bo dla każdego co innego znaczy samo to pojęcie. Jednak mało kto, nawet już
urozmaicając sobie czas konwersacją z płcią przeciwną ma jakieś wyrzuty
sumienia z tego powodu, wobec swojej drugiej rzeczywistej połówki.

Odkryła też przyjemność wchodzenia w seksualną grę jako osoba niewidzialna. – Nie upubliczniłam mojego zdjęcia – zaznacza. – Ale ku mojemu wielkiemu zdziwieniu okazało się, że niektórzy mężczyźni nie muszą cię zobaczyć, żeby posunąć się bardzo daleko w zabawie z kamerą internetową.

Wiele osób w rozmowach, które z pozoru wydają się bardzo szczere, oszukuje swojego rozmówcę, kreując fałszywy obraz dotyczący własnej powierzchowności.

Czasem, gdy dochodzi potem do spotkania w rzeczywistym świecie następuje szereg rozczarowań, bo obie osoby wyobrażały sobie zupełnie inaczej siebie wzajemnie. Dlatego, jeśli tylko naprawdę zależy nam na drugiej osobie i chcemy poznać kogoś na stałe, nawet  chociażby za pośrednictwem Internetu to powinniśmy być od początku - szczerzy.

Tylko na uczciwości i szczerości można zbudować jakikolwiek związek.

Nabrała śmiałości występując incognito i po dwóch latach wyłącznie wirtualnych randek zdecydowała się zobaczyć kilku mężczyzn na żywo. – Z jednym z nich, rozwodnikiem, sprawa zaczęła wyglądać już poważnie – opowiada. W pewnej chwili zdała sobie jednak sprawę, że nie jest gotowa “zrezygnować z części swojej wolności, by zbudować związek”. Martine przerwała spotkania i wypisała się z Meetica. Ale wciąż uważa, że internetowe doświadczenia dużo jej dały. – Odzyskałam wiarę w swoje siły – mówi z dumą. – Uświadomiłam sobie, że gdybym tylko zapragnęła – mogłabym…

Jednak romans w Internecie, nie zawsze musi być czymś złym i kończyć się
rozczarowaniem. Bywają w końcu takie przypadki, iż właśnie w ten sposób
znajdujemy kogoś na całe życie. Wtedy dziękujemy Bogu za to, że ktoś kilkanaście lat temu wymyślił tak niesamowite miejsce jak Internet, gdzie prócz szeregu różnych
informacji można znaleźć także prawdziwą i jedyną miłość.

Laure Belot
Barbara Możdżeń

Cyberromans - jak się go ustrzec?

Oszuści internetowi, cybermaniacy, romans internetowy, romans w sieci, cyberoromans, czy słyszałaś już o takich ludziach i zjawiskach? Uchronić przed nimi możesz się sama stosując pewne zasady ostrożnego zawierania znajomości w Sieci. W obecnych czasach znajomości „z internetu” nikogo już nie dziwią, Jest to jeden z najpopularniejszych sposobów nawiązywania relacji z innymi ludźmi, także tych bliskich, do których należą związki partnerskie. Nie jest to już wyłącznie alternatywa dla osób nieśmiałych. W dobie wręcz niezliczonych serwisów społecznościowych czy też portali randkowych zainicjowanie nowej znajomości poprzez internet jest doskonałym rozwiązaniem dla setek zapracowanych ludzi. Prawdą jest, iż wiele wielkich przyjaźni czy też miłości zostało zapoczątkowanych „online”. Istnieją jednak też takie, które skończyły się wielkim rozczarowaniem.
Nieprzyjemne sytuacje się zdarzają wszędzie, więc powinnaś być na nie przygotowana, trochę sceptyczna i gdy się wydarzą nie traktować ich jako reguły. Jeżeli zrozumiesz specyfikę kontaktów w sieci, możesz uchronić się „cyberromansem”, czyli wiecznym wyłacznie internetowym romansem.
Czym jest cyberromans?
Według Kimberly Young, znanej badaczki psychologii internetu, cyberromans to „związek uczuciowy lub seksualny zainicjowany w sieci i utrzymywany głównie przy użyciu komputera”. Nietrudno zauważyć, iż część internetowych znajomości nigdy nie wyszła poza cyberprzestrzeń. Internet to łatwe narzędzie dla tych, którzy chcą zupełnie anonimowo poflirtować. Taka „zabawa” zwiększa ich pewność siebie lub pozwala oderwać się od nudy, jaka panuje w ich samotnym życiu lub długoletnim stałym związku. Niestety nie zawsze pamiętają oni, iż po drugiej stronie monitora siedzi żywa osoba, dla której internet to pośrednik w poszukiwaniu prawdziwych relacji.
Na szczęście tego typu „poszukiwaczy internetowych przygód” nie jest wielu. Wyniki badań są dosyć optymistyczne. Przeprowadziła je M. Whitty nad użytkownikami największego w Australii serwisu randkowego. Okazało się, że aż 91% logujących się do serwisu deklarowało nadzieję na znalezienie w Sieci stałego partnera. Tylko pozostali liczyli na przeżycie krótkiego romansu lub przygodnego seksu.
Cyberromans nie jest zatem aż tak powszechny, jak mogłoby się nam wydawać.
Specyfika relacji internetowych
Nawiązanie pierwszego kontaktu przez internet to w dużej mierze sytuacja różniąca się od tej, kiedy poznajemy kogoś np. na spotkaniu towarzyskim u znajomych. Przede wszystkim jest to forma komunikacji „pozbawiona ciała”. Owszem, wiele serwisów internetowych oferuje dodawanie zdjęć przy zakładaniu profilu. Jest to jednak dobrowolne, ponadto każdy z nas ma przynajmniej jedno zdjęcie, na którym podoba się samemu sobie i to właśnie tego typu fotografię można wybrać do prezentacji swojej osoby w sieci.

cheaters-podrywaczki
Wyniki badań J. Bargha i K. McKenny ujawniły, że cyberprzestrzeń pozwala odkryć prawdziwe, pozbawione ciała „ja”. Jeżeli spotykamy kogoś pierwszy raz w świecie rzeczywistym, główną rzeczą, na jaką zwracamy uwagę jest wygląd zewnętrzny drugiej osoby. Podobnie jesteśmy świadomi, iż ta druga strona odnosi swoje pierwsze wrażenie na nasz temat na podstawie cech zewnętrznych. Dlatego myślimy „co on/ona o mnie pomyśli, skoro jestem za gruby(a), za niski(a), mam niezbyt ładne rysy twarzy?”. Oczywiście posiadamy głęboko zakorzenioną wiedzę o sobie, która mówi nam, że w istocie jesteśmy radośni, inteligentni, z poczuciem humoru. Nie zawsze jednak ujawnienie tego typu atutów jest możliwe przy pierwszym kontakcie. Dlatego często mamy wrażenie, że nasze ciało niejako nas „blokuje”, ponieważ jest bardziej „widzialne” niż to, co kryje się w naszym wnętrzu.
Tymczasem w przypadku kontaktu internetowego, kolejność ta jest odwrócona. Najpierw wymieniamy z drugą osobą informacje poprzez maile lub chat, nie widząc przy tym naszego rozmówcy. Dzięki temu możemy bez obaw zaprezentować całe spektrum naszych wewnętrznych cech. Przy późniejszym spotkaniu „w realu” wiemy już o sobie dosyć dużo i nie musimy aż tak bardzo obawiać się, iż nasz wygląd zewnętrzny nie pozwoli na odkrycie naszego „prawdziwego ja”.
Zdarza się jednak, iż mechanizm ten może być wykorzystywany w nieco inny sposób, tzn. do zafałszowania obrazu własnej osoby. Internauci stosujący tego typu taktykę zazwyczaj nie akceptują prawdziwych siebie (ukazują wtedy to, jacy chcieliby być, a nie to, jacy są w rzeczywistości) lub sytuacji, w których się znaleźli (np. wewnętrzny obowiązek zachowania wierności w małżeństwie, które okazało się niezbyt udane i jednoczesna potrzeba przeżycia nowych, fascynujących emocji). Osoby takie zazwyczaj wiedzą, iż nigdy nie przeniosą znajomości online do „realu”. Po chwilowym zaspokojeniu potrzeb emocjonalnych znikną bez śladu, bo na to pozwala przecież internetowa znajomość.
Czy można uniknąć cyberromansu lub oszustwa przez osobę poznaną przez Internet ?
Wiele osób obawia się poszukiwania znajomości w sieci w obawie przed kłamstwem lub rozczarowaniem. Można jednak znacznie obniżyć to ryzyko, pamiętając o kilku zasadach:
Uzbrój się w cierpliwość. Jest to bardzo ważna zasada, jeżeli właśnie postanowiłeś rozpocząć poszukiwania bliskiej osoby poprzez internet. Prawdopodobnie nawiążesz wiele nowych relacji, z których część może bardzo Cię rozczarować. Ktoś, kto w trakcie czatowania wydawał Ci się niemal Twoją „drugą połówką” może okazać się zupełnie inną osobą podczas spotkania lub do owego spotkania w ogóle nie dojdzie, ponieważ Twój rozmówca pewnego dnia zniknie bez śladu. Nie oznacza to, iż „masz pecha” czy też poznawanie nowych osób poprzez internet nie jest dla Ciebie. Internautów jest tak wielu, iż z pewnością gdzieś po drugiej stronie monitora siedzi osoba, która idealnie do Ciebie pasuje i szuka Ciebie tak samo intensywnie, jak Ty ją lub jego.
Bądź ostrożny, jeżeli Twój rozmówca ciągle odkłada lub unika spotkania „w realu”. Oczywiście istnieją sytuacje wyjątkowe, jak np. duża odległość miejsca zamieszkania dwóch osób. Trudno też określić jednoznacznie czas, jaki powinien upłynąć od pierwszej rozmowy do spotkania. Czasem potrzeba trochę więcej „przeczatowanych” godzin, aby oswoić się z nową sytuacją, pokonać nieśmiałość. Jeżeli jednak czujesz, że Twój rozmówca zwodzi Cię, odwlekając spotkanie niemal w nieskończoność, zastanów się, czy taka reakcja w przestrzeni internetowej jest właśnie tym, czego szukasz.
Zachowaj emocjonalny dystans. Nie chodzi tutaj wcale o całkowitą nieufność czy też podejrzewanie o chęć romansu każdego, kto pojawi się w Twojej cyberprzestrzeni. W sieci intymne rozmowy są łatwiejsze. Ma to swoje dobre i złe strony: łatwiej nawiązać relację, jednak istnieje również ryzyko wykorzystania emocji drugiego człowieka. Dlatego daj sobie czas i odczekaj moment, gdy naprawdę nabierzesz pewności do uczciwych zamiarów nowo-poznanej osoby, zanim zaczniesz się jej zwierzać.
Bądź wyrozumiały podczas pierwszego spotkania. Może się zdarzyć, że osoba, z którą się spotkałeś w sieci tryskała poczuciem humoru a podczas pierwszego spotkania wydawała się śmiertelnie poważna. Pamiętaj iż nawiązywanie znajomości przez internet to środek wykorzystywany zwłaszcza przez osoby nieśmiałe, które szczególnie obawiają się oceny ze strony innych. Daj szansę waszej znajomości, być może za dwa lub trzy spotkania odnajdziesz w swoim towarzyszu to, co tak bardzo urzekło Cię w sieci.
Odpowiedź na to, czy szukając partnera w sieci ponosisz ryzyko pułapki cyberromansu, nie jest jednoznaczna. Bardzo wiele zależy od prawidłowego podejścia. W świecie realnym równie często zdarzają się podobne sytuacje. Warto pomimo zranień i podejrzeń być otwartym na prawdziwą miłość, która czasem późno, a jednak do nas przychodzi. Internet natomiast można potraktować jako coś, co po prostu ułatwi ci znalezienie właśnie tej jednej osoby spośród miliona.

Jowita Wójcik, psycholog

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Jesteś śledzony

Tags: , ,

Jesteś śledzony


Nie tak dawno narzekano, że internet jest miejscem, w którym kwitnie anonimowość. Dziś wydaje się raczej, że anonimowość umiera.
internetszpiegNiedawno w jednym z pociągów nowojorskiego metra doszło do sprzeczki pomiędzy konduktorem i pasażerką. Kobieta krzyczała: “Czy pan wie, jakie szkoły ukończyłam i jak znakomite wykształcenie odebrałam?!” Podczas awantury jeden ze współpasażerów zrobił jej zdjęcie, które umieścił na YouTube: kobieta została natychmiast zidentyfikowana przez internautów jako absolwentka New York University, który nie należy do elitarnych wyższych uczelni w USA.
O tym, jak szybko użytkownicy potrafią wytropić szczegóły internetowego życia dowolnej osoby przekonały się również kobiety, które wymieniały w sieci perwersyjne wiadomości z byłym kongresmenem Anthonym D. Weinerem. A także ludzie, którzy podpalali samochody i plądrowali sklepy po porażce zespołu z Vancouver w Pucharze Stanleya: zostali oni zidentyfikowani właśnie w sieci w ramach akcji “Name and shame” (Nazwij i zawstydź).
Amerykański konserwatywny blogger Andrew Breitbart twierdzi, że zdjęcie, które zamieszczono w internecie, przedstawia nagie genitalia Anthony’ego Weinera z Partii Demokratycznej. Weiner stał się autorem skandalu obyczajowego, który może zniszczyć jego karierę. Polityk przyznał się publicznie do “niewłaściwych” wirtualnych relacji z kobietami poznanymi w internecie.
Breitbart zaprezentował szokujące zdjęcie Weinera w programie radiowym “Opie and Anthony” w stacji Sirius XM. Blogger zademonstrował zdjęcie na ekranie swego telefonu komórkowego. Uchwyciła je kamera telewizyjna ustawiona w studio. Zdjęcie zostało następnie zamieszczone w sieci przez prowadzącego audycję Gregga Hughesa.
Breitbart stwierdził, że otrzymał zdjęcie od jednej z kobiet, z którą Weiner wymieniał sprośne e-maile. Kobieta miała oświadczyć, że wspomniane zdjęcie przesłał jej osobiście sam polityk.
Żona Weinera, która publicznie upokorzył przyznając się do “niewłaściwych” wirtualnych relacji z kobietami poznanymi w internecie, spodziewa się dziecka. Huma Abedin jest muzułmanką i bliską współpracowniczką sekretarz stanu Hillary Clinton. Poślubiła Weinera rok temu. Był on jeszcze do niedawna określany jako “wschodząca gwiazda” Partii Demokratycznej i - zdaniem wielu obserwatorów - miał największe szanse na objęcie stanowiska burmistrza Nowego Jorku. Komu najbardziej może zależeć, żeby w Nowym Jorku muzułmanie nie mieli silnego lobby? Hmmm.
Wysyłanie przez Internet lub telefon komórkowy sprośnych tekstów oraz roznegliżowanych zdjęć swego ciała, podobnie jak to robił były kongresman Anthony Weiner, to najczęstsza forma zdrady wśród Amerykanów - wykazał sondaż na łamach “Sexuality & Culture”.
Diane Kholos Wysocki z University of Nebraska w Kearney, główna autorka badań, twierdzi, że “sexting”, czyli flirtowanie w ten sposób za pośrednictwem sieci, jest dość powszechne. Z jej sondażu, który w 2009 r. przeprowadziła wśród 5,2 tys. internautów, wynika, że tak postępuje aż 60 proc. kobiet i prawie 50 proc. mężczyzn.
Amerykańska uczona zastrzega się, że badanie nie jest w pełni reprezentatywne dla społeczeństwa amerykańskiego, gdyż udział w nim był dobrowolny. W dodatku respondentami były jedynie osoby odwiedzające stronę internetową www.ashleymadison.com, przeznaczoną dla tych, którzy chcieliby kogoś poznać. Mottem strony jest stwierdzenie “Życie jest krótkie. Spróbuj poromansować”.
Internauci, którzy zdecydowali się na wzięcie udziału w sondażu, musieli odpowiedzieć na 68 pytań. Nie określono limitu wieku. Prawie 40 proc. ankietowanych stanowiły osoby powyżej 50 roku życia. W mniejszości były osoby w wieku 19-24 lat, ale to właśnie one najchętniej wysyłają sprośne teksty i nagie zdjęcia.
Diane Kholos Wysocki przyznaje, że romansowanie w Internecie nie zawsze odbywa się w tajemnicy przed partnerem. Według uczonej, za rozluźnienie obyczajów nie należy obwiniać Internetu.
Zbiorowa działalność wywiadowcza dwóch miliardów użytkowników internetu oraz cyfrowe odciski palców, które tak wielu ludzi pozostawia w sieci, zwiększają prawdopodobieństwo, że każdy pikantny filmik, każda intymna fotografia i każdy nieprzyzwoity e-mail zostanie podpisany nazwiskiem swojego autora, czy on sobie tego życzy, czy nie. Tego rodzaju wywiad sprawia, że sfera publiczna stała się bardziej publiczna niż kiedykolwiek wcześniej.
Wielu osobom zjawisko to może kojarzyć się z agentami bliskowschodnich reżimów, którzy monitorują protesty online, by następnie karać ich uczestników offline. Ale należy też pamiętać o jego pozytywnych stronach: dzięki sieci przestępcy mogą zostać wykryci, kłamstwa – zdemaskowane, a zwykli ludzie mogą zyskać olbrzymią sławę w ciągu jednego dnia.
Kiedy fotograf Rich Lam przeglądał swoje fotografie z zamieszek w Vancouver, zauważył, że na kilku z nich uwiecznił wśród policjantów w pełnym uzbrojeniu parę leżących na ulicy i całujących się młodych ludzi. Kiedy zamieścił w sieci te zdjęcia, internetowa społeczność natychmiast podjęła kroki w celu zidentyfikowania ich bohaterów. Nie minął dzień, a krewni całującej się pary ujawnili jej nazwiska: Scott Jones i Alex Thomas są najświeższym dowodem na to, że każdy nasz gest może być uwieczniony w sieci i oglądany na całym świecie. Zresztą nie całowali się, tylko Scott próbował uspokoić Alex poturbowaną przez policję.
– To niesamowite, że w takim miejscu znalazł się ktoś, kto zrobił zdjęcie – powiedziała Thomas w programie “Today”.
“Całująca się para” może liczyć jedynie na chwilową sławę, ale godny uwagi jest fakt, że w ogóle została zidentyfikowana.
Postępujący zanik anonimowości jest skutkiem wszechobecności mediów, tanich kamer telefonicznych, darmowych stron do publikacji zdjęć i filmów oraz – chyba w największym stopniu – zmiany poglądów społeczeństwa na to, co powinno być upubliczniane, a co powinno pozostać w sferze prywatnej. Eksperci twierdzą, że tę zmianę przyspieszyły takie strony internetowe jak Facebook, które wymagają od użytkowników podania prawdziwych danych na swój temat i zachęcają ich do publikacji prywatnych zdjęć i filmów.
– Ludzie po prostu chcą się ze sobą komunikować, a firmy, które łączą ich drogą elektroniczną, chcą wiedzieć, kto, co i gdzie mówi – twierdzi Susan Crawford, profesor w Benjamin N. Cardozo School of Law. – W rezultacie inni wiedzą o nas więcej niż kiedykolwiek wcześniej.
Coraz powszechniejsze upublicznianie informacji o każdym z nas wywiera coraz większy wpływ na handel, politykę i prawo zwykłych ludzi do prywatności. Rządy i korporacje podejmują próby stworzenia internetowych systemów identyfikacji ludzi. Technologia będzie odgrywała jeszcze większą rolę w identyfikowaniu do niedawna anonimowych osób: na przykład Facebook już teraz korzysta z technologii rozpoznawania twarzy w sposób, który budzi zastrzeżenia europejskich prawodawców.
Po zamieszkach w Vancouver mieszkańcy tego miasta nie potrzebowali żadnych technologii rozpoznawania twarzy – po prostu przeczesywali serwisy społecznościowe, próbując zidentyfikować jak najwięcej osób biorących udział w zamieszkach. Jedną ze zidentyfikowanych osób okazał się 17-letni gwiazdor kanadyjskiej reprezentacji piłki wodnej Nathan Kotylak.
Kotylak przeprosił na Facebooku za spowodowane przez siebie zniszczenia. Jednak oburzenie internautów dosięgło nie tylko chłopaka, ale także jego rodzinę. Miejscowe media podały, że ojciec Nathana stracił wysokie miejsce w rankingu lekarzy RateMDs.com po tym, jak zamieszczono na tej stronie informację, że jego syn uczestniczył w zamieszkach. Później jednak wielu pacjentów zaczęło bronić go na tej samej stronie, co spowodowało powrót lekarza na wysoką pozycję w rankingu.
Jak można było się spodziewać, akcja namierzania uczestników zamieszek znalazła też swoich krytyków. Camille Cacnio, studentka z Vancouver, którą sfotografowano podczas zamieszek i która przyznała się do kradzieży, napisała na swoim blogu, że “XXI-wieczne polowanie na czarownice” w internecie jest “kolejną formą mobbingu”.
Pasażerka nowojorskiego metra, która stała się obiektem szyderstw internautów, zamknęła swoje profile na Twitterze i LinkedIn. Choć osoba, która nagrała ją w metrze, usunęła film z YouTube, inni ludzie powielili go w niezliczonych kopiach, nadając całej historii nową dynamikę. Osoba, która zamieściła film w YouTube, pozostaje anonimowa, ponieważ jej konto na YouTube zostało zamknięte.
W zupełnie innym miejscu świata, w takich krajach jak Iran czy Syria, filmy anonimowo umieszczane na YouTube pozwalają czasem działaczom opozycji zidentyfikować ofiary rządowej przemocy. Udaje im się także wykrywać fałszerstwa. Ostatnio media wiele mówiły o przypadku blogera, który podawał się za lesbijkę syryjsko-amerykańskiego pochodzenia. Osoba, która podawała się za “homoseksualną dziewczynę z Damaszku”, została zdemaskowana jako Amerykanin Tom MacMaster.
Śledztwo w sprawie “lesbijki” prowadził Andy Carvin z amerykańskiej stacji radiowej National Public Radio, który relacjonował protesty na Bliskim Wschodzie na Twitterze. Carvin powiedział CNN, że kiedy jego źródła wyraziły wątpliwości co do tożsamości blogerki, zaczął “po prostu zadawać pytania na Twitterze i Facebooku”. – Czy ktokolwiek z was poznał ją osobiście? Czy w ogóle ją znacie? Czym więcej pytałem, tym mniej się dowiadywałem, ponieważ nikt jej nie spotkał, łącznie z reporterami, którzy jakoby robili z nią wywiady – opowiadał Carvin. W końcu wraz ze swoimi internetowymi pomocnikami trafił na blog żony MacMastera.
Rozgłos, który zwykle kojarzono z celebrytami, “przestał być rzadkim zjawiskiem” – napisał w swoim eseju Dave Morgan, dyrektor naczelny Simulmedia. Morgan napisał, że skoro internet “nie zapomina” obrazów i chwil z przeszłości, jak awantura w kolejce metra czy pocałunek podczas zamieszek, to “rzeczywistość nieuniknionego publicznego świata jest kwestią, o której będziemy słyszeć coraz więcej”.

Brian Stelter

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Koniec sieci?

Tags: , ,

Koniec sieci?


Internet z pewnością odgrywa kluczową rolę w świecie handlu, informacji i rozrywki. Pod wieloma względami znaczenie sieci jest bezdyskusyjne, choć ostatnio pojawiają się sygnały, że zaczyna ono słabnąć. Inwestycje i innowacje skupiają się w innych obszarach branży informatycznej – takich jak zakupy, gry oraz aplikacje na smartfony i tablety. Ale sieć nie poddaje się i przygotowuje się do wielkiego powrotu.
czytnikipadProgramy te często łączą się ze stronami internetowymi, by uzyskać różnego rodzaju informacje. Same jednak nie znajdują się w otwartej sieci i nie można ich wyszukać ani połączyć linkami jak sieciowe adresy. Przykładem mogą być aplikacje przeznaczone na iPhone’y oraz iPady Apple’a albo na system operacyjny Android Google’a. Podobnie jest z serwisami społecznościowymi w rodzaju Facebooka czy Twittera – są to otoczone murem ogrody, połączone z otwartą siecią, ale od niej odseparowane.
Trend ten opisany został we wrześniu w magazynie “Wired”, w artykule o celowo wyolbrzymionym tytule “Sieć umarła”.
Przed tym samym zagrożeniem ostrzegał Tim Berners-Lee, twórca sieci WWW, w grudniowym numerze “Scientific American”. “Sieć, jaką znamy – napisał – jest w niebezpieczeństwie”. Polega ono na tym, że “internet może rozpaść się na szereg osobnych wysepek”.
Niewykluczone jednak, że już wkrótce nadejdą lepsze czasy dla sieci. Zależy to od wdrożenia technologii, rozwijanych już od kilku lat, a obecnie przyjmowanych powoli przez branżę informatyczną. Ten zestaw ulepszeń określany jest przez wtajemniczonych wspólną nazwą HTML5. Oznacza ona piątą generację HyperText Markup Language, języka kodowania stron internetowych. Według informatyków technologia ta umożliwi tworzenie obsługiwanych w przeglądarce aplikacji sieciowych, które dorównują pod względem wizualnego bogactwa i atrakcyjności tak zwanym aplikacjom macierzystym, działającym w konkretnych środowiskach, takich jak iPady czy tablety z systemem Android.
Dostępne są już przeglądarki współpracujące z HTML5: Mozilla zaprezentowała najnowszą wersję Firefoxa, przystosowaną do obsługi nowej technologii, zaś tydzień wcześniej Microsoft wypuścił nowego Internet Explorera, również zgodnego ze standardem HTML5. Kompatybilna z nim jest także przeglądarka Safari Apple’a, który mocno lansuje funkcję odgrywania filmów w HTML5 jako alternatywę dla odtwarzacza Adobe Flash. Chrome Google’a z kolei od dawna dystansuje konkurentów, jeżeli chodzi o wdrażanie nowego systemu.
Według różnych doniesień technologia ta jest bardzo innowacyjna. – HTML5 to kolejny wielki krok w historii rozwoju sieci – zapewnia Jeffrey Jaffe, naczelny dyrektor World Wide Web Consortium, które nadzoruje prace nad standardami technicznymi. Paul Mercer, doświadczony programista z Doliny Krzemowej, twierdzi, że technologia ta umożliwi spełnienie marzeń o rozbudowanych, interaktywnych aplikacjach sieciowych o jakości jak z Cupertino. Mercer nawiązuje do siedziby Apple’a, w której pracował przez wiele lat.
Dyrektorzy firm i inwestorzy prognozują, że innowacja ta może przełożyć się na równie duży przełom w biznesie. Nowa technologia może zmienić oblicze młodego rynku cyfrowych mediów i programów, tworząc nowe nisze i okazje do zarobku.
– Obecnie żyjemy w świecie macierzystych aplikacji – wskazuje John Lilly, menedżer Greylock Partners, spółki inwestycyjnej z Doliny Krzemowej. – Ale ludzie nie doceniają potęgi sieci. Sądzę, że w ciągu następnych dwóch lat czeka nas wysyp internetowych aplikacji.
Nowe firmy takie jak Zite i Flipboard oferują oparte na HTML5 usługi wyświetlania treści medialnych na iPadach w formie podobnej do stron czasopisma. Jeden z darmowych programów Flipboard wyszukuje w społecznych sieciach użytkowników polecane lektury. Spółka współpracuje także z wydawcami, którym proponuje narzędzia automatyzujące wyświetlanie stron na iPadzie. – Coraz więcej wydawców przerzuca się na HTML5 – podkreśla dyrektor firmy Mike McCue.
W teorii technologia ta mogłaby realnie zagrozić pozycji Apple’a, głównego dystrybutora płatnych treści medialnych. Urządzenia takie jak iPhone oraz iPad zdominowały swe rynki, a firmy medialne dopasowują swoje produkcje do tych platform. App Store stał się z kolei głównym ośrodkiem dystrybucji detalicznej w sieci.
Wydawcy obruszyli się, gdy Apple ogłosił w lutym warunki prenumeraty cyfrowych gazet i magazynów sprzedawanych przez App Store: Apple ma otrzymywać 30 procent dochodów i dane o klientach, chyba że abonent zgodzi się przekazać część informacji wydawcy. 30 procent to tyle samo, ile Apple zarabia na muzyce i grach oferowanych w jego sklepie. Wydawcy domagali się jednak korzystniejszych warunków oraz dzielenia się informacjami o klientach, jako że proponują dłuższe prenumeraty, a nie przeprowadzają jednorazowych transakcji, np. sprzedaży albumów czy piosenek.
Większość czołowych wydawców zaczyna już eksperymentować z HTML5.
Nawet jeżeli HTML5 pozwoli wydawcom na tworzenie aplikacji działających na iPadzie bez oprogramowania Apple, pozycja Apple’a jako dystrybutora wcale nie musi się załamać. Jeżeli iPad pozostanie zdecydowanym liderem wśród tabletów, firma może nadal kontrolować największy rynek wydawniczy w sieci – tak samo jak popularność iPodów przyczyniła się do wzrostu sprzedaży w muzycznym sklepie Apple.
Wydawcy zamierzają póki co wykorzystywać nową technologię do usprawnienia prac nad cyfrowymi mediami, co pozwoli ograniczyć koszta. W idealnym z ich punktu widzenia scenariuszu HTML5 powinien stać się naczelną technologią używaną we wszystkich przenośnych programach, zaś ulepszenia dodawane byłyby do wersji na konkretne platformy.
– Jeżeli HTML5 spełni pokładane w nim nadzieje, bardzo ułatwi mi to życie – mówi Joe Simon, dyrektor ds. technologicznych w Conde Nast. Wydawca ten stworzył w ostatnich miesiącach kilkadziesiąt aplikacji na iPhone’y oraz iPady powiązanych z 18 tytułami czasopism. Wkrótce zaprezentuje też programy “New Yorker” i “Wired” na Motorolę Xoom, bazującą na systemie Android.
Zdaniem analityków rywalizacja między światem otwartej sieci oraz macierzystych aplikacji rozstrzygnie się w najbliższych latach. Oba obozy mają swoich zdecydowanych zwolenników, nieraz nawet w jednej i tej samej firmie. Dla przykładu, Google zatrudnia zarówno zespół od Androida, jak i programistów specjalizujących się w HTML5.
Sundar Pichai, wiceprezes ds. zarządzania produktami, odpowiedzialny za przeglądarkę Google Chrome, stawia na triumf HTML5. – W świecie przenośnych technologii dominującym modelem są aplikacje macierzyste – przyznaje Pichai, dodając jednak, że prawdziwa konkurencja dopiero się zacznie. – Sądzę, że wraz z ewolucją tych ekosystemów – prognozuje – sieć pokaże swoją zdecydowaną przewagę i zwycięży.

Steve Lohr

Posted in Ciekawostki, RóżneComments (0)

Szukając pracy zarzucaj sieć

Tags: , , ,

Szukając pracy zarzucaj sieć


Trzeba wiedzieć, jak konsekwentnie budować swój wizerunek i zdobywać nowe znajomości, nie będąc przy tym nachalnym.

Jeszcze kilka lat temu poszukiwanie pracy było stosunkowo prostym procesem: napisać CV, przejrzeć oferty, odpowiedzieć na te, które wydają się odpowiednie i czekać. – Teraz to już tak nie działa – mówi Nancy Halverson, wiceprezes ds. nauki i rozwoju talentu w firmie MRINetwork, zajmującej się rekrutacją pracowników.

internet-marketing

Jak wiele innych dziedzin życia, proces poszukiwania pracy przeszedł prawdziwą rewolucję od czasu powstania takich serwisów jak Facebook, Twitter, LinkedIn i inne portale społecznościowe. Dziś osoby szukające zatrudnienia muszą posiąść niełatwą umiejętność poruszania się w internetowej społeczności w taki sposób, by promować siebie, nie sprawiając przy tym wrażenia egocentryka. Jednocześnie trzeba cały czas dbać o swoją sieciową reputację. Najmniejsze potknięcie może odstraszyć ewentualnych pracodawców.

– Jeśli nie masz swojego profilu na portalach społecznościowych, rekruterzy nie będą w stanie do ciebie dotrzeć – przekonuje Halverson.

Tymczasem dla wielu bezrobotnych technologiczne wymogi współczesności stanowią poważną przeszkodę w znalezieniu posady. Coraz więcej osób zwraca się do poradni zawodowych i ośrodków kształcenia ustawicznego działających przy uniwersytetach. – Uczenie ludzi, jak mają wykorzystywać te narzędzia staje się jednym z głównych działań takich instytucji – mówi Nancy Richmond z Massachusetts Institute of Technology. – Pokazujemy, że używanie mediów społecznych to doskonały sposób, by przekonać pracodawcę, że nadążamy za nowatorskimi trendami. To może mieć ogromne znaczenie dla dalszej kariery.

Dwa razy w semestrze Richmond prowadzi warsztaty, podczas których uczy swoich kursantów, jak korzystać z serwisu LinkedIn i innych portali społecznościowych. W czasie lekcji indywidualnych pomaga uczniom w dopracowywaniu ich internetowych profili, docieraniu do potencjalnych pracodawców i budowaniu sieci znajomości.

Takie zajęcia stały się standardowym elementem programu na uczelniach w całych Stanach Zjednoczonych. Często domagają się ich sami studenci. Na ten rok Uniwersytet Wisconsin w Eau Claire zaplanował serię kursów pod nazwą “Język mediów społecznych”, które mają być trampoliną do świata kontaktów internetowych.

– Należy nie tylko tłumaczyć ludziom, dlaczego powinni istnieć w społeczności internetowej, ale także nauczyć ich, jak mogą zaprezentować się w sposób spójny i właściwy, jak mają podejść do promowania siebie – wyjaśnia pomysłodawczyni kursów Laurie Boettcher.

Czasem jest to trudne, ponieważ wielu bezrobotnych nigdy wcześniej nie miało powodu, by budować swoje profile w sieci. Tacy ludzie nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Dotychczas pracowali na przykład w branży wytwórczej, gdzie Facebook i Twitter nie były częścią ich codziennego życia. Niektórzy spędzili całe dekady w jednej firmie i nigdy nie mieli potrzeby pisania CV, nie mówiąc o tworzeniu strony opisującej ich karierę w serwisie LinkedIn. Kiedy na skutek globalnego kryzysu tak nagle i nieodwracalnie stracili zatrudnienie, poczuli się osamotnieni. Mają wszelkie umiejętności konieczne do podjęcia nowej pracy, ale nie wiedzą, jak jej szukać.

Okazuje się wówczas, że to nie aspekty techniczne są najtrudniejsze do opanowania. Dla osób, które nigdy nie należały do żadnych społeczności internetowych, największym problemem są subtelne umiejętności społeczne konieczne do funkcjonowania w tym środowisku.

Ta sztuka bywa wyjątkowo trudna nawet dla tych, którzy z komputerami są za pan brat. W 2008 roku Oliver Schmid, informatyk z Los Angeles, stracił pracę. Po raz pierwszy od 20 lat musiał szukać nowej posady. Zabrał się do tego w sposób tradycyjny: wysłał CV i czekał na odzew. Na próżno.

– Wygląda na to, że mój życiorys na nikim nie zrobił większego wrażenia – stwierdza Schmid. Dziś przyznaje, że CV nie prezentowało go w sposób pełny – nie było tam mowy o szerokim wachlarzu doświadczeń zawodowych, ani też o pasji i pomysłowości w tym, co robi.

Schmid zajrzał do internetu. Znalazł kilka stron z poradami dla szukających pracy. Dowiedział się, jak budować swoją markę w sieci. Zaczął pisać blog o swojej pracy. Kontaktował się z kolegami po fachu za pośrednictwem Twittera.

– Na początku nie obyło się bez potknięć –wspomina Schmid. Jednak po kilku miesiącach opanował sytuację. Udoskonalił umiejętność tworzenia krótkich wpisów o swojej pracy i kierowania ich do właściwych ludzi na Twitterze. Stał się bardziej konsekwentny, ale nie nachalny.

Wszystkie te działania wymagały ogromnego wysiłku, chociaż Schmid miał świadomość, że nie dają one gwarancji na znalezienie pracy. – Sieci kontaktów tak naprawdę służą poszerzaniu naszej strefy wpływów – mówi specjalistka ds. doradztwa zawodowego Miriam Salpeter. – Powinniśmy zwiększać liczbę ludzi, którzy o nas wiedzą. To się może opłacić – dodaje Salpeter.

Tak było w przypadku Schmida. Dawny kolega z pracy zauważył jego wpisy i polecił go pewnej norweskiej firmie technologicznej. Po krótkim okresie luźnej współpracy Schmid podpisał stałą umowę. Dziś uważa, że bez Twittera pewnie by mu się to nie udało. – Oni mnie nie szukali. Po prostu natknęli się na mnie w sieci – tłumaczy informatyk.

Farhad Manjoo

Posted in Ciekawostki, W numerzeComments (1)

Nowsza wersja randki

Tags: , ,

Nowsza wersja randki


Nowoczesne serwisy randkowe chcą, by ich użytkownicy zawierali znajomości w rzeczywistym świecie – ale za pomocą internetowych narzędzi.

internet-dating
Niedawno w jednej z knajpek na Manhattanie Lori Cheek zauważyła przystojnego mężczyznę. Przechodząc koło jego stolika, wyjęła czarną karteczkę wielkości wizytówki. – Włożyłam mu ją do frytek – wspomina. – I poszłam w swoją stronę.
Kiedy 37-letnia Cheek oddaliła się w lipcową noc, mężczyzna wyjął kartkę z torebki. “Nie możesz przegapić tej szansy” – przeczytał. Poniżej, pod dopiskiem “znajdź mnie” znajdował się kod dostępu i adres nowej strony internetowej dla singli.
Serwisy randkowe wkraczają w nową erę. Jeszcze niedawno ich użytkownicy spędzali długie godziny wypełniając rubryki “O sobie” i przeglądając setki zdjęć potencjalnych wybranków. Portale nowego typu próbują powiązać wirtualny flirt ze światem rzeczywistym. Niektóre z nich oprócz internetowego konta oferują użytkownikom zestaw wizytówek – takich jak ta, którą Cheek wręczyła mężczyźnie z baru. Inne korzystają z aplikacji opartych na technologii GPS, która pozwala odnaleźć się użytkownikom przebywającym w tej samej okolicy.
e-randkaIch przewaga nad tradycyjnymi serwisami randkowymi wynika z tego, że pozwalają użytkownikom umawiać się na randki szybciej i mniej oficjalnie. Dodatkowo wybór potencjalnego partnera nie ogranicza się do osób z bazy danych serwisu. – Można to porównać do zakupów przez internet – mówi Cheek. – Tyle że robisz je w prawdziwym świecie.
Jednocześnie nowe serwisy pozwalają swoim użytkownikom zachować anonimowość tak długo, jak tylko chcą. Cheek, architektka pracująca dla ekskluzywnej firmy meblarskiej z Manhattanu, sama założyła podobny portal. Witryna o nazwie Cheek’d zadebiutowała w maju. Jej użytkownicy otrzymują zestaw wizytówek, które mogą wręczać interesującym nieznajomym w klubie czy w metrze. Wybranek bądź wybranka może wykorzystać indywidualny kod dostępu, wydrukowany na wizytówce, żeby zalogować się na stronie i napisać wiadomość do doręczyciela karty. Zestaw pięćdziesięciu wizytówek i miesięczny abonament kosztuje 25 dolarów. Osoby, które otrzymały wizytówkę, nie ponoszą żadnych opłat.
Każda z kart Cheek’d ma dowcipne hasło – takie jak “Jestem sto razy fajniejsza od twojej dziewczyny” bądź bardziej bezpośrednie “Podobasz mi się”. Cheek planuje też wprowadzenie bardziej spersonalizowanych wizytówek. Te dla nowojorskich singli mogłyby na przykład informować: “Mieszkam w centrum Manhattanu” albo “Mam nadzieję, że piąte piętro bez windy to dla ciebie nie problem”.
Jednej z użytkowniczek Cheek’d, Willi Bernstein wpadł ostatnio w oko pewien mężczyzna w nowojorskim hotelu. Nie miała odwagi do niego podejść, więc wizytówkę z informacją “Czekam na naszą pierwszą randkę” dostarczyła mu jej koleżanka. – Czułam się trochę tak jak w szkole średniej – przyznaje Bernstein, 43-letnia prawniczka. – Stałam tam i wstydziłam się do niego podejść.
Następnego ranka znalazła w swojej skrzynce wiadomość od przystojnego nieznajomego. “Żałuję tylko – pisał – że nie podeszłaś do mnie, by się przedstawić osobiście”. Od tego czasu wymienili już kilka maili i są coraz bliżej ustalenia terminu randki.
Cheek’d nie jest jedynym serwisem randkowym, który połączył pomysł konta internetowego i wizytówek. Rachel i John DeAlto, oboje tuż po trzydziestce, kilka tygodni temu uruchomili FlipMe!. Inspiracją była ich własna historia.
DeAlto po raz pierwszy zobaczyła mężczyznę, który miał zostać jej mężem, podczas kolacji w restauracji. Siedział przy stoliku z przyjaciółmi, a wychodząc, wręczył kelnerce pięć dolarów z prośbą, by dostarczyła Rachel liścik napisany na serwetce. DeAlto odczekała trzy dni, zanim zdecydowała się zadzwonić pod podany tam numer telefonu. Sześć miesięcy później byli już zaręczeni.
Na każdej wizytówce FlipMe! widnieje motto, które ma stanowić wyjaśnienie dla jej odbiorcy: “Wiele razy mówiłam/em sobie: »Co by było gdyby…« Ale nie tym razem”. Pakiet wizytówek i trzymiesięczny abonament kosztuje 24 dolary. DeAlto przygotowują też aplikację na telefony komórkowe.
– Teraz przynajmniej więcej wychodzę – cieszy się 36-letnia Christine Langfeld, stylistka żywności, która przedtem próbowała umawiać się na randki przez tradycyjne serwisy. – Zamiast siedzieć przed komputerem, idę na drinka albo kawę.
Użytkownicy FlipMe! albo Cheek’d twierdzą, że dzięki wizytówkom mają odwagę podejść do nieznajomej osoby, na co wcześniej nigdy by się nie zdobyli. Podoba im się również sposób, w jaki nowe portale odwróciły proces umawiania się na randkę przez internet: teraz najpierw możesz kogoś zobaczyć, a potem wysyłasz mu wiadomość. Nie ma problemu z oszustami. – Niektórzy użytkownicy zamieszczają na serwisach randkowych zdjęcia sprzed 10 lat, albo takie, na których schowani są za drzewem – mówi DeAlto.
Niektóre portale korzystają z aplikacji opartych na technologii GPS, która pozwala odnaleźć się użytkownikom przebywającym w tej samej okolicy. Jednym z największych serwisów tego typu jest Skout, dostępny na iPhonach, który niedawno przekroczył liczbę miliona użytkowników. Żeby skorzystać z tej aplikacji, wystarczy stworzyć prosty profil z fotografią. Komunikator internetowy pozwala skontaktować się z innymi użytkownikami, którzy akurat przebywają w tej samej okolicy. Twórca Skouta, Christian Wiklund, porównuje jego działanie do wizyty w klubie: – Wchodzisz, rozglądasz się, i zaczynasz flirtować.
Większość użytkowników serwisu to ludzie w wieku dwudziestu kilku lat, którzy poszukują raczej randek niż potencjalnych partnerów na całe życie; często chcą ciekawie spędzić czas w podróży albo w swoim rodzinnym mieście.
Kiedy 25-letnia Jessica Hirsch wybrała się niedawno z przyjaciółką do
Central Parku, poznały przez Skout kilku chłopaków, którzy akurat piknikowali na trawie. Spędziły z nimi całe popołudnie. – To było proste i naturalne –zachwyca się Hirsch. I całkiem inne od jej doświadczenia z tradycyjnym serwisem randkowym, gdzie znajomość zaczyna się od wymiany sztucznych maili, po czym następuje jeszcze dłuższe ustalanie miejsca i czasu wspólnej randki.
Jeśli chodzi o Cheek, przystojniak z baru skontaktował się z nią przez stronę Cheek’d. Niestety, znajomość trwała tyle, co zamówienie frytek. – Okazało się, że on jest z Argentyny – wzdycha założycielka serwisu.

Stephanie Rosenbloom

Posted in Ciekawostki, Psycholog, RóżneComments (1)

Opętani siecią

Tags: , , ,

Opętani siecią


Jak często czytając coś w internecie klikasz w link łączący ze stronami nie mającymi nic wspólnego z pierwotnym tematem twoich poszukiwań? Sieć działa trochę jak elektroniczny sklep z łakociami – zawsze kusi nas do pójścia w różne strony. Ale czy to umysłowe pomieszanie, ta pełna swoboda i tendencja do zaglądania tu i tam nie sprawia, że mentalnie… tyjemy? Czy ciągłe używanie elektronicznych gadżetów zmienia i spłyca nasz sposób myślenia?
browsing_1
Współczesne media elektroniczne – internet, telefony komórkowe, gry komputerowe – mają ogromną moc przyciągania umysłów, zwłaszcza młodych umysłów, i rozpraszania ich. Krytycy twierdzą, że w ten sposób tracimy umiejętność prawidłowego skupienia się na jednym, konkretnym zadaniu – takim jak przeczytanie całej książki czy przećwiczenie zadanego utworu na instrumencie muzycznym – a nasze myślenie staje się przez to płytsze. Sir Tom Stoppard (znany brytyjski dramaturg i scenarzysta czeskiego pochodzenia – przyp. red.) mówił o tym niedawno, ostrzegając że już niedługo słowo drukowane może całkowicie zniknąć, “zmiecione” przypływem technologii, która sprawia, że w życiu młodych ludzi już teraz coraz częściej pierwszeństwo ma ruchomy obraz. – Obawiam się, że dziś coraz więcej zjawisk rywalizuje o naszą uwagę – tłumaczył. – Słowo drukowane nie ma już dziś takiego znaczenia jak w czasach, kiedy byłem w wieku dzisiejszych uczniów… Ani nawet w czasach, kiedy byłem w wieku ich dzisiejszych nauczycieli.

Nie chodzi tu, dodał dramaturg, o to że stare media są “dobre”, a nowe “złe”. Chodzi raczej o ogólny trend.

Stoppard nie jest sam – podobnego zdania jest wielu znanych ludzi. Ostatnio Barack Obama przyznał, że za bardzo lubi zabawę swoim BlackBerry. “Informacja rozprasza, odwraca uwagę, sama w sobie staje się raczej formą rozrywki niż środkiem to celu” – mówił.

Nicholas Carr, amerykański pisarz i publicysta zajmujący się współczesną technologią, poświęca temu tematowi swoją najnowszą książkę “The Shallows” (”Płycizny”). Twierdzi w niej, że nowe media zmieniają nie tylko nasze przyzwyczajenia, ale także nasze mózgi. Okazuje się, że ludzki mózg nie jest niezmiennym siedliskiem osobowości i intelektu, ale podmiotem, który można kształtować, że jest “neuroplastyczny”. Kiedy zmieniają się nasze działania, zmienia się także architektura naszego mózgu. “Nie myślę dziś tak samo, jak kiedyś – pisze Carr. – Najwyraźniej widzę to kiedy coś czytam”.

Carr sądzi, że lata korzystania z internetu osłabiły jego umiejętność głębokiego wczytywania się w treść, autentycznego zatopienia się w lekturze. Dziś papierowe książki nie dostarczają mu już takiej stymulacji, jakiej oczekuje umysł “wytresowany” przez media elektroniczne. “Nie chodzi o to, że mój mózg się nie skupia, że »dryfuje«. Chodzi o to, że jest spragniony informacji które dostarcza mu tylko internet” – tłumaczy pisarz.

Carr pisze, że kiedy musi przeczytać długi tekst zaczyna się robić niespokojny. “Kiedy używamy internetu, wkraczamy w środowisko, które zachęca do pobieżnego czytania, do szybkiego i rozproszonego myślenia, do bardzo powierzchownego uczenia się – tłumaczy. – Ewoluujemy od poziomu uprawiania osobistej wiedzy do poziomu łowców-zbieraczy polujących na dane w cyfrowej dżungli”.
Pisarz przywołuje badania przeprowadzone przez Gary’ego Smalla, profesora psychiatrii z University of California w Los Angeles (UCLA), z których wynikało, że nieustanne korzystanie ze współczesnych mediów wzmacnia nowe drogi nerwowe i osłabia stare. Okazuje się, że wystarczy pięć godzin korzystania z internetu, aby uruchomić uśpione wcześniej części kory przedczołowej w naszym mózgu. Dla Carra to dowód, że sieć może “przemodelować” nasz mózg.

Carr nie chce być prorokiem wieszczącym zagładę – wskazuje po prostu na pewne niebezpieczeństwa. Głębokie przemyślenia, umiejętność zanurzenia się w konkretnej dziedzinie badań, zdolność śledzenia narracji, rozumienia argumentów i stawiania krytycz- nych pytań – wszystko to zanika na rzecz powierzchownego “zbierania informacji”. Młodzi internauci doskonale radzą sobie z gromadzeniem danych potrzebnych im do stworzenia szkolnego projektu – ale to wcale nie oznacza, że potrzebne informacje do końca zrozumieli i przyswoili.

Największym problemem są hiperłącza (”linki”). Te “progi spowalniające” w tekście kuszą do kliknięcia i przejścia do innej strony, do innego tekstu – co często pociąga za sobą rezygnacje z przeczytania do końca tekstu pierwotnego. Ale czy to źle? Jake Vigdor i Helen Ladd, naukowcy z Duke University w Karolinie Północnej, przez pięć lat badali ponad 100 tysięcy dzieci pod kątem związku pogarszających się wyników testów z matematyki i czytania a rozpowszechnianiem się domowych komputerów i szerokopasmowych połączeń z internetem. – Spadki poziomu wyników były niewielkie, rzędu 1–2 procent, ale istotne statystycznie – mówi dr Vidgor. – Wygląda na to, że upowszechnienie komputerów osobistych nie wpłynęło na nie pozytywnie…

Przełomowy dla tych badań był rok 2005. Do tego czasu wydawało się, że komputery upośledzają także rozwój relacji społecznych – ale później zaczął się wysyp serwisów społecznościowych, takich jak Facebook czy Twitter, na których młodzi ludzie spędzali coraz więcej czasu.

Vidgor i Ladd podsumowali swoje badania stwierdzając, że edukacyjne wartości posiadania domowego komputera najlepiej realizują się wtedy, kiedy młodzież używa komputerów pod nadzorem rodziców.

Tendencja do powierzchownego zbierania informacji wzmacniana jest przez “wielozadaniowość”, rozumianą nie jako funkcja komputera, ale sposób korzystania z niego przez użytkownika. Gdybyśmy obserwowali uważnie młodego człowieka siedzącego przy komputerze, moglibyśmy zobaczyć, że jednocześnie sprawdza coś na Facebooku, wypala płytę z muzyką i używa komunikatora w telefonie komórkowym. We współczesnym zarządzaniu często przedstawia się taką “wielozadaniowość” jako metodę zwiększenia efektywności pracy – ale nauka tego nie potwierdza. Okazuje się, że ludzki mózg nie jest aż tak dobry w “multitaskingu” – chyba, że chodzi o wyuczone, złożone czynności takie jak kierowanie samochodem.

– Nie da się jednocześnie myśleć o zwrocie podatku i czytać eseju naukowego – mówi David Meyer, neurobiolog z University of Michigan. – Tak samo jak nie da się mówić do siebie na dwa różne tematy jednocześnie. Wielu ludzi myśli inaczej, ale to mit. Jeśli chodzi o naprawdę skomplikowane zadania i czynności nigdy nie zdołamy wznieść się ponad wrodzone ograniczenia naszego mózgu.

Skupienie uwagi to podstawowy warunek działania pamięci: im bardziej się skupimy, tym lepiej zapamiętamy. Powierzchowna analiza danych, oparta na świadomości, że informacja jest łatwo dostępna w internecie, uniemożliwia ich precyzyjne przyswojenie i zrozumienie. Takie zdobywania wiedzy jest idealne dla naszej współczesnej kultury opartej właśnie na strzępach informacji z różnych dziedzin, ale nie sprzyja powstawaniu świadomego, krytycznego elektoratu.

Warto także dodać, że nasz mózg, aby prawidłowo przetwarzać i syntetyzować informacje potrzebuje czasu na odpoczynek. Nastolatek, który każdą wolną chwilę spędza na pisaniu wiadomości tekstowych albo wrzucaniu informacji na Twittera nie daje swojemu umysłowi takiej okazji. Wszystko to wygląda na złe wieści – ale czy rzeczywiście?

Nic nowego pod słońcem, rzecz prosta. Starożytni Grecy lamentowali nad faktem, że ustną tradycję zastępuje się słowem pisanym. Eksplozja czytelnictwa spowodowana wynalezieniem druku była dla niektórych “dziełem szatana”. Jeszcze w XVIII wieku francuski mąż stanu Guillaume-Chrétien de Lamoignon de Malesherbes protestował przeciwko nowemu wynalazkowi, który miał uczynić z ludzi “izolowanych samotników” pogrążonych w “posępnej ciszy”. Chodziło mu o gazety…
Zwolennicy współczesnych mediów wskazują na ich zalety, między innymi na to że młodzi ludzie mogą dziś znacznie łatwiej wyszukiwać i zestawiać ze sobą różne informacje, łączyć w celach edukacyjnych materiały wideo, zdjęcia, tekst.

Często mówi się o tym, że internet to “pożeracz czasu” młodych ludzi – okazuje się jednak, że nie jest to takie proste. Jedyne wiarygodne badania na temat czasu spędzanego w sieci, przeprowadzone przez Światową Organizację Zdrowia, dowodzą że dzieci spędzają przed ekranami (w tym także telewizyjnymi!) od dwóch do czterech godzin dziennie – a nie sześć czy siedem, jak się często sugeruje. Co więcej, są dowody na to, że młodzi ludzie korzystający z serwisów społecznościowych takich jak Facebook czy MySpace prowadzą pełniejsze życie społeczne (poza siecią!) od tych, którzy z nich nie korzystają.

Badania na temat wpływu nowych technologii na dzieci przeprowadzone w 2008 roku w Wielkiej Brytanii (tak zwane Byron Review) zawierały między innymi analizę wielu innych badań autorstwa profesora Davida Buckinghama z University of London. Jego konkluzja brzmiała: “Mówiąc najogólniej, dowody na wpływ nowych mediów na dzieci i młodzież są jak dotąd słabe i nie prowadzą do żadnych konkretnych wniosków. Dotyczy to zarówno wpływów pozytywnych, jak negatywnych. (…) Nie znaczy to, rzecz prosta, że takich wpływów nie ma. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że bezpośrednia szkodliwość nowych mediów jest znacznie mniejsza, niż głoszą to niektórzy uczestnicy debaty publicznej”.

“Stare media” także nie są w tak złej kondycji, jakby się wydawało. Coroczne badania prowadzone przez firmę Nielsen BookScan wykazały, że w roku 2009 sprzedaż książek dla dzieci była o 4,9 proc. wyższa niż rok wcześniej – ponad 60 milionów egzemplarzy. A szkody związane z “siedzeniem przed komputerem” są prawdopodobnie związane nie tyle z tym, co młodzi ludzie robią w internecie, ile z tym czego nie robią w tym czasie (chodzi o czas spędzany z rodziną czy zabawy z rówieśnikami).

A co z zarzutem, że “nowe media” zmieniają nas w “płytkich wielozadaniowców”? Warto przypomnieć mądre słowa wypowiedziane jeszcze w XVIII wieku przez czwartego hrabiego Chesterfield: “W ciągu dnia jest dosyć czasu na wszystko, jeśli tylko będziesz czynić jedną rzecz naraz. Ale nie starczy ci czasu w ciągu roku, jeśli będziesz się zajmował dwiema rzeczami naraz. Spokojne, konsekwentne i nie poddające się rozproszeniom skupienie się na jednej rzeczy to niewątpliwie charakterystyczna cecha wielkich umysłów – podobnie jak pośpiech, rozgardiasz i niepokój to przypadłości umysłów słabych i niepoważnych”.

Neil Tweedie

Podtypy IAD

(Zespół Uzależnienia od Internetu ang. Internet Addiction Disorder)

Erotomania internetowa – polega głównie na oglądaniu filmów i zdjęć z materiałami pornograficznymi lub rozmowach na chatach o tematyce seksualnej. Zjawisko to zaczyna być bardzo groźne, gdy na materiały o treści pornograficznej trafiają osoby małoletnie lub z zaburzeniami w sferze emocjonalnej.
Innym czynnikiem tego zaburzenia są wszelkie dewiacje seksualne, takie jak pedofilia, zoofilia, skrajny ekshibicjonizm i inne. Tego typu stron są tysiące, nawet reakcja organów porządkowych takich jak Policja nie przynosi skutku, gdyż wiele z tych witryn jest zarejestrowanych np. w Tajlandii, a obsługujący je serwer jest umieszczony jeszcze w innym zakątku świata, który ma równie liberalne prawo.
Socjomania internetowa – jest to uzależnienie od internetowych kontaktów społecznych. Osoba nawiązuje nowe kontakty tylko i wyłącznie poprzez sieć, ma zachwiane relacje człowiek-człowiek w kontaktach poza siecią. Ludzie tacy potrafią godzinami “rozmawiać” z innymi użytkownikami internetu, lecz mają trudności przy kontaktach osobistych, następuje też u takich osób zanik komunikacji niewerbalnej, nie potrafią odczytywać informacji nadawanych na tej płaszczyźnie lub odczytują je błędnie.
Osoby takie spotyka się głównie w formach kontaktu, które zapewniają synchroniczną komunikację. Zdarza się, iż pokoje rozmów są zakładane przez takie osoby, tylko po to, by mieć możliwość przebywania non stop w tym pokoju i kontaktu z osobami go odwiedzającymi.
Uzależnienie od sieci – polega na pobycie w internecie. Jest ono bardzo podobne do uzależnienia od komputera, lecz polega na przebywaniu w sieci. Osoby takie są cały czas zalogowane do sieci i obserwują, co się tam dzieje. Uzależnienie to łączy w sobie wszystkie inne formy ZUI.
Przeciążenie informacyjne – występuje przy natłoku informacji np. przebywanie w wielu pokojach rozmów jednocześnie, lub udział w wielu listach dyskusyjnych.
Uzależnienie od komputera – osoba nie musi w tym wypadku przebywać w internecie, wystarczy, że spędza czas przy komputerze. Nie jest dla niej ważne to, co przy nim robi.

Posted in Artykuł numeruComments (1)

Cenzura w sieci

Tags: , ,

Cenzura w sieci


“Obyś żył w ciekawych czasach” – brzmi stare chińskie przysłowie. Z całą pewnością czasy, w których żyjemy, są niezwykle ciekawe. Oto jesteśmy świadkami i uczestnikami ogromnej rewolucji zmieniającej to, w jaki sposób funkcjonuje cały współczesny świat, kultura, polityka i sfery społeczne.
internetRewolucja ta – przejście z industrialnego modelu gospodarczego do modelu gospodarki opartej na wiedzy i informacji, w której państwa lub grupy ludzi osiągają sukces nie wtedy, gdy dysponują ogromnymi zasobami naturalnymi, lecz gdy dysponują największym w danym momencie potencjałem kreatywności – wywiera przemożny wpływ na wszelkie możliwe sfery ludzkiej aktywności. Tempo przemian jest w skali kilkunastu lat niezwykłe i bezprecedensowe w historii naszej cywilizacji. Żyjemy w chwili ciągłego szoku przyszłości, który zmienia nasze postrzeganie o rzeczywistości niemal z dnia na dzień.
Następuje przejście od ery Gutenberga do ery cyfrowej. Od czasu wynalezienia prasy drukarskiej podstawową metodą rozpowszechniania się wiedzy był “obrót” pismem i jego fizycznymi reprezentacjami – książkami, prasą i tak dalej. Element informacyjny – czyli bity – był nieodwołalnie związany z elementem fizycznym. Stąd kopiowanie, mieszanie, rekonfiguracja informacji będących w obiegu wymagało sporych nakładów finansowych i było ograniczone dla stosunkowo wąskiej grupy ludzi. Era cyfrowa zniosła te ograniczenia. Teraz w zasadzie każdy może zmienić się w twórcę. Dzięki Internetowi wszyscy mogą na bieżąco tworzyć i kontrolować media. Aspekt kontroli dotyczy zarówno mediów tradycyjnych, jak i obywatelskich. Sieć umożliwiła także koordynację działalności – politycznej, charytatywnej, społecznej – na skalę globalną. Dzięki globalnej pajęczynie i proliferacji takich samych, głównie pochodzących z USA, gier wideo, filmów i seriali tworzą się także początki globalnej kultury. Dzięki serwisom takim jak Twitter, trendy i memy kulturowo-obyczajowe rozprzestrzeniają się niemal natychmiast w skali globalnej i ewoluują z minuty na minutę, wszędzie i przez 24 godziny na dobę.
Te wszystkie osiągnięcia niosą jednak ze sobą poważne zagrożenia. Pytanie, które jest być może najważniejsze w całej tej skomplikowanej materii, brzmi: czy transformacja w erę cyfrową stanowi zagrożenie dla wolności ludzi, którzy w nią wkraczają?
Nie możemy zapominać, że to właśnie jednostki są w centrum przemian, które wstrząsają dzisiejszym światem. Jednostki budują sieci, społeczności. To jednostki są w centrum – jako konsumenci i twórcy, odbiorcy i nadawcy, komentujący i komentowani.
Czym jest Matrix? Władzą
komputer-w-lancuchuTymczasem korporacje i rządy nie ustają w wysiłkach, by poprzez odpowiednie dla nich regulacje Internet nigdy nie stał się w pełni wolną przestrzenią kreacji i wypowiedzi. Transformacja mediów, kultury i sztuki w postać cyfrową niesie bowiem za sobą zagrożenie dla ich monopolu, z którego korzystali w czasach analogowych – monopolu na kreację i monopolu na kulturę. Samoorganizujący się obywatele, wyposażeni w najnowsze środki przechwytywania i rozpowszechniania treści, stali się zagrożeniem dla działających z właściwą sobie brutalnością rządów – tak jak to miało miejsce w Iranie.
Odpowiedzią na cyfrową rewolucję jest cyfrowa kontrola – blokowanie stron, infiltracja grup na Facebooku, filtracja treści wychodzących i wchodzących do danego kraju. Cenzura w sieci ma jednak utrudnione zadanie – błyskawiczna ewolucja narzędzi filtrujących spotyka się z równie szybką ewolucją narzędzi służących do ich omijania.
Ale próby ograniczenia wolności nie muszą być tak brutalne. Wręcz przeciwnie, w najbardziej rozwiniętych cyfrowo społeczeństwach kontrola przybiera najbardziej wyrafinowane formy. Korporacje za pomocą DRM (Digital Rights Managment) ograniczają w niemal dowolny sposób legalne metody korzystania z produkowanych przez nie przedmiotów kulturowych. To właśnie wolność mieszania, miksowania i transformowania treści, tak ułatwiona przez digitalizację kultury, jest najbardziej – w imię zysków – zagrożona. Kultura nie może się rozwijać bez kreacji nowych treści, a korporacje właśnie tej kreacji, ułatwionej przez cyfrowe narzędzia, najbardziej się obawiają. Stanowi ona zagrożenie dla ich monopolu i przez to musi być ograniczana do maksimum. Również okres ochronny w zakresie praw autorskich dla utworów istniejących w sferze kulturowej – początkowo ograniczony do kilkunastu lat, jest przez ciała ustawodawcze, m.in. Kongres USA, cały czas rozszerzany i w przyszłości sięgnie setek lat. Także samo prawo dotyczące własności intelektualnej jest – zwłaszcza w USA – konstruowane pod dyktando właścicieli treści i dużych firm medialnych, którzy starają się w drakoński sposób rozszerzać granice tego, co nielegalne jeśli chodzi o korzystanie z treści w Internecie i jej modyfikację. Równie drakońskie są prawa zarządzające patentami. Patenty dla wielu firm służą przede wszystkim blokowaniu innowacji u konkurencji, nie zaś niezbędnej ochronie własnej kreatywności. Gdy w grę wchodzą technologie związane z biologią i genetyką, przerażający scenariusz, w którym my sami możemy stać się obiektem prawnej akcji patentowej jest coraz bardziej realny.
Wolność jest podważana także na inne sposoby. Internet jest “dostarczany” przez firmy telekomunikacyjne, które mogą w ostateczny sposób regulować treść transportowaną za pomocą ich łącz. Prowadzi to do sytuacji, w której możliwe jest, że sama sieć zostanie podzielona na strefy – w zależności od dostawcy usług internetowych, niektórzy użytkownicy mogą zostać odcięci od treści w konkretnych serwisach. W ten sposób Microsoft lub Google mogą w przyszłości wykupywać sobie monopole w tychże strefach. Może to prowadzić do fragmentaryzacji Internetu na korporacyjno-telekomunikacyjne “przegrody”, których użytkownicy nie będą mogli komunikować się między sobą. Tzw. “neutralność sieciowa” (net neutrality) zakazująca firmom telekomunikacyjnym praktyk grodzenia Internetu na osobne strefy jest obecnie najważniejszą regulacją, która może ochronić pierwotną, pozbawioną murów i barier strukturę sieci.
Na styku państw i korporacji istnieje cyfrowe pole do popisu dla potrzebujących informacji służb specjalnych i porządkowych. Problem podsłuchu treści przesyłanych w Internecie jest tym większy, im więcej kluczowych dla jednostek informacji – bankowych, osobistych – znajduje się w rękach uzależnionych od rządowych regulacji firm. Google znajduje się już na celownikach antymonopolowych prawników z Departamentu Sprawiedliwości USA.
Na szczęście obywatele nie są bezbronni wobec działań, które opisywałem powyżej. Otwarta natura Internetu umożliwia – jak do tej pory – koordynacje działań mających na celu uwypuklenie problemu zagrożenia cyfrowej wolności. Problemy te będą tylko narastać – jak pokazuje historia rewolucje technologiczne są nie do zatrzymania. Być może na przestrzeni najbliższych kilkunastu lat uda się powstrzymać narastającą falę kontrolowania i ograniczania wolności cyfrowej. Jednak nie będzie to możliwe bez uświadomienia jednostkom skali problemów, zagrożeń, ale także skali możliwości, jakie daje sieć. W tym względzie media, nie tylko te tradycyjne, mają ogromne zadanie do spełnienia.
Bez cyfrowej świadomości nie może być mowy o cyfrowej wolności. Ten prosty fakt powinien zachęcić nas do myślenia i działania, tak by niezwykły potencjał, który daje nam Internet, nie został złożony w ofierze korporacyjnych zysków i rządowego poczucia kontroli.
Wszystko w naszych rękach.

Michał Kolanko
••••
desktop-virusDzięki dynamicznemu rozwojowi technologii informatycznych, które dały początek internetowi i World Wide Web, są częścią globalnej wioski, jak w 1962 r. nazwał trend komunikacji na masową skalę Marshall McLuhan. Z badań przeprowadzonych we wrześniu 2009 r. przez Ericsson Consumer Lab wynika, że z dobrodziejstw internetu w domu korzysta 56% Polaków, a zdecydowana większość pozostałych korzysta z niego u rodziny, w pracy, w kafejkach internetowych. 52% ma w domu łącze szerokopasmowe, 4% z internetem łączy się poprzez tzw. wdzwanianie (dial-up). Ale wraz z dostępem do internetu pojawiły się zupełnie nowe niebezpieczeństwa dla psychiki, zdrowia, a nawet życia, które wynikają z nieodpowiedzialnego lub nieostrożnego używania sieci.
– Wiele mówi się o bezprawnym rozpowszechnianiu utworów chronionych prawem autorskim, ale nie jest to najgroźniejszy z występków. Niebezpieczne w skutkach są różne przejawy cyberbullingu, czyli szykanowania, pomawiania i znęcania się psychicznego za pomocą sieci – tłumaczy Tomasz Klecor. Powszechne są obelgi kierowane zarówno wobec koleżanek i kolegów z klasy, jak i nauczycieli.
– Dorośli są odporniejsi na tego typu ataki, za to znane są niestety przypadki, kiedy dzieci będące ofiarami cyberbullingu usiłowały odebrać sobie życie. Dorośli, którzy zaniedbują dzieci, muszą mieć tego świadomość – kończy Klecor. Molestowanie psychiczne w sieci, cyberbulling zwany też cyberstalkingiem, objawia się nie tylko w postaci pomówień i obelg, ale również gróźb seksualnego napastowania czy przemocy fizycznej. Czasami znęcanie się psychiczne ma na celu wyłudzenie haraczu. W czasach Web 2.0., gdzie prawie każdy z nas ma w sieci swoje zdjęcia, filmy i różne prywatne dane, coraz łatwiej jest zebrać odpowiednią liczbę informacji o konkretnej osobie, by rozpuścić serię plotek, pomówień czy dokonać kompromitujących fotomontaży jej zdjęć. Znany jest przypadek młodego Amerykanina, który zdołał przejąć kontrolę nad kamerą internetową kobiety, którą wybrał na ofiarę. Za pomocą narzędzi LogMeln i Web Cam Spy Hacker uzyskał dostęp do notebooka ofiary, następnie za pomocą wbudowanej tam kamery wykonał 20 tys. zdjęć. Niektóre pokazywały kobietę chodzącą nago po mieszkaniu czy kochającą się ze swoim chłopakiem. Później przestępca udostępnił całe fotograficzne archiwum w sieci, doprowadzając ofiarę do załamania nerwowego. Przykład ten pokazuje, że używanie internetu z celowym zamiarem, by dokuczyć, poniżyć i sterroryzować wybraną osobę, przestaje być tylko futurystycznym zagrożeniem – jest jak najbardziej realne. Niestety większość polskich organów wymiaru sprawiedliwości nie dysponuje środkami ani ekspertami w walce z internetowymi prześladowcami, dlatego rośnie bezkarność przestępców. Często na szczęście do ostatecznej identyfikacji prześladowców z internetu policjanci dochodzą metodą tradycyjną, opartą na wywiadzie środowiskowym lub poprzez odczytanie adresu IP komputera prześladowcy.
Innym zagrożeniem jest perfidia niektórych hakerów. Nie możemy czuć się bezpieczni, wchodząc nawet na społecznościowe portale internetowe, takie jak Facebook czy MySpace. 27 listopada 2009 r. eksperci ds. bezpieczeństwa ostrzegali użytkowników Skype’a przed nowym rodzajem złośliwego oprogramowania TROJ_VILSEL.EA, który przechwytuje listę kontaktów Skype’a wraz z numerami telefonów, adresów itd. Zaledwie dzień wcześniej przez złośliwego robaka został zaatakowany Facebook. Zainfekowana tym robakiem strona internetowa zmusza inną, by ta robiła coś, do czego nie była stworzona. W tym przypadku było to tylko zdjęcie skąpo ubranej atrakcyjnej dziewczyny, które dodawane były do fotek użytkownika Facebooka. Równie dobrze jednak możliwości tego robaka mogłyby posłużyć do znacznie groźniejszych czynów. Szczytem bezczelności, ale i podstępu internetowych przestępców jest reklamowanie od początku listopada 2009 r. w sieci szczególnie groźnego tzw. programu antywirusowego Total Security 2009. Kosztuje on 79,95 euro, ale użytkownicy mogą wykupić dodatkową usługę wsparcia technicznego w cenie kolejnych 19,95 euro. Program ten po zakupie i zainstalowaniu przejmuje kontrolę nad komputerem użytkownika, który nie może nawet otwierać innych programów ani dokumentów. Pojawia się informacja o zawirusowaniu komputera, które niby zostało właśnie wykryte przez nowy program antywirusowy (tak naprawdę przez niego spowodowane), i należy dopłacić znaczną sumę do inwestycji.
Kolejnym niebezpieczeństwem w sieci są coraz dynamiczniej rozwijające się sekty religijne. Dokładna liczba sekt działających w Polsce nie jest znana, szacuje się ją na kilkaset organizacji. Niemal wszystkie starają się zaistnieć w internecie – jest to najskuteczniejszy i najtańszy sposób na promocję. Ich głównym celem jest młodzież i ludzie do 35. roku życia. Najaktywniejsze – także w sieci – sekty to: Sea-Org (Sea Organisation), czyli Kościół Scjentologiczny, Międzynarodowe Towarzystwo Świadomości Kryszny (ISKCON), tzw. Kościół Zjednoczenia, czyli ruch Moona wraz z przykrywkowymi organizacjami CAPR i CAUSA, Misja Boskiego Światła oraz Rodzina miłości, zwana też Dziećmi Boga albo Misjonarzami na cały świat. Sekty izolują jednostki od reszty społeczeństwa, uzależniają je od siebie psychicznie, często nakłaniają lub wręcz zmuszają do finansowego wspierania swojej działalności.
Spójrzmy prawdzie w oczy. Cenzura internetu, przynajmniej w pewnym, ograniczonym zakresie – już jest. W Polsce cenzurą objęte są np. antysemickie, faszystowskie, rasistowskie i pornograficzne filmy na YouTube. Wszystko to dla dobra obywateli i trudno się z tym nie zgodzić. Wraz z początkiem 2009 r. policja w Unii Europejskiej otrzymała jednak nowe uprawnienia, zgodnie z którymi może sprawdzić zawartość każdego komputera, i to bez nakazu. Na mocy tych nowych przepisów policja korzysta ze specjalistycznego oprogramowania, które przekazuje informacje na temat treści e-maili, jak i przeglądanych stron www, oraz monitoruje sieci bezprzewodowe. – Oczywiście taki użytkownik o niczym nie wie.

Dawid Włodkowski

Posted in Artykuł numeruComments (1)

Ryzykowne randki

Tags: ,

Ryzykowne randki


Jeśli szukasz partnera na randkowych serwisach w internecie, narażasz się na spore niebezpieczeństwo. Możesz zostać oszukany: będziesz miał złamane serce i opróżnioną kieszeń.

Pierwszy kontakt jest wielce obiecujący. LiebesEngel (AniołMiłości) przysyła maila, w którym pisze: “Jeśli z Tobą przeżyję to, co sobie wyobrażam, będzie nie tylko gorąco, ale bardzo gorąco”. Wow. Dziewczyna jest atrakcyjna, mieszka w pobliżu. Jakie to praktycznie, że pod adresem znajduje się przycisk z napisem: odpowiedz.

Jest taki dowcip z serialu telewizyjnego “Scrubs”: “Gdyby z internetu zniknęły wszystkie serwisy randkowe, zostałaby jeszcze tylko jedna strona: www.przywroccieserwisyrandkowe.com”.

stronka-13Zgadza się. Randkowanie online poprzez towarzyskie portale jest bardzo modne. Co trzecia osoba, jak wynika z badań TNS Infratest, poznaje swego partnera w świecie wirtualnym. W neu.de, największym portalu randkowym w Niemczech, zarejestrowały się cztery miliony randkowiczów poszukujących partnera. Na całe życie. Na część. Na jedną noc. A serwis skoków w bok www.meet2cheat.de liczy, jak by nie było, 110 tysięcy chętnych.

Sporządzenie profilu użytkownika i buszowanie w bazie profili potencjalnych partnerów jest w większości portali bezpłatne – ale odpowiedź na list już nie. Czatować mogą tylko użytkownicy o statusie premium. Takim członkiem może zostać tylko ten, kto zapłaci za to od 10 do 30 euro miesięcznie. Kiedyś trzeba było stawiać drinki, żeby móc porozmawiać z kobietą – dzisiaj przelewa się kasę na konto w Holandii.

Gdy zarejestrujemy się w portalu, pieniądze zostaną pobrane z rachunku bankowego kandydata, zanim zdąży on wypowiedzieć słowo “flirtować”. I już można wystukać na klawiaturze odpowiedź do LiebesEngel: krótkie przedstawienie się, zapewnienie o swych najlepszych intencjach, no i jeszcze mały żart. Tak radzą eksperci. W końcu wirtualny całus, który dołączamy do podpisu, nie powinien pozostać jedynym w tym romansie. Potem sprawa posuwa się szybko do przodu. LiebesEngel pragnie przyjaźni – ale nie za pośrednictwem maili. Za pomocą SMS-ów można przecież poznać się o wiele lepiej – pisze. A wtedy flirt nabierze tempa. W dowód zaufania podaje numer swojego telefonu. Niech żyje internet – tu można uwierzyć we własne szczęście.

Wszelkie ostrzeżenia płynące z testów portali randkowych dla singli pozostają jak głos wołającego na pustyni. Radosne oczekiwanie na kontakty przesłania rzeczywistość. Dlatego poważne fora partnerskie, nie chcąc, by wrzucano je do jednego worka z czarnymi owcami na owym rynku, już zaczęły wyliczać na swych stronach wszystkie triki, za pomocą których internetowi oszuści transferują pieniądze z kont samotnych serc do banków w Kirgistanie. Najpopularniejszym trikiem jest omamienie świeżo zarejestrowanych miłymi zdaniami (sugerującymi, że już wpadli komuś w oko) – w rzeczywistości piszą to sami administratorzy portalu. Nowicjusz proszony jest o szybkie zapłacenie, by mógł odpowiedzieć i rozpocząć znajomość. Takie postępowanie jest typowe zwłaszcza w niepoważnych agencjach skoków w bok i platformach nawiązywania kontaktów seksualnych. “W poważnych serwisach nie powinno to mieć miejsca” – mówi Isabelle Wagner z wiodącej na rynku randek wirtualnych agencji neu.de.

Kolejnym trikiem są tak zwane dialery. Klient, który już zapłacił za członkowstwo, zachęcany jest do nierozważnych posunięć takimi zdaniami, jak: “Pobierzcie Państwo ten bezpłatny program i już będziecie mieć dostęp do banku danych z singlami”. Temu, kto się zgodzi, zainstalowana zostanie jednak nie funkcja szukania, lecz program łączący się z internetem za pomocą drogich numerów telefonicznych. Podobne oszustwo popełniają administratorzy stron, którzy wykorzystują fakt, że klient płaci swoje składki członkowskie za pomocą karty kredytowej. Wtedy będą sobie ściągać te opłaty, nawet gdy klient zrezygnuje z członkostwa. Jedynym wyjściem pozostaje wówczas zastrzeżenie karty. Możemy się przed tym uchronić nie podając numeru karty kredytowej przy rejestracji i zgadzając się jedynie na pobranie określonej kwoty z naszego konta w banku.

Tymczasem historia z LiebesEngel doskonale się rozwija, krótkie wiadomości mają coraz bardziej intymny charakter. Któregoś razu ona pisze: “FILWY! MÖDIUNSE! TABU! LiebesEngel”. Znaczy to, że się zakochała, chce się koniecznie spotkać i przesyła tysiąc buziaczków. W miłości internetowej nie owija się spraw sentymentalnie w bawełnę. Wypowiedzi są krótkie i do rzeczy.

I wszystkie byłoby pięknie, gdyby nie następny rachunek za komórkę: opiewa na 213 euro. Każda z 77 wiadomości do LiebesEngel kosztowała 1,99 euro. Flirtującego ogarnia wściekłość. Na LiebesEngel. Na portal. Na samego siebie  – oszukanego, zrobionego w konia za pomocą najbardziej tandetnego triku, przed którym ostrzegają mądrzy ludzie sprawdzający zasadzki w świecie wirtualnej miłości. Tu akurat winna jest wredna usługa premium SMS profesjonalnych flirciarek.

Jedna jedyna pani zgłasza się pod różnymi imionami do amatorów randek i rozsyła im seryjnie krótkie wiadomości. Randkowicze nie odpowiadają na zwykły numer komórki, lecz numer drogiego serwisu.

stronka2“Z tego powodu mamy teraz nowy system, którego celem jest przeciwdziałanie rejestrowaniu się fałszywych członków” – twierdzi Izabela Wagner z neu.de. Po pierwsze każdy może zarejestrować się jako tak zwany “zaufany uczestnik”, przesyłając kopię dowodu osobistego do administratora. W profilu użytkownika umieszcza on wtedy oznaczenie, że to osoba rzeczywista – więc przynajmniej wiadomo, że flirtuje się z człowiekiem, a nie z programem komputerowym. Ponadto poważne platformy dysponują możliwościami komunikacji. “Gdy jakaś osoba wysyła wyjątkowo dużo e-maili, możemy to sprawdzić” – mówi Wagner. Niemożliwe jest jednak wyłapanie wszystkich.

W najgorszym razie można się pocieszać, że z oszustem miało się do czynienia jedynie za pośrednictwem komórki. Bywa bowiem jeszcze gorzej. Mężczyzna poznaje miłą panią, umawia się w realu, wszystko idzie jak po maśle – do chwili, gdy okazuje się, że nasza ukochana chce za miłość pieniędzy. Kiedy spotyka się z odmową, kategorycznie żąda przynajmniej pokrycia horrendalnych kosztów jej przyjazdu – najlepiej przekazać tę kwotę do rąk dwóch ochroniarzy, którzy czekają w aucie przed drzwiami. Czyli żadnego całusa, tylko podbite oko i o wiele mniej pieniędzy.

Jürgen Schmieder

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1