Tag Archive | "Irlandia"

Śladem irlandzkich opowieści

Tags: ,

Śladem irlandzkich opowieści


Wędrując szlakiem starożytnych bohaterów, możemy też trafić na ślady tych bardziej współczesnych: bojowników IRA, którzy przypuszczali stąd ataki na rezydujących po drugiej stronie zatoki Brytyjczyków.

koniczynaSą tacy, co uwielbiają przejścia graniczne i z zapałem zbierają stemple w paszporcie. Ja uważam jednak, że równie ekscytujące jest przechodzenie przez granice, które już nie istnieją. Lata, a może nawet wieki potwornych napięć i przemocy, kontrole bagażu, sprawdzanie dokumentów – i nagle to wszystko znika w przypływie dobrej woli. Jest jakaś magia w liniach podziału, które stają się niewidzialne.

Razem z moją partnerką Sophie znajdujemy się w pobliżu jedynej międzynarodowej granicy lądowej Zjednoczonego Królestwa. Wchodzimy na Slieve Foy, 588-metrową górę wznoszącą się nad zatoką Carlingford w irlandzkim hrabstwie Louth. Peadar i Aude Laffon, miejscowi przewodnicy, pokazują nam najbardziej charakterystyczne miejsca.

– Tam jest Warrenpoint – mówi Peadar. – Z tego brzegu bojownicy IRA strzelali do pojazdów armii brytyjskiej – tłumaczy. Potem jego ręka kieruje się na północ: – Ta wielka góra to Slieve Gullion w południowej części hrabstwa Armagh.

Znajdujemy się na wschodnim wybrzeżu Irlandii, tuż przy granicy, która oczywiście wciąż istnieje. Mimo to w ostatnich latach groźba wybuchu nowego konfliktu w tych rejonach zmalała. Pozostał jedynie piękny, dramatyczny krajobraz: pokryte zielenią wzgórza, rzucające cień na łagodne doliny, oblane światłem Morza Irlandzkiego. Mały cud, który Celtowie nazwali imieniem swojego boga Lu (stąd nazwa hrabstwa – Louth).

Ta ziemia od dawna przesiąka ludzkimi dramatami. Każdy szczyt i dolina niosą w sobie pieśni i opowieści, których ciężar jest w stanie zmieniać krajobraz. Peadar pokazuje nam dziwną wyrwę we wschodnich zboczach Slieve Foy. – To zrobili żołnierze królowej Maeve – stwierdza. – Przybyła tu z Connaught, by pojmać Brązowego Byka z Cooley. Obława ta znana jest jako Táin – tłumaczy przewodnik.

Táin to irlandzka legenda o chciwości i poświęceniu, która wrosła w tutejszy krajobraz. Od Sligo na zachodzie po Cooley na wschodzie kraju niemal każde wzniesienie i każda kotlina dopowiada kolejny fragment tej historii.

Wędrujemy dalej, podziwiając surowe piękno gór Mourne. Aude i Peadar ciągną swoją opowieść, a wyłaniające się widoki podsuwają im kolejne wątki.

– Cúchullainn to irlandzki bohater – mówi Aude. – Walczył z armią Maeve, oczywiście całkiem osamotniony, bo mężczyźni z Ulsteru zostali powaleni przez tajemnicze bóle – tu Aude wtrąca małą dygresję, potem kolejną i tak na jakiś czas zapominamy o Táin.

Po godzinnym spacerze wracamy do Carlingford. Zasiadamy w barze Taaffe’s, gdzie dajemy się ponieść ciemnej magii Guinnessa, podczas gdy duet muzyków z Armagh wyśpiewuje nam krajobraz: góry Mourne, Kilkenny, zatokę Galway, pola Athenry.

Nazwa Carlingford nie pojawia się w pieśniach. Zawsze było to miejsce pozostające poza irlandzką tradycją muzyczną – dawna osada Wikingów, która stała się odległą anglo-normańską placówką handlową. W 1210 roku przybył tu król Jan, a wybudowany 20 lat wcześniej zamek nazwano jego imieniem.

Wciąż można tu podziwiać ruiny tamtej osady, wciśnięte w skupisko domów. Bar Taaffe’s jest w nie częściowo wbudowany. Kawałek dalej znajduje się inny znany lokal PJ O’Hare’s. Miejscowa kapela rozgrzewa atmosferę do czerwoności, a rozochocone dziewczęta tańczą na stołach. Zabawa jest znakomita, ale ja szukam czegoś bardziej tradycyjnego: bębnów bodhrán.

Paul Carroll, właściciel naszego hotelu, poleca pub Lily Finnegan’s. Miejsce, do którego trafiamy, stanowi kwintesencję naszego wyobrażenia o irlandzkiej knajpie. Chociaż pub stoi samotnie na środku pola, sobotnie śpiewy i tańce przyciągają mieszkańców okolicznych wiosek.

Paul przedstawia nam Imeldę O’Loan, znawczynię miejscowej historii. Imelda wyjaśnia nam, że ziemie te były terenem granicznym już 2200 lat temu, kiedy zamieszkali je Celtowie. – Są tu święte miejsca, sięgające znacznie wcześniejszych czasów. Takie jak Faughart, które jest jeszcze starsze niż Newgrange, najbardziej znany prehistoryczny grobowiec w Irlandii, datowany na ok. 3200 lat p. n. e. – wyjaśnia Imelda.

Korzystając z jej wskazówek, następnego dnia wyruszamy, by na własne oczy zobaczyć ten cud. Początkowo jesteśmy nieco rozczarowani. Na miejscu znajdujemy bowiem niewielki pagórek z zarośniętymi ruinami i kamieniami nagrobnymi – nic, co odpowiadałoby ogromnej skali, jakiej oczekiwaliśmy. Potem jednak odkrywamy studnię i podążamy na dół, wzdłuż strumienia, w stronę uzdrawiających kamieni.

Kilka osób modli się tu o wstawiennictwo do świętej Brygidy. Wprawdzie mamy tu do czynienia z chrześcijaństwem, jednak jest to jedynie cienka fasada głęboko pogańskich praktyk. Sama Brygida była przecież celtycką boginią ognia, która znacznie oddaliła się od swych euroazjatyckich korzeni, pojawiając się nawet – jak twierdzą niektórzy – w haitańskich ceremoniach voodoo.

Przechadzając się po tym dziwnym zakątku, trafiamy na liczne kamienie, które ponoć pomagają w najróżniejszych dolegliwościach cielesnych, uzdrawiając obolałe kolana czy głowę. Jest nawet taki, który leczy zwierzęce kopyta. Imelda opowiadała nam, że raz pomagała pewnemu rolnikowi nakłonić krowę do tego, by położyła nogę na głazie.

Przez chwilę obserwuję kobietę, która przez dłuższy czas trzyma głowę na odpowiednim kamieniu. Do okolicznych krzewów i płotów przywiązane są szmatki i wstążki, w których chorzy pozostawili swoje bolączki. Są tu także sznury koralików, lalki, krzyże, fotografie, a nawet karty z piłkarzami. Faktem jest, że Faughart nie rzuca na kolana monumentalnymi budowlami, jakich można by się spodziewać w świętym miejscu, ale ma wyjątkową atmosferę.  Kłopoty, jakie przeżywa obecnie irlandzki kościół, sprawiają, że popularność tego obiektu wśród pielgrzymów rośnie.

Tego popołudnia udajemy się jeszcze na konną przejażdżkę po południowych zboczach Slieve Foy. Naszym przewodnikiem jest Niall Connolly, który prowadzi ośrodek jeździecki w pobliskim Ravensdale.

Każdy element ukształtowania terenu wydaje się mieć związek z bohaterami starożytnych legend, jednak Niall ma nieco bardziej współczesne skojarzenia. – Kiedy byłem mały, ludzie z IRA zorganizowali spisek. Mieli ukraść lekki samolot i zrzucić bomby na koszary armii brytyjskiej w Warrenpoint, po drugiej stronie zatoki – opowiada Niall. – Pilot był starym człowiekiem, pamiętającym I wojnę światową. Kiedy okazało się, że w samolocie skończyła się benzyna, spiskowcy wylądowali na naszym polu. Mężczyzna ostrożnie zaniósł bomby w bezpieczne miejsce, ratując w ten sposób nasz dobytek – mówi Niall wskazując swoją rodzinną posiadłość poniżej.

– Kolejny irlandzki bohater? – pytam.

– Cóż, tak naprawdę był Anglikiem. Osiedlił się tu i wstąpił do IRA – śmieje się Niall.

Potem obraca się w siodle i pokazuje z powrotem na Slieve Foy. – To jest prawdziwy irlandzki bohater – mówi. – Ta góra to ponoć śpiący olbrzym Finn McCool, który zdobył niezwykłą moc, zjadając kawałek łososia wiedzy. Niestety, te nadprzyrodzone zdolności nie pomogły mu, kiedy natknął się na wiedźmę z Beary na szczycie Slieve Gullion… – ciągnie Niall.

Tu jednak musimy mu przerwać, bo to już całkiem inna historia.

Kevin Rushby

Posted in PodróżeComments (0)

Żegnaj Irlandio!

Tags: ,

Żegnaj Irlandio!


Ale młodzi ludzie nie idą w ślady swoich przodków. Od Wielkiej Brytanii i USA, krajów silnie naznaczonych kryzysem, wolą Kanadę, Australię i Nową Zelandię.
Dom został wynajęty, najmłodsze dziecko – ochrzczone, a wszystko to w jeden miesiąc. John Keane, jego żona i trójka dzieci są gotowi do wyjazdu: za kilka dni odlatują w kierunku Brisbane. Kupili bilety w jedną stronę, ku słońcu Australii, daleko od szarego, dublińskiego nieba, od niewypłacalnych klientów, niedokończonych budów i niespłaconego domku bez ogródka.

irish-immigrants
W latach 60. ojciec Johna wyemigrował do Anglii, znalazł tam pracę w fabryce. Na początku lat 90. trójka rodzeństwa zamieszkała w Stanach Zjednoczonych. Ale John wierzył w swój kraj. Po kilku latach za granicą wrócił – przecież “wszystko szło tak dobrze”. Rozkręcił firmę, założył rodzinę, kupił dom. A teraz ma 29 lat i cieszy się, że może stąd uciec.
Po półtora wieku ciągłego jeżdżenia “za chlebem” Irlandczycy zaczęli zapuszczać korzenie. “Celtycki tygrys”, licząca cztery i pół miliona mieszkańców Irlandia sama stała się miejscem, gdzie ludzie z innych krajów przyjeżdżali do pracy. Potrzebowała tęgich głów do międzynarodowych koncernów i banków, silnych rąk, by podołać boomowi na rynku nieruchomości.
Zwrot nastąpił w 1996 roku. Wtedy to po raz pierwszy w Irlandii odnotowano więcej imigrantów niż emigrantów. Na Zieloną Wyspę przybywali ludzie z Europy Wschodniej, zwłaszcza z Polski i krajów bałtyckich, podczas gdy młodzi Irlandczycy cieszyli się ze wzrostu gospodarczego i ani myśleli wyjeżdżać z ojczyzny.
John Keane z dyplomem politechniki zajął się… kafelkowaniem. Były to czasy, tak przecież bliskie, kiedy każdy Irlandczyk uważał, że trzeba mieć własny dom. Banki pożyczały każdemu, kto o to poprosił, nawet bez poręczeń. Przedsiębiorcy budowlani nie wiedzieli, w co włożyć ręce. Wkrótce John miał już sześciu pracowników. Wziął kredyt na trzydzieści pięć lat i kupił pół bliźniaka w Dublinie, niedaleko lotniska – nic specjalnego – za 330 tysięcy euro. – Wtedy – usprawiedliwia się – nikomu przez myśl nie przeszło, że to się może źle skończyć.
Trzy lata później świadomie zrezygnował ze sprzedaży domu przed wyjazdem do Australii. Być może dostałby za niego z 230 tysięcy euro, ale nawet tej sumy nie mógł być pewien. Banki już nie pożyczają, na rynku nieruchomości panuje totalny zastój. Według przeprowadzonego w styczniu badania w całym kraju jest 621 ghost estates – osiedli, na których ponad połowa domów jest pusta lub nieukończona.
Upadek nastąpił szybko. Kryzys zaczął się w 2008 roku. Niebawem John musiał się nieźle nagimnastykować, żeby wydobyć pieniądze od klientów. Liczbę pracowników zredukował z sześciu do dwóch. Potem jego żona, stewardessa, straciła pracę. Jeden z jego przyjaciół, też z branży budowlanej, wyjechał do USA, inny – do Azji Środkowej, trzeci “zbankrutował w ubiegłym tygodniu”.
W 2009 roku bilans migracyjny znów się odwrócił.
Polacy wracają do siebie, a młodzi Irlandczycy chcą spróbować szczęścia gdzie indziej. Ale wybierają inne kierunki niż ich przodkowie. Koniec z Anglią i Stanami Zjednoczonymi, przyciągającymi ludzi od czasu Wielkiego Głodu w połowie XIX w. – tam też nie ma już pracy do zaoferowania. Pozostają Kanada i Australia, gdzie poziom bezrobocia wynosił w styczniu odpowiednio 8,3 i 5,3 proc., podczas gdy w Irlandii – 12,7 proc. Ale w obu tych krajach wymaga się wysokich kwalifikacji. Dawniej irlandzki emigrant był biedny, dziś jest wysoko wykwalifikowany.
Tak jak np. Hugo. W maju ten młody człowiek (typ “idealnego zięcia”) skończy wieloletnie studia i będzie ekspertem od finansów. – Wtedy na rynku oprócz mnie będzie jeszcze 250 szukających pracy specjalistów – ironizuje. To osoby, które zostały jesienią zwolnione przez wielkie firmy audytorskie i doradcze, takie jak PricewaterhouseCoopers czy KPMG. Dlatego zdecydował: w 2011 roku wyjeżdża do Australii. Kończąc swoje studia umie policzyć, co mu się opłaca; na razie, by zaoszczędzić wrócił do rodziców.
W 2006 roku kupił sobie małe mieszkanie, ale nie jest już w stanie płacić rat. Chciał je sprzedać. Ale “kto to teraz kupi?”. Nawet jego przyjaciele na posadach nie dostają pożyczek. (…) Dom jego rodziców jest zasobny. To owoc pracy za granicą. Hugo urodził się w RPA, 26 lat temu. Dokładnie tyle lat miał jego ojciec, kiedy decydował się na emigrację. Gdy w 1998 roku rodzina wróciła, uciekając przed brutalnymi konfliktami w Johannesburgu, ojciec i syn myśleli, że to już na dobre. A teraz rodzice patrzą, jak dwójka ich dzieci znów wyrusza w świat.
Za domem stoi bezczynnie pod plandeką samochód. To BMW należące do siostry Hugo. Próbowała je sprzedać, ale chętnych brak. – Ubezpieczenie, podatki i benzyna – to za drogo kosztuje – tłumaczy brat. Po skończenia studiów z biznesu i marketingu dziewczyna wyjechała do Australii. (…) Korzysta tam z wizy typu working holiday. Nazwa zdaje się wewnętrznie sprzeczna, ale “pracujące wakacje” pozwalają młodym Irlandczykom spędzić rok lub dwa w Australii, zatrudniając się to tu, to tam. Obecnie siostra Hugo pracuje w firmie sprzedającej samochody.
Od połowy lat 90. formuła working holiday zachęca wielu kończących naukę młodych ludzi do wyjazdu do Kanady, Nowej Zelandii czy Australii. W ciągu ledwie 12 miesięcy, od połowy 2008 do połowy 2009 roku Australia przyjęła prawie 23 tysiące młodych Irlandczyków, o jedną trzecią więcej niż w roku poprzednim.
Opozycja piecze przy tym swoją pieczeń, mieszając w swoich wypowiedziach wyjazdy na stałe z chwilowymi pobytami za granicą. W styczniu odnotowano 437 tysięcy bezrobotnych Irlandczyków. – Byłoby 500 tysięcy, gdyby nie emigracja – zapewniał lider opozycji Enda Kenny.
Jednak to nie młodzi absolwenci uczelni stanowią główną klientelę Liz O’Hagan. Ta urodzona w Londynie pół Australijka, pół Irlandka zajmuje się za opłatą skomplikowanymi formalnościami, jakie muszą załatwić osoby decydujące się na wyjazd na stałe. Ma do czynienia przede wszystkim z rodzinami, parami w wieku 30, 40 lat, mającymi dzieci.
Jedna z jej konkurentek, Mege Dalton, mieszkająca w Dublinie Australijka mówi, że jej telefon nie przestaje dzwonić. Podobnie jak Liz O’Hagan jest zadziwiona tym, jak wiele rodzin gotowych jest porzucić swoją ojczyznę.

no-irish
Jako powody ludzie podają: “niepewność jutra, chęć zapewnienia lepszej przyszłości dzieciom”.
– Powszechnie uważa się, że tutaj brakuje perspektyw – sądzi Carla Kinlan, lat 33, matka Georgia, Jessiki i Nathana. Choć Derek, jej mąż, zajmujący się budową dachów ma pracę i tak planują za dwa lata wyemigrować do Melbourne. – Chcemy dać dzieciom to, co najlepsze. Tam będą miały łatwiejsze życie – ciągnie Carla, odwołując się do pojęcia “life stylu”: chodzi o sposób życia, morze, dom, ogród, słońce…
Janie znajdzie się w Melbourne jeszcze przez Kinlanami, podobnie jak Hugo, zajmuje się doradztwem finansowym, tyle że ona ma z tego całkiem niezłe dochody. Wzrok jej się zapala, gdy wspomina o swoim BMW “Z3″. Niestety, będzie musiała sprzedać to cacko za jedną trzecią ceny, jaką zapłaciła.
Ta wysoka, 28-letnia blondynka ubrana w sportowym stylu chce “iść do przodu”. – Gdzie indziej to możliwe, ale nie w Irlandii – mówi z przekonaniem. Podłoga w jej mieszkaniu usłana jest pluszowymi maskotkami – to zabawki Loly Popa, jej jamnika. Spoglądając mu tęsknie w oczy mówi: – Może to mrzonka, ale spróbujemy ją zrealizować.

Marie-Pierre Subtil

Posted in Ciekawostki, Kultura, PodróżeComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1