Tag Archive | "Kryzys"

Kryzysowi samobójcy

Tags: , ,

Kryzysowi samobójcy


Gdy światem wstrząsają zawirowania gospodarcze ludzie częściej targają się na swoje życie niż w dobie prosperity. Najbardziej zagrożoną grupą są osoby w wieku 25-54 lat.

samoboojcaTak wynika z badań amerykańskiego Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorobom (CDC). Wszyscy znamy historie o biznesmenach rzucających się z okien wieżowców w erze Wielkiego Kryzysu w USA. Rezultaty najnowszych badań CDC wskazują, że te historie, które często uważa się za miejskie legendy, mają silne oparcie w faktach. Odsetek samobójstw zawsze rośnie, gdy szaleje kryzys gospodarczy, i spada wraz z nadejściem ożywienia na rynku.
Jednak tego rodzaju zasada odnosi się głównie do osób w wieku 25-54 lat, czyli tych w okresie największej aktywności zawodowej, jak stwierdzają autorzy raportu opublikowanego w internetowej wersji czasopisma „American Journal of Public Health”. Ale udział samobójstw w ogólnej liczbie zgonów, nawet w czasach najgorszej recesji pozostaje stosunkowo niski. – Odsetek samobójstw zwiększył się w czasach Wielkiego Kryzysu, ale nawet wtedy nie był bardzo wysoki – mówi dr Alexander E. Crosby, epidemiolog w Departamencie Zapobiegania Przemocy CDC i współautor badań. – Samobójstwo wciąż należy do rzadkości na tle wszystkich innych przyczyn śmierci.
Wcześniejsze badania na temat związku między warunkami bytowymi a odsetkiem samobójstw dotyczyły stosunkowo krótkich okresów w historii i były ograniczone do niedużych grup ludności. Dlatego przynosiły sprzeczne wyniki. Zdarzało się, że badania w jednym kraju wykazywały silny związek między sytuacją ekonomiczną a liczbą samobójstw, a gdzie indziej badania nie wykazywały żadnego związku. Badania CDC są jak dotąd największymi na ten temat. Dotyczą okresu 80 lat w ośmiu różnych grupach wiekowych.
Badania, w których nie poddano oddzielnej analizie kobiet i mężczyzn, ujawniają, że odsetek samobójstw wynosił 18 na 100 tys. dorosłych osób w 1928 roku (najwcześniejszym, w którym były dostępne tego rodzaju dane), a następnie wzrósł do 22,1 na 100 tys. w 1932, który był ostatnim rokiem Wielkiego Kryzysu. Ten 22,8-procentowy wzrost w zaledwie cztery lata był największym, jaki odnotowano w historii USA.
Od tamtej pory odsetek samobójstw malał, odnotowując delikatne wzrosty pod koniec Nowego Ładu Franklina D. Roosevelta (1937-38), kryzysu naftowego (1973-75) oraz kryzysu „double-dip” (1980-82). Do 2007 roku odsetek spadł do 11,2 na 100 tys. ludzi, a samobójstwo było 11. przyczyną śmierci w USA, która odpowiadała za 34 598 zgonów.
Z początku autorzy badań zamierzali przekonać się, w jakim stopniu ostatni kryzys wpłynął na liczbę samobójstw, lecz okazało się, że dla tego okresu nie zebrano jeszcze wystarczających informacji, jak mówi Crosby. Największy spadek liczby samobójstw w ciągu 80 lat zaobserwowano wśród starszych Amerykanów. W grupie wiekowej powyżej 65 lat odnotowano największy współczynnik samobójstw podczas Wielkiego Kryzysu (53 na 100 tys. Amerykanów w wieku 65-74 lat), lecz od tamtej pory liczba stale malała, wykazując niewielkie wzrosty w czasach kolejnych kryzysów, by obecnie zrównać się poziomem z innymi grupami wiekowymi. Przypuszczalnie spadek ma związek ze znacznie wyższym poziomem opieki zdrowotnej, który przyczynił się do zmniejszenia się poczucia bezradności wśród starszych osób.
Nie ma chyba nic zaskakującego w informacji, że grupa w wieku największej aktywności zawodowej jest jednocześnie najbardziej wrażliwa na wszelkie zawirowania ekonomiczne. To właśnie ci ludzie spłacają kredyty hipoteczne, wydają m.in. na świadczenia zdrowotne i edukację dzieci. Ale ludzie porywają się na własne życie także z wielu innych skomplikowanych powodów. W podjęciu drastycznej decyzji rolę odgrywają czynniki psychologiczne, nadużywanie alkoholu i substancji psychotropowych, trudna sytuacja rodzinna, problemy w związkach oraz inne stresogenne sytuacje, jak informuje Crosby. W tego rodzaju przypadkach kryzys ekonomiczny może okazać się kroplą, która przelewa czarę goryczy.
Autorzy twierdzą, że badania są cenną wskazówką dla lokalnych społeczności, aby w trudnych czasach roztoczyły szczególną opiekę nad pewnymi grupami, zwłaszcza nad pracującymi ludźmi w wieku 25-54 lat. W społecznościach dotkniętych dużym bezrobociem należy podjąć kroki w celu zabezpieczenia bytu ich członkom, by wiedzieli, „gdzie się zwrócić po pomoc, nie czuli się osamotnieni i pozbawieni nadziei” – mówi dr Alexander Crosby.

Thomas H. Maugh II

Posted in Ciekawostki, PsychologComments (0)

Niekończący się kryzys

Tags: , ,

Niekończący się kryzys


Kraje strefy euro są w tej chwili beznadziejnie skłócone, wciąż spierają się, jakie działania należy podjąć w celu utrzymania wspólnej waluty. Wszystkie dotychczasowe wysiłki przynosiły jedynie połowiczne rezultaty. W Europie wzbiera ponadto gniew wywołany postawą niemieckiego rządu. Czy euro da się jeszcze  w ogóle uratować?
walutaChoć szefowie państw i rządów już rok temu powołali Belga Hermana Van Rompuya na przewodniczącego Rady Europejskiej, opinia publiczna niemal nie dostrzegała owego powściągliwego Flamanda. Aż do niedawna, gdy w całej Europie wywołał on poruszenie swoją krótką uwagą.
Chodzi o dalsze trwanie strefy euro i Unii Europejskiej – powiedział przewodniczący, wyrażając w ten sposób to, co w Brukseli myśli wielu ludzi, mało kto jednak ma odwagę wyrazić to otwarcie. Van Rompuy wolałby też wcale tego mówić. Został źle zrozumiany – oznajmił dwa dni później. Najwyraźniej posunął się za daleko, co nie zmienia w niczym faktu, że jego wypowiedź była prawdziwa.
Od miesięcy rządy krajów strefy euro usiłują zażegnać kryzys, jaki przeżywa ich wspólna waluta.
Czy nie próbowano już wszystkiego, żeby ratować euro? Uchwalono program pomocowy dla Grecji i parasol ochronny dla całej strefy wspólnej waluty, ustawy przeszły przez parlamenty poszczególnych państw, rozciągnięto do granic dopuszczalności paragrafy Traktatu Lizbońskiego – wielu uważa, że nawet je przekroczono. Europejski Bank Centralny złamał nawet swoje żelazne tabu, wykupując obligacje dotkniętych kryzysem państw, by umocnić ich kursy.
Przyniosło to jednak jedynie chwilowe uspokojenie sytuacji – do kolejnej hiobowej wieści. Wczoraj chodziło o Grecję, dziś już banki irlandzkie stały się zagrożeniem dla europejskiej waluty. Każda nowa wiadomość podsyca podejrzenie, że problemy sięgają być może na tyle głęboko, że nie da się ich rozwiązać za pomocą starych środków i coraz to nowych długów. I że na końcu stoi groźba bankructwa poszczególnych państw czy wręcz załamanie się całej strefy euro.
Europa jest dziś podzielona, naprzeciwko siebie stoją dwa zwaśnione obozy. Frakcji państw północnych przewodzi Angela Merkel. Niemiecka kanclerz widzi siebie w roli obrończyni stabilności, o jaką dbał jej kraj już w czasach marki niemieckiej. Chce zapobiec temu, by unia walutowa nie skończyła w roli unii transferów, z Niemcami jako głównym płatnikiem. Drugi obóz składa się z tak zwanych państw PIIGS – Portugalii, Włoch, Irlandii, Hiszpanii i Grecji – które w przeszłości nagromadziły zbyt wiele długów i teraz liczą na to, że otrzymają pomoc. Chcą tego, czemu Merkel zamierza właśnie przeszkodzić: unii, w której silni będą płacić za słabych. Europejskie instytucje lawirują dziś pomiędzy owymi dwoma obozami.
Pierwszy akt rozgrywającego się obecnie spektaklu rozpoczął się w połowie października we francuskiej miejscowości wypoczynkowej Deauville. Ku przerażeniu swoich sojuszników Angela Merkel wraz z Nicolasem Sarkozym ogłosiła swój ambitny cel, jakim jest przeforsowanie bardziej rygorystycznego paktu stabilizacyjnego przewidującego automatyczne sankcje dla zadłużonych państw. W zamian francuski prezydent poparł pomysł Berlina, by podczas przyszłych kryzysów finansowych prywatni wierzyciele, na przykład banki, sami ponosili odpowiedzialność, a także aby brać pod uwagę bankructwo tonącego w długach państwa. Podczas szczytu europejskiego pod koniec października 27 szefów państw i rządów pobłogosławiło ten deal.
Niemiecki rząd po raz kolejny przekonał się, że nie da się w kwestii kryzysu euro prowadzić żadnych działań bez uwzględnienia reakcji inwestorów. Już raz została ona przezeń źle oceniona: wiosną, gdy Niemcy długo broniły się przeciwko udzieleniu pomocy Grecji. (…) Państwa strefy euro uchwaliły w końcu obszerny pakiet ratunkowy, kanclerz Merkel przegrała i uznana została za winną. Swoim uporem doprowadziła bowiem do zaostrzenia kryzysu i wywindowała w górę koszty akcji ratunkowej – argumentowali liczni przeciwnicy w Europie. Gdyby nie jej twarda postawa, Grecy w ogóle nie zgodziliby się na surowy program sanacyjny i udział Międzynarodowego Funduszu Walutowego – usprawiedliwiała się niemiecka kanclerz.
(…) Parasol ratunkowy wprowadzono po to, by uspokoić rynki finansowe. Przez samo swoje istnienie ma doprowadzić do takiego stanu, by żaden kraj nie musiał w rzeczywistości z niego korzystać. Zamiast tego jednak sytuacja wielu krajów w międzyczasie jeszcze się zaostrzyła.
Państwa europejskie i Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewidują wydanie 750 miliardów euro na ochronę swoich słabszych członków. Na Irlandię i Portugalię pieniędzy tych wystarczy, gdyby okazało się, że trzeba ratować także Hiszpanię, zrobiłoby się krucho. Takiego przypadku rządy europejskie nie biorą pod uwagę.
Najwyraźniej wychodzą z założenia, że problem w dużej mierze zostanie rozwiązany, gdy w 2013 roku parasol ochronny przestanie działać. Do tej pory kraje PIIGS muszą uzdrowić swoje finanse, tak by znowu miały pieniądze na płacenie sensownych odsetek. Trzeba jednak zmierzyć się z rzeczywistością, a tym samym z pytaniem, co stanie się po 2013 roku.
Kanclerz Merkel chce za wszelką cenę przeszkodzić temu, by parasol ratunkowy w jego obecnym kształcie stał się trwałym rozwiązaniem. Owa konstrukcja, której termin istnienia upływa w 2013 roku, powinna zostać zastąpiona przez “stały mechanizm przezwyciężania kryzysów”.
Mechanizm ten “powinien umożliwić uczciwą równowagę interesów między państwem będącym dłużnikiem a jego wierzycielami” – napisano w dokumencie non-paper. Ma się to odbyć w taki sposób, by dało się uniknąć “systemowych skutków” dla rynków finansowych i unii walutowej. Non-paper to dokument tak poufny, że właściwie w ogóle nie istnieje.
Według niemieckich planów od 2013 roku klauzule zadłużenia mają zostać włączone do warunków udzielania wszystkich nowych pożyczek w strefie euro. Mają “w sposób wiążący prawnie umożliwić w przypadku niewypłacalności dłużnika zmianę warunków płatności na mocy uchwały podjętej przez większość wierzycieli”. Wymienione w dokumencie środki to przesunięcie terminu płatności, obniżenie odsetek i rezygnacja z wierzytelności. Pośrednikiem w kontaktach między bankrutującym państwem a inwestorami ma być neutralny negocjator. “Zadanie to powinno zostać powierzone instytucji międzyrządowej, która może być jednocześnie finansodawcą”.
Nowy system miałby pomóc dotkniętym kryzysem krajom w osiągnięciu wypłacalności lub w uzyskaniu gwarancji. Pieniądze na ten cel pochodziłyby z dwóch źródeł. Po pierwsze wykorzystano by kwoty z kar płaconych przez kraje euro, gdy permanentnie przekraczają one górną granicę deficytu. Po drugie państwa te powinny wpłacać pieniądze, od których odsetki można by kierować proporcjonalnie do Europejskiego Banku Centralnego.
– W sytuacji, gdy wszyscy ponoszą odpowiedzialność za wszystkich, poszczególne państwa nie mają żadnego bodźca, by utrzymywać porządek we własnym domu –ostrzega Christoph Rieger, ekspert od kredytów w Commerzbank. Wówczas przyszłość wspólnej waluty staje się poważnie zagrożona.
Tak właśnie wygląda to ze wszystkimi pomysłami na rozwiązanie kryzysu euro: kryją w sobie niebezpieczeństwo, że po ich wprowadzeniu w życie sytuacja może się jeszcze pogorszyć.

Anne Seith, Armin Mahler, Peter Müller, Christoph Pauly, Christian Reiermann, Hans-Jürgen Schlamp, Christoph Schult
Der Spiegel

Posted in Ciekawostki, Finance, W numerzeComments (0)

Życie w cieniu depresji

Tags: , , ,

Życie w cieniu depresji


Coraz więcej nastolatków leczy się z powodu depresji. Kiedyś pierwsze objawy tej choroby pojawiały się w wieku 20 lat; dziś leki antydepresyjne przepisuje się nawet 13-latkom.

mlodadepressiaNadchodzi bez ostrzeżenia: do tej pory dawałeś sobie radę, a nagle wszystko cię przerasta. Masz wrażenie, że od świata oddziela cię niewidzialna zasłona. Codziennie rano zastanawiasz się, czy warto wstawać z łóżka; wszystko wydaje się bezcelowe. Po jakimś czasie czujesz, że nie chcesz już dalej żyć. Jeśli tak działa depresja na dorosłego człowieka, łatwo sobie wyobrazić, co musi przechodzić dotknięty nią nastolatek.

Amy miała 13 lat, kiedy po raz pierwszy poczuła, że wszystko ją przytłacza. – Nie było konkretnego powodu – mówi. – Owszem, przejmowałam sie egzaminami, ale przecież nie ja jedna w klasie. Wszystko wydawało mi się bez sensu. Nigdy nie miałam wielu przyjaciół, ale teraz zaczęłam coraz więcej czasu spędzać w samotności. Wkrótce zaczęłam też podejmować pierwsze próby samookaleczenia.

Rodzice Amy z początku przypisywali dziwne zachowanie córki problemom wieku dorastania. Po trzech miesiącach byli jednak na tyle zaniepokojeni, że zdecydowali się zabrać ją do lekarza. Ten powiedział, że depresja wśród nastolatków jest zjawiskiem powszechnym i skierował ją do psychiatry.

– Psychiatra zapisał mi antydepresanty, po których czułam się jeszcze gorzej – wspomina Amy. – Kiedy powiedziałam mu o tym przy następnej wizycie, tylko zwiększył dawkę. Moje samopoczucie było coraz gorsze. Kilka tygodni później wylądowałam w lokalnym szpitalu psychiatrycznym. Na oddziale dla dzieci i młodzieży zdecydowano, że mam odstawić leki.

W szpitalu Amy skierowano na terapię poznawczo-behawioralną. Wydawało się, że jest pewna poprawa. W rzeczywistości jednak dziewczyna była tak zdeterminowana, żeby wyjść ze szpitala, że – jak sama przyznaje – zaczęła okłamywać lekarzy, twierdząc, że czuje się dużo lepiej.

Ta strategia się opłaciła: po trzech miesiącach Amy była już w domu. Jako że przez cały okres pobytu w szpitalu nie odwiedzał ją nikt poza najbliższą rodziną (dyrektor szkoły polecił uczniom, by wstrzymali się z odwiedzinami, a Amy za bardzo się wstydziła, by do kogoś zadzwonić), czuła się jeszcze bardziej osamotniona. Zmieniła terapeutę, ale i to nie pomogło. – Kłamałam, że wszystko w porządku, żeby tylko nie trafić z powrotem do szpitala. Ale na dłuższą metę kłamstwa nic nie dały i czułam się coraz bardziej bezradna. Wkrótce przedawkowałam leki i wylądowałam na oddziale intensywnej terapii.

Dziś Amy ma 17 lat. Ma za sobą kilka pobytów w szpitalu i kilka prób samobójczych. Udało jej się skończyć szkołę średnią; gorzej radzi sobie w college’u. – Marzę o tym, żeby zostać nauczycielką, ale cały czas mam huśtawki nastroju. Chciałabym myśleć, że z tego wyjdę, ale czasami czuję, że ta choroba nigdy mnie nie opuści – przyznaje.

Nastolatków takich jak Amy jest coraz więcej. – Z naszych badań wynika, że depresja dotyka coraz młodsze osoby – mówi Marjorie Wallace, dyrektor organizacji Sane zajmującej się problemami zdrowia psychicznego. – Jeszcze niedawno pierwsze objawy depresji notowano u dwudziestolatków; dziś najczęściej pojawiają się między 13. a 15. rokiem życia. Z danych naszej organizacji wynika, że w ciągu ostatnich czterech lat liczba przypadków depresji wśród dzieci poniżej 14. roku życia wzrosła dwukrotnie, a wśród osób pomiędzy 15. a 24. rokiem życia zwiększyła się o jedną trzecią.

Powstaje pytanie, dlaczego tak się dzieje: czy faktycznie więcej nastolatków zapada na depresję, czy może lekarze dysponują po prostu doskonalszymi narzędziami diagnostycznymi? A może specjaliści zaczęli przypisywać środki antydepresyjne na problemy typowe dla okresu dojrzewania?

Ta ostatnia hipoteza wydaje się wątpliwa. Chociaż niektórzy lekarze faktycznie mogą traktować przepisanie leków jako najłatwiejsze rozwiązanie, większość zdaje sobie sprawę, że leczenie farmakologiczne powinno być ostatecznością. Specjaliści zgadzają się jednak, że przypadków depresji wśród młodzieży jest coraz więcej – czy to z powodu rozpadu rodziny i nadmiernych wymagań w szkole, czy z powodu rosnącej przepaści pomiędzy biedną i bogatą częścią społeczeństwa, a co za tym idzie – między oczekiwaniami i możliwościami, jakie stwarza życie. (…)

Sytuację komplikuje fakt, że depresja jest niezwykle trudna do zdiagnozowania, szczególnie u nastolatków. U każdego człowieka jej objawy są inne. Pod pojęciem depresji kryje się tak naprawdę równoległe występowanie kilku objawów, takich jak dojmujący smutek, brak chęci życia, zmęczenie, zaburzenia apetytu, trudności z koncentracją, niska samoocena, a także myśli i próby samobójcze. Jeżeli cztery lub więcej z tych objawów utrzymują się u danej osoby przez ponad dwa tygodnie, może to oznaczać depresję. Ale diagnoza to dopiero początek.

Psychiatrzy odrzucają podział na depresję egzogenną (mającą przyczyny zewnętrzne) i endogenną (bez wyraźnej przyczyny zewnętrznej) jako mało przydatny. Wolą mówić o depresji łagodnej, umiarkowanej i ciężkiej, w zależności od liczby występujących objawów i ich nasilenia. Jednak to rozróżnienie również dalekie jest od precyzji: symptomy mogą być bowiem różne, niektóre łagodne, inne ostre. Innymi słowy, leczenie depresji przypomina spacer po polu minowym – wiele zależy od oceny samego chorego, która w przypadku nastolatków, przechodzących okres burzy hormonalnej, nie zawsze jest wiarygodna. (…)

Dodatkowo, podczas gdy dorośli najczęściej szukają pomocy specjalisty już przy pierwszych objawach depresji, młodzi ludzie bardzo często nie podejmują żadnych działań, dopóki choroba nie przechodzi w ciężką postać. – Żeby zdiagnozować u nastolatka depresję we wczesnym stadium, potrzebna jest współpraca nauczycieli lub rodziców – mówi David Cottrell, profesor psychiatrii dziecięcej z uniwersytetu w Leeds. Niestety, rodzice bardzo często nie chcą przyznać, że ich dzieci mają problemy psychiczne, tłumacząc ich niepokojące zachowanie okresem dojrzewania. Z kolei nauczyciele najwięcej uwagi poświęcają uczniom sprawiającym problemy wychowawcze, a nie takim, którzy cicho siedzą w kąciku.

Przykładem może być Adam. Pierwsze objawy depresji pojawiły się u niego, kiedy miał 11 lat. – Czułem się zestresowany z powodu zmiany szkoły – opowiada ten 18-letni dziś mężczyzna. – Ale najgorsze nadeszło, kiedy mój 14-letni przyjaciel próbował popełnić samobójstwo. Miałem poczucie winy, że nie byłem dla niego wystarczająco dobrym przyjacielem; zacząłem mieć ataki paniki. Nie miałem pojęcia, że to depresja: po prostu czułem, że nie daję sobie rady, że wypełnia mnie pustka. Wstydziłem się komukolwiek o tym powiedzieć. Któregoś razu przypadkiem zaciąłem się w palec. Okazało się, że to przynosi mi ulgę: widok krwi oznaczał, że gdzieś tam w środku jeszcze żyję.

Adam starannie ukrywał blizny, więc przez kilka miesięcy nikt nie dowiedział się o próbach samookaleczenia. Kiedy w końcu zwierzył się z nich przyjaciołom, poradzili mu, żeby poszedł do lekarza. Skierowano go na terapię poznawczo-behawioralną. Nadal się ciął, ale coraz rzadziej. (…) – Przez ten cały czas moi rodzice ani razu nie zareagowali. Terapia odbywała się bez ich udziału – wspomina. – Prawdopodobnie nawet się nie domyślają, że cały czas mam problemy. (…)

Jedną z przyczyn nastoletnich depresji, według Wallace, może być fakt, że przeszliśmy z wieku niepokoju (kiedy ludzie obawiali się, że może być źle) do wieku depresji (kiedy ludzie wiedzą już, że będzie źle). – Coraz więcej jest rozbitych rodzin; powiększa się też przepaść między bogatymi i biednymi – wylicza specjalistka z organizacji Sane. – Serwisy społecznościowe stanowią jedynie namiastkę prawdziwych relacji; tak naprawdę młodzi ludzie czują się z ich powodu jeszcze bardziej osamotnieni, ponieważ cały czas mogą śledzić poczynania swoich rówieśników, prowadzących bardziej udane życie. (…)

– U 10 proc. osób cierpiących na łagodniejsze postaci depresji objawy ustąpią samoistnie po trzech miesiącach – szacuje profesor Cottrell. – U 40 proc. depresja minie po roku. Z kolei spośród osób zażywających leki antydepresyjne, 40 proc. może spodziewać się nawrotu choroby w ciągu dwóch lat, a 20-30 proc. – w ciągu pięciu lat. Nie sposób jednak przewidzieć, kto znajdzie się danej grupie. Wiemy jedynie, że jeśli ktoś raz cierpiał na depresję, jest bardziej narażony na zachorowanie.

Większość ekspertów uważa, że sytuacja będzie się pogarszać. Kliniki psychiatryczne mają w strukturach służby zdrowia najmniej uprzywilejowaną pozycję, co sprawia, że najczęściej padają ofiarą cięć budżetowych. A okres dojrzewania – nawet kiedy jesteśmy w pełni sił – nie należy do łatwych. Depresja czyni go jeszcze trudniejszym.

John Crace

•••
Do tej pory kryzys wieku średniego dotykał ludzi w wieku około 50 lat. Teraz zaczyna się już po trzydziestce.

To ten moment w życiu, kiedy zdajemy sobie sprawę, że najlepsze już za nami, a teraz czeka nas już tylko powolna wędrówka ku starości i śmierci. Praca i małżeństwo tracą znaczenie, za to nagle świetnym pomysłem wydaje się… ekstrawagancki tatuaż.

Dlaczego tak się dzieje? Winna jest zmiana w kulturze pracy: zgodnie z powszechnym przekonaniem, jeśli przed ukończeniem 35 lat nie osiągniesz znaczącej pozycji zawodowej, możesz zapomnieć o karierze. Dawniej przeciętny prezes miał 59 lat, dziś – 48. Ed Miliband, który właśnie objął przywództwo brytyjskiej Partii Pracy, ma dopiero 40 lat.

To nie wszystko: dzisiejszym trzydziestolatkom trudno jest pogodzić intensywną pracę z wychowaniem dzieci. Do tego dochodzą zmartwienia związane z kredytem, sytuacją finansową i starzejącymi się rodzicami. Dla wielu z nich jest to toksyczna mieszanka.

W badaniach przeprowadzonych przez organizację Relate, zajmującą się doradztwem interpersonalnym, wzięło udział ponad 2000 osób. Okazało się, że te w wieku od 35 do 44 lat są najbardziej samotne, a także najmniej zadowolone z pracy i małżeństwa.

– Kryzys wieku średniego najczęściej kojarzy nam się z mężczyzną koło pięćdziesiątki, w nieudanym małżeństwie, który marzy o tym, by być znowu młodym – i zaczyna się tak zachowywać: kupuje sobie sportowy wóz, a żonę zamienia na młodszą dziewczynę – mówi Cary Cooper, profesor psychologii na Lancaster University, który konsultował badania. – Tymczasem z naszych badań wynika, że to właśnie w młodszym pokoleniu najwięcej jest samotnych kobiet i mężczyzn, którzy pracują ponad siły, ale nie mają czasu na głębsze relacje.

Aż 20 proc. osób z tej grupy wiekowej przyznaje, że często czuje się samotna, w porównaniu z 13 proc. w grupie osób powyżej 65. roku życia, która w powszechnej opinii jest najbardziej narażona na samotność.

28 proc. ankietowanych z tej grupy – najwięcej spośród wszystkich grup wiekowych – przyznało się też do odejścia z pracy z powodu konfliktów z szefem lub współpracownikiem. Co piąta osoba miała depresję z powodu problemów w związku, a jedna trzecia – znów najwięcej spośród wszystkich grup wiekowych – chciałaby mniej pracować.

Trzydziestolatkowie muszą nauczyć się “mądrze pracować” – twierdzi profesor Cooper. – Nie mam tu na myśli wprowadzenia 35-godzinnego tygodnia pracy, tak jak we Francji – zaznacza. – Musimy pracować ciężko, ale nie możemy przesadzać. Dzięki zdobyczom technologii można dziś pracować bardziej wydajnie i elastycznie. Niestety, nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę.

Większość ankietowanych twierdziła, że uprawia seks od jednego do trzech razy w tygodniu. Co piąta osoba uprawia seks rzadziej niż raz w roku, a 8,3 proc. nie uprawia go wcale. W grupie wiekowej od 45 do 54 lat abstynencję seksualną zachowuje co dziesiąta osoba.
Dla większości badanych – zarówno kobiet, jak i mężczyzn – najbardziej irytującą rzeczą w małżeństwie był fakt, że partner ich nie słucha. Kobiety na drugim miejscu wymieniały chrapanie, a mężczyźni – konieczność oglądania “kiepskich” programów telewizyjnych wybieranych przez żonę.

Rosemary Bennett

Posted in Artykuł numeruComments (7)

Kres motoryzacji?

Tags: , , , ,

Kres motoryzacji?


Obecnie wiele osób świadomie rezygnuje z posiadania własnego auta. Tym samym branża motoryzacyjna stoi przed najtrudniejszym wyzwaniem w swej ponad 100-letniej historii.

tuningPrzyjęło się, że raz do roku wielkie korporacje publikują sprawozdania finansowe. Jeżeli  ich autorami są koncerny samochodowe to zazwyczaj okładkę raportu zdobi najnowszy model auta znajdującego się w ofercie producenta. Bilans za 2009 rok, zaprezentowany wiosną tego roku przez Audi także nie odbiegał od tej zasady. Jedyna różnica polegała na tym, że grafik  okrył pojazd białą tkaniną, co upodobniło samochód bardziej do instalacji artystycznej niż przedmiotu codziennego użytku.

W charakter naszej epoki wpisuje się trend polegający na stylizowaniu samochodów na mobilne dzieła sztuki. Jednocześnie kurczy się grono fanów motoryzacji, a auto przestaje być obiektem powszechnego pożądania konsumentów. Pokolenie zafascynowane Golfem ma już swoje lata, a młodzi użytkownicy iPodów nie są tak zwariowani na punkcie czterech kółek. Od kilku lat na rynku pojawiają się badania, które wskazują, że po kryzysie gospodarczym i załamaniu popytu na samochody, branżę motoryzacyjną czeka kolejna, wielka rewolucja. Jej nadejście zwiastują wyniki ankiety przeprowadzonej wśród młodzieży przez Centrum Motoryzacyjne przy Wyższej Szkole Ekonomicznej w Bergisch Gladbach. “Wśród młodej generacji obserwujemy wyraźne osłabienie przywiązania emocjonalnego do samochodu jak nośnika statusu materialnego” - można przeczytać w raporcie. David Bosshart szwajcarski badacz trendów z Instytutu Gottlieba Duttweilera w Zurychu uważa nawet, że samochód jest “przeżytkiem XXI wieku” i “nawet w Niemczech” powoli przestaje być klasycznym wyznacznikiem statusu społecznego. Profesor Peter Kruse, neuropsycholog z Bremy posuwa się do stwierdzenia, że ludzie już dawno oswoli się z myślą o rezygancji z posiadania własnego auta, a samochód przestał być jednym z najbardziej pożądanych artykułów konsumpcyjnych. - Obecnie klienci z bezwzględną konsekwencją odmitologizowują wizerunek samochodu kreowany w mediach - uważa naukowiec.

Póki co przemysł motoryzacyjny odrzuca powyższe tezy i uważa je za wytwór fantazji naukowców bujających w obłokach. Jeżeli jednak badacze trendów mają rację - a wiele na to wskazuje - wówczas przyszłość branży motoryzacyjnej rysuje się w ponurych barwach. Koncerny samochodowe przyzwyczaiły się do produkowania drogich limuzyn, kreowania ich na nośniki prestiżu z pomocą kosztownych kampanii reklamowych, a następnie sprzedawaniu samochodów ogłupiałym klientom. Wielu menedżerów nie zrozumiało ostrzeżenia, jakie przyniósł ostatni kryzys gospodarczy, który dał się dotkliwie we znaki sektorowi motoryzacyjnemu. Tymczasem pojawiło się wiele sygnałów świadczących o tym, że zakupowe zachowania konsumentów uległy znaczącym przeobrażeniom.

Przemysł samochodowy może kontynuować dotychczasową strategię marketingową jedynie w krajach, pozbawionych rozbudowanej sieci komunikacji publicznej. Natomiast w szybko rozrastających się aglomeracjach zachowania potencjalnych nabywców samochodów ulegną drastycznym zmianom i przemysł motoryzacyjny będzie musiał stawić im czoła.

Obecnie w krajach wysoko rozwiniętych średnia wieku nabywców samochodów waha się powyżej pięćdziesięciu lat. Jednak co będzie później? Obecnie co trzeci lub co czwarty respondent w krajach zamożnych deklaruje, że podróże lub kupno mieszkania własnościowego jest dla niego ważniejsze od posiadania samochodu. - Zmianę tradycyjnego stosunku do auta obserwujemy zwłaszcza wśród młodzieży z aglomeracji miejskich - informuje Irene Feige z Instytutu Badań nad Mobilnością (ifmo), jednostki badawczej grupy BMW. - Ludzie ci oprócz samochodu coraz częściej korzystają ze środków komunikacji publicznej oraz car-sharingu (wspólnego użytkowania samochodów - przyp. red.), czy roweru - wylicza naukowiec. Wyrazem tych trendów jest decyzja władz miejskich w Paryżu podjęta już w 2007 roku o realizacji szerokozakrojonego program wynajmu rowerów pod nazwą Vélib.

Europejski Dzień Bez Samochodu

Europejski Dzień Bez Samochodu - obchodzony corocznie 22 września. Dzień jest międzynarodową kampanią, podczas której centra wielu miast zamykane są dla ruchu samochodowego. Idea tego dnia powstała w 1998 r. we Francji. Celem kampanii jest kształtowanie wzorców zachowań proekologicznych, upowszechnienie informacji o negatywnych skutkach używania samochodu, przekonanie Europejczyków do alternatywnych środków transportu, promocja transportu publicznego oraz pokazanie, że życie w mieście bez samochodu jest nie tylko możliwe, ale także o wiele przyjemniejsze. Kampania przyczynia się również do zmniejszenia hałasu i zanieczyszczenia powietrza, przez co wpływa na polepszenie jakości życia w mieście.

Coraz więcej osób, zwłaszcza w dużych aglomeracjach miejskich rezygnuje z posiadania własnego samochodu, a tym samym ze żmudnego szukania miejsca do parkowania i wysokich kosztów utrzymania pojazdu. Do tej grupy należy mieszkaniec Monachium, Gero Hagedorn, żonaty ojciec dwójki dzieci, dobiegający pięćdziesiątki. Jednym słowem klasyczny klient koncernów samochodowych. Nie raz nachodzi go myśl, że rodzinie przydałby się samochód. Chociażby tylko z powodu dzieci, nie mówiąc o urzadzeniu spontanicznej przejażdżki w góry. Za każdym razem, kiedy ogarnia go tęsknota za czterema kółkami, przystępuje do liczenia i zastanawia się, czy naprawdę opłaca się kupić samochód tylko po to, żeby stał w garażu przez cały tydzień? - Czasami, szczególnie przed urlopem wraca temat zakupu auta - opowiada Hagedorn. Potem rozpoczynają się wakacje i okazuje się, że można pojechać do Włoch bez własnego samochodu.

Prawie jedna czwarta gospodarstw domowych w Niemczech nie ma auta. W miastach powyżej pół miliona ponad 40 procent mieszkańców obywa się bez własnego samochodu. W dużych aglomeracjach w Niemczech specjalne punkty informacyjne zapraszają na spotkania pod hasłem “Życie bez samochodu”, a w internecie stowarzyszenie “Wolni od samochodu” (”Autofreien”) poszukuje nowych członków wzywając do “życia bez auta”. Osoby rozważające pozbycie się samochodu mogą zamówić specjalne broszury zawierające pożyteczne rady, jak obyć się bez auta. Tak szeroką pomoc oferują w Niemczech jedynie ośrodki leczenia uzależnień od narkotyków, czy poradnie rodzinne dla osób uzależnionych od sekt.

Powoli do świadomości przemysłu samochodowego dociera fakt, że musi dostosować się do globalnego trendu, jakim jest rezygnacja coraz większej liczby osób z posiadania prywatnego auta. Martin Winterkorn, prezes koncernu Volkswagena liczy się z faktem, że do 2030 roku w aglomeracjach miejskich zamieszka około 5 miliardów ludzi, czyli ponad połowa ludności na świecie. Około trzydziestu mertropolii będzie liczyło ponad 10 milionów mieszkańców, a niektóre nawet 30 milionów. Miasta-hybrydy wymagają opracowania nowego systemu transportu. Już dzisiaj ulice sparaliżowane korkami i drogie opłaty parkingowe uświadamiają konieczność stworzenia alternatywnej komunikacji publicznej.

W rozległych aglomeracjach przemysł samochodowy nie będzie w stanie utrzymać się na rynku tylko ze sprzedaży limuzyn dla pojedyńczych, zamożnych klientów, jak ma to miejsce obecnie. Okazuje się, że spadek sprzedaży nowych samochodów jest wprost proporcjonalny do kurczenia się liczby posiadaczy prywatnych aut. - To poważne zagrożenie dla przemysłu motoryzacyjnego - przyznaje badacz trendów w koncernie Daimlera.

Póki co producenci samochodów bez wielkiego entuzjazmu przygotowują się do nowego trendu, choć od kilkudziesięciu lat toczy się publiczna dyskusja na temat tzw. koncepcji mobilności. Na początku lat dziewięćdziesiątych Daniel Goeudevert ówczesny szef koncern Forda wspólnie z niemieckim biochemikiem Frederickiem Vesterem opracowali koncepcję mobilności przyszłości. Niestety ich przemyślenia nie zmieniły strategii koncernów samochodowych. Na początku lat 90. szwajcarski przedsiębiorca i konsultant Nicolas Hayek, który uratował szwajcarski przemysł zegarmistrzowski przed niechybną plajtą, namawiał szefów koncernów samochodowych do wyprodukowania nowoczesnego modelu samochodu. Nicolasowi Hayek marzyła się nowa koncepcja mobilności. Jej wyrazem miało być miejskie, kompaktowe autko, wyposażone w ekologiczny silnik hybrydowy. Tak oto narodził się Smart, który wtedy nazywał się Swatch.

Początkowo nowym pojazdem zainteresował się koncern VW. Jednak kiedy w 1993 roku rządy w Wolfsburgu objął Ferdinand Piëch, obecny przewodniczący rady nadzorczej Volkswagena jego pierwszą decyzją było porzucenie prac nad dwuosobowym autem. Ówczesny prezes Volkswagena nazwał Smarta “samochodową fanaberią”. Na szczęście Hayek zdołał zarazić swym entuzjazmem Helmuta Wernera ówczesnego szefa Mercedesa. Menedżer rozpływał się w zachwytach nad zaletami nowego autka. Rozważał nawet możliwość, że w niedalekiej przyszłości ludzie zrezygnują z zakupu własnego samochodu na rzecz okazjonalnego leasingu za pomocą karty kredytowej. - Oto mobilny krajobraz przyszłości, w którym auta, rowery i samoloty będą dostępne za pośrednictwem wyrafinowanej karty telefonicznej – przekonywał. Powyższa strategia nie zaprowadziła Helmuta Wernera zbyt daleko. Wkrótce menedżera odsunął ze stanowiska Jürgen Schrempp. Szef koncernu uznał, że najważniejszym zadaniem jest awans Daimler-Benza do ligi globalnych koncernów samochodowych. Tym samym pionierskie koncepcje mobilności nie znalazły przychylnego posłuchu w kierownictwie koncernu.

Szwajcarski badacz trendów David Bosshart uważa, że przemysł motoryzacyjny “nigdy nie zdołał objąć pozycji lidera w okresie przejściowym do społeczeństwa ery postindustrialnej”. Teraz sektor motoryzacyjny płaci za to wysoki rachunek. Zuryski naukowiec uważa, że produkcja coraz szybszych, ekonomiczniejszych, czy naszpikowanych elektroniką samochodów jest pozbawiona głębszego sensu. Sektor motoryzacyjny powinien rozumieć swoją rolę jako “dostawca nowatorskich rozwiązań w zakresie mobilności”. Klaus Töpfer, były niemiecki minister ochrony środowiska i założyciel Instytutu Badawczego specjalizującego się w badaniu skutków globalnych zmian klimatycznych i zrównoważonego rozwoju w Poczdamie ma także jasne wyobrażenie o tym, jak powinien wyglądać sektor motoryzacyjny w przyszłości. - Oczekuję, że każdy producent samochodów będzie wzorem mobilności - powiedział. Być może koncerny samochodowe potrzebują jeszcze trochę czasu, aby do ich świadomości dotarło, że nie mogą odfajkowywać tego rodzaju wypowiedzi jako nierealistycznych mrzonek.

Karl-Heinz Büschemann, Thomas Fromm

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Dieta na kryzys

Tags: , ,

Dieta na kryzys


Ale pewne tendencje żywieniowe zaskoczyły ekonomistów: np. fakt, że mimo odchudzonych portfeli konsumenci konsekwentnie wspierają producentów żywności ekologicznej.
food_pizza_cheeseChoć większość Francuzów i mieszkańców Europy w ogóle była zmuszona ograniczyć wydatki od początku kryzysu, to jedzą oni wciąż tyle samo co wcześniej. Co prawda wysokość światowej sprzedaży wielkich gigantów spożywczych (Unilever, Danone, Kraft Foods i innych) może rozczarowywać: firma konsultingowa OC & C Strategy oszacowała, że w 2009 roku stanęła ona w miejscu (wzrosła zaledwie o 0,6 proc. w porównaniu ze skokiem o 13,3 proc. w 2008 roku. Oznacza to, że jeśli uwzględnić inflację, sprzedano mniej). Konsumenci wydają swoje pieniądze inaczej i chcą za nie kupić więcej.
Kryzys miał skutek uboczny: potwierdził istnienie głębokich przemian w spożywaniu produktów żywnościowych. Trwa spadek konsumpcji mięsa czerwonego (-2 proc. w 2009 roku we Francji) przy jednoczesnym masowym odejściu w stronę kurczaka (+5 proc. w 2009 roku po wzroście o 4 proc. w 2008 roku). Odnotowano też wyraźny spadek spożycia produktów niskokalorycznych i odchudzających we Francji (-8 proc.) i Europie (-2,7 proc.), choć już w ostatnich latach ich sprzedaż wykazywała tendencję spadkową.
Według ekspertów Euromonitor International konsumenci, którzy zrezygnowali z konserw na rzecz mrożonek, a z mrożonek na rzecz świeżych produktów przechowywanych w lodówce, nabierają odwrotnych nawyków: powszechnie porzucają mrożonki, często droższe, i wracają do konserw, których sprzedaż wzrosła w Europie o ponad 2 proc. po podobnym skoku w roku 2008.
Nadal rośnie sprzedaż gotowych dań mrożonych (we Francji oczekuje się jej wzrostu o 4,3 proc., a w Europie o 3,3 proc.). Wynika to z popytu na łatwe i szybkie w przygotowaniu potrawy. Ciasta (+3 proc. w 2010 roku w Europie i +2,3 proc. we Francji), inne rodzaje dań gotowych, zupy do natychmiastowego spożycia także zyskują na trendzie do ograniczania czasu poświęcanego na przygotowanie posiłku (”zmęczenie oszczędzaniem”, jak mówią amerykańscy socjolodzy) – ich sprzedaż znacznie wzrosła, o 2,5 do 4 proc. w Europie i Francji (Euromonitor). Jednocześnie z wózków sklepowych zaczynają znikać produkty półluksusowe, takie jak wędzony łosoś.
W sektorze napojów nadal kurczy się rynek piw, koniaków, win musujących – od -2 do -5 proc. – a tymczasem gwałtownie wzrasta sprzedaż wódki (+13,4 proc. w latach 2008-2009, a w 2010 oczekiwany jest według Euromonitora wzrost o 12,4 proc.). Boom na niektóre alkohole – a także pizze dostarczane do domu – jest spowodowany obcięciem wydatków na bary i restauracje: Francuzi i Europejczycy nadal sprawiają sobie przyjemności, tyle że w domu.
W sektorze napojów gazowanych (+1 proc. we Francji i Europie) wielkie marki (Coca-Cola, Orangina…) utrzymują, a nawet powiększają swoją część rynku przede wszystkim w wersjach light, bez cukru lub na przykład z dodatkiem miąższu. Napoje energetyzujące i sportowe w dalszym ciągu odnotowują bardzo duży wzrost.
Inna niespodzianka: żywność ekologiczna i pochodząca ze sprawiedliwego handlu “wbrew oczekiwaniom bez uszczerbku pokonała rafę recesji”, pisze Euromonitor. Konsumpcja takich produktów wzrosła o 2 proc. na świecie (26 mld dol., czyli 21 mld euro), a o 4 proc. w Europie. Rynek żywności pochodzącej ze sprawiedliwego handlu (3,4 mld dol. według Fairtrade Labelling Organisation International) wzrósł natomiast o 15 proc. w 2009 roku. Rok wcześniej rynki tej żywności, brytyjski i amerykański, wzrosły odpowiednio o 12 i 7 proc. We Francji firma Alter Eco z powodzeniem wróciła do swojej czekolady “Noir intense” mimo ceny prawie dwukrotnie przekraczającej cenę klasycznej tabliczki. Wygląda na to, że nie zważając na kryzys konsumenci włączają do swoich wydatków swoisty podatek solidarnościowy.
W czasach bessy priorytetowym aspektem żywienia stało się zdrowie. We Francji ser kozi, uważany za mniej tłusty, zyskał 5 proc. rynku, podczas gdy ser krowi stracił 15 proc. Potwierdza to sprzedaż kwasów tłuszczowych omega 3 (13218 ton w 2009 roku, czyli o 10 proc. więcej w porównaniu z rokiem 2008). Na Europę przypada połowa ich światowej konsumpcji.
Według dystrybutora Systeme U, konsumenci chętniej przerzucając się na produkty lokalne: bliskość producenta daje im poczucie wpływu na miejscową gospodarkę i na jakość towarów. Chleb, produkt pierwszej potrzeby, jest oznaką tej tendencji: produkty “tradycyjne” (+2,4 proc.), postrzegane jako korzystne dla zdrowia, zwiększają swój segment rynku. Zgodnie z tą logiką nie ma nic zaskakującego w tym, że tradycyjne produkty czekoladowe tracą na popularności w porównaniu z tymi, które są postrzegane jako zdrowe (tabliczki z ziarnami…): ich sprzedaż wzrosła w 2009 roku o 4,4 proc. w Europie i o 6,5 proc. we Francji.
Choć Francuzi zmieniają nawyki żywieniowe, pozostają przywiązani do wspólnego biesiadowania. Według badania Krajowego Instytutu Badań Rolnych (INRA) dziewięciu na dziesięciu Francuzów przestrzega tradycji trzech posiłków dziennie, a ośmiu – jada kolacje z rodziną.

Yves Mamou, Lea Billon

Posted in Ciekawostki, KulinariaComments (0)

Casus Grecji

Tags: , , , ,

Casus Grecji


W Unii Europejskiej nie ustają dyskusje - co zrobić z Grecją? Pomóc jej, a jeżeli tak, to na jakich warunkach, czy też pozostawić samej sobie - ze wszystkimi dla integracji europejskiej konsekwencjami? Te pytania stają się tym bardziej aktualne, gdyż kraj ten usiłuje znaleźć finansowanie za pomocą wielomiliardowych obligacji. “Financial Times” zwraca uwagę, że stworzenie funduszy pomocowych dla Grecji jest testem wiarygodności tego kraju na rynkach finansowych - w walce z kryzysem spirali długu. W tym miejscu nie wolno zapominać, że wiarygodność na rynkach finansowych ma zasadnicze znaczenie dla kraju, który scedował swoją zdolność do kreacji pieniądza. Co więcej - pozostaje zależny od wielu finansowych instytucji, które na razie kreują przede wszystkim zamieszanie.

greckie_przeslanie

Pomóc - nie pomóc?

Wyniki badania opinii publicznej w najbogatszym państwie UE - Niemczech - pokazują, że obywatele tego kraju - pomni “fiskalnych ekscesów” Aten i późniejszej postawy “udawania Greka” - są stanowczo przeciwni pomocy nie tylko Grecji, ale wszystkim krajom, które znacznie przekroczyły wydatki. W tym kontekście pokazywany jest przykład Irlandii, która - acz także w potrzebie - postanowiła poradzić sobie sama i przedsięwzięła (za milczącą zgodą świadomych takiej konieczności obywateli) twarde środki oszczędności. Nic zatem dziwnego, że Dublin realizujący politykę zaciskania pasa jest niechętny propozycjom pomocy dla “utracjuszy”.
A wracając do Grecji, to otrzymanie pomocy z MFW jest wysoce problematyczne, gdyż Ateny obecnie nie spełniają “kwalifikacyjnych standardów” pożyczki. Nie można również nie zauważyć, że wiele krajów strefy euro patrzyłoby krzywo na takie rozwiązanie, które de facto oznaczałoby scedowanie kontroli polityki makro z UE na MFW - zewnętrzną międzynarodową instytucję, będącą w dodatku pod silnym wpływem USA. Mało tego, każda pomoc od tej organizacji związana byłaby z twardymi ograniczeniami - w istocie byłaby to pętla wokół greckiej szyi. Niemcy i Francja byłyby natomiast szalone, gdyby zobowiązały się pomóc Grecji ze swoich ograniczonych zasobów euro, ponieważ one też stoją wobec zagrożeń. Wewnętrznych - ze strony swoich podatników zorganizowanych w prężnie działających związkach zawodowych. I zewnętrznych - ze strony “finansowych wampirów”, które tylko czekają na podjęcie kolejnego ataku.

Piąta kolumna z Wall Street

Administracja prezydenta Obamy nie ruszy do walki z gangsterskimi bankierami (bangsters), którzy wywołali globalną katastrofę. Oni lub ich koledzy już wcześniej - jak “piąta kolumna” z Wall Street - opanowali znaczącą część ważnych stanowisk w administracji rządowej. Sami siebie zwalczać nie będą. Niektórzy mogą twierdzić, że termin “bangsters” jest za ostry.
Bo przecież Wall Street wykonuje tylko swoją robotę i oferuje usługi finansowe. I nikt nie mógł przewidzieć, że tak dużo finansowych innowacji obróci się w “czarne łabędzie” (black swans). Od biedy można byłoby się z tym zgodzić, gdyby fachmani z Wall Street - wcześniej błądząc - wyciągnęli wnioski z tej gorzkiej lekcji i zmienili swoje praktyki. Tak jednak nie było. Późniejsze śledztwo wykazało, że niemal każdy na Wall Street widział nadciągającą burzę, co bynajmniej nie wyhamowało sprzedaży wadliwych aktywów i aktywności w zawieraniu więcej niż wątpliwych transakcji.

Kryzys nie był błędem - to był wynik

goldman-sachsFBI już w roku 2004 ostrzegało o epidemii nadużyć, przy czym 80 proc. owych patologii miało miejsce ze strony udzielających pożyczek, de facto kierownictwa instytucji finansowych. Szefostwo Wall Street było i jest winne prowadzenia kontrolowanych oszustw. To oni byli zajęci nie tylko oszukiwaniem pożyczających, ale co więcej - równocześnie defraudowali środki firm, którymi zarządzali. Żeby obraz był pełny, do listy ofiar wymienionych praktyk dołączyć trzeba podatników, którzy poprzez decyzje rządowe sfinansowali pomoc dla finansowych instytucji.
Jeśli ktokolwiek sądzi, że szefostwo Goldman Sachs Bank było nieświadome złych transakcji robionych przez łotrowskich traderów, to grzeszy naiwnością. Czołowi menedżerowie Goldmana (a także niektóre ważne osoby spoza banku) pozbyli się posiadanych akcji swojego banku w marcu 2008 r., kiedy upadł Bear Stearn. Podobną operację wykonali we wrześniu 2008 r., kiedy upadł Lehman Brothers. Dlaczego? Odpowiedź jest całkiem prosta: oni wiedzieli, że firma była pełna toksycznych aktywów i nie byłaby zdolna ich sprzedać. Przykłady? - proszę bardzo. 19 marca 2008 r. Jac Levy (jeden ze współprowadzących M&As) sprzedał ponad 5 mln akcji Goldman Sachs i przyjął zakład przeciw 60 tys. więcej udziałów. E.G. Corrigan (prezes Banku Rezerwy Federalnej w latach 1985-93, potem managing director w Goldmanie) sprzedał - również w marcu 2008 r. - 15 tys. udziałów. J. Winkielried (wiceprezydent Goldmana) sprzedał 20 tys. udziałów. Listę można ciągnąć…
Wyprzedaż akcji Goldmana przez top management zastopowano dopiero wtedy, gdy Goldman umieścił C. Leithnera na stanowisku w Fed. Nastąpiły kolejne kroki bailout dla AIG, odwrócenie pomocy i skierowanie pieniędzy do Goldmana. I tak kontrolujący proces oszustw, gdy zdecydowali, że jest już bezpiecznie - odwrócili kierunek gry.

Nade wszystko - gra

Od 2001 aż do listopada 2009 r. - cały rok po upadku Lehmana - Goldman wykreował finansowy instrument, pozwalający ukryć europejski dług rządowy. Handlując walutą lub transferując dług w przyszłość. Ale Goldman i inne finansowe firmy nie tylko zachęcały Grecję, żeby zaciągała coraz więcej długów. Oni także handlowali CDS-ami na grecki dług - robiąc równocześnie zakłady, że Grecja okaże się niewypłacalna.
Taka gra “na odwrotny sztos” kosztowała Grecję utratę finansowej wiarygodności, powodując wzrost spreadów na greckich CDS-ach.
A mogło być nawet gorzej. AIG, faworyt finansowych dewiacji, mógł być - co wprost sugeruje “Handelsblatt” z 20 lutego 2010 - stroną, która sprzedała swapy na CDS-y Grecji. Krótko mówiąc: CDS-y powodowały obniżenie wiarygodności Grecji przez agencje ratingowe, co z kolei zwiększyło spread na obligacje greckie.
Z tego wynika już prosty wniosek: Wall Street, dowodzone przez Goldmana i AIG, pomogło wykreować dług, co spowodowało histerię o możliwej niewypłacalności. Bo kiedy cena CDS-ów rosła, a rating Grecji spadał, oprocentowanie, które zobowiązana była płacić Grecja, wzrastało błyskawicznie.
A działo się tak dlatego, że w krótkim czasie Grecja nie mogła wykazać się szybką poprawą finansów. Proste…
Niemcy uskarżają się na subsydiowanie, co prowadziło do nadmiernych socjalnych wydatków w Grecji.
Oczywiście dopóki Grecja zwiększa wydatki, skargi tego typu powodują, że mają miejsce transakcje pozabilansowe, w które angażują się Goldman i inni. I chociaż jak na razie transakcje tego typu nie są - w stosunku do prawa w UE - nielegalne, to jest to rodzaj “shadow banking transactions”, które 18 miesięcy temu niemal doprowadziły do upadku globalnego systemu finansowego.
Ale nie był to tylko problem złego funkcjonowania lub “nadużycia traderów”, które były przeprowadzane w imieniu Goldmana. Gary Cohn z Lloyda (numer 2 po Blankfeinie), powiedział: “robimy bożą pracę”.
Zatem trudno uwierzyć, że Lloyd nie sankcjonował jego aktywności, wręcz przeciwnie - gratyfikował go “umiarkowanym” bonusem 9 mln dolarów za pracę w ostatnim roku.
W Stanach Zjednoczonych mieliśmy “wojnę z terrorem” i “wojnę z narkotykami”. Jednak na wojnę z “finansową bronią masowego rażenia” jakoś nikt się nie wybiera. A jest to zagrożenie, które dla świata i Europy może w swoich dalekosiężnych skutkach być dużo bardziej dolegliwe niż terroryzm i narkotyki. Nośnikami tego zagrożenia są “banksters” z Wall Street. To oni wykreowali cały ten bałagan i nie tylko czerpią z tego zyski, ale także aktywnie przeciwdziałają ozdrowieniu. Powodują bezrobocie, głód, pogorszenie życia i nawet przemoc i terroryzm w świecie.

Co robić?

Grecja, euroland, cały świat - wszyscy potrzebują odpoczynku od manipulacji i destrukcji gospodarek przez firmy z Wall Street. To one ciągną zyski ze spekulacyjnych baniek, z grzebania pod górą długów - rządów, firm i gospodarstw domowych. To one są kreatorami i w niemałym stopniu demiurgami obecnych problemów. Czas wreszcie z tym skończyć. Jest to zadanie dla rządów, które dysponują wystarczającymi środkami, by rozpoznać, a następnie ujawniać prowadzone w złej wierze operacje finansowe.

L. Randal Wray, profesor ekonomii w University of Missouri
Marshal Auerback, analityk w Roosevelt Institute

Posted in W numerzeComments (0)

Koniec raju w Dubaju?

Tags: , ,

Koniec raju w Dubaju?


Władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich gaszą nerwowość na rynkach, która wybuchła po wiadomości, że państwowa firma z Dubaju nie jest w stanie spłacać prawie 60 mld dol. swoich zobowiązań. Władze ZEA zapowiadają pomoc borykającym się z kłopotami firmom z emiratu w Dubaju, a bank centralny zapowiada, że zagwarantuje tamtejszym bankom i firmom dostęp do pieniądza.

burj_dubai-122418Państwowa firma inwestycyjno-deweloperska Dubai World, inwestor m. in. w bajkowych projektach, jak sztuczna wyspa, czy najwyższa wieża świata, jest zadłużona na blisko 60 mld dolarów.

Koncern nieoczekiwanie poprosił w zeszłym tygodniu wierzycieli o odroczenie spłaty swych zobowiązań do maja. Informacja wywołała nerwowość na rynkach i spadek indeksów giełdowych.

Teraz tamtejsze władze chcą przekonać świat, że kłopoty Dubai World, to nie finansowa tragedia. W miniony weekend w Dausze spotkali się przywódcy siedmiu emiratów wchodzących w skład Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W spotkaniu brał udział również Sultan bin Nasser al Suwaidi, prezes banku centralnego ZEA.

– Dokładnie przyjrzymy się zobowiązaniom Dubaju i będziemy je kolejno analizować. Nie ma takiej możliwości, żeby Abu Zabi spłaciła dubajskie długi – powiedział po spotkaniu przedstawiciel rządu Abu Zabi. Pomoc będzie musiała wynieść kilkadziesiąt miliardów dolarów.

Narazie doradcy rządu Dubaju zalecają jak najszybsze pozbycie się przez Dubai World, gigantycznego statku wycieczkowego “Queen Elisabeth 2″ i pól golfowych Turnberry, a także linii promowej P&O.

Inwestorów uspokaja również bank centralny. - W opinii banku centralnego system bankowy ZEA jest o wiele stabilniejszy i płynny aniżeli rok temu - oznajmiły władze federalne.

Marios Maratheftis, ekonomista Standard Chartered znad Zatoki Perskiej, twierdzi, że jest to ruch w dobrą stronę, gdyż bank centralny wysyła “sygnał bankom i światu, że stoi murem za bankami.” Raj Madha, analityk bankowy z EFG-Hermes, wyraził się pozytywnie o przedsięwzięciu jako o pierwszym kroku, ale dodał, iż bank centralny mógł uczynić o wiele więcej.

koniec_raju_dubaju_3704788koniec_raju_dubaju_3704794

koniec_raju_dubaju_3704801koniec_raju_dubaju_3706503koniec_raju_dubaju_3706508

Posted in Ciekawostki, Czy wiesz?, Podróże, ŚwiatComments (0)

Głód w Ameryce

Tags: ,

Głód w Ameryce


 

Kryzys dławi i zmienia społeczeństwo Stanów Zjednoczonych. Miliony Amerykanów utraciły domy, oszczędności i pracę.

food_bankTłumy bezdomnych szturmują kuchnie wydające bezpłatne posiłki. Wśród zrozpaczonych nędzarzy szerzy się przestępczość. “Pokolenie recesji”, jak nazwały je media, traci swe życiowe szanse.

Nowojorski kościół Świętych Apostołów wydaje 1250 darmowych posiłków dziennie, ale to za mało. “Wielu odchodzi z pustym brzuchem”, przyznaje Joel Berg, dyrektor nowojorskiej organizacji Koalicja Przeciwko Głodowi.

Organizacja charytatywna “Feeding America”, powołująca się na dane federalnego Urzędu Statystyki Populacyjnej oraz Departamentu Rolnictwa, podaje szokujące informacje. Oto w USA 3 mln dzieci poniżej piątego roku życia zagrożonych jest głodem. Poniżej 18. roku życia – ponad 12 mln.

Głodni Amerykanie

W każdy piątek nauczyciele szkół podstawowych w pewnym zakątku najbogatszego kraju świata wkładają do uczniowskich tornistrów masło orzechowe, owoce i musli

Tyle, by dzieci nie były głodne przez weekend, zanim od poniedziałku znów będą mogły jeść obiady w szkole.

Ani uczniom, ani rodzicom nie mówi się o tej akcji – mimo że w Wirginii Zachodniej rośnie liczba rodzin, które muszą korzystać z takiej pomocy, wielu ludzi wstydzi się tego przed znajomymi i sąsiadami.

– Nauczyciele domyślają się, które dzieci są niedożywione, na ogół te z rodzin żyjących w trudnych warunkach – mówi Carla Nardella, szefowa banku żywności rozdzielającego za darmo produkty spożywcze i wydającego posiłki dla ubogich. – To są dumni ludzie, dlatego nauczyciele postępują dyskretnie. W tym roku zaczęliśmy dawać dzieciom dodatkowe paczki z jedzeniem, bo sytuacja staje się coraz trudniejsza. Zaczęliśmy od 400 dzieci. Mamy nadzieję, że kiedyś taki program będzie działał w każdej szkole Wirginii Zachodniej, ponieważ dzieci potrzebujące pomocy są u nas wszędzie. Widok głodnego dziecka jest ogromnie przykry.

Dotyczy to nie tylko dzieci. Jedna szósta z 1,8 miliona mieszkańców tego stanu otrzymuje kupony żywnościowe – jeden z najwyższych odsetków w kraju – a liczba ta rośnie z każdym tygodniem.

W kolejkach po pomoc żywnościową stoją też ludzie starsi, których emerytury zdmuchnął krach na giełdzie, rodziny doprowadzone do nędzy przez wydatki na opiekę medyczną, bo nie stać je na ubezpieczenie, i wielu ludzi w sposób stały uzależnionych od pomocy społecznej w tym jednym z najbiedniejszych stanów USA. Ale większość osób otrzymujących kupony żywnościowe nie jest w stanie z tego wyżyć i musi korzystać z rozdawanych paczek i odwiedzać jadłodajnie dla ubogich.

Nardella, która pracuje w banku żywności w Wirginii Zachodniej od 25 lat, twierdzi, że z jego pomocy korzysta 260 000 ludzi miesięcznie, a coraz częściej szukają jej całe rodziny.

– Kilka lat temu pracowałam w pewnej jadłodajni dla ubogich i wówczas przychodziło tam niewielu ludzi. To byli bezdomni. Teraz pojawiają się całe rodziny. Rodzice przyprowadzają swoje dzieci, żeby je nakarmić. To bardzo dla nich trudne – mówi, a rozmawiamy w siedzibie Mountaineer Food Bank w miasteczku Gassaway leżącym w centrum stanu. – Ludzie, którzy przychodzą do takich jadłodajni ze swymi rodzinami, nigdy wcześniej nawet nie myśleli, że mogą być do tego zmuszeni.

 Ritchie Roach jest burmistrzem Gassaway, miasteczka liczącego 950 mieszkańców, choć było ich dwa razy więcej, zanim nie zamknięto zakładów naprawy taboru kolejowego w latach 60. Roach ma również restaurację i jest miejskim przedsiębiorcą pogrzebowym. – Nikt nie chce być burmistrzem małego miasta – mówi. – Nie jest to łatwe, bo nie ma żadnych przychodów.

Roach mówi, że o ile niektórzy mieszkańcy znaleźli się w rozpaczliwej sytuacji na skutek likwidacji miejsc pracy w lokalnym przemyśle drzewnym, większość tych, którzy muszą korzystać z kuponów żywnościowych i innej pomocy, wciąż ma pracę.

– Wszystkiemu winna jest cena benzyny. Kiedy półtora roku temu doszła do 4 dolarów za galon, odczuli to wszyscy. Wzrosły wtedy też koszta żywności i inne opłaty. Ludzie pracują całymi dniami, a mimo to nie zarabiają tyle, by opłacić rachunki – mówi. – Z cenami jedzenia można sobie jakoś radzić, ponieważ ludzie mogą uprawiać własne ogródki. Mogą upolować jelenia, lisa. Da się zjeść nawet szopa. Ale cena paliwa uderza we wszystkich. Benzyny nie da się samemu wyprodukować.

Rozpaczliwe położenie zmusiło niektóre rodziny do porzucania swych domów i zamieszkania z innymi, żeby zaoszczędzić pieniądze. – Rodziny sprowadzają się do innych rodzin, bo nie są w stanie utrzymać samodzielnego gospodarstwa. Porzucają swoje domy, ponieważ już nie stać ich, by je utrzymać. 

W hrabstwie Tucker mieszka Roxanne Tusing, która udziela pomocy żywnościowej coraz większej liczbie ludzi starszych. – Starsi ludzie coraz częściej korzystają z możliwości zjedzenia w południe ciepłego posiłku – mówi. – Oszczędności emerytalne niektórych z nich wyparowały na skutek załamania gospodarki. Nie stać ich na utrzymanie, bo ich emerytury znikły na giełdzie.

Ci, którzy udzielają pomocy, mają różne opinie na temat tego, czy ludzie bardziej współczują korzystającym z pomocy teraz, gdy tak wielu z nich wciąż ma pracę. Nardella i Tusing mówią o hojności wielu zwykłych ludzi, którzy robią, co mogą, by pomóc sąsiadom.  

– Wykształciły się pewne postawy wobec korzystających z różnych form pomocy. Wynika to z protestanckiej etyki pracy, bardzo silnej w południowych stanach USA. Dominuje przekonanie, że każdy sam powinien o siebie zadbać. 

50 mln obywateli USA nie ma ubezpieczenia zdrowotnego, prawie 14 mln zaś jest bezrobotnych. Od początku recesji w grudniu 2007 r. zlikwidowano 5,7 mln miejsc pracy. Stopa bezrobocia sięgnęła w kwietniu 8,9% i jest najwyższa od października 1983 r. Liczba przymusowo zlicytowanych domów wzrosła w marcu o 45% w porównaniu z tym samym miesiącem roku poprzedniego. W kwietniu takich licytacji przeprowadzono prawie 150 tys.

W 2007 r. władze Nowego Jorku zaopatrywały w bezpłatne posiłki 1,3 mln ludzi. Tylko w październiku i grudniu 2008 r. liczba potrzebujących wzrosła do 3 mln. W Georgetown, eleganckiej dzielnicy Waszyngtonu, zamieszkanej przez polityków, lobbystów z Wall Street i zamożnych adwokatów, nie należy obecnie zapominać o zamykaniu samochodów. Ten, kto pozostawi auto otwarte, może się spodziewać, że nad ranem znajdzie w nim bezdomnego, który wykorzystał pojazd jako miejsce noclegu.

Kryzys finansowy i ekonomiczny w USA może doprowadzić także do socjalnej zapaści. Lawrence Mishel, przewodniczący Instytutu Polityki Ekonomicznej, przewiduje: “Wielu ludzi znajdzie się w rozpaczliwej sytuacji ekonomicznej, która potrwa wiele lat”.

Nędza zagląda w oczy

jednej trzeciej społeczeństwa Stanów Zjednoczonych. 32 mln Amerykanów (co dziesiąty obywatel) pobierają bezpłatne kupony na żywność.

W styczniu br. 741 tys. mieszkańców USA straciło pracę. W lutym – 681 tys., o 30 tys. więcej, niż wynikało z pierwszych obliczeń. W marcu zlikwidowanych zostało 699 tys. miejsc pracy (36 tys. więcej, niż podano w pierwszych komunikatach). W kwietniu – “tylko” 539 tys. Niektórzy ekonomiści odetchnęli z ulgą – bezrobocie wzrasta, ale już wolniej. Czy to światełko w tunelu? Komentator dziennika “New York Times” Bob Herbert uważa jednak, że optymizm jest przedwczesny. Rząd stworzył w kwietniu 72 tys. nowych miejsc pracy, z których wiele ma charakter jedynie tymczasowy (administracja potrzebuje pracowników w celu przeprowadzenia spisu powszechnego w 2010 r.). Ale w ubiegłym miesiącu sektor prywatny zwolnił 611 tys. osób.

Bezrobocie nadal będzie wzrastać, także z tej przyczyny, że w wiek produkcyjny wchodzą bardzo liczne roczniki. Rząd musiałby tworzyć 127 tys. miejsc pracy miesięcznie, aby dotrzymać kroku temu wzrostowi populacji.

homelessBezrobocie jest jak rak, który toczy społeczeństwo – pisze “New York Times”. Za suchymi liczbami kryją się niezliczone ludzkie tragedie. 21-letnia Cristina Sanford z Atlantic City, samotna matka trojga dzieci, we wrześniu straciła posadę sprzątaczki. Wydała kilkaset dolarów na kurs dla krupierów, ale ekonomiczna mizeria dotknęła także kasyna gry, które tną zatrudnienie. Cristina dostaje 424 dol. zasiłku socjalnego oraz 584 dol. w kuponach na żywność. Za wynajęcie pokoju musiałaby zapłacić 900 dol. miesięcznie, utraciła więc dach nad głową. Noce spędza w schronisku dla bezdomnych i nie wierzy w szybką poprawę swego losu: “Na razie jest coraz gorzej. Firmy wciąż zwalniają ludzi”.

33-letni Sergio Gallardo jeszcze ma oszczędności, aby zapłacić 870 dol. miesięcznie za wynajęcie mrocznego pokoju z wnęką kuchenną w tanim motelu Costa Mesa Motor Inn w Orange County koło Los Angeles. Na powierzchni 10 m kw. gnieździ się z czworgiem dzieci. Najstarszy syn, Raymon, ma 13 lat. Sergio pracował na budowie, dobrze zarabiał. Kiedy stracił pracę, musiał sprzedać samochód, wyprowadzić się z trzypokojowego mieszkania, rzuciła go żona. Zabawki i większość dobytku trafiła do pojemnika na śmieci. W motelu jest wielu samotnych ojców lub matek z licznym potomstwem, dzieci więc wesoło bawią się z rówieśnikami. Nie przejmują się przyszłością, przynajmniej na razie. Zdaniem socjologów, skutki kryzysu najbardziej dotkliwie odczują najmłodsi Amerykanie.

“To prawdziwa katastrofa, która dzieje się w ciszy”, powiedział prof. Irwin Redlener z Columbia University, autor studium na temat obecnego pokolenia recesji. W 2007 r. (ostatnim, dla którego dostępne są statystyki) w ubóstwie żyło 18% amerykańskich dzieci. Lawrance Mishel przewiduje, że w 2010 r. w tej sytuacji znajdzie się już 27,3% dzieci. Dla Afroamerykanów dane są jeszcze bardziej wstrząsające. Współczynnik ubóstwa czarnoskórych dzieci wynosił przed trzema laty 34,5%. Jeśli bezrobocie będzie wzrastać, w przyszłym roku co drugie czarnoskóre dziecko w USA znajdzie się w strefie nędzy. Istnieją obawy, że większość zdobyczy Afroamerykanów na polu równouprawnienia ekonomicznego zostanie zniweczona. Obecnie stopa bezrobocia wśród czarnoskórych mieszkańców USA wynosi 15%.

Najubożsi tracą możliwości zdobycia wykształcenia. Rhonda Haramis z Long Beach jest urzędniczką odpowiedzialną za opiekę nad uczniami. Codziennie otrzymuje kilkanaście telefonów od zrozpaczonych matek: “Straciliśmy dom i wkrótce znajdziemy się na ulicy. Co teraz będzie z nauką w szkole, z odrabianiem lekcji?”. Pani Haramis nie potrafi dać odpowiedzi. 

Podobnie bezradna jest Mearon Lewers, nauczycielka z Detroit, kiedy skruszony uczeń wyznaje: “Nie mogłem odrobić lekcji, ponieważ z powodu niezapłaconych rachunków wyłączyli nam prąd i w domu jest ciemno”.

W czasach kryzysu w USA narasta przemoc. Niektórzy próbują zdobywać środki do życia poprzez napady i rabunki, innym, pozbawionym perspektyw życiowych, zawodzą nerwy. W kwietniu Ameryką wstrząsnęła seria brutalnych zbrodni.

W Pittsburghu 23-letni maniak broni palnej, Richard Poplawski, ubrany w kamizelkę kuloodporną urządził zasadzkę na interweniujących w sprawie domowej kłótni policjantów. W strzelaninie straciło życie trzech stróżów prawa. Tego samego dnia w Graham w stanie Waszyngton 34-letni James Harrison zastrzelił w przyczepie mieszkalnej pięcioro swoich dzieci, po czym popełnił samobójstwo. W Binghampton w stanie Nowy Jork imigrant z Wietnamu, Jiverly Wong, ogarnięty szaleństwem prawdopodobnie z powodu utraty pracy, zastrzelił w centrum socjalnym 13 osób, potem zabił siebie. “To jest American Way”, napisał komentator dziennika “New York Times” i przypomniał, że od czasów zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 r. 120 tys. Amerykanów zostało zabitych przez innych Amerykanów, 25 razy więcej niż żołnierzy US Army, którzy stracili życie w Iraku i w Afganistanie.

W czasach ekonomicznej mizerii miasta Stanów Zjednoczonych zmieniają się – rosną dzielnice slamsów oraz obozy namiotów, w których koczują najbiedniejsi. 

Namiotowe miasteczka

Najsłynniejsze stało się miasteczko namiotów w stolicy Kalifornii, Sacramento, ponieważ opowiedziała o nim w swoim show gwiazda telewizyjna, Oprah Winfrey. Poirytowane rozgłosem władze miasta przeznaczyły milion dolarów na likwidację obozowiska, które stało się domem dla ok. 150 ludzi. Bezdomnym obiecano miejsca w schroniskach. Zagrożeni akcją policyjną ludzie z namiotów rozeszli się jednak w różne strony. Niektórzy zostawili namioty w nadziei, że jeszcze powrócą. Ci, którzy szukali dachu nad głową w schroniskach miejskich, doznali zawodu. “Poszliśmy tam, ale okazało się, że nie ma wolnych łóżek. Schronisko rzeczywiście jest, lecz wszystkie pokoje są przepełnione. Kazali nam ruszyć się z namiotów, lecz nie potrafią nam pomóc”, żaliła się 39-letnia Stephanie Hayes, będąca w ósmym miesiącu ciąży.

Administracja prezydenta Obamy przeznaczyła ogromne kwoty na stymulowanie gospodarki, jednak wiele stanów USA redukuje swe wydatki na cele socjalne. Stanowe ustawodawstwo często zabrania bowiem zaciągania zbyt wysokich długów. Niektórzy dziennikarze skarżą się zresztą, że rząd jest hojny przede wszystkim dla banków i giełdy, która znowu notuje duże wzrosty, ale nie przejmuje się zbytnio dramatycznym położeniem milionów Amerykanów z najniższych warstw społecznych. Zdaniem lewicowo nastawionych komentatorów, wielki kapitał wykorzystuje kryzys do restrukturyzacji amerykańskiego społeczeństwa, likwidacji nierentownych gałęzi przemysłu. Pragnie zdobyć pieniądze podatników dla banków i Wall Street oraz stworzyć armię bezrobotnych, aby ci, którzy jeszcze mają pracę, akceptowali niższe wynagrodzenie. Prof. James Alan Fox, kryminolog, który przewiduje dalszy wzrost przestępczości w trudnych czasach, powiedział gorzko: “Określenie USA jako kraju nieograniczonych możliwości dla wielu brzmi obecnie jak kiepski dowcip”.

Chris McGreal, Krzysztof Kęciek

Posted in Artykuł numeruComments (1)

Jak przeżyć kryzys?

Tags: ,

Jak przeżyć kryzys?


 

Niepewność. To słowo najlepiej określa obecny rok. Spowolnienie w gospodarce jest pewne, nikt tylko nie wie, jak będzie ono głębokie. Wiele wskazuje na to, że w głęboką recesję nie wpadniemy.

Nadzieje te mogą przekreślić jednak strach banków przed udzielaniem kredytów oraz napędzane przez katastroficzne prognozy obawy konsumentów przed wydawaniem pieniędzy.

Kryzys jest w głowach, dlatego przewidywania, co będzie się działo w gospodarce w tym roku, są wyjątkowo trudne. Analitycy CASE wybrnęli z tego zadania w ten sposób, że przedstawili dwa alternatywne scenariusze.  

Motorem wzrostu gospodarczego w najbliższym czasie będzie konsumpcja, spodziewać się można natomiast ostrego wyhamowania inwestycji.

- Kryzys wpływa na spowolnienie konsumpcji i inwestycji. To pierwsze zjawisko pokazują dane dotyczące sprzedaży detalicznej - o ile w pierwszym półroczu 2008 r. rosła ona w tempie 17,6 proc., o tyle już w kolejnych miesiącach ub. roku jej dynamika spadła poniżej 10 proc. To jest zapowiedź spowolnienia konsumpcji.

Jak spowolnienie widać z perspektywy praktyków? Jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych są firmy zajmujące się ubezpieczaniem wierzytelności.

- Obserwujemy zaczynające się problemy z płynnością firm. Głównie dotyczy to przypadków z niektórych branż, takich jak motoryzacyjna, budowlana czy stalowa, i powiązanych z nimi obszarów.

Na gorszą koniunkturę nałożył się jeszcze kryzys na rynkach finansowych, który powoduje, że bardzo wzrósł koszt pieniądza, a dostęp do niego jest utrudniony. Wiele zadłużonych firm, działających w sektorach o podwyższonym ryzyku, musi się liczyć ze wzrostem kosztów finansowania. Nie wszystkie na to stać i w efekcie niektóre z nich niestety nie są w stanie poradzić sobie z obsługą zadłużenia. Z jednej strony nie sprzyja im rynek, bo jest dekoniunktura, a z drugiej instytucje finansowe zaniepokojone sytuacją w tych firmach zmieniają warunki finansowania.  Wówczas dochodzi do sytuacji kryzysowych, w których czasami jedynym wyjściem jest ogłoszenie niewypłacalności.

Pogorszenie koniunktury nie jest jednak efektem zawirowań międzynarodowych, lecz wynika z cyklu gospodarczego.  

- Nasilenie histerycznych nawoływań do “ratowania” gospodarki nie ma uzasadnienia. Przewidywane spowolnienie gospodarki ma naturalne, cykliczne przyczyny i było już sygnalizowane wtedy, gdy nikomu u nas nie śniło się o kryzysie finansowym. Dane statystyczne i wiedza o gospodarce pozwalają stwierdzić, że zmierzamy ku spowolnieniu, nie zaś recesji - uważa profesor Jan Winiecki, główny ekonomista banku WestLB Polska.

Przyznaje, że będzie ono większe niż wcześniej przewidywane, ale krytykuje katastroficzny ton, w którym ostatnio przewiduje się najbliższą przyszłość. Przekonuje, że dane dotyczące np. produkcji przemysłowej, budownictwa czy tempa wzrostu płac nie potwierdzają póki co generalnego załamania trendów. To, co jednak niepokoi najbardziej, to zaskakująca dynamika kryzysu.

Patrząc na wyniki badania koniunktury widać, że spośród głównych sektorów gospodarki najdramatyczniej skutki spowolnienia odczuwa transport, gospodarstwa domowe oraz przemysł przetwórczy.

Lepiej - wbrew pozorom - radzą sobie banki oraz budownictwo. Chociaż w obu tych sektorach sytuacja również się pogarsza, to proces ten następuje powoli.

Na wszystkich, ale chyba szczególnie na firmy energetyczne, negatywny wpływ będzie miało pogorszenie się warunków uzyskiwania kredytów.  

Załamanie inwestycji?

pusta-kieszenJednym z najbardziej niebezpiecznych zjawisk z perspektywy całej gospodarki jest spodziewany przez wszystkich analityków spadek inwestycji firm.

Na poziom inwestycji w gospodarce wpływ będzie miało również podejście inwestorów finansowych. 

To, co powstrzymuje fundusze od inwestowania, to nawet nie sam fakt, że gospodarka zwalnia, lecz niepewność, brak możliwości oceny, jak duże będzie spowolnienie. Dopiero uspokojenie sytuacji powinno spowodować powrót do inwestowania.

Wstępne szacunki wskazują, że rok 2008 był pod względem liczby i wielkości inwestycji dużo gorszy niż 2007. W 2009 roku sytuacja zacznie się poprawiać, ale dopiero rok 2010 i następne mają szanse być równie interesujące jak rok 2007. To wszystko jednak pod warunkiem, że do połowy tego roku będzie jasność co do skutków, jakie będzie miał międzynarodowy kryzys, powyciągane zostaną wszystkie “trupy z szafy” i nie będzie już obaw, że za chwilę pojawią się następne. Kryzys będzie miał również wpływ na to, w co, ewentualnie, będzie się inwestować.

Zmuszając firmy na całym świecie do oszczędności, może spowodować, że rosnąć będzie popularność inwestycji w centra BPO (business process outsourcing).

Wydaje się, że będziemy wracać do pewnego poziomu inwestycji, które w gospodarce są niezbędne - firmy będą potrzebowały kapitału, niektórzy właściciele będą sprzedawali swoje biznesy, będzie więc naturalna podaż projektów i to po niższych cenach.

 Jeżeli banki wrócą do pożyczania pieniędzy, a będą musiały wrócić, to transakcje będą realizowane i to po niższych cenach.

Recepty na kryzys

Co trzeba zrobić, żeby zminimalizować wpływ kryzysu na gospodarkę? Tu analitycy zgadzają się, że kluczowe znaczenie ma podtrzymanie poziomu inwestycji.

Z badań ankietowych wynika, że przedsiębiorcy kończą już zaczęte inwestycje, ale wstrzymują się z rozpoczynaniem nowych. - Z uwagi na pozycję inwestycji w tworzeniu PKB, która jest większa niż konsumpcji, w tej dziedzinie powinny zostać podjęte działania.

Jak wskazują zarówno analitycy, jak i przedstawiciele biznesu, oprócz pakietu antykryzysowego, polegającego na ułatwieniach w dostępie do kapitału, to, czego potrzebuje gospodarka - i to szczególnie w momencie, gdy musi zmierzyć się z gorszą koniunkturą - to wielokrotnie już zapowiadanych rozwiązań usuwających bariery biurokratyczne.

Jednak największa odpowiedzialność za to, w jakim stanie gospodarka przejdzie przez kryzys, spoczywa na samych przedsiębiorstwach.

 Nie będzie już cen z kosmosu!

Miejsce niepewności sprzed roku zastąpiło głębokie przekonanie o nadchodzącym pogłębieniu spadku cen nieruchomości. Ceny mieszkań i domów muszą się dostosować do nowych “niższych” możliwości nabywczych kupujących.

Ograniczenia w dostępie do kredytów hipotecznych sprawią, że popyt na nieruchomości zmniejszy się nawet o 20-30 proc. w porównaniu do 2008 r., a szacunek ten ma wkalkulowaną poprawę sytuacji w drugiej połowie roku. Jeśli jej nie zobaczymy, spadek samych transakcji i cen mieszkań może okazać się większy.

Warto też pamiętać, że poza słabszym popytem, korzystny - z punktu widzenia kupujących wpływ na kształtowanie się cen mają także inne czynniki. Spadają ceny materiałów budowlanych (m.in. stali, miedzi, ceramiki, cementu), a można spodziewać się także niższego kosztu robocizny i co wielce prawdopodobne - także gruntów budowlanych wobec zdecydowanie mniejszej aktywności deweloperów. Zatem nie tylko słabszy popyt przemawia za niższymi cenami, ale także elementy kosztotwórcze w przypadku mieszkań i domów. 

Ale są też inne zmiany. Przed rokiem obawialiśmy się dalszego wzrostu oprocentowania kredytów. Teraz obserwujemy ruch w drugą stronę.  

Rok 2008 można określić jako rok zmian na rynku mieszkaniowym. W latach 2006-2007, kiedy mieliśmy do czynienia z dużym ożywieniem na rynku, obserwowaliśmy kolejkę chętnych do zakupu własnego mieszkania. Banki prześcigały się w udzielaniu mieszkaniowych kredytów hipotecznych, co spowodowało wzrost rzeczywistego popytu na rynku.  

Sytuację tę wykorzystali deweloperzy, którzy podnieśli swoje marże i sprzedawali lokale już na etapie projektu, a także wszyscy Ci, którzy nosili się z zamiarem sprzedaży swojego mieszkania. Teraz sytuacja zmieniła się nie do poznania. Już w I połowie 2008 roku można było zauważyć spowolnienie na rynku mieszkaniowym.  

Deweloperzy zaczęli coraz częściej stosować różnego rodzaju promocje, by przyciągnąć nowych klientów. Utrudnienia na rynku kredytowym, spowodowane zamieszaniem na globalnym rynku finansowym, w znacznej mierze ograniczyły możliwość zakupu mieszkania w II połowie roku. Najbardziej bolesny okazał się tu wymóg kapitału własnego. Obecnie mamy więc sytuację, w której zainteresowanie zakupem mieszkań jest wciąż bardzo duże, ale w większości przypadków nie dochodzi do transakcji z powodu ograniczonych możliwości finansowych nabywców.

Rynek mieszkaniowy w dużej mierze będzie zależał od rynku kredytów hipotecznych.  

Zawody najbardziej odporne na recesję

Gdy w ubiegłym roku Forbes po raz pierwszy przyjrzał się zawodom najbardziej odpornym na recesję, w USA było 8,8 miliona bezrobotnych. W październiku, liczba ta wzrosła do 10,1 miliona, a dziś (dane z 3 kwietnia) wynosi 13.2 miliona. Przy  wskaźniku bezrobocia przekraczającym 8.5%.

Wśród 500 największych, notowanych na giełdzie, przedsiębiorstw Ameryki, Forbes naliczył prawie 90 000 pracowników zwolnionych od 1 listopada. Jednak wciąż pojawiają się nowe oferty pracy, zwłaszcza dla specjalistów w dziedzinie sprzedaży, obsługi klienta i księgowości. Właśnie te profesje zajmują najwyższe lokaty w rankingu zawodów, którym recesja zaszkodziła najmniej.  

Na szczycie rankingu znaleźli się przedstawiciele handlowi i specjaliści od zwiększania sprzedaży. W ciężkich ekonomicznie czasach, firmy muszą się rozwijać, a nie chować się w kącie. Zarobki w tym sektorze zależą głównie od wypracowanej prowizji i wynoszą od 55 000 do 65 000 dolarów rocznie. Jeśli nie pociąga cię handel obwoźny towarami lub usługami, możesz spróbować zarobić na frustracji konsumentów. Zawsze pod koniec roku firmy zalewane są lawiną telefonów od klientów domagających się informacji lub zwrotu pieniędzy. Pracownicy działów obsługi klienta zajęli drugie miejsce w rankingu. Ich zarobki mieszczą się w przedziale od 25 000 do 35 000 dolarów. Jeśli jesteś księgowym, ucieszy cię wiadomość, że przedstawiciele tej profesji znaleźli się na trzecim miejscu rankingu. Zarobki w tej branży wynoszą od 35 000 do 45 000 dolarów rocznie.

Na rynku pracy wciąż poszukiwani są doradcy i pracownicy socjalni. W zawodach tych można uzyskać wynagrodzenie od 35 000 do 45 000 dolarów rocznie, a Jobfox sklasyfikował je na czwartym miejscu swojej listy. Jeśli interesujesz się nowoczesnymi technologiami, możesz zatrudnić się w zawodzie z 5. miejsca na liście i poświęcić się programowaniu i rozwojowi aplikacji komputerowych. Zawód programisty należy do najlepiej opłacanych profesji w rankingu, z wynikiem od 75 000 do 85 000 dolarów rocznie. Nowością na opracowanej przez Jobfox liście 25 zawodów niewrażliwych na recesję są usługi administracji medycznej (miejsce 18), zabezpieczenia technologii informatycznych (miejsce 20), kadra akademicka (miejsce 22), zarządzanie produktami (miejsce 23) i HR/Human Resources (miejsce 25). 

Świńska grypa groźna także dla gospodarki

swinkaBiura podróży, przewoźnicy oraz producenci mięsa ucierpią najbardziej.  

Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła piąty stopień zagrożenia pandemią tzw. świńskiej grypy. To nakłada na kraje pełną gotowość do stawienia czoła niekontrolowanemu wybuchowi zachorowań. Sytuacja jest poważna. Wirus A/H1N1, który rozprzestrzenia się po całym świecie, dotarł już także do Europy. Unijny komisarz ds. zdrowia przyznał nawet, że z pewnością dojdzie do śmiertelnych przypadków na Starym Kontynencie. 

W Meksyku, gdzie jak dotąd wirus atakował najczęściej, sytuacja jest tak zła, że nawet wszystkie zaplanowane na weekend mecze, od ekstraklasy do trzeciej ligi, odbyły się bez udziału kibiców. 

Z powodu paniki i niechęci konsumentów do wieprzowiny stracić mogą producenci, jeśli spadnie sprzedaż tego mięsa. 

Jednak niesłuszne jest wiązanie zachorowań ze spożyciem wieprzowiny. Na terenach, gdzie pojawiły się zachorowania ludzi, nie odkryto przypadku zakażenia zwierząt. A więc nie ma powodu wprowadzania specjalnych środków zapobiegawczych w obszarze międzynarodowego handlu wieprzowiną i jej przetworami oraz podawania do wiadomości, że konsumpcja produktów wieprzowych wiąże się z ryzykiem zakażenia. 

Stek bzdur

Szef tanich irlandzkich linii lotniczych Ryanair, Michael O’Leary, oświadczył, że świńska grypa jest “stekiem bzdur”, wykorzystywanych przez przywódców politycznych, żeby odciągnąć uwagę od kryzysu gospodarczego.

O’Leary powiedział na konferencji prasowej w Madrycie, gdzie przedstawiał nowe połączenia realizowane przez jego linie, że “cała ta historia ze świńską grypą” daje politykom “wymówkę, żeby debatować o innych sprawach niż źle zarządzana gospodarka i kryzys”. Odpowiedział w ten sposób na pytanie o zgłoszoną dzień wcześniej przez Francję propozycję, by zawiesić połączenia lotnicze między Unią Europejską a Meksykiem.

- Dużo więcej ludzi w Europie zginie dziś w wypadkach drogowych niż na świńską grypę, ale jakoś nie widzę, by władze francuskie czy europejskie robiły coś, by zakazać ludziom korzystania z dróg - kontynuował znany z kontrowersyjnych wypowiedzi O’Leary.

Nie tylko on, w sieci takich jak poniższa informacji krążyć zaczyna coraz więcej.

Śmiała teza

Trochę więcej informacji na temat świńskiej grypy, których próżno szukać w mediach:

Choroba rozwija się w Meksyku od stycznia i te 146 osób które zmarły… zmarły w okresie czterech miesięcy, a nie ostatnich dni. Ponadto, osoby które zmarły nie były badane czy na pewno zmarły zakażone wirusem A/H1N1. Zdołano to udowodnić w stosunku do 26 ofiar.

Wszystkie osoby które zaraziły się w USA, wyzdrowiały i czują się dobrze.

Przy zachorowaniach na grypę nikt nie prowadzi statystyki przez jaki szczep grypy chory jest zarażony. Jeżeli przechodziłeś kilka razy przez tę chorobę to prawdopodobnie byłeś już zakażony szczepem H1N1.

Lekarstwo na świńską grype produkują dwa światowe koncerny medyczne, firma ROCHE-Tamiflu i GLAXO - Relenza … ceny leków nie są niskie… 10 tabletek to 90 dolarów.

Firmy te przyznały, że już rozpoczęły znacznie zwiekszoną produkcję tych leków…  

W związku z kryzysem firmy te miały słabe wyniki finansowe, a tylko wczoraj ich akcje skoczyły po 5-6 %.

Kilka osób wróciło wczoraj z Meksyku do Niemiec z gorączką i już zrobił się wielki medialny szum.

Prawie wszystkie samoloty do Meksyku lataja z Europy przez Niemcy i Hiszpanię. 7 do 10 samolotów codziennie przylatuje do Niemiec z Meksyku, razy 200 osób na pokładzie to mamy ok.  1500 osób, czy nie wydaje się zatem dziwne, że tylko dwie osoby wróciły z gorączką?

Afera z grypą wybuchła w momencie kiedy zachorowali Amerykanie. W Boliwi panuje teraz znacznie gorsza choroba DENGA … ale o tym niktnic nie mówi.

USA i świat nie bardzo radzą sobie z kryzysem…  więc mamy teraz świetny temat zastępczy… (słyszałeś w ostatnich dniach coś na temat kryzysu?).

Głos rozsądku?

W serwisie Wirtualnej Polski pojawił się tekst Jarosława Gugały który w pewien sposób potwierdza powyższą tezę.

 Od co najmniej dwóch tygodni media na całym świecie trąbią na alarm z powodu tak zwanej świńskiej grypy. Gdyby w ocenie ważności spraw kierować się liczbą publikacji, można by mieć wrażenie, że jest to najpoważniejszy problem ludzkości. Tymczasem prawda wygląda tak, że w tym czasie potwierdzonych przypadków zarażenia wirusem grypy A/H1N1 było na całym świecie zaledwie około tysiąca. Zmarło zaś tylko 26 osób. Tymczasem według światowych statystyk co roku na grypę i jej powikłania umiera na świecie od 500 tysięcy do miliona osób. 

W samym Nowym Jorku umiera od tysiąca do dwóch tysięcy ludzi. Więc dlaczego przejmujemy się czymś tak statystycznie nieznacznym? W doniesieniach mieszają się wciąż ze sobą wykluczające się opinie. Eksperci alarmują, że wirusem świńskiej grypy może się zarazić 40% populacji ludzkiej. Jednocześnie pojawiają się doniesienia, że choroba na ogół przebiega łagodnie i łatwo poddaje się leczeniu. Jednak z jakichś powodów Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła piąty w sześciopunktowej skali stopień zagrożenia pandemią grypy a jej eksperci uważają, że ogłoszenie najwyższego stopnia jest nieuchronne… 

Takie opinie nakręcają zainteresowanie mediów - a co za tym idzie również zainteresowanie publiczności. Skoro nie ma twardych faktów, to czym można wytłumaczyć tak wielką histerię? Kto ją wywołuje i po co? Dlaczego miliardy ludzi na całym świecie dają się na to nabierać? Dlaczego media tak chętnie podchwytują deklaracje ekspertów? Dlaczego potrafią pozostawać obojętne na miliony umierających na rozmaite choróbska mieszkańców wszystkich kontynentów a dostają amoku na wieść o 26 osobach? Prostych odpowiedzi na te pytania nie ma, ale odrobina krytycznego myślenia może nas uchronić przed popadnięciem w całkowitą paranoję i utratą resztek zdrowego rozsądku. Więc po kolei… 

Aferę zaczęli eksperci ze Światowej Organizacji Zdrowia. Dlaczego? Bo oni zajmują się globalnymi plagami ludzkości i jak już coś przykuwa ich uwagę – to musi mieć rozmiary globalne. Grypa i jej coraz częstsze mutacje – to jest globalny problem, bo wirusy z łatwością przekraczają granice i od wielu lat ta choroba jest przyczyną śmierci milionów istnień ludzkich. 

Można więc bez specjalnego zastanowienia bić na trwogę w dzwony, bo to lepsze niż milczenie wobec ewentualnej epidemii, której skutki są trudne do przewidzenia. 

O nadmierną zapobiegliwość nikt nikogo nie oskarży. Zlekceważenie problemu – może być końcem niejednej pięknej kariery naukowej sowicie opłacanej przez ONZ. Dlatego należy alarmować o wszystkim, co tylko może być groźne. Najlepiej jeśli media się tym nie zainteresują. Jeśli jednak – jak w przypadku świńskiej grypy – podchwycą ochoczo ten temat, zawsze można później łagodzić opinie, cierpliwie tłumaczyć a nawet apelować o rozsądek. 

I czekać na sugestie producentów sprzętu czy lekarstw do zwalczania grypy. W globalnej wiosce plotki rozchodzą się bardzo szybko. Kilka miliardów jej mieszkańców – to potencjalni klienci. Z łatwością można sobie wyobrazić, że globalne zapotrzebowanie na jakiś instrument czy lek - to niewyobrażalne idące w miliardy potencjalne zyski na wiele miesięcy a może i lat… 

Nie byłoby światowej paniki i histerii bez udziału mediów. Dlaczego media tak bezkrytycznie podchodzą do tego typu sensacji? Bo utrzymywanie w podwyższonej gotowości publiki, sięgającej masowo po gazety, radio, telewizję i internet – to również gwarancja większych obrotów i zysków.

Media nie mają więc powodu, żeby uspokajać nastroje. Wręcz przeciwnie. Im większe zamieszanie i panika - tym większa konsumpcja mediów. To taka samo nakręcająca się spirala. Nieoceniona zwłaszcza w ciężkich czasach kryzysu, bijących silnie w najpotężniejsze nawet medialne korporacje.  

Nikt nie kupi gazety, w której każdy artykuł będzie przekonywał, że wszystko jest pod kontrolą i że nie ma się czym przejmować. Na tym polega paradoks mediów. Jako ich odbiorcy chcemy żeby informowały nas przede wszystkim o tym, co oburza, szokuje i przeraża. Nie chcemy mediów nudnych. Pragniemy sensacji i silnych wrażeń. I tu znowu paradoks – dzięki temu właśnie można w mediach napisać artykuł o tym jak bezsensowna jest medialna pogoń za sensacją…  

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1