Niepewność. To słowo najlepiej określa obecny rok. Spowolnienie w gospodarce jest pewne, nikt tylko nie wie, jak będzie ono głębokie. Wiele wskazuje na to, że w głęboką recesję nie wpadniemy.
Nadzieje te mogą przekreślić jednak strach banków przed udzielaniem kredytów oraz napędzane przez katastroficzne prognozy obawy konsumentów przed wydawaniem pieniędzy.
Kryzys jest w głowach, dlatego przewidywania, co będzie się działo w gospodarce w tym roku, są wyjątkowo trudne. Analitycy CASE wybrnęli z tego zadania w ten sposób, że przedstawili dwa alternatywne scenariusze.
Motorem wzrostu gospodarczego w najbliższym czasie będzie konsumpcja, spodziewać się można natomiast ostrego wyhamowania inwestycji.
- Kryzys wpływa na spowolnienie konsumpcji i inwestycji. To pierwsze zjawisko pokazują dane dotyczące sprzedaży detalicznej - o ile w pierwszym półroczu 2008 r. rosła ona w tempie 17,6 proc., o tyle już w kolejnych miesiącach ub. roku jej dynamika spadła poniżej 10 proc. To jest zapowiedź spowolnienia konsumpcji.
Jak spowolnienie widać z perspektywy praktyków? Jednym z najlepszych punktów obserwacyjnych są firmy zajmujące się ubezpieczaniem wierzytelności.
- Obserwujemy zaczynające się problemy z płynnością firm. Głównie dotyczy to przypadków z niektórych branż, takich jak motoryzacyjna, budowlana czy stalowa, i powiązanych z nimi obszarów.
Na gorszą koniunkturę nałożył się jeszcze kryzys na rynkach finansowych, który powoduje, że bardzo wzrósł koszt pieniądza, a dostęp do niego jest utrudniony. Wiele zadłużonych firm, działających w sektorach o podwyższonym ryzyku, musi się liczyć ze wzrostem kosztów finansowania. Nie wszystkie na to stać i w efekcie niektóre z nich niestety nie są w stanie poradzić sobie z obsługą zadłużenia. Z jednej strony nie sprzyja im rynek, bo jest dekoniunktura, a z drugiej instytucje finansowe zaniepokojone sytuacją w tych firmach zmieniają warunki finansowania. Wówczas dochodzi do sytuacji kryzysowych, w których czasami jedynym wyjściem jest ogłoszenie niewypłacalności.
Pogorszenie koniunktury nie jest jednak efektem zawirowań międzynarodowych, lecz wynika z cyklu gospodarczego.
- Nasilenie histerycznych nawoływań do “ratowania” gospodarki nie ma uzasadnienia. Przewidywane spowolnienie gospodarki ma naturalne, cykliczne przyczyny i było już sygnalizowane wtedy, gdy nikomu u nas nie śniło się o kryzysie finansowym. Dane statystyczne i wiedza o gospodarce pozwalają stwierdzić, że zmierzamy ku spowolnieniu, nie zaś recesji - uważa profesor Jan Winiecki, główny ekonomista banku WestLB Polska.
Przyznaje, że będzie ono większe niż wcześniej przewidywane, ale krytykuje katastroficzny ton, w którym ostatnio przewiduje się najbliższą przyszłość. Przekonuje, że dane dotyczące np. produkcji przemysłowej, budownictwa czy tempa wzrostu płac nie potwierdzają póki co generalnego załamania trendów. To, co jednak niepokoi najbardziej, to zaskakująca dynamika kryzysu.
Patrząc na wyniki badania koniunktury widać, że spośród głównych sektorów gospodarki najdramatyczniej skutki spowolnienia odczuwa transport, gospodarstwa domowe oraz przemysł przetwórczy.
Lepiej - wbrew pozorom - radzą sobie banki oraz budownictwo. Chociaż w obu tych sektorach sytuacja również się pogarsza, to proces ten następuje powoli.
Na wszystkich, ale chyba szczególnie na firmy energetyczne, negatywny wpływ będzie miało pogorszenie się warunków uzyskiwania kredytów.
Załamanie inwestycji?
Jednym z najbardziej niebezpiecznych zjawisk z perspektywy całej gospodarki jest spodziewany przez wszystkich analityków spadek inwestycji firm.
Na poziom inwestycji w gospodarce wpływ będzie miało również podejście inwestorów finansowych.
To, co powstrzymuje fundusze od inwestowania, to nawet nie sam fakt, że gospodarka zwalnia, lecz niepewność, brak możliwości oceny, jak duże będzie spowolnienie. Dopiero uspokojenie sytuacji powinno spowodować powrót do inwestowania.
Wstępne szacunki wskazują, że rok 2008 był pod względem liczby i wielkości inwestycji dużo gorszy niż 2007. W 2009 roku sytuacja zacznie się poprawiać, ale dopiero rok 2010 i następne mają szanse być równie interesujące jak rok 2007. To wszystko jednak pod warunkiem, że do połowy tego roku będzie jasność co do skutków, jakie będzie miał międzynarodowy kryzys, powyciągane zostaną wszystkie “trupy z szafy” i nie będzie już obaw, że za chwilę pojawią się następne. Kryzys będzie miał również wpływ na to, w co, ewentualnie, będzie się inwestować.
Zmuszając firmy na całym świecie do oszczędności, może spowodować, że rosnąć będzie popularność inwestycji w centra BPO (business process outsourcing).
Wydaje się, że będziemy wracać do pewnego poziomu inwestycji, które w gospodarce są niezbędne - firmy będą potrzebowały kapitału, niektórzy właściciele będą sprzedawali swoje biznesy, będzie więc naturalna podaż projektów i to po niższych cenach.
Jeżeli banki wrócą do pożyczania pieniędzy, a będą musiały wrócić, to transakcje będą realizowane i to po niższych cenach.
Recepty na kryzys
Co trzeba zrobić, żeby zminimalizować wpływ kryzysu na gospodarkę? Tu analitycy zgadzają się, że kluczowe znaczenie ma podtrzymanie poziomu inwestycji.
Z badań ankietowych wynika, że przedsiębiorcy kończą już zaczęte inwestycje, ale wstrzymują się z rozpoczynaniem nowych. - Z uwagi na pozycję inwestycji w tworzeniu PKB, która jest większa niż konsumpcji, w tej dziedzinie powinny zostać podjęte działania.
Jak wskazują zarówno analitycy, jak i przedstawiciele biznesu, oprócz pakietu antykryzysowego, polegającego na ułatwieniach w dostępie do kapitału, to, czego potrzebuje gospodarka - i to szczególnie w momencie, gdy musi zmierzyć się z gorszą koniunkturą - to wielokrotnie już zapowiadanych rozwiązań usuwających bariery biurokratyczne.
Jednak największa odpowiedzialność za to, w jakim stanie gospodarka przejdzie przez kryzys, spoczywa na samych przedsiębiorstwach.
Nie będzie już cen z kosmosu!
Miejsce niepewności sprzed roku zastąpiło głębokie przekonanie o nadchodzącym pogłębieniu spadku cen nieruchomości. Ceny mieszkań i domów muszą się dostosować do nowych “niższych” możliwości nabywczych kupujących.
Ograniczenia w dostępie do kredytów hipotecznych sprawią, że popyt na nieruchomości zmniejszy się nawet o 20-30 proc. w porównaniu do 2008 r., a szacunek ten ma wkalkulowaną poprawę sytuacji w drugiej połowie roku. Jeśli jej nie zobaczymy, spadek samych transakcji i cen mieszkań może okazać się większy.
Warto też pamiętać, że poza słabszym popytem, korzystny - z punktu widzenia kupujących wpływ na kształtowanie się cen mają także inne czynniki. Spadają ceny materiałów budowlanych (m.in. stali, miedzi, ceramiki, cementu), a można spodziewać się także niższego kosztu robocizny i co wielce prawdopodobne - także gruntów budowlanych wobec zdecydowanie mniejszej aktywności deweloperów. Zatem nie tylko słabszy popyt przemawia za niższymi cenami, ale także elementy kosztotwórcze w przypadku mieszkań i domów.
Ale są też inne zmiany. Przed rokiem obawialiśmy się dalszego wzrostu oprocentowania kredytów. Teraz obserwujemy ruch w drugą stronę.
Rok 2008 można określić jako rok zmian na rynku mieszkaniowym. W latach 2006-2007, kiedy mieliśmy do czynienia z dużym ożywieniem na rynku, obserwowaliśmy kolejkę chętnych do zakupu własnego mieszkania. Banki prześcigały się w udzielaniu mieszkaniowych kredytów hipotecznych, co spowodowało wzrost rzeczywistego popytu na rynku.
Sytuację tę wykorzystali deweloperzy, którzy podnieśli swoje marże i sprzedawali lokale już na etapie projektu, a także wszyscy Ci, którzy nosili się z zamiarem sprzedaży swojego mieszkania. Teraz sytuacja zmieniła się nie do poznania. Już w I połowie 2008 roku można było zauważyć spowolnienie na rynku mieszkaniowym.
Deweloperzy zaczęli coraz częściej stosować różnego rodzaju promocje, by przyciągnąć nowych klientów. Utrudnienia na rynku kredytowym, spowodowane zamieszaniem na globalnym rynku finansowym, w znacznej mierze ograniczyły możliwość zakupu mieszkania w II połowie roku. Najbardziej bolesny okazał się tu wymóg kapitału własnego. Obecnie mamy więc sytuację, w której zainteresowanie zakupem mieszkań jest wciąż bardzo duże, ale w większości przypadków nie dochodzi do transakcji z powodu ograniczonych możliwości finansowych nabywców.
Rynek mieszkaniowy w dużej mierze będzie zależał od rynku kredytów hipotecznych.
Zawody najbardziej odporne na recesję
Gdy w ubiegłym roku Forbes po raz pierwszy przyjrzał się zawodom najbardziej odpornym na recesję, w USA było 8,8 miliona bezrobotnych. W październiku, liczba ta wzrosła do 10,1 miliona, a dziś (dane z 3 kwietnia) wynosi 13.2 miliona. Przy wskaźniku bezrobocia przekraczającym 8.5%.
Wśród 500 największych, notowanych na giełdzie, przedsiębiorstw Ameryki, Forbes naliczył prawie 90 000 pracowników zwolnionych od 1 listopada. Jednak wciąż pojawiają się nowe oferty pracy, zwłaszcza dla specjalistów w dziedzinie sprzedaży, obsługi klienta i księgowości. Właśnie te profesje zajmują najwyższe lokaty w rankingu zawodów, którym recesja zaszkodziła najmniej.
Na szczycie rankingu znaleźli się przedstawiciele handlowi i specjaliści od zwiększania sprzedaży. W ciężkich ekonomicznie czasach, firmy muszą się rozwijać, a nie chować się w kącie. Zarobki w tym sektorze zależą głównie od wypracowanej prowizji i wynoszą od 55 000 do 65 000 dolarów rocznie. Jeśli nie pociąga cię handel obwoźny towarami lub usługami, możesz spróbować zarobić na frustracji konsumentów. Zawsze pod koniec roku firmy zalewane są lawiną telefonów od klientów domagających się informacji lub zwrotu pieniędzy. Pracownicy działów obsługi klienta zajęli drugie miejsce w rankingu. Ich zarobki mieszczą się w przedziale od 25 000 do 35 000 dolarów. Jeśli jesteś księgowym, ucieszy cię wiadomość, że przedstawiciele tej profesji znaleźli się na trzecim miejscu rankingu. Zarobki w tej branży wynoszą od 35 000 do 45 000 dolarów rocznie.
Na rynku pracy wciąż poszukiwani są doradcy i pracownicy socjalni. W zawodach tych można uzyskać wynagrodzenie od 35 000 do 45 000 dolarów rocznie, a Jobfox sklasyfikował je na czwartym miejscu swojej listy. Jeśli interesujesz się nowoczesnymi technologiami, możesz zatrudnić się w zawodzie z 5. miejsca na liście i poświęcić się programowaniu i rozwojowi aplikacji komputerowych. Zawód programisty należy do najlepiej opłacanych profesji w rankingu, z wynikiem od 75 000 do 85 000 dolarów rocznie. Nowością na opracowanej przez Jobfox liście 25 zawodów niewrażliwych na recesję są usługi administracji medycznej (miejsce 18), zabezpieczenia technologii informatycznych (miejsce 20), kadra akademicka (miejsce 22), zarządzanie produktami (miejsce 23) i HR/Human Resources (miejsce 25).
Świńska grypa groźna także dla gospodarki
Biura podróży, przewoźnicy oraz producenci mięsa ucierpią najbardziej.
Światowa Organizacja Zdrowia wprowadziła piąty stopień zagrożenia pandemią tzw. świńskiej grypy. To nakłada na kraje pełną gotowość do stawienia czoła niekontrolowanemu wybuchowi zachorowań. Sytuacja jest poważna. Wirus A/H1N1, który rozprzestrzenia się po całym świecie, dotarł już także do Europy. Unijny komisarz ds. zdrowia przyznał nawet, że z pewnością dojdzie do śmiertelnych przypadków na Starym Kontynencie.
W Meksyku, gdzie jak dotąd wirus atakował najczęściej, sytuacja jest tak zła, że nawet wszystkie zaplanowane na weekend mecze, od ekstraklasy do trzeciej ligi, odbyły się bez udziału kibiców.
Z powodu paniki i niechęci konsumentów do wieprzowiny stracić mogą producenci, jeśli spadnie sprzedaż tego mięsa.
Jednak niesłuszne jest wiązanie zachorowań ze spożyciem wieprzowiny. Na terenach, gdzie pojawiły się zachorowania ludzi, nie odkryto przypadku zakażenia zwierząt. A więc nie ma powodu wprowadzania specjalnych środków zapobiegawczych w obszarze międzynarodowego handlu wieprzowiną i jej przetworami oraz podawania do wiadomości, że konsumpcja produktów wieprzowych wiąże się z ryzykiem zakażenia.
Stek bzdur
Szef tanich irlandzkich linii lotniczych Ryanair, Michael O’Leary, oświadczył, że świńska grypa jest “stekiem bzdur”, wykorzystywanych przez przywódców politycznych, żeby odciągnąć uwagę od kryzysu gospodarczego.
O’Leary powiedział na konferencji prasowej w Madrycie, gdzie przedstawiał nowe połączenia realizowane przez jego linie, że “cała ta historia ze świńską grypą” daje politykom “wymówkę, żeby debatować o innych sprawach niż źle zarządzana gospodarka i kryzys”. Odpowiedział w ten sposób na pytanie o zgłoszoną dzień wcześniej przez Francję propozycję, by zawiesić połączenia lotnicze między Unią Europejską a Meksykiem.
- Dużo więcej ludzi w Europie zginie dziś w wypadkach drogowych niż na świńską grypę, ale jakoś nie widzę, by władze francuskie czy europejskie robiły coś, by zakazać ludziom korzystania z dróg - kontynuował znany z kontrowersyjnych wypowiedzi O’Leary.
Nie tylko on, w sieci takich jak poniższa informacji krążyć zaczyna coraz więcej.
Śmiała teza
Trochę więcej informacji na temat świńskiej grypy, których próżno szukać w mediach:
Choroba rozwija się w Meksyku od stycznia i te 146 osób które zmarły… zmarły w okresie czterech miesięcy, a nie ostatnich dni. Ponadto, osoby które zmarły nie były badane czy na pewno zmarły zakażone wirusem A/H1N1. Zdołano to udowodnić w stosunku do 26 ofiar.
Wszystkie osoby które zaraziły się w USA, wyzdrowiały i czują się dobrze.
Przy zachorowaniach na grypę nikt nie prowadzi statystyki przez jaki szczep grypy chory jest zarażony. Jeżeli przechodziłeś kilka razy przez tę chorobę to prawdopodobnie byłeś już zakażony szczepem H1N1.
Lekarstwo na świńską grype produkują dwa światowe koncerny medyczne, firma ROCHE-Tamiflu i GLAXO - Relenza … ceny leków nie są niskie… 10 tabletek to 90 dolarów.
Firmy te przyznały, że już rozpoczęły znacznie zwiekszoną produkcję tych leków…
W związku z kryzysem firmy te miały słabe wyniki finansowe, a tylko wczoraj ich akcje skoczyły po 5-6 %.
Kilka osób wróciło wczoraj z Meksyku do Niemiec z gorączką i już zrobił się wielki medialny szum.
Prawie wszystkie samoloty do Meksyku lataja z Europy przez Niemcy i Hiszpanię. 7 do 10 samolotów codziennie przylatuje do Niemiec z Meksyku, razy 200 osób na pokładzie to mamy ok. 1500 osób, czy nie wydaje się zatem dziwne, że tylko dwie osoby wróciły z gorączką?
Afera z grypą wybuchła w momencie kiedy zachorowali Amerykanie. W Boliwi panuje teraz znacznie gorsza choroba DENGA … ale o tym niktnic nie mówi.
USA i świat nie bardzo radzą sobie z kryzysem… więc mamy teraz świetny temat zastępczy… (słyszałeś w ostatnich dniach coś na temat kryzysu?).
Głos rozsądku?
W serwisie Wirtualnej Polski pojawił się tekst Jarosława Gugały który w pewien sposób potwierdza powyższą tezę.
Od co najmniej dwóch tygodni media na całym świecie trąbią na alarm z powodu tak zwanej świńskiej grypy. Gdyby w ocenie ważności spraw kierować się liczbą publikacji, można by mieć wrażenie, że jest to najpoważniejszy problem ludzkości. Tymczasem prawda wygląda tak, że w tym czasie potwierdzonych przypadków zarażenia wirusem grypy A/H1N1 było na całym świecie zaledwie około tysiąca. Zmarło zaś tylko 26 osób. Tymczasem według światowych statystyk co roku na grypę i jej powikłania umiera na świecie od 500 tysięcy do miliona osób.
W samym Nowym Jorku umiera od tysiąca do dwóch tysięcy ludzi. Więc dlaczego przejmujemy się czymś tak statystycznie nieznacznym? W doniesieniach mieszają się wciąż ze sobą wykluczające się opinie. Eksperci alarmują, że wirusem świńskiej grypy może się zarazić 40% populacji ludzkiej. Jednocześnie pojawiają się doniesienia, że choroba na ogół przebiega łagodnie i łatwo poddaje się leczeniu. Jednak z jakichś powodów Światowa Organizacja Zdrowia ogłosiła piąty w sześciopunktowej skali stopień zagrożenia pandemią grypy a jej eksperci uważają, że ogłoszenie najwyższego stopnia jest nieuchronne…
Takie opinie nakręcają zainteresowanie mediów - a co za tym idzie również zainteresowanie publiczności. Skoro nie ma twardych faktów, to czym można wytłumaczyć tak wielką histerię? Kto ją wywołuje i po co? Dlaczego miliardy ludzi na całym świecie dają się na to nabierać? Dlaczego media tak chętnie podchwytują deklaracje ekspertów? Dlaczego potrafią pozostawać obojętne na miliony umierających na rozmaite choróbska mieszkańców wszystkich kontynentów a dostają amoku na wieść o 26 osobach? Prostych odpowiedzi na te pytania nie ma, ale odrobina krytycznego myślenia może nas uchronić przed popadnięciem w całkowitą paranoję i utratą resztek zdrowego rozsądku. Więc po kolei…
Aferę zaczęli eksperci ze Światowej Organizacji Zdrowia. Dlaczego? Bo oni zajmują się globalnymi plagami ludzkości i jak już coś przykuwa ich uwagę – to musi mieć rozmiary globalne. Grypa i jej coraz częstsze mutacje – to jest globalny problem, bo wirusy z łatwością przekraczają granice i od wielu lat ta choroba jest przyczyną śmierci milionów istnień ludzkich.
Można więc bez specjalnego zastanowienia bić na trwogę w dzwony, bo to lepsze niż milczenie wobec ewentualnej epidemii, której skutki są trudne do przewidzenia.
O nadmierną zapobiegliwość nikt nikogo nie oskarży. Zlekceważenie problemu – może być końcem niejednej pięknej kariery naukowej sowicie opłacanej przez ONZ. Dlatego należy alarmować o wszystkim, co tylko może być groźne. Najlepiej jeśli media się tym nie zainteresują. Jeśli jednak – jak w przypadku świńskiej grypy – podchwycą ochoczo ten temat, zawsze można później łagodzić opinie, cierpliwie tłumaczyć a nawet apelować o rozsądek.
I czekać na sugestie producentów sprzętu czy lekarstw do zwalczania grypy. W globalnej wiosce plotki rozchodzą się bardzo szybko. Kilka miliardów jej mieszkańców – to potencjalni klienci. Z łatwością można sobie wyobrazić, że globalne zapotrzebowanie na jakiś instrument czy lek - to niewyobrażalne idące w miliardy potencjalne zyski na wiele miesięcy a może i lat…
Nie byłoby światowej paniki i histerii bez udziału mediów. Dlaczego media tak bezkrytycznie podchodzą do tego typu sensacji? Bo utrzymywanie w podwyższonej gotowości publiki, sięgającej masowo po gazety, radio, telewizję i internet – to również gwarancja większych obrotów i zysków.
Media nie mają więc powodu, żeby uspokajać nastroje. Wręcz przeciwnie. Im większe zamieszanie i panika - tym większa konsumpcja mediów. To taka samo nakręcająca się spirala. Nieoceniona zwłaszcza w ciężkich czasach kryzysu, bijących silnie w najpotężniejsze nawet medialne korporacje.
Nikt nie kupi gazety, w której każdy artykuł będzie przekonywał, że wszystko jest pod kontrolą i że nie ma się czym przejmować. Na tym polega paradoks mediów. Jako ich odbiorcy chcemy żeby informowały nas przede wszystkim o tym, co oburza, szokuje i przeraża. Nie chcemy mediów nudnych. Pragniemy sensacji i silnych wrażeń. I tu znowu paradoks – dzięki temu właśnie można w mediach napisać artykuł o tym jak bezsensowna jest medialna pogoń za sensacją…