Jeszcze niedawno na wyspie były puste plaże, las palm kokosowych, kilku zadowolonych tubylców i garstka hipisów. Dziś Boracay zamienia się w nowe Phuket. Wzdłuż wybrzeża wyrastają eleganckie ośrodki turystyczne, po zatoce śmigają windsurferzy, a zabawa na plaży trwa do białego rana.
Jeśli chcecie trafić do słynnego baru Jungle, nie szukajcie go w okolicach White
Beach, najpopularniejszej plaży na wyspie Boracay, gdzie do niedawna był centralnym punktem okolicy. Lokal został bowiem przeniesiony w inne, tańsze miejsce. Teraz najłatwiej dotrzeć do niego motorikszą, jadąc w stronę plaży Bulabog. Kiedy miniecie ciąg bambusowych szałasów, rozglądajcie się za kolorowymi latarniami zwisającymi z drzew kokosowych. Dzięki nim ten egzotyczny bar przypomina dziwaczny obóz partyzancki inspirowany filmami Tima Burtona. Na barze drzemie kogut Pedro. Półnadzy Filipińczycy zajadają grillowaną rybę. Nazw koktajli za 10 dolarów wolę nie przytaczać, by nie siać zgorszenia. W miejscu, gdzie każdy fan Boba Marleya poczuje się jak u siebie, brakuje tylko bębniarzy.
Taką swobodną atmosferę coraz trudniej jest dziś znaleźć na Boracay, maleńkiej wyspie w samym środku Filipin. W ostatnim czasie region ten przechodzi metamorfozę z mało znanego tropikalnego zaścianka w jeden z najmodniejszych punktów na turystycznej mapie Azji Południowo-Wschodniej. Dlatego Jungle Bar, dawniej mieszczący się przy głównym deptaku White Beach, z powodu zbyt wysokich cen musiał się w tym roku przenieść w okolice ustronnej zatoczki na drugim krańcu wyspy.
Filipińskie ministerstwo turystyki postanowiło wypromować cenne skarby przyrody i ściągnąć na archipelag większą liczbę turystów. Dotychczas pojawiały się tu głównie koreańskie pary w podróży poślubnej, a w weekendy na urokliwe wybrzeża zjeżdżali mieszkańcy Manili. Boracay z rozległymi, piaszczystymi plażami i wspaniałymi rafami koralowymi, jest klejnotem w koronie filipińskich wysp i potencjalną żyłą złota.
– Chcą tu zrobić drugą Tajlandię – komentuje 34-letnia Margaux Palau, instruktorka jogi i nurkowania. – Moim zdaniem na Boracay jest znacznie fajniej, ale też dalej dla większości turystów. Dlatego wyspa wciąż jest mało znana – tłumaczy Palau.
Ale to się zmienia. W pierwszym kwartale tego roku, w szczycie sezonu turystycznego na Filipinach, liczba obcokrajowców odwiedzających wyspy wzrosła o 8 proc. w porównaniu z tym samym okresem ubiegłego roku. Boracay, oddalona od Manili zaledwie o godzinę lotu, zanotowała 20-procentowy wzrost liczby turystów. W ubiegłym roku wyspa gościła 650 tysięcy osób, co było najwyższym wynikiem w historii.
Większość atrakcji wyspy można znaleźć przy White Beach, pięciokilometrowym pasie miękkiego piasku, wzdłuż którego ciągną się kępy rozkołysanych palm. Ta
część lądu najbardziej upodobniła się do znanych tajskich kurortów z masażystkami, bufetami typu “zjedz, ile możesz” oraz ośrodkami wczasowymi, w których jest więcej wodospadów niż na Amazonce.
Rosnąca liczba ludności oraz szalone tempo rozwoju sprawiły, że na wyspie pojawiły się nowe drogi. Powstaje objazd, który ma odciążyć zakorkowane ulice. Planowana jest także rozbudowa najbliższego lotniska w miejscowości Caticlan, którą od Boracay dzieli jedynie krótki rejs promem.
Proste chatki plażowe, służące jako punkty gastronomiczne dla turystów z plecakami, ustępują miejsca eleganckim ośrodkom wczasowym ze wszelkimi możliwymi wygodami. Chatki w kurorcie Nami, przypominające domki na drzewie, zostały w ubiegłym roku otoczone przez osiedle Shangri-La, które ma własną lagunę.
Wprawdzie nadal dominuje strój plażowy – obowiązkowe klapki i luźne hawajskie koszule – lecz można także spotkać kobiety wytrwale kroczące po zapiaszczonym drewnianym deptaku w szpilkach.
Jednak szmaragdowo-błękitne wody wokół wyspy potrafią uszczęśliwić każdego. Rankiem można uprawiać kitesurfing, po południu dać nura do podwodnej jaskini albo wraku statku, a o zachodzie słońca pozwiedzać okoliczne wysepki wodną taksówką złapaną przy plaży. Nie ma chyba takiego sportu wodnego, którego nie można znaleźć na Boracay, choćby to miały być regaty smoczymi łodziami.
Na lądzie też jest sporo atrakcji. Za centrum handlowym D’Mall, labiryntem straganów z koszulkami w samym środku wyspy, znajduje się wypożyczalnia motocykli. Można stąd ruszyć na przejażdżkę na północ, w stronę plaży Puka – cudownej, ustronnej zatoczki, której kłujący piach to w rzeczywistości dywan z muszli ślimaków. Miłośnikom mocnych wrażeń polecam zejście z latarką, w towarzystwie młodego przewodnika do pobliskiej wapiennej jaskini. Zobaczymy tu piskliwe nietoperze i wijące się węże (radzę włożyć zwykłe buty zamiast klapek, bo jest ślisko).
Mniej ruchliwa strona wyspy, w okolicach plaży Bulabog, również jest godna polecenia. Wprawdzie w słonawych wodach nie bardzo można pływać, ale jednostajne wiatry i płytkie zatoczki tworzą doskonałe warunki do uprawiania kitesurfingu i windsurfingu.
Wspaniałym zwieńczeniem dnia na wodzie będzie szklaneczka koktajlu. Promocje “happy hour” wzdłuż całej White Beach, z pieczoną świnią, popisami połykaczy ogni i śpiewami karaoke, są tu niemal takim samym rytuałem jak niedzielna msza.
– Nigdzie na całych Filipinach nie ma takiego życia nocnego jak na Boracay – zapewnia DJ Surf, grający w jednej z przybrzeżnych knajpek. – Ale widziałem zdjęcia wyspy z czasów, kiedy nic tu nie było, tylko pusta plaża, las palm kokosowych, paru zadowolonych tubylców i grupa hipisów, którzy wciąż tu są – dodaje 25-latek z wytatuowaną klatką piersiową.
Jednym z tych hipisów jest Joey Gelito, Filipińczyk znany lepiej jako Kapitan Joey. Na Boracay mieszka od 1989 roku. Dzięki długim, czarnym włosom, mocnym kościom policzkowym i naszyjnikowi z muszli, ten 44-letni mężczyzna z powodzeniem udaje pirata. Obwozi turystów wokół wyspy swą czerwoną łodzią strażacką, chłodząc swoich klientów piwem San Miguel. Przejażdżka kończy się grillowaniem na plaży.
Kapitan Joey cieszy się z większego ruchu w interesie, choć przeszkadzają mu rosnące wokoło budowle. – Trzymam się blisko plaży, żeby uniknąć hałasu – mówi zachrypniętym głosem.
– Wiem, że niektórzy sądzą, że na Boracay powstaje zbyt dużo ośrodków i osiedli, ale ja się z tym nie zgadzam – polemizuje z Kapitanem DJ Surf. – Zajmuję się rozrywką, więc rozwój oznacza więcej pracy. Im więcej jest ludzi na wyspie, tym większą frajdę sprawia mi rozgrzewanie ich do tańca – tłumaczy DJ Surf.
Lionel Beehner









