Tag Archive | "moralność"

Dostawcy życia

Tags: , ,

Dostawcy życia


Dawstwo narządów to najcenniejszy dar, ratujący ludzkie życie. Politycy dążą do podniesienia świadomości społecznej i zwiększenia liczby przeszczepów. Łatwo przy tym zapominają, jakie dylematy moralne przeżywa rodzina potencjalnego dawcy.
Szykowali się do wyjścia ze szpitala, gdy lekarze rzucili im na odchodnym to dramatyczne pytanie i poprosili, aby dokładnie przemyśleli odpowiedź. Jak można żądać od rodziców podjęcia decyzji w chwili, kiedy ich córka walczy ze śmiercią? Skąd mogą wiedzieć, co jest słuszne, a co błędne? Nie mieli żadnego wsparcia w tej trudnej chwili, gdy ziemia usuwała się im spod nóg i zacierała się granica między życiem a śmiercią.

przeszczepLekarze zapytali rodziców Marii, czy wyrażają zgodę na pobranie organów od córki.
Od tamtego wydarzenia minęło wiele lat. Marii dawno nie ma wśród żywych. Mimo upływu czasu tragiczny wypadek ciągle przywołuje bolesne wspomnienia. Sylke Hage drżącym głosem opowiada o córce. Obrazy z przeszłości są nadal żywe, chwilami matka odnosi wrażenie, że dziewczynka za chwilę pojawi się w drzwiach hotelu. Maria chętnie się śmiała, rankiem budziła młodszego brata, jak lwica broniła swego piętrowego łóżka przed nieproszonymi gośćmi. Często myślała i zachowywała się jak osoba dorosła. Za tę chęć niesienia pomocy słabszym i potrzebującym dzieciaki wołały na nią “Matka Teresa”.
A potem Maria umiera na szpitalnym łóżku, a lekarze komunikują rodzicom, że nie są w stanie nic więcej zrobić.
To stara prawda, że śmierć jest przeciwieństwem życia, a zdrowy, szczęśliwy człowiek nigdy nie zrozumie bliźniego, dot- kniętego nieszczęściem. W naszym życiu zdarzają się tragedie, w których niewyobrażalne cierpienie jednego człowieka oznacza ratunek dla drugiego. Może być nim serce, nerka, czy płaty wątroby. W Niemczech na przeszczep organu ratującego życie czeka 12,5 tys. chorych. Zdaniem polityków kolejka oczekujących jest stanowczo za długa, dlatego niemieccy parlamentarzyści zaczęli się zastanawiać, jak skrócić czas oczekiwania na przeszczep. Motywem przewodnim dyskusji jest hasło: “Dawstwo narządów oznacza życie”.
Jednocześnie nie wolno zapominać, że pobranie organów wiąże się z czyjąś śmiercią. W takich przypadkach, gdzie szczęście i nieszczęście idą ze sobą w parze, dar życia dla biorcy odbywa się kosztem tragedii dawcy. Kto pragnie poznać bolesną prawdę o dawcach organów, ten powinien koniecznie spotkać się z takimi ludźmi jak Sylke Hage, czy Gerold Söffker ordynator oddziału anestezjologii i intensywnej terapii w Hamburgu, piastujący stanowisko koordynatora do spraw przeszczepów. Lekarz opowiada o rzeczy z pozoru niemożliwej: jak pomóc rodzinie w podjęciu brzemiennej w skutkach decyzji w chwili, gdy cały świat leży w gruzach i jakich błędów uniknąć, by nie zadawać dodatkowych, niepotrzebnych cierpień.
Spotykamy się pod koniec lata, u progu jesieni. Z okien hotelowej restauracji widać pusty przystanek autobusowy. Sylke Hage jest ostatnim gościem w sali śniadaniowej. Usiadła w rogu sali. Jej piękna, smagła twarz wyraża najwyższe skupienie. - Podobno nasz mózg potrafi blokować niechciane wspomnienia - mówi. Pewnie dlatego tak niewiele pamięta z wydarzeń poprzedzających wypadek córki. Ostrożnie wraca wspomnieniami do pewnego słonecznego czwartku w lutym.
Sylke Hage jedzie asfaltową serpentyną do przedszkola. Nazwa miasta i czas opisywanych wydarzeń muszą pozostać anonimowe, bo wszystkie szczegóły dotyczące dawców są pilnie strzeżoną tajemnicą. Imię i nazwisko naszej bohaterki także zostało zmienione. Z radia samochodowego sączy się cicha muzyka i nic nie zakłóca dobrego nastroju Sylke Hage. Od samego rana zapowiadał się fajny dzień. Dzieci nie kaprysiły, dały się ubrać bez zbytniego ociągania. Przed południem pojawiły się pierwsze, nieśmiałe promienie słońca, a grupa przedszkolaków, do której chodziła Maria, mogła nareszcie pobawić się w ogrodzie - w piaskownicy, na zjeżdżalni i jak się później okazało także na drzewach. Po południu matce udało się punktualnie wyjść z biura. - To było dla mnie bardzo ważne, bo dzień wcześniej córka robiła mi wymówki, że za późno odebrałam ją z przedszkola - wspomina. Maria nigdy nie lubiła, gdy wystawiano jej cierpliwość na zbyt długą próbę.

Matce zaprzątniętej pracą zawodową i wychowaniem dwójki małych dzieci jazda samochodem dawała chwile rzadkiego wy- poczynku - pozwalała uporządkować myśli, odsapnąć w ciszy i spokoju. Sylke Hage spokojnie pokonywała zakręt za zakrętem w pierwszych promieniach wiosennego słońca, gdy nagle na dole wzniesienia rozległ się dźwięk syreny karetki ratunkowej. Kobieta zdążyła tylko pomyśleć, że kierowca ma do pokonania niebezpieczny odcinek drogi. Potem jej myśli zaczęły krążyć wokół córki. - Maria miała trzy latka, kiedy podczas jazdy autostradą zobaczyła karetkę ratunkową - opowiada. Dziewczynkę zafascynowało niebieskie światło pulsacyjne, zawrotna prędkość i ludzie siedzący w środku karetki. - Pewnego dnia oświadczyła: mamo, jak będę duża zostanę lekarką i będę pomagać ludziom - wspomina Sylke Hage.
Rozmyślania matki przerywa donośny dźwięk pędzącej karetki. Sylke Hage czuje, że wzbiera w niej nieokreślony strach i machinalnie dodaje gazu. Po przyjeździe do przedszkola widzi zaparkowaną przed wejściem karetkę pogotowia.
- Wszyscy dziwnie na mnie patrzyli - opowiada. Niektóre wychowawczynie na jej widok szeptały coś cicho między sobą. Do uszu matki dobiegają bezładne słowa: kaptur, nieszczęśliwy wypadek, drzewo. Ktoś prowadzi Sylke Hage do pokoju dla personelu. W uchylonych drzwiach widzi zsiniałą nóżkę Marii. - Nie mogę sobie darować, że nie odważyłam się wejść do środka - stwierdza. Pamięta jak przez mgłę panikę i szum wirników helikoptera lotniczego pogotowia ratunkowego. Budzi się z odrętwienia dopiero przy łóżku Marii na oddziale intensywnej terapii.
organ_donorOddział oddano do użytku dwa lata temu - nowoczesne wyposażenie, oślepiające bielą ściany, niebieskie parapety z akrylu udekorowane doniczkami z kwitnącymi storczykami. Reszta przypomina dobrze wszystkim znaną rzeczywistość szpitalną: zabiegane pielęgniarki, poddenerwowani lekarze, kredowobiali pacjenci i zapuchnięte od płaczu rodziny. Sylke Hage przeżyła podobną gehennę. Wprawdzie córka leżała w zupełnie innym szpitalu, ale dla porównania warto odwiedzić hamburską klinikę uniwersytecką w dzielnicy Eppendorf, gdzie ordynator Gerold Söffker z dumą oprowadza po nowo otwartym oddziale. Żaden kraj związkowy nie może poszczycić się tak dużą liczbą dawców, co Hamburg - na milion mieszkańców przypada 34 dawców, średnia krajowa wynosi 15,9. Rekordowa liczba dawców wynika z wielkości hamburskiej aglomeracji, skutecznych kampanii uświadamiających i nowoczesnych oddziałów szpitalnych, gdzie odbywa się skomplikowana procedura pobrania narządów.
Wysoki odsetek dawców jest także efektem zaangażowania takich lekarzy jak 41-letni Gerold Söffker. Ordynator o uśmiechu czającym się w kącikach ust, od dwóch lat zajmuje stanowisko koordynatora do spraw przeszczepów w klinice uniwersyteckiej. Do jego obo- wiązków należy identyfikacja i kwalifikacja pacentów trafiających do szpitala jako potencjalnych dawców narządów. Praktycznie nie ma tygodnia, aby lekarz nie poprosił jakiejś rodziny o zgodę na pobranie organów od zmarłego bliskiego. Doskonale zdaje sobie sprawę, że to “dramatyczne pytanie, zadane w najtrudniejszym momencie życiowym”. Zanim lekarz pójdzie do sterylnego, nieprzytulnego gabinetu dodaje: – Najtrudniejsze jest nie tyle samo pytanie. W końcu doświadczony lekarz musi nauczyć się znieść jego ciężar. - Najgorsze w procedurze donacji narządów jest to, że tak naprawdę najważniejszy nie jest pacjent, lecz jego organy - stwierdza. Nie każdy lekarz potrafi pogodzić się z faktem, że wywiera presję na rodzinę pogrążoną w rozpaczy i domaga się od nich podjęcia decyzji na wagę ludzkiego życia. Gerold Söffker radzi sobie z tymi wyzwaniami całkiem nieźle, bo traktuje pracę koordynatora bardziej jako szansę niż obciążenie. - Nie jesteśmy w stanie zdjąć z rodziny ciężaru decyzji, ale możemy im pomóc w jej podjęciu - tłumaczy lekarz. Liczba transplantacji z pewnością zwiększy się, jeśli dyrekcja każdego szpitala stworzy etat koordynatora do spraw przeszczepów. Niestety, większość placówek szpitalnych nie widzi konieczności stworzenia tego rodzaju stanowiska, choć eksperci od lat domagają się, aby w każdym szpitalu pracował koordynator odpowiedzialny za donację narządów.
Gerold Söffker usiadł w swoim biurze. Jego twarz emanuje pogodą mimo wagi poruszanego tematu. Wewnętrzna pogoda ducha jest cennym atutem, pomaga zbudować płasz- czyznę porozumienia w czasie trudnych rozmów z rodziną potencjalnego dawcy. Najczęściej lekarz zaczyna rozmowę od rozważań natury filozoficznej. Pyta rozmówców, czy także są zdania, że nieodłącznym elementem ludzkiej egzystencji jest wolna wola, samodzielne działanie i myślenie. - Większość osób udziela odpowiedzi twierdzącej - mówi Gerold Söffker. Wtedy koordynator zadaje pytanie, czy niepowtarzalność ludzkiej egzystencji ogranicza się jedynie do sprawnego układu krążeniowego, czy wydalniczego. - Większość osób zaprzecza - kontynuuje lekarz. Wówczas Gerold Söffker przechodzi do faktów: objaśnia na czym polega śmierć pnia mózgu, że człowiek w stanie śmierci mózgowej nie jest w stanie nawet samodzielnie oddychać. - Muszę postępować z ogromnym wyczuciem i taktem - przyznaje lekarz. Tylko w ten sposób doprowadzi do tego, że jego rozmówcy sami zapytają: “Co będzie dalej?”. Lekarz zaś odpowiada pytaniem na pytanie: “Czy rozmawiali Państwo ze swym bliskim za jego życia na temat przekazania organów do przeszczepu?”.
Gdy Sylke Hage zobaczyła nieprzytomną córkę, coś w niej pękło i rzuciła się z powrotem do wyjścia. Minęły cztery dni od przetransportowania helikopterem nieprzytomnej córki. W szpitalu natychmiast podjęto długą reanimację. Przez cztery dni pielęgniarki sprawdzały, czy podłączona do różnych rurek i przewodów Maria reaguje na bodźce zewnętrzne, plotły jej włosy w śmieszne warkoczyki i prosiły matkę, aby nie płakała na korytarzu, bo to źle wpływa na innych pacjentów. Poza tym nikt z nią nie rozmawiał, nie dodał otuchy od dnia tragicznego wypadku. Nie wiadomo, ile czasu córka wisiała na drzewie, rosnącym obok zjeżdżalni.
Wychowawczynie z przedszkola nie zauwa- żyły, jak wspięła się po pniu, poślizgnęła, a spadając zahaczyła kapturem o kikut gałęzi i udusiła własną kurtką.
- Do niedzieli tliła się iskierka nadziei, że córka będzie głęboko upośledzona, ale przeżyje - wspomina Sylke Hage. Niespodziewanie, w niedzielę temperatura ciała Marii spadła do 34 stopni. Matka opowiada, że w tej samej chwili “poczuła, jak dusza opuściła ciało córeczki”. Lekarze postawili diagnozę: śmierć mózgowa, a potem zadali to straszne pytanie w najgorszej z możliwych chwil. Tymczasem Maria oddychała, miała wyczuwalny puls i wyglądała, jakby była pogrążona w głębokim śnie.
Wprawdzie jej serce ciągle biło, ale dusza odeszła na zawsze. Ciało Marii było jeszcze ciepłe, gdy lekarze poprosili rodziców, aby rozważyli możliwość przekazania narządów córki do przeszczepu. Gerold Söffker stara się wytłumaczyć najbliższym, że ukochana osoba nigdy nie odzyska przytomności. - Z racjonalnego punktu widzenia to najtrudniejsza część mego zadania - stwierdza lekarz. Ma wyjaśnić, że aparatura będzie wentylowała zwłoki do chwili podjęcia decyzji o pobraniu organów. Potem urządzenia zostaną odłączone. Lekarz kręci smutno głową: – Bliscy mogą zaoszczędzić rodzinie tej bolesnej procedury, gdyby mieli przy sobie kartę dawcy organów.
Lekarz nieustannie obserwuje ogrom bólu, jaki wiąże się z wyrażeniem zgody na pobranie narządów. Proponuje szklankę wody, chwilę spaceru na świeżym powietrzu, konsultacje z innymi członkami rodziny, spokój. Wyjaśnia, że pobranie narządów nie oszpeci dawcy. Pyta bliskich, czy życzą sobie obejrzeć ciało po pobraniu organów. - Dajemy rodzinie dzień czasu do namysłu - stwierdza lekarz. Nie wolno przekonywać ludzi na siłę, wbrew ich woli. Z drugiej strony blokowanie miejsca na oddziale intensywnej terapii, tak potrzebnego innym pacjentom jest niemoralne z etycznego punktu widzenia.
Personel medyczny krząta się gorączkowo wokół Sylke Hage. - Ktoś postawił obok Marii ogromną dmuchawę, nawiewającą ciepłe powietrze - wspomina. Ktoś inny przykrył córkę kocem elektrycznym. Wszystko odbywa się szybko, rutynowo, a matka nie ma siły, żeby prosić o wyjaśnienia. - Pamiętam wszystko jak przez mgłę - przyznaje. Chwilami zastanawia się, czy personel troszczy się o dobro Marii, czy raczej o jej organy.
W głowie matki wolno przesuwały się wspomnienia. Myślała o świętach Bożego Narodzenia i oburzeniu córki, gdy usłyszała, że Święty Mikołaj nie odwiedzi wielu starych ludzi w ich wiosce. Ile wysiłku wkładała w to, żeby przygotować dla nich własnoręcznie zrobione upominki. (…) Matka ciągle słyszała głos córki, tryskający radością życia. A potem patrzyła na martwą Marię, w niczym nie przypominającą dawnego, promiennego dziecka.
Wtedy powiedziała do męża: “Wyobraź sobie, co czują rodzice dziecka, oczekującego na przeszczep. My też byśmy przyjęli każdą pomoc, gdyby Maria znalazła się w potrzebie”. Potem wzięli się za ręce i poszli do lekarza, który wcześniej zapytał ich o pobranie narządów od córki.
Oświadczyli, że się zgadzają.

Charlotte Frank

Posted in RóżneComments (0)

Zdrowie za wszelką cenę

Tags: , ,

Zdrowie za wszelką cenę


W pogoni za uczynieniem człowieka zdrowym i szczęśliwym we współczesnych laboratoriach zapomniano o człowieku.

E coli Ag Res MagBiotechnologia, o której z wielkimi nadziejami mówi się zwłaszcza w kontekście leczenia osób chorych, to najprościej wyjaśniając, połączenie nauk biologicznych i inżynieryjnych. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom w laboratoriach, przed lekarzami i pacjentami otwierają się nowe możliwości: leczenie nowotworów, terapie genowe, zastosowanie procedur medycznych z wykorzystaniem komórek macierzystych… W przypadku biotechnologii brakuje jednak roztropności.

Jeszcze nie tak dawno inżynieria genetyczna ze swoimi rozwiązaniami była tematem fantastyki naukowej. Dziś zapłodnienia in vitro, klonowanie, pozyskiwanie komórek macierzystych czy skomplikowane zabiegi chirurgiczne nikogo nie dziwią. Co więcej – współczesny świat stawia coraz więcej wymagań naukowcom, zżymając się na jakąkolwiek informację o tym, że jakieś doświadczenie nie udało się, że coś jest niemożliwe. Znacznej pewności i nowych nadziei dostarczyło zakończenie badań nad genomem ludzkim. Dzięki temu powstały nowe możliwości zastosowania badań genetycznych, które w coraz większym stopniu zaczynają wpływać na sposób, w jaki się rodzimy, chorujemy czy umieramy. Jednak odkrycie to, choć zaliczane do największych cudów świata, niesie ze sobą wiele zagrożeń. Zdaniem ks. dr. Piotra H. Kieniewicza MIC – teologa moralisty i bioetyka z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II – zagrożenia we współczesnej bioetyce istnieją na co najmniej dwu płaszczyznach. Pierwsza  związana jest z rozwojem technologicznym, druga – z coraz poważniejszym zagubieniem moralnym.

Wielkie czy złudne nadzieje?

– W medycynie zarysowują się nowe perspektywy, które są reklamowane jako przynoszące ogromne nadzieje, także wówczas, gdy te nadzieje są wyłącznie teoretyczne – mówi ks. Kieniewicz. – Tak jest np. z embrionalnymi komórkami macierzystymi, gdzie podkreśla się ich ogromny potencjał, gdy chodzi o terapię, przy czym ani jedna terapia nie jest jeszcze opracowana. Co prawda naukowcy potrafią pozyskać te komórki (kosztem życia dzieci w embrionalnej fazie ich rozwoju) i namnażać je, jednak nie umieją precyzyjnie sterować ich rozwojem. Komórki namnażają się nie tylko w pożądanym kierunku, ale także w innych, więc nie uzyskuje się wyłącznie takich komórek, jakie by się chciało. Badacze nie potrafią jeszcze ani skutecznie kontrolować, ani zatrzymać procesu, dlatego podanie takich komórek grozi wywołaniem nowotworu – wyjaśnia.

Poważną rolę w nakręcaniu swoistej spirali zagrożeń odgrywają media, budząc złudne nadzieje, ma to miejsce w przypadku terapii genowych. – To prawda, że umiemy coraz lepiej rozpoznawać niektóre geny, określać genetyczne przyczyny niektórych chorób, ale nie jesteśmy w stanie dokonywać skutecznych ingerencji w DNA w taki sposób, żeby tego dziedzictwa nie naruszyć, a jedynie naprawić. Podczas dotychczasowych prób z terapiami genowymi eksperymenty często kończyły się agresywnymi nowotworami typu białaczkowego – mówi Ksiądz Doktor. Tak naprawdę na razie niewiele wiemy o genetyce, więc nie można wizji i teorii reklamować jako już istniejących możliwości i osiągnięć.

Zachłyśnięcie się rozwojem technicznym biotechnologii i medycyny zdaje się stać u podstaw narastającego przekonania naukowców, ale i ogółu społeczeństwa, o dominacji techniki nad etyką. Wyraża się ono w powszechnym dziś przekonaniu: jeśli możemy więcej, to wolno nam coraz więcej. Z pomocą mediów wygaszane są obiekcje, jeśli chodzi np. o wykorzystanie dzieci nienarodzonych do badań i eksperymentów. Zdarza się, że w laboratoriach powołuje się do istnienia dzieci metodą in vitro wyłącznie do celów eksperymentalnych. – Ten bezkrytyczny zachwyt techniką okazuje się czymś szalenie groźnym, bo budzi w lekarzach poczucie omnipotencji, a w pacjentach postawę roszczeniową: coś mi się popsuło, trzeba to naprawić – uważa ks. Kieniewicz. – Przekonanie o tym, że dozwolone jest wszystko to, co technicznie wykonalne, często skutkuje naruszeniem godności osobowej człowieka. Niektórzy mówią, że nauka wymaga ofiar, że wielu ludzi oddało swoje życie na ołtarzu nauki. To prawda, ale nie oznacza to, że komukolwiek wolno wyznaczać, kto ma prawo do życia, a kto powinien swoje życie złożyć na ołtarzu nauki. Dzieci nienarodzone, osoby upośledzone czy chorzy w stanie wegetatywnym nie są darmowym materiałem badawczym!

Człowiek czy pieniądze?

Relatywizm moralny, odrzucenie obiektywnego porządku wartości i nieposkromiona potrzeba zawładnięcia coraz to nowymi przestrzeniami powodują, że człowiek – nade wszystko człowiek chory i słaby – staje się narzędziem służącym do zdobywania sławy i pieniędzy. – Nowoczesna medycyna to świetny biznes – mówi ks. Kieniewicz. – Schemat jest prosty: ponieważ pomagamy ludziom, możemy od nich wyciągnąć dużo pieniędzy. Siłą rzeczy zawyża się koszty wielu nowoczesnych terapii, zamykając do nich drogę wielu chorym, gdyż firmy ubezpieczeniowe nie chcą za nie płacić. Z drugiej strony, rodziny chorych organizują niekiedy wielkie akcje zbiórki pieniędzy i podejmują ryzyko zastosowania niesprawdzonych i drogich terapii w imię złudnej nadziei zwycięstwa nad chorobą i śmiercią.

Zbyt często pieniądze i wszechobecny rachunek ekonomiczny sprawiają, że chory przestaje być dla lekarza (a nade wszystko dla bezdusznego systemu opieki zdrowotnej) człowiekiem, a staje się numerem statystycznym, dla którego wybiera się nie najlepszą, ale najtańszą terapię – uważa Ksiądz Doktor. – Taka polityka zdrowotna, gdzie pieniądz jest ważniejszy od zdrowia pacjenta, prostą drogą prowadzi do okrutnych, totalitarnych rozwiązań. Po co bowiem leczyć zniedołężniałych i starych czy przewlekle chorych ludzi, jeśli eutanazja jest tańsza od opieki paliatywnej? Gdy chory człowiek przestaje być dla lekarza najważniejszy, gdy załamują się standardy moralne, dyskusje nad kształtem opieki zdrowotnej stają się walką zdrowych i silnych przeciwko słabym i potrzebującym pomocy – mówi.

W pogoni za sukcesem został zagubiony człowiek. – Zbyt często we współczesnej medycynie ważny jest rozwój wiedzy medycznej, jej stan techniczny, umiejętności lekarza, ale już nie chory – alarmuje bioetyk. – Zgubiliśmy człowieka nawet w używanej terminologii, wobec czego np. w gabinetach i laboratoriach nie mówi się: “człowiek”, “dziecko”, ale: “zarodek”, “embrion”, “płód”. Coraz częściej odmawia się statusu osoby ludzkiej tym, którzy nie spełniają określonych kryteriów, takich jak samoświadomość, zdolność do interakcji z otoczeniem. Dokonano dramatycznej redefinicji pojęcia osoby, by móc decydować, kto ma prawo żyć, a komu to prawo nie przysługuje. – To smutna konstatacja, ale trudno w tej sytuacji nie nawiązać do wspomnień wojennych i nazistowskich praktyk. Współczesna medycyna w niektórych swoich prądach zaczyna nabierać charakteru totalitarnego – przestrzega ks. Piotr Kieniewicz.

Pewna wygrana

biotechnologie2Przeciwwagą dla zagrożeń współczesnej medycyny są jej niezaprzeczalne osiągnięcia, takie jak np. terapie dorosłymi komórkami macierzystymi czy zintegrowany zespół diagnostyczno-terapeutyczny, znany pod nazwą NaProTechnology®. – Naprotechnologia jest nowoczesną procedurą medyczną, dzięki kompleksowej diagnostyce i nowoczesnym technologiom terapeutycznym pozwalającą leczyć kobiety, które dotąd były skazane na dramat bezpłodności. By jednak tak kompleksowo leczyć, trzeba zadać sobie trud pochylenia się nad cierpiącym człowiekiem i poprowadzić diagnostykę nie przez jeden dzień czy miesiąc, ale nawet przez dwa lata.

Innym osiągnięciem współczesnej medycyny jest opracowanie i stosowanie kilkudziesięciu już terapii z wykorzystaniem komórek macierzystych dorosłych. Choć trudniej takie komórki namnażać niż komórki embrionalne, ich wykorzystanie terapeutyczne przynosi wyjątkowe efekty, np. w leczeniu rozległych oparzeń. Terapia jest co prawda dość droga, ale przede wszystkim bezpieczna dla pacjenta.

– Przy rozległych oparzeniach stosuje się sztuczną skórę, taką nowoczesną tkaninę nasączoną pożywką bogatą w komórki macierzyste, która pozwala regenerować się poparzonej skórze. Zamiast przeszczepu skóra sama rośnie, a medycyna tylko wspiera ten proces.

Dzięki współczesnej biotechnologii można więc z jednej strony uratować życie człowieka, a z drugiej mu je odebrać. – Medycyna, jeżeli nie zgubi człowieka, jest w stanie dać mu znacznie więcej niż dawniej – zauważa ks. Kieniewicz. – Pytanie tylko, czy ci, którzy się medycyną parają, potrafią człowieka obronić. Czy będą mieli na tyle odwagi, by medycynę traktować jako narzędzie służące człowiekowi…

Paweł Januszewicz

•••

Studenci i absolwenci polskich uczelni, które kształcą biotechnologów ze szczególnym nachyleniem na zastosowanie jej w medycynie, odpowiadają na pytania. Zapraszamy do zapoznania się z ich wypowiedziami przyłączenia się do dyskusji:

Jakie są twoje oczekiwania co do kształcenia na kierunku biotechnologia medyczna na którym studiujesz?

Milena, studentka z Warszawy: Oczekuję nie tylko teoretycznego, ale przede wszystkim praktycznego przygotowania do zawodu. Szerokiego zakresu wiedzy w pierwszych latach nauki z ukierunkowaniem na konkretne zainteresowania później. Nie powinno jednak zabraknąć przedmiotów z innych specjalizacji, tak aby mieć ogólną wiedzę, a nie tylko z wąskiego zakresu. Przedmioty na studiach powinny być prowadzone w taki sposób, aby pokazywać praktyczne zastosowanie zdobywanej wiedzy w późniejszej karierze zawodowej.

Anna, studentka z Warszawy: Chciałabym, aby studenci mieli dużo więcej praktyk niż obecnie, dobrze byłoby zacząć je na poważnie już od pierwszego roku myślę, że dobrze by było, gdyby materiał przerabiany na zajęciach był rozłożony na większą ilość godzin, sądzę, że w ten sposób przyswajanie wiedzy jest o wiele skuteczniejsze jak nie przyjemniejsze - a i kontakt z prowadzącymi chyba byłby lepszy?

Mateusz, Gdańsk: uważam, że studia biotechnologiczne stały na wysokim poziomie i absolwenci MWB nie mieli problemów ze znalezieniem pracy za granicą. Być może przydałoby się trochę więcej praktyki podczas niektórych zajęć. Uważam jednak, że studia to za mało aby otworzyć firmę biotechnologiczną. Większość znanych mi osób prowadzących taką działalność ma przynajmniej stopień doktora. Po prostu potrzeba dużego doświadczenia laboratoryjnego, a tego studia nie zapewniają. I to właśnie w tym momencie zaczynają się problemy. Chcesz zdobyć doświadczenie, rozwijać się to wyjeżdżasz z Polski, bo tutaj ciężko robić jakieś zaawansowane projekty. Tak więc ludzie uciekają z kraju i często już nigdy nie wracają. W zakładach zaczynają się robić luki pokoleniowe. O ile w medycynie nie jest tak tragicznie to jeśli chodzi o fizykę i inne przedmioty techniczne to sytuacja jest beznadziejna. Studia biotechnologiczne powinny zapewnić studentowi zdobycie podstawowej wiedzy z zakresu: technik naukowo-badawczych stosowanych w laboratoriach biotechnologicznych, genetyki, biochemii, bioinformatyki, immunologii, biologii komórki, mikrobiologii, matematyki, biofizyki, statystyki, inżynierii bioprocesowej oraz innych przedmiotów technicznych potrzebnych do przeniesienia produkcji laboratoryjnej do skali produkcji przemysłowej, umiejętności analitycznego myślenia, naukę języka angielskiego obejmującego specjalistyczne słownictwo naukowe, umiejętność wyszukiwania i korzystania z publikacji oraz naukowych baz danych, współpracy z przemysłem oraz podstawowej wiedzy z zakresu prawa (patentowe, GMO), umiejętność pozyskiwania środków finansowych na badania ze szczególnym uwzględnieniem programów realizowanych przez UE. Większość z wymienionych przeze mnie założeń jest z powodzeniem realizowana na Międzyuczelnianym Wydziale Biotechnologii UG-AMG. Niewystarczająca jest jednak liczba godzin zajęć praktycznych, w szczególności dotyczących diagnostyki molekularnej, technik inżynierii genetycznej (koszty odczynników) oraz przedmiotów technicznych. Duży nacisk powinien być kładziony na pozyskiwanie środków finansowych z UE i wiedzy potrzebnej do założenia własnej firmy.

Sylwia, Warszawa: Zdobycie wiedzy teoretycznej z zakresu szeroko rozumianej biotechnologii, jak i umiejętności praktycznych związanych z przedsiębiorczością. Kształcenie na kierunku biotechnologia powinno również umożliwiać studentowi zdobycie wiedzy dotyczącej prowadzenia własnej działalności gospodarczej, możliwości finansowania nowych projektów z pomocy publicznej.

Magda, Kraków: Odpowiednie przygotowanie do późniejszych wymagań w pracy w firmach biotechnologicznych. Umożliwienie rozwoju pasji naukowych oraz prowadzenia własnych projektów w czasie studiów

Anna, Gdańsk: Zdobywanie wiedzy z zakresu teoretycznego ale przede wszystkim praktycznego dotyczącego najnowszych metod stosowanych w badaniach medycznych i naukowych. Duża liczba godzin zajęć laboratoryjnych oraz możliwość odbywania praktyk w firmach farmaceutycznych i biotechnologicznych.

Dorota, Warszawa: Studiuję Biotechnologię na UW. Ogólnie jestem raczej zadowolona, choć mocno zawiodło mnie, że kładziony jest ogromny nacisk na zagadnienia związane z przemysłem (np. oczyszczanie ścieków, inżynieria bioprocesowa itp). Wybierając ten kierunek liczyłam na skupienie się na biologii molekularnej, bioinformatyce i tym podobnych. Teraz uważam, że powinny istnieć na Wydziale Biologii 2 osobne kierunki: Biologia Molekularna oraz Biotechnologia.

Ilona, Wrocław: Moje oczekiwania są takie, że nauczę się wiele z dziedziny biologii, zwłaszcza molekularnej, technik ‘manipulowania’ DNA, tak aby swoje pomysły móc wcielać w życie. Oprócz tego idąc na te studia miałam nadzieję, że dadzą mi one możliwość pracy twórczej, a nie głównie odtwórczej i to czego się tam uczę będzie przydatne (niestety nie zawsze tak jest, niektóre przedmioty są w ogóle nie dla naszego kierunku a trzeba na nie chodzić).

Karolina, Łódź: Moje oczekiwania, co do kierunku, na którym studiuje są przede wszystkim związane z dobrym przygotowaniem mnie, jak przyszłego badacza/naukowca/biotechnologa do wykonywania swojego zawodu z pasją. W trakcie studiów bardzo chciałabym zdobyć wiedzę i zainteresowanie danymi działami biotechnologii medycznej w sposób praktyczny, przez wykonywanie doświadczeń, obserwacji, prace w laboratoriach, a nie tylko przez suchą teorie czerpaną z książek. Niestety do tej pory i w długim czasie nie było i nie będzie to możliwe ze względu na brak wystarczających środków przeznaczanych na dydaktykę i rozwój naszego kierunku, a także na brak zaplecza naukowego w formie właśnie wspomnianych laboratoriów (choć w przyszłym roku ma stanąć na nogi mały budyneczek z salami przeznaczonymi dla nas).

Również pragnęłabym, aby odbywające się zajęcia były prowadzone w sposób nowoczesny i ciekawy, który “zarażałby”  nas chęcią do zgłębiania problemu, do poszukiwania samemu czegoś więcej na dany temat, a nie tylko “odklepaniem” tematu i pozostawieniu nas samemu sobie znów z wielkimi księgami.  Biotechnologia jest nowoczesną dziedziną nauki, dziedziną przyszłości, która wymaga zdobywania wiedzy spoza podręczników, zaś książki powinny służyć jedynie jako podstawa, na której student mógłby się opierać.

2.  Co chciałbyś robić w przyszłości, po ukończeniu biotechnologii medycznej?

Milena, studentka z Warszawy: Pracować w laboratorium, gdzie wykorzystywane są nowoczesne techniki. Kieruję się na pracę twórczą, jednak trudno o taką w Polsce, jeśli nie wybierze się kariery naukowej (jak wiadomo raczej niezbyt dobrze płatnej). Chciałabym się rozwijać i mieć możliwość dalszego kształcenia w zakresie biotechnologii, ale studia takie nie istnieją w Polsce. Ponadto chciałabym mieć związek z popularyzowaniem biotechnologii w społeczeństwie, np. przez angażowanie się w działalność redaktorską w portalach tematycznych.

Anna, studentka z Warszawy: oczywiście pracować w zawodzie w dobrze prosperującej firmie biotechnologicznej lub prowadzić działalność badawczą w dziedzinach biotechnologii medycznej, biologii molekularnej itp.

Sylwia, Warszawa: Praca w dziale R&D; własna działalność gospodarcza. Wspieranie budowania gospodarki opartej na wiedzy, zwiększanie konkurencyjności polskich przedsiębiorstw na arenie międzynarodowej.

Mateusz, Gdańsk: Chciałbym zrobić doktorat i odbyć 1-2 zagraniczne staże podoktorskie. Uważam, że same studia biotechnologiczne są niewystarczające aby być biegłym w technikach stosowanych w laboratoriach biotechnologicznych. Doktorat jest potrzebny aby być bardziej elastycznym w tym zakresie. Jeśli sytuacja nauki nie ulegnie poprawie, najprawdopodobniej nie wrócę do Polski po odbyciu stażów podoktorskich, a jeśli wrócę to będę szukał pracy w przemyśle (praca laboratoryjna w dziale badań i rozwoju lub jako CRA). Moim marzeniem jest praca nad szczepionkami przeciwnowotworowymi otrzymanych przy pomocy efektu fotodynamicznego i wdrożenie ich do fazy badań klinicznych.

Magda, Kraków: Pracować naukowo za godziwe wynagrodzenie (możliwość prowadzenia badań naukowych). Znaleźć pracę po swoim kierunku (Biotechnologia - genetyka człowieka).

Anna, Gdańsk: Mieć możliwość pracy w swoim zawodzie przy zarobkach odpowiednich do kwalifikacji ( a nie żenujących jak na razie np. przy pracy w laboratorium diagnostycznym szpitalnym.) Czy np. pensje doktorancie 1500 zł.

Ilona, Wrocław: Chciałabym mieć pracę w zawodzie, który studiuję. Tzn chciałabym pracować zarówno w laboratorium jak i prowadzić badania w większej skali, tak aby móc wiedzieć czy to co się robi pod mikroskopem ma odniesienie w rzeczywistości. Chciałabym mieć ciekawą pracę, zróżnicowaną i nie monotematyczną. Jednocześnie oprócz tego, że praca jest ciekawa i wciągająca chciałabym zaby miała zarobki zdecydowanie wyższe od średniej, gdyż nie po to się studiuje taki trudny kierunek, (i np nie ma się czasu pracować) żeby potem mieć pracę płatną jak dla osób po szkole średniej.

Karolina, Łódź: W przyszłości chciałabym zając się pracą przy komórkach macierzystych, terapiach genowych lub walce z nowotworami przy pomocy terapii celowanych. Interesuje mnie praca zarówno badacza/naukowca jak i pracownika naukowego na uczelni. Swoją edukację w dziedzinie biotechnologii na pewno nie zakończę na studiach magisterskich, lecz będę ją rozwijać poprzez studia doktoranckie oraz podyplomowe, tak aby stać się jak najlepszym specjalistą od danej dziedziny.

3.    Jaka droga kariery zawodowej jest dla Ciebie interesująca?

biotechnologie3Milena, studentka z Warszawy: Praca w laboratorium zajmującym się badaniami i rozwojem, ponadto działalność redaktorska, a wszystko pozwalające na otrzymywanie wynagrodzenia adekwatnego do posiadanej wiedzy i umiejętności, a należy pamiętać, że kierunek biotechnologia nie należy do najłatwiejszych.

Anna, studentka z Warszawy: myślę, że chciałabym po studiach zostać na uniwersytecie, później rozpocząć pracę w zawodzie w USA

Magda, Kraków: Pracować naukowo za godziwe wynagrodzenie (możliwość prowadzenia badań naukowych). Znaleźć pracę po swoim kierunku (to, co interesuje mnie najbardziej to Biotechnologia medyczna ze szczególnym uwzględnieniem genetyk człowieka)

Anna, Gdańsk: Możliwość zrobienia doktoratu na uczelni. ( niestety teraz ze względów finansowych większość osób wyjeżdża za granicę  w Polsce nie można wyżyć z doktoratu) a następnie wykorzystanie znajomości metod biologii molekularnej do pracy nad nowymi testami diagnostycznymi które umożliwia szybsze i łatwe określanie szczepów szpitalnych powodujących określone choroby a także oznaczanie ich lekooporności- rozwój i rozpowszechnianie terapii celowanej która umożliwia zmniejszenie ilości nietrafnie zapisywanych antybiotyków i chemioterapeutyków.

Ilona, Wrocław: Najbardziej chciałabym pracować w jakiejś firmie nad projektami badawczymi, następnie gdy zdobędę więcej doświadczenia i wiedzy, być może wcielić jakieś odkrycie naukowe np. moje w życie, poprzez założenie własnej działalności komercyjnej. Chciałabym także trochę popracować zagranicą, ale tak aby było to z wyboru a nie z konieczności, tak jak jest teraz.

Karolina, Łódź: Chciałabym w trakcie studiów poznać na tyle interesujące mnie zagadnienia od strony praktycznej (poprzez prace w laboratoriach a także działalność w kole naukowym) abym mogła dołączyć do zespołu badawczego uczelni a następnie posiadając już praktyczną wiedzę, czy własne publikacje ubiegać się o pracę w dobrze prosperującej firmie biotechnologicznej, a być może kiedyś stworzyć z innymi osobami swoją własną.

4.    Czy możesz spełnić ją w Polsce?

Milena, studentka z Warszawy:  Laboratoria z działu „Badania i rozwój” są dostępne w Polsce, jednak dopiero po zdobyciu dużego doświadczenia. Osoba prosto po studiach ma problemy z rozpoczęciem kariery w takim miejscu. Placówki zagraniczne dają takie możliwości, rodzime niekoniecznie. Istnieją również portale branżowe i jest możliwość realizowania w nich swoich planów, jednak nie można tego traktować jako stałego źródła dochodu. Ogólnie biotechnolodzy na rynku pracy są cenionymi specjalistami, jednak bardzo często mają problemy ze znalezieniem dobrej pracy, co wynika przede wszystkim z faktu, że nie ma dla nich zbyt wielu instytucji czy firm, które mogłyby zaproponować wolne etaty.

Anna, studentka z Warszawy: mam pewne wątpliwości co do tego, że uda mi się spełnić swoje zamierzenia w Polsce, ze względu na zbyt słabe zainteresowanie państwa rozwojem niektórymi dziedzinami nauki, jak np. biotech., (obecnie w Polsce jest wiele więcej zagranicznych firm biotechnologicznych jak polskich) w bardziej rozwiniętych krajach młodzi ludzie mają większe możliwości rozwoju jak tutaj, gdzie napotykają wiele ograniczeń

Mateusz, Gdańsk: Nie. Wynagrodzenie doktorantów (około 1100 zł) nie wystarcza na podstawową egzystencję i utrzymanie rodziny. Dla porównania, doktorant pracujący w Norwegii otrzymuje stypendium w wysokości około 7 tys. zł co pozwala na wynajęcie mieszkania i pełne utrzymanie. Doktoranci są często traktowani jak wyrobnicy. Kierownicy zakładów narzucają ilość godzin dydaktycznych znacznie przekraczającą kryteria regulaminowe. Za granicą doktorant jest przyjmowany do konkretnego projektu, na realizacje którego zakład posiada odpowiednie środki finansowe i aparaturę. W Polsce często przyjmuje się doktoranta nie myśląc z czego sfinansuje się badania. Z uwagi na znaczne niedofinansowanie nauki, zakres prac badawczych jest ograniczony co przekłada się na jakość doktoratów i zdobyte doświadczenie.

Sylwia, Warszawa: Ze względu na fakt, iż w Polsce jest niewiele firm biotechnologicznych, ja jak i inni absolwenci biotechnologii i kierunków pokrewnych jesteśmy zmuszeni wyjechać za granicę.

Magda, Kraków: Tak i nie. Praca naukowa na państwowej uczelni - tak ale za niezbyt wysoką pensję. Firmy biotechnologiczne związane z genetyką człowieka - raczej nie w Polsce.

Anna, Gdańsk: Nie!

Dorota, Warszawa: Martwią mnie poniżająco niskie zarobki pracowników naukowych w Polsce. Liczę na to, że za granicą uda mi się za tę samą pracę - przy lepszym zaopatrzeniu i nakładach finansowych - zarobić również tyle, aby nie martwić się o utrzymanie.

Ilona, Wrocław: Raczej nie. Wprawdzie do tej pory nie poszukiwałam pracy bardzo aktywnie, gdyż studiując dziennie nie można też dziennie pracować, jednakże z tego co się orientuję to bardzo ciężko znaleźć taką pracę o jakiej pisałam. Jedynie można zostać np. przedstawicielem handlowym firm farmaceutycznych (co nie bardzo ma związek z prowadzeniem własnych badań), lub zostać zatrudnionym przy linii produkcyjnej w zakładzie przetwórstwa warzywnego, mlecznego itp… co nie jest zbyt ambitną pracą.. Niestety zanim skończę studia, nie przewiduję poprawy sytuacji w Polsce.

Karolina, Łódź: Wszystko jest uzależnione niestety od kwestii finansowej. Studenci studiujący biotechnologie ale nie na uniwersytetach/akademiach medycznych lecz politechnikach, czy zwykłych uniwersytetach mają na pewno większe możliwości, gdyż uczelnie te otrzymują dotacje z Unii na rozwój i dydaktykę tzw.  ”pożądanego kierunku” jakim jest właśnie biotechnologia. Niestety nasi studenci mimo ogromnych ambicji i chęci działalności naukowej takich możliwości nie mają ze względu “umiejscowienia” ich kierunku na Uniwersytecie Medycznym, który podlega pod Ministerstwo Zdrowia. Przez to czujemy się gorsi, gdyż już na samym starcie mamy podcięte skrzydła, a gdzie student może lepiej się wykształcić w biotechnologii medycznej jak nie na uczelni medycznej?. Także wszystko znów sprowadza się do finansów w naszym kraju, dlatego myśl o rozwoju naukowym poza granicami Polski wiąże się z problemem dotacji u nas na badania i dydaktykę. Dochodzi do tego możliwość poznania nowych technik, których w naszym kraju jeszcze nie ma, a także to, że na zachodzie mimo wszystko dziedzina nauki jaką jest biotechnologia rozwija się prężniej, i od dłuższego czasu, co na pewno wiąże się z lepszym zapleczem badawczym (a więc znów z finansami). Gdyby warunki, możliwości i zarobki w Polsce były lepsze i dorównywałyby tym na zachodzie, wykształcone osoby nie musiałaby wyjeżdżać i przyczyniać się do “obcych” osiągnięć naukowych. Tu zachodzi takie błędne koło -  wyjeżdżamy bo u nas jest “gorzej” a jest gorzej, bo właśnie wykształcone osoby wyjeżdżają… Także dla podsumowania - jeśli w Polsce będą warunki dla młodych naukowców do ich rozwoju i dorównywania tym na zachodzie czy Unii, a także zarobki będą odzwierciedlały ich ciężka pracę i lata równie ciężkiej nauki, to na pewno nie będę myśleć o wyjeździe, bo wszędzie może jest dobrze, ale w domu najlepiej

MW

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Zmora krzyża

Tags: , ,

Zmora krzyża


Kilkoro prawników i polityków kreuje nowy obyczajowy porządek na Starym Kontynecie

Co na to sami Europejczycy? Nie wiadomo, bo nikt ich nie pyta o zdanie.

Im bardziej oddalamy się w czasie od głośnej decyzji Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie szkolnego krzyża, tym wyraźniejszy jest rozziew między światopoglądem strasburskich sędziów a zdrowym rozsądkiem większości Włochów – nie tylko katolików.

Jeśli werdykt ów krytykuje nawet były komunista, a obecnie szef lewicowej Partii Demokratycznej, Pierluigi Bersani, oznacza to, iż wąska definicja krucyfiksu, jako symbolu wyłącznie religijnego, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jeżeli tuż po wyroku trybunału burmistrz jednej z miejscowości nakazuje zawiesić krucyfiksy we wszystkich instytucjach publicznych (pod karą grzywny), a znany publicysta Andrea Tornielli proponuje ironicznie, by zrezygnować z podawania dat “przed Chrystusem” i “po narodzeniu Chrystusa”, można przypuszczać, że trybunał w Strasburgu chyba nie do końca rozumie, czym są prawa człowieka i nie bardzo wie, gdzie ma swoją siedzibę.

Wyrok ten został oczywiście przyjęty z radością przez ateistów w całej Europie. Zapewne spotka się także z aplauzem “nowoczesnych” katolików w Polsce, którzy są w stanie przyłączyć się do każdego ataku na Kościół, aby tylko nie zostać naznaczonym piętnem nieidącego z duchem czasu bigota. Albo – co gorsza – radiomaryjnego ciemnogrodzianina.

Groźba precedensu

Bez wątpienia usłyszymy wkrótce o kolejnych procesach i wielu nowych żądaniach usunięcia śladów religii z przestrzeni publicznej w imię świeckości państwa. Myliłby się ten, kto sądziłby, iż zwolennicy takich rozwiązań będą dążyć do realizacji swoich postulatów na drodze demokratycznej: wygrywając wybory parlamentarne, przekonując do swoich racji przedstawicieli różnych partii czy wreszcie domagając się referendum – choćby w sprawie wieszania krzyży w szkołach publicznych. Zdają sobie bowiem sprawę, że w wielu krajach Europy ponieśliby w takim głosowaniu druzgocącą klęskę.

Za każdym razem zamiast śledzić wyniki sondaży i liczyć głosy wyciągane z urn, będziemy zatem w napięciu oczekiwali na decyzję kilku mężczyzn i kobiet w sędziowskich togach.

Europa, szczycąca się nieskazitelnością swojej demokracji, zmierza powoli w stronę dyktatury mniejszości. Coraz większe przywileje nadawane homoseksualistom, sposób, w jaki przeforsowano Traktat Lizboński czy wreszcie werdykt w sprawie krzyża w Abano Terme pokazują, iż najistotniejsze dla przyszłości Starego Kontynentu decyzje są podejmowane w sposób urągający podstawowym zasadom demokracji.

Podobne zjawisko, choć w mniejszej skali, występuje w Stanach Zjednoczonych. Przypomnijmy, iż prawo do niemal nieograniczonej aborcji zostało tam zagwarantowane nie w wyniku procesu demokratycznego, nie dlatego, że tak chciała większość Amerykanów, lecz wskutek słynnego wyroku sądu najwyższego w sprawie Roe vs. Wade z 1973 roku. Dziś w ten sam sposób środowiska LGBT dążą do legalizacji małżeństw osób tej samej płci. Jednak w niektórych stanach (Kalifornia, Maine) zorganizowano referenda, w których pozwolono obywatelom wyrazić swoje zdanie. Obywatele uznali, że małżeństwo to związek mężczyzny i kobiety – wywołując wściekłość aktywistów gejowskich. Owszem, gdzie indziej wygrywali zwolennicy małżeństw homoseksualnych, ale przeciwnicy mieli przynajmniej szansę oddania głosu na “nie”.

W Europie taki scenariusz jest właściwie nie do pomyślenia. Wyobraźmy sobie holenderskiego polityka zwołującego referendum w sprawie związków homoseksualnych. Albo hiszpańskiego konserwatystę, który zaproponuje głosowanie w sprawie prawa aborcyjnego. Obaj zostaliby zmiażdżeni przez lewicę i liberalne media – mimo iż nie zrobiliby niczego, co przeczyłoby zasadom współżycia społecznego w demokracji. Mało tego, w mocno zlaicyzowanej Holandii prawie na pewno większość opowiedziałaby się za utrzymaniem małżeństw gejów i lesbijek. Nie chodzi jednak o sam wynik, chodzi o zasadę. Referendum nie mogłoby się odbyć, ponieważ stanowiłoby precedens. I za kilkanaście lat ktoś mógłby wpaść na pomysł, by je powtórzyć, a wtedy nastroje społeczne i wskaźniki demograficzne mogłyby być zupełnie inne – szczególnie, gdy uwzględnimy rosnącą populację muzułmanów w tym kraju.

Skądinąd we wspomnianej Hiszpanii rząd Jose Luisa Zapatero planuje liberalizację ustawy aborcyjnej, dzięki której już 16-letnie dziewczęta będą mogły zabijać swoje dzieci bez konieczności powiadamiana rodziców. Wedle ostatnich sondaży zdecydowana większość Hiszpanów sprzeciwia się temu rozwiązaniu. Dla Zapatero nie ma to jednak żadnego znaczenia.

Europę zmieniają więc dzisiaj politycy i sędziowie. Ale nie sami Europejczycy.

Quasi-religia w natarciu

Przeciwnikom krzyża jest łatwiej prowadzić swoją “antykrucjatę”, gdyż sami maskują swoją quasi-religię formułkami o demokracji (sic!), tolerancji i prawach człowieka właśnie. Wykorzystują zasadę rozdziału Kościoła od państwa, choć sami budują własny Kościół – ze swoimi “Prawdami”, a nawet przywódcami duchowymi. Na słowa krytyki dotyczące niektórych z owych dogmatów reagują jeszcze gwałtowniej niż chrześcijanie na szyderstwa z Syna Bożego.

Można więc publicznie żartować z ukrzyżowania, przedstawiać Chrystusa jako geja czy też – jak uczyniła to niedawno pewna trupa teatralna – jako transseksualistę, i być jednocześnie szanowanym celebrytą. Jednak kpiny z globalnego ocieplenia czy odmiennych orientacji seksualnych już nie są tak mile widziane. Ba, w kilku krajach za niepoprawne politycznie wypowiedzi grożą całkiem poważne kary.

Na szczęście reakcja Włochów na decyzję trybunału w Strasburgu dowodzi, iż głupota ma swoje granice. Dyskusję na temat obecności krzyża w szkołach najtrafniej podsumował jeden z włoskich polityków: “Chcą zdjąć krzyż? To niech przyjdą i go zdejmą”.

Ciekawe, który z sędziów odważy się pojechać z taką misją do Abano Terme.

Marek Magierowski

Posted in Czy wiesz?Comments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1