Tegoroczne nominacje do Oscarów nie przejdą do historii jako najbardziej zaskakujące. Nietrudno było przewidzieć, kto dostanie szansę ubiegania się o nagrodę Akademii, ale nie obeszło się bez kilku niespodzianek.
Oto siedem zaskakujących decyzji, o których plotkuje Hollywood:
1. Nominacji za najlepszą reżyserię nie otrzymali ani Christopher Nolan za “Incepcję”, ani Danny Boyle za “127 godzin”. Oczywiście, nominacji za najlepszy film jest dziesięć, a za reżyserię tylko pięć, więc trudno byłoby zmieścić w tej kategorii wszystkich twórców. Ale jeżeli którykolwiek z nominowanych filmów był tworem wizji reżysera, to właśnie olśniewająca wizualnie i misternie skonstruowana “Incepcja” oraz wyczerpujące fizycznie i psychicznie, lecz zawierające kilka przepięknych scen “127 godzin”.
2. Ben Affleck zachwycił wielkim powrotem w “Mieście złodziei”, lecz ani znakomita reżyseria, ani świetna obsada, ani wreszcie jego wybitne umiejętności aktorskie nie zapewniły filmowi miejsca w kategorii najlepszy film.
3. Jedną z najbardziej interesujących kategorii w tym roku okazała się najlepsza aktorka drugoplanowa, w której rywalizują Melissa Leo i Amy Adams (”The Fighter”), Helena Bonham Carter (”Jak zostać królem”), Hailee Steinfeld (”Prawdziwe męstwo”) oraz australijska aktorka Jacki Weaver za “Królestwo zwierząt”. Ale dlaczego w tym gronie nie znalazła się Mila Kunis, która zelektryzowała widownię w roli rywalki Natalie Portman w “Czarnym łabędziu”?
4. Nominacja w kategorii najlepszy aktor drugoplanowy z pewnością przyniesie duży rozgłos Johnowi Hawkesowi, który zagrał w niezależnej produkcji “Do szpiku kości”. Hawkes wykonał dobrą robotę w takich serialach jak “Deadwood” HBO, ale równie wysokie umiejętności prezentuje wielu innych aktorów charakterystycznych. Wielkim afrontem było natomiast pominięcie w tej kategorii Andrew Garfielda z “The Social Network”. Jako nagrodę pocieszenia aktor dostał rolę w kolejnym “Spider-Manie”.
5. Jedną z największych niespodzianek okazała się nominacja Javiera Bardema w kategorii najlepszy aktor. Nie wymieniano go w gronie faworytów, ale wiadomo, że ma wielu fanów. Czy pomógł mu fakt, że jedną z fanek jest jego partnerka z “Jedz, módl się, kochaj”, Julia Roberts? Po pokazie filmu”Biutiful”, podczas którego wystąpiła w roli prezenterki, Roberts powiedziała “Entertainment Weekly”: – Jestem pełna uznania dla niego za to wszystko, przez co musiał przejść, aby pokazać nam ten film.
6. Słowa uznania należą się Markowi Wahlbergowi za rolę w “The Fighter”. Jednak w odróżnieniu od występujących w tym samym filmie Christiana Bale’a, Melissy Leo i Amy Adams, Wahlberg nie otrzymał nominacji w żadnej z aktorskich kategorii. Ale nagrodą za jego wieloletni upór, aby doprowadzić ten projekt do końca, jest nominacja w kategorii najlepszy film.
7. Utwór “You Haven’t Seen The Last of Me” z filmu “Burleska” został pominięty w kategorii najlepsza piosenka. I kto teraz przekona Cher, aby zechciała przejść się po czerwonym dywanie w jednej ze swoich niesamowitych kreacji?
Cały ten zgiełk odbędzie się przed i w Kodak Theatre już w najbliższą niedzielę 27 lutego. Zaciskamy kciuki za naszych faworytów, życzymy powodzenia w przyszłości wszystkim pokonanym. Już od dawna zauważamy przerost formy nad treścią. Nagrody trafiają w ręce członków jednej sitwy i to już jest nudne, ale przecież nie zawsze tak było.
Początki i alegorie
Od nakręcenia w Hollywood pierwszego filmu minęło już sto lat. Było to stulecie histerii wokół gwiazd i miliardowych obrotów. Przemysł filmowy zawładnął ludzką codziennością. Teraz zaś stoi przed wielkim przełomem.
(…) Z rzadka jedynie zstępowali na ziemię, do grona śmiertelnych, by udowodnić innym, a także samym sobie samym, że naprawdę istnieją. Potem zostawiali tu, przed Grauman’s Chinese Theatre przy Hollywood Boulevard ślady swoich dłoni i stóp odciśnięte w cemencie, aby przyszłe pokolenia mogły po nich deptać.
Dłonie Douglasa Fairbanksa: niewielkie. Gary’ego Coopera: w sam raz. Ślady obcasów legendy tańca Eleanor Powell: pozłocone. Ręce Clarka Gable’a: podobne do wielu innych. Może trzeba było wziąć coś bardziej charakterystycznego, na przykład uszy?
Wszystkie owe ślady mówią: My naprawdę istnieliśmy. Ale czyż rzeczywistość w ogóle się liczy w owej wielkiej projekcji halucynacji – kinie, które rozżarzyło i zaczarowało ostatnie sto lat?
Tego złotego wieczoru najsławniejszymi istotami Układu Słonecznego są Angelina Jolie i Brad Pitt. Właśnie przeszli na drugą stronę ulicy, gdzie długi na kilkaset metrów mur fanów, głodny, histeryczny i pełen zachwytu, czeka na swoją strawę.
(…) Tego wieczoru odbywa się premiera jej nowego filmu. Ale obecność uśmiechniętego, bezbłędnie ufryzowanego Brada też się liczy. Plotkarskie gazety znowu będą mogły zająć się obojgiem, najbardziej interesującą parą Hollywood od czasów Humphreya Bogata i Lauren Bacall. Oni jednak mają wszystko pod kontrolą.
W 1911 roku nestor Motion Picture Company uruchomił w Hollywood pierwsze studio filmowe.
Tym samym na zachodzie Los Angeles powstało Hollywood – uniwersalny kod pięknych kłamstw, języka obrazów, zrozumiałego tak samo w Karaczi, jak we Władywostoku, świat wielkich uczuć i jeszcze większego biznesu. (…)
Aby opowiedzieć niesamowitą historię kina, trzeba zacząć od zdania autorstwa Franza Kafki: “Widzowie osłupieli, widząc przejeżdżający pociąg”. Kafka uchwycił tu prawybuch, jakim była scena z filmu braci Auguste’a i Louisa Lumiere: na dworzec kolejowy wjechała lokomotywa. Część publiczności uciekła z sali kinowej, inni zaczęli się histerycznie śmiać. Na coś takiego nie był przygotowany nikt. Lokomotywa przypuściła szturm i zrównała z ziemią wszystko, co było dotychczas.
(…) Kino, jak w alegorii platońskiej, rzuca nam świat w postaci cienia na ścianę jaskini. Często odnosi się do naszej podświadomości. Dyktatury nienawidzą kina, bo opanowuje ono ludzkie uczucia, działając bez żadnej kontroli. Czy nadaje się do roli narzędzia propagandowego? To mocno wątpliwe. Przedstawia nam nasz własny los, w licznych wariantach. Hollywood nie ma własnej historii, tu jednak mieszkają wszystkie historie świata.
(…) W świecie, w którym owa pełna blasku branża nie przepuszcza żadnego jubileuszu, nikt nie jest dzisiaj w nastroju do świętowania. Po stu latach nastąpił zmierzch bogów. Sytuacja jest taka: monstrualne studia dogorywają, MGM złożyło wniosek o upadłość, DreamWorks wierzy jeszcze w sponsora z Indii, Disney opchnął swoją cudowną wytwórnię Miramax (znaną z takich filmów jak “Pulp Fiction” czy “Zakochany Szekspir) spółce finansowej z Kataru i za 735 milionów dolarów nabył Playdom, producenta gier online. Wszystkie studia, z wyjątkiem szczęśliwców z Fox, obniżyły produkcję ambitnych filmów autorskich.
Kino stało się ruletką, gdzie gra toczy się o najwyższą stawkę. Powstaje coraz mniej filmów, a te, które się jeszcze produkuje, obciążone są coraz większym finansowym ryzykiem. Christopher Nolan na przykład mógł zrealizować kosztującą 160 milionów dolarów “Incepcję” dopiero, gdy przyniósł studiu miliard swoim drugim “Batmanem”.
(…) Wolfgang Petersen zarobił filmem “Troja” pół miliarda. Jego remake, “Posejdon” zrobił klapę. Teraz reżyser musi walczyć o kolejny film. W Hollywood zapanowała zasada: nikt nie może być niczego pewien.
I jeszcze inna, rodem z przedszkola: to, co raz się sprawdziło, ma zostać powtórzone z dokładnością co do milimetra. Powstają więc “Toy Story 3″, “Mission Impossible 4″, “Harry Potter 7″. Tak wygląda kino, które utraciło ducha. Z kandydatami do Oscara jest kiepściutko, w porównaniu z rokiem poprzednim o nagrodę walczy o 30 filmów mniej.
(…) – Kino to forma artystyczna dwudziestego wieku – mówi reżyser i scenarzysta Joe Dante. – Teraz zaś mamy wiek dwudziesty pierwszy. Zaczyna się coś nowego, tyle że nikt nie wie jeszcze, co.
Dzisiaj – dodaje – film Hitchcocka “Północ, północny zachód” zostałby uznany za zbyt powolny. Teraz każdy ma w ręku pilota i w każdym filmie musi zmieścić się 47 punktów kulminacyjnych, co najmniej tyle. A jeśli to nie wystarczy, dodaje się jeszcze dowcipy z puszczaniem bąków. – Ludzie to uwielbiają – mówi Dante.
Hmm…, no tak, takie właśnie jest Hollywood w stulecie swego istnienia. Kubki z popcornem są coraz większe, historie na ekranie coraz bardziej marne, świętować nie ma czego. A może jest jednak inaczej?
Pewien człowiek w tej chwili grzeje się w pełnym blasku. To Jim Gianopulos, producent “Avatara”, filmu, który odniósł sukces kasowy wszech czasów, zarabiając 2,8 miliarda dolarów.
(…) Obecnie – uważa Gianopulos – nową złotą walutą jest system 3-D. Stare kino umarło. Steven Spielberg, Peter Jackson, wszyscy zabrali się za projekty 3-D. A reżyser James Cameron pracuje już jednocześnie nad dwoma sequelami “Avatara”.
(…) Wróćmy jednak do lat, w których skolonizowano Hollywood. Prorokami Starego Testamentu w kinowym spektaklu byli ubodzy imigranci: Charlie Chaplin z Londynu, Szmuel Gelbfisz vel Samuel Goldfish vel Samuel Goldwyn z Warszawy czy Sam Warner z Rosji. Niektórzy z nich, jak Carl Laemmle, otworzyli własne sieci nickelodeonów i kin i potrzebowali programu.
Przybysze założyli Paramount (1912 rok), Universal (1912), Warner Brothers (1923), MGM (1924) i w ciągu kolejnych lat stworzyli genialny system studiów, fabryk filmowych zatrudniających tysiące pracowników oraz gwiazdy. Produkcja odbywała się rytmie tygodniowym, dla stu milionów widzów. Każde studio wykreowało z biegiem czasu we współpracy z autorami, reżyserami i aktorami własny styl oraz sposób narracji.
(…) A przy tym Hollywood było zawsze Babilonem. Popełniano morderstwa, alkohol mimo prohibicji lał się strumieniami, ludzie umierali z przedawkowania heroiny. Na długo przed Polańskim uprawiano seks z nieletnimi. Specjalizował się w tym zwłaszcza Charlie Chaplin. Dwa razy pod rząd żenił się z 16-letnimi dziewczynami, które za jego sprawą zaszły w ciążę, a rozwód z drugą z nich, Litą Grey, został wykorzystany przez teściową do obrzucenia aktora i reżysera błotem.
(…) Filmy stulecia. Na pierwszą dekadę wieku wybralibyśmy “Nietolerancję” z 1916 roku, na drugą “Gorączkę złota” – reżyser i odtwórca głównej roli: Charlie Chaplin – z 1925 roku. Większy kłopot będzie z latami trzydziestymi. Musimy skonfrontować nasze propozycje z największymi krytykami filmowymi Hollywood. Znają się na tym, sami urodzili się jeszcze w czasach niemego filmu.
81-letnia Marcia Nasatir była szefową studia i producentką takich przebojów jak “Lot nad kukułczym gniazdem”, o sześć lat starszy Lorenzo Semple Jr., legenda Ameryki, to autor scenariusza filmu z Robertem Redfordem “Trzy dni Kondora”. Kiedy ostatnio byli w kinie? – A co może tam obejrzeć człowiek dorosły? – pytają. – “Ironmana 2″, “Transformers 4″, “Toy Story 3″?
(…) A więc dziesięć najważniejszych filmów w historii Hollywood. “Nietolerancja” i “Gorączka złota” są okay. Lata trzydzieste? “Przeminęło z wiatrem”. Ten film to przede wszystkim słynny plakat, na którym Clark Gable pochyla się nad Vivien Leigh, w tle widać wieczorne niebo, czerwone jak krew od kipiącej namiętności i ognia płonącej Atlanty. Rhett Butler chce pocałować Scarlett O’Harę, ta jednak go odpycha. O tym właśnie mówi film.
– Najdziwniejsze jest to, że “Przeminęło z wiatrem” zawsze określane było jako imponujący filmowy epos, tymczasem jest w nim tylko jedna wielka scena: pożar Atlanty – zauważa Marcia.
(…) Lata czterdzieste. “Casablanca”? – To byłby mój kandydat do tytułu największego filmu wszech czasów – mówi Marcia. – Wszystko tu idzie źle, Ingrid Bergman aż do samego końca nie wie, kogo tak naprawdę kocha. Reżyser Michael Curtiz powiedział: graj niezdecydowanie. To mistrzowskie dzieło.
Powściągliwy i niewypowiedzianie romantyczny Humphrey Bogart w białym smokingu, zakończenie we mgle, na pasie startowym – to zrozumiałby nawet przybysz z Marsa, poczułby swoim marsjańskim sercem i sięgnąłby po chusteczkę.
W latach czterdziestych ziemia drżała, w miejsce pogodnych komedii pojawił się film noir. W latach pięćdziesiątych polujący na komunistów senator Joseph McCarthy zaczął przykręcać śrubę, pojawili się młodzi buntownicy jak James Dean, Alfred Hitchcock był w szczytowej formie. Nasz wybór padł jednak na “Pół żartem, pół serio”.
Dlaczego? Znowu twarz, która przetrwa wieczność, zjawisko, którego blask sięga kosmosu. Nigdy wcześniej ani później Marilyn Monroe nie była tak komiczna i bezradna w swojej pełnej ciepła zmysłowości, która niczym potężna siła natury ogarnia cały ten film. (…)
W latach sześćdziesiątych w Hollywood nastąpiło pierwsze obsunięcie. Ludzie zaczęli oglądać telewizję, była to rozrywka tańsza i bardziej oryginalna. W Europie zaś tacy reżyserzy jak Jean-Luc Godard czy François Truffaut pokłonili się przed wartościami, o jakich Hollywood zapomniało: klasą i stylem.
Część studiów filmowych wyburzono, inne przejęli mafiosi do produkcji pornografii i przyszła pora na dyletantów oraz na “Swobodnego jeźdźca” Dennisa Hoppera. – To był najgorszy film dekady, ale zmienił wszystko – stwierdza Lorenzo.
(…) Dzięki niemu młodzi Amerykanie wrócili do kin. Udowodnił, że można być na haju, rozbijać system i do tego jeszcze zarabiać masę pieniędzy.
(…) Lata siedemdziesiąte – cóż za zalew mistrzowskich dzieł w kinach: “Chinatown” Polańskiego, “Nashville” Altmana, “Francuski łącznik” Friedkina, “Ostatni seans filmowy” Bogdanovicha. “Taksówkarz” Scorsese’a. Prawdziwie złota dekada!
Film dziesięciolecia? – Zdecydowanie “Ojciec chrzestny” – mówi Lorenzo.
Lata osiemdziesiąte – futurystyczny “Łowca androidów” Ridleya Scotta, obraz ten był jednocześnie etiudą na temat przejęcia władzy w przemyśle rozrywkowym. (…)
Dalej lata dziewięćdziesiąte. Bez żadnych wątpliwości: “Pulp Fiction”. Film ten wprowadził całkowicie nowy sposób narracji i odnowił karierę Johna Travolty. – Chociaż niekoniecznie powinniśmy być za to latom dziewięćdziesiątym wdzięczni – zauważa Lorenzo Semple.
Największy grzech zaniechania: na naszej liście nie ma żadnego westernu. Należałoby wymienić “Bez przebaczenia” Clinta Eastwooda. Za późno, jesteśmy już przy ostatnim dziesięcioleciu i pozostał nam tylko “Avatar”, który na swój sposób jest również westernem, opowiadającym o rdzennych mieszkańcach z łukami i strzałami i o złych wojskowych. Pod względem technicznym kino opuszcza ekran i w formacie 3-D wkracza do przestrzeni. (…)
Jeśli nawet zachwieje się superpotęga USA, Hollywood będzie trwało. Tak jak starożytni Grecy dali nam tragedię, a Rzymianie prawo, po Ameryce pozostanie właśnie ono. Jest tylko innym słowem na nazwanie tego, że życie można zmienić we wzruszający lub optymistyczny sen. (…)
Julie Hinds i Spiegel















