Tag Archive | "Podróże"

Podwodny świat Hurghady

Tags: , ,

Podwodny świat Hurghady


Oddając się beztroskiemu lenistwu nad Morzem Czerwonym, można sobie przypomnieć bogatą historię tej ziemi, a zwłaszcza biblijną przeprawę Mojżesza do Ziemi Obiecanej.
mapJedno z najbardziej kolorowych na świecie – Morze Czerwone – słynie z czerwonych alg, czerwonych górskich zboczy nad jego brzegiem, żółtych i pomarańczowych ryb, pływających w zielonkawo – niebieskich, kryształowo czystych wodach. Żaden kolorowy film nie jest w stanie oddać intensywności i różnorodności południowych barw.
Po przeciwnej stronie Morza Czerwonego rozciąga się biblijna kraina, do której Mojżesz przeprowadził suchą nogą swój lud. Aż wierzyć się nie chce, że wypoczywając na plaży w egipskiej Hurghadzie jest się o krok od Ziemi Obiecanej.
Najmodniejszy kurort
Mała osada rybacka Hurghada przekształciła się z biegiem lat w znany kurort o iście kosmopolitycznym charakterze. Liczy dziś prawie 50 tys. mieszkańców, oprócz tych Egipcjan, którzy ciągną tu w poszukiwaniu pracy i pieniędzy z całego kraju. I znajdują tę pracę głównie w turystyce – w dziesiątkach hoteli i restauracji. Np. młodzi chłopcy, którzy przyjeżdżają z Luksoru czy nawet Kairu, sprzątają hotelowe pokoje i plaże, gdzie również wypożyczają ręczniki, leżaki, materace.
hurgada1hurgada2hurgada3W Hurghadzie rozbrzmiewa wielojęzyczna mowa. Słyszy się język angielski, niemiecki, holenderski, a również często rosyjski, albowiem Rosjanie stanowią wśród turystów dosyć liczną grupę. Tłumnie zaczęli przyjeżdżać do Egiptu od 1994 roku. Miejscowi hotelarze zacierali wtedy ręce z radości, ponieważ po zamachach terrorystycznych w dolinie Nilu, drastycznie spadła liczba zagranicznych gości. Natomiast Rosjanie, przyzwyczajeni do chaosu i inflacji u siebie, nie przejmowali się zbytnio ani alarmami bombowymi, ani napadami z bronią w ręku. Co więcej – okazali się nader chętni do wydawania pieniędzy. Niestety, sielankę tę szybko popsuły różnice kulturowe, które spowodowały, że dla wielu miejscowych stali się … synonimem pijaństwa i rozwiązłości. Dzisiaj obie strony darzą siebie mniejszą atencją, a czasami wręcz niechęcią.
Sytuacji na pewno nie poprawia fakt, że niektórzy Rosjanie to szefowie mafii. Tym niemniej przyzwyczajenia z ostatnich lat pozostały. Np. obok hotelu, w którym się zatrzymałem, restauracja jak kiedyś, tak i dzisiaj nosi nazwę „Marusia” (pisaną zresztą po rosyjsku), a  w karcie dań figurują potrawy rosyjskiej kuchni: barszcz, bliny…
Ale Hurghada dzisiaj to setki nowoczesnych hoteli iluminowanych od zmierzchu, że wyglądają wtedy jak budowle z baśni tysiąca i jednej nocy. Sprawiają to motywy architektury arabskiej – jakieś kopuły i wieżyczki, zwieńczone często półksiężycem.
Jest też stara Hurghada, kipiąca orientem, przypominająca jeden wielki bazar, na którym można kupić wszystko – od wyrobów z alabastru i oryginalnych egipskich papirusów muszle o różnych kształtach, złoto, srebro, drogie kamienie i esencje perfum – najwspanialsze zapachy jaśminu i róży, zamknięte w pięknych starych buteleczkach. A także całe mnóstwo przypraw…
Wyprawa na wyspę Giffun
Przedstawiciele renomowanych biur podróży, z którymi przyjeżdża się na wypoczynek do Egiptu, windują ceny morskich wypraw. Natomiast w miejscowych biurach już za 10 – 12 dolarów zafundować sobie można taką morską podróż.  A płynie się po to, by odkrywać urok wyspy Giffun i podwodnego świata Morza Czerwonego.
Najpierw stateczek podpłynie do miejsca rafy koralowej. Wtedy należy założyć płetwy, maskę z fajką i wykonać skok do wody. Na spotkanie przypłyną mureny i napoleonki, całe ławice większych i mniejszych ryb, które wprost ocierać się będą o nasze ciało. W pamięci długo pozostanie niezwykłe bogactwo form i gatunków podwodnego świata, zaś widok raf koralowych, mieniących się wszystkimi kolorami tęczy, powracać będzie długo we wspomnieniach.
Kiedy stateczek zbliży się do wyspy Giffun, należy opuścić jej pokład, zejść po schodkach i nurzając stopy w wodzie, przedostać się na suchy ląd. Jedni natychmiast oddają się słonecznym kąpielom, inni – wędrując wzdłuż wybrzeża, zbierają muszelki i różnej wielkości kawałki rafy koralowej, wyrzucone na brzeg. Zebrałem ich całą reklamówkę, lecz kiedy na lotnisku dowiedziałem się, że pod żadnym pozorem nie można rafy wywozić poza granice Egiptu, wyrzuciłem swoje znalezisko do kosza. Nie mogłem odżałować, gdy dowiedziałem się, że inni zignorowali to ostrzeżenie i przywieźli swoje „skarby” do Polski.
Yellow Submarine
czyli po prostu żółta łódź podwodna, która umożliwia inny sposób oglądania podwodnego świata. Tyle że taka przyjemność kosztuje – bagatela! – 50 dolarów. Kupuje się bilet, wsiada do motorówki i płynie w głąb morza. Do miejsca, gdzie cumuje właśnie Yellow Submarine. Wtedy następuje jakby wymiana załóg. Ci, którzy już odbyli podróż łodzią, przesiadają się na motorówkę, pozostali – z motorówki do łodzi. Zajmuje się miejsca na ławkach po jednej i drugiej stronie, naprzeciwko okrągłego okienka. Po chwili łódź zanurzy się na głębokość 22 metrów (co widać na miniaturowych monitorach), a do wody wskoczą nurkowie, którzy płynąc obok burty, będą pokazywać w okrągłych okienkach, zwabione przynętą wargacze i papugoryby, podnosić z dna rozgwiazdy i muszle. Od czasu do czasu przemknie ławica ryb. Natomiast rafy koralowe, z braku odpowiedniego oświetlenia, nie mienią się barwami tęczy; są szaro – brunatne. Taki obraz raf rozczarowuje, więc szybko dochodzi się do wniosku, że jednak nurkowanie stanowi o wiele większą atrakcję w poznawaniu podwodnego bogactwa Morza Czerwonego. A jeśli jeszcze dysponuje się stosownym aparatem fotograficznym do robienia zdjęć pod wodą, to mamy pełnię szczęścia.
Poza morskimi, również wyprawa na pustynię stanowi turystyczną atrakcję w Hurghadzie. Ale jednak morze najbardziej przyciąga cudzoziemców – ciepłe wody Morza Czerwonego o każdej porze roku. Bo to możliwość kąpieli i opalania się na plaży. Można wtedy, oddając się beztroskiemu lenistwu, pomyśleć o czasach minionych, przypomnieć sobie bogatą historię tej ziemi, a zwłaszcza biblijną przeprawę Mojżesza do Ziemi Obiecanej. Tyle, że miało to miejsce gdzie indziej. Tam, gdzie teraz jest kanał Sueski. Mojżesz szedł właśnie Przesmykiem Sueskim, a potem wzdłuż Zatoki Sueskiej i oazą Fajran aż na górę Synaj, nazwaną później Górą Mojżesza. I tam otrzymał od Boga Tablice Przykazań… Ale to historia na inną opowieść.

JANUSZ ŚWIĄDER

Posted in PodróżeComments (0)

Tylko jelenia brakuje

Tags: , ,

Tylko jelenia brakuje


Na greckiej Santorini słońce zachodzi tak pięknie, jak nigdzie indziej.

Na Santorini przyjeżdżają chętnie malarze i fotograficy. Jedni i drudzy z jednakową pasją uwieczniają zachód santorini_landsatsłońca, którego nie zobaczy się podobno nigdzie indziej.
Zachodzące słońce maluje na niebie całą gamę barw w tonacji żółci i czerwieni. Już nie świeci jasnym blaskiem, a żarzy się ognista kula zawieszona nad nieboskłonem. To wszystko odbija się w wodach morza Egejskiego, co powoduje, ze widzi się jakby dwa obrazy – ten rzeczywisty i odbity. A jeśli jeszcze na pierwszym planie majaczą zarysy palm, bajecznie kolorowy obrazek graniczy z kiczem.
Ale turyści lubią taki kicz. Wybierają też chętnie pocztówki, na których zachodzące słońce jest tłem do oryginalnych, białych budowli.
Miasteczka na klifie
Pobielane ściany domów, nierzadko z błękitnymi okiennicami, otoczone ogródkami glinianych donic z kaktusami, małe kościółki sąsiadujące z ruinami tajemniczych, minojskich świątyń – to obrazki, jakie ogląda santorini-miastosię na Santorini. Większość wiosek położona jest na wysokim klifie. Można do nich wjechać na grzbiecie osiołka wąskimi ścieżkami snującymi się między tarasami winnic i cytrusów. A dokoła jest błękit morza i błękitne niebo.
Krajobraz, jaki roztacza się przed oczami przybywających turystów jest dziełem katastrofy sprzed wieków. Wybuch wulkanu w połowie drugiego tysiąclecia przed naszą erą spowodował całkowite zniszczenie kultury i cywilizacji minojskiej, że tylko odkrycia archeologiczne zaświadczają o wspaniałej przeszłości. Np. fragmenty mozaik, ułamane kolumny, zarysy świątyń, malowniczo położony teatr – oto, co można zobaczyć w okolicach wiosek Kamaris i Perrisa.
Wysokie, skaliste brzegi otaczają na wyspie zatoczki, wdzierające się głęboko w ląd. Ściany klifu pokrywa warstwa szarego, przechodzącego w czerń pumeksu. Gdzieniegdzie skała staje się brązowa, czasem aż czerwona w promieniach ostrego słońca. Czasami ulega się złudzeniu, że surowa, niedostępna skała musi być zamieszkana przez nieziemskie istoty. A tak santorini-panorama-smallprzecież nie jest. W zawieszonych na skałach domach mieszkają zwykli ludzie.
Sławna Atlantyda?
Platon sądził, że wyspa była niegdyś sławną Atlantydą, doskonałym państwem, oazą szczęśliwości. Tubylcy santorini-wbluenatomiast przysięgają, ze sto lat temu zlatywały się na wyspę wampiry.
Apokaliptyczne wydarzenia niewiele obchodzą współczesnych turystów. Brzmią jak echo legendy. Dzisiaj wyspa jest doskonałym miejscem, by połączyć leniwy wypoczynek nad morzem, pływanie między ławicami pumeksu i olbrzymich ryb z wycieczkami po okolicy. Plaże w niczym nie przypominają naszych nadbałtyckich, bo są ciemne, pokryte takiej barwy piaskiem powulkanicznym i pełne drobnych kamyczków, które rozgrzane letnim upałem parzą stopy niczym rozżarzone węgielki, wyrzucone prosto z piekła.
Wprawdzie ciemna plaża wydaje się mało elegancka, jakby brudna, ale przecież podobne spotyka się na Wyspach Kanaryjskich i Cyprze. Natomiast wulkaniczna gleba jest bardzo żyzna, więc każdy dostępny centymetr, po odpowiednim przygotowaniu, jest wykorzystywany pod uprawy. Przeważają plantacje pszenicy, pomidorów (większość przerabiana na przecier), pistacji i winogron. Wytwarzane na wyspie wina visando i nichteri są dla wielu zbyt słodkie, lecz należą do najlepszych na Cykladach.
Z północy na południe
Wysunięte na północ miasteczko Ia było niegdyś głównym portem rybackim Morza Egejskiego. Upadło, w wyniku recesji gospodarczej, wojen, trzęsień ziemi i zmniejszenia populacji ryb. Ucierpiało chyba najbardziej podczas trzęsienia ziemi w 1956 roku. Ale zrekonstruowano większość domów, przylegających do klifu.
To właśnie tutaj, do tej mieściny, zjeżdżają autobusami ludzie z całej wyspy, żeby obserwować bajeczne zachody słońca. A potem, po zapadnięciu zmroku, udają się do baru z muzyką rockową. Niedaleko stąd położone są wioski – Ammoudi i Armeni. W pierwszej mieszkają rybacy, w drugiej cumują promy. Jedyna znajdująca się w Armeni tawerna specjalizuje się w przyrządzaniu ośmiornicy z rusztu.
Miejscowość wysunięta najdalej na południe nazywa się Akrotiri. Jest to miejsce o tyle ważne, ze dostarcza dowodów na istnienie minojskiej kolonii. Prowadzone tu prace wykopaliskowe odsłoniły dwie lub trzypiętrowe budowle zniszczone najpierw przez trzęsienie ziemi, a następnie zalane lawą wulkaniczną. Odkrywca wyspy, profesor Marinatos, zginął pod gruzami rozpadającej się ściany i tu został pochowany. Dotychczas odkopano zaledwie niewielką część największego (poza Kretą) miasta minojskiego.
Malowniczością swoich uliczek, domków, cerkiewek przewyższa inne osiedla na wyspie Fira, wisząca desperacko na krawędzi klifu. To niezwykle atrakcyjne położenie jest często pokazywane na pocztówkach i turystycznych folderach.
W małej cerkiewce Evangelismos, którą wybudowano na ruinach rozpustnego Heraionu, odbywały się gimnapedia, czyli tańce nagich młodzieńców ku czci Apollina Karnijskiego. Niegdyś wyspę Santorini nazywano Kalliste – najpiękniejszą. Feniccy zdobywcy nazwali ją Thera na cześć jednego ze swoich królów. Natomiast Santorini czyli święta Irena, przypadło Thirze za czasów bizantyjskich.
Daleko do szkoły
Źródła podają, że na Santorini nie mieszka więcej jak pół miliona ludzi. Latem ta liczba jest zwielokrotniona, dzięki turystom, którzy wybierają Santorini jako miejsce letniego wypoczynku.
Niezbyt wygodnie mieszkać na tej wyspie, jeśli ktoś ma aspiracje na dalsze kształcenie po maturze. Nie ma tu żadnej uczelni. Do najbliższej szkoły wyższej trzeba udać się na Kretę, dokąd podróż statkiem trwa ok. 3 godzin.
Niby ludzie na Santorini jest mało, ale i tu można spotkać rodaków. Np. p. Ania przyjechała na wyspę nakłoniona przez narzeczonego. Na Santorini oznacza to jakby się było pełnoprawnym członkiem rodziny. Zerwać narzeczeństwo to niczym w naszych warunkach wziąć rozwód. Pani Ania nie zdecydowała się jeszcze na ślub, zastanawia się, czy osiedlić się w tym miejscu na stałe. Latem, jak twierdzi, jest całkiem znośnie, przyjeżdżają wycieczki, zaglądają Polacy, z którymi można pogawędzić. Zwłaszcza, że pani Ania pracuje w sklepie jubilerskim, a więc i możliwości kontaktów z ludźmi są większe.
Zimą, ruch turystyczny zamiera. Notuje się spadki temperatur, jak ostatnio, kiedy słupek rtęci w termometrze zbliżył się do zera. Nie przywykli do takich temperatur mieszkańcy Santorini mniemali, że nawiedziły ich arktyczne mrozy. Domy budują bez ogrzewania, licząc na dobrotliwość niebios, na słońce i ciepło. Tak więc, kiedy obniża się zimą temperatura powietrza, niepokoją się o zbiory i plony winnej latorośli. Oznacza to bowiem spadek produkcji wina.

JANUSZ ŚWIĄDER

Posted in PodróżeComments (1)

Wśród ludzi i bogów

Tags: , ,

Wśród ludzi i bogów


Grecy zawsze mieli świadomość wschodniego rodowodu swej cywilizacji, ale wiele jej darów mapa-de-cretaprzyjęli również z południa, z Krety. Bo i cóż – kultura egejska wyprzedziła znacznie kulturę helleńską. Achajowie byli zarówno zdobywcami, jak i dłużnikami Krety.

W maleńkiej wiosce Ammoudara

Wymarzone wakacje na Krecie to w moim przypadku był dwutygodniowy pobyt w niedużej wiosce Ammoudara, położonej niespełna 5 km od Heraklionu. A właściwie nie kretaasposób znaleźć granicę oddzielającą obydwie miejscowości, bowiem Ammoudara jest jakby strefą turystyczną stolicy wyspy – z hotelami, restauracjami, tawernami, sklepami.
Hotele, na ogół, są podobne – z surowym wnętrzem pomalowanym na biało, o niedużych, przytulnych pokojach z łazienkami. Przeważnie usytuowane zostały nad morzem, choć niekiedy zdarza się, że trzeba pokonać około pół kilometra drogi, żeby znaleźć się na plaży. Ale to raczej przyjemność taki spacer, zwłaszcza gdy się wie, że plaża jest piaszczysta, wyposażona w parasole i leżaki. Przyjemnie bowiem skryć się w cieniu przed natarczywymi promieniami słońca. Słońce grzeje na Krecie niemiłosiernie, nie skąpi swych promieni przez okrągły rok. To zresztą zaleta tej wyspy – stuprocentowa gwarancja słonecznej pogody i chłodzący rozpalone ciała powiew rześkiej bryzy.
Turyści zażywają morskich i słonecznych kąpieli od rana do wieczora. A później, u schyłku dnia, wypełniają miejsca w tawernach, w których rozbrzmiewa grecka muzyka w rytmie zorby czy sirtaki. Najważniejsze, oczywiście, są potrawy greckiej kuchni: tzatziki (rodzaj sałatki z surowego ogórka, przyprawionej gęstym jogurtem i czosnkiem), musaka (rodzaj zapiekanki z bakłażanami), suwlaki (szaszłyk), piperis gemistes (papryka faszerowana siekanym mięsem). Z lampką wina lub zimnym piwem potrawy smakują wybornie.

Wieki historii patrzą w Knossos

kretaaaaTo było niegdyś duże miasto – liczyło z przyległościami 100 tys. mieszkańców. Szczyt swojego rozwoju osiągnęło ok. 3 tys. lat temu.
W 1900 r. odkryty został przez sir Artura Evansa i częściowo zrekonstruowany najwspanialszy z pałaców minojskich w Knossos, pałac króla Minosa, którego żona urodziła Minotaura, półbyka – półczłowieka. Specjalnie, by uchronić poddanych, król rozkazał Dedalowi zbudować dla potwora labirynt. Jednak dopiero Tezeusz, dzielny Ateńczyk, zabił bestię i uwolnił wszystkich zależnych od woli władcy.
Przeplatanie się legend z faktami historycznymi podkreśla tajemniczość tego miejsca i stanowi o jego niepowtarzalności. A warto wszakże wiedzieć, że początki kultury minojskiej sięgają 27 wieku przed n.e. I co ciekawe, że do 16 wieku przed n.e. kultura ta przodowała naszemu światu. Z całą wschodnią częścią śródziemnomorza Kreteńczycy prowadzili wówczas ożywiony handel. Natomiast sąsiedzi zza różnych mórz nauczyli się od nich tajników żeglarstwa i organizacji handlu, literatury i sztuki. Do Grecji przyszło z Krety pismo sylabiczne i kolumna jako główny element w architekturze pałacowej. Również sporo innych odkryć, które Grecy rozwinęli i udoskonalili. Pewnie dlatego Knossos jest miejscem tak ważnym, że Kreteńczycy żartują, iż nie pozwolą nikomu opuścić wyspy, jeśli się dowiedzą, że przebywając na Krecie, nie odwiedził pałacu w Knossos.

Magiczna wyspa Santorini

santoriniNie ulec urokowi legendy, żeby nie zobaczyć na własne oczy pozostałości po słynnej Atlantydzie, to czysty absurd. A właśnie magiczna wyspa Santorini była ponoć świadkiem burzliwej i dramatycznej historii. Ok. 1500 r. p. n.e. wybuchł na niej wulkan, niszcząc jeden z głównych ośrodków kultury minojskiej.
Według Jana Alfreda Szczepańskiego wyspa Santorini czyli Thira, nazywana popularnie „Wyspą Diabelską” to był olbrzymi wulkan z kraterem monstrualnie wielkim, otoczonym potężnymi skałami. Potworny wybuch w czasach minojskich rozerwał kolistą obręcz, zaś do krateru wdarło się morze. W wyrwie po zachodniej stronie powstała wyspa Aspronisi. W czasach hellenistycznych w 236 r. p.n.e. łuk krawędziowy został ponownie rozdarty i od właściwej Thiry oddzieliła się część, nazwana Thirazją. Nie koniec na tym. W czasach renesansu (1573) z morza, które zalało krater Thiry, wyłoniła się wysepka nazwana Kajmeni, zaś w czasach baroku (1711) wynurzyły się z morza dalsze wysepki i to większe – Wielka i Nowa Kajmeni. Aktywność wulkanu trwała nadal: w latach 1866-67 wybuchy podwodne wyrzuciły na powierzchnię wysepki: Afrozję i św. Jerzego. Wulkan dawał znać o sobie jeszcze w 1925 i 1928 r., a w r. 1956 miało miejsce trzęsienie ziemi. Zagrożona była nawet główna wyspa, choć to zwarty blok dwóch gór, wyniesiony paręset metrów nad powierzchnię wody.
Wulkan nie odstraszał ludzi. Wprawdzie osadnictwo na Santorini datuje się od XX wieku, jednak miasto doryckie powstało już w IX w. p.n.e. Choć starożytna Thira legła w gruzach, to współczesna Fira (nazwa powstała z przekręcenia dawnej), osadzone na skałach miasteczko, lśni swoją bielą, opromienione słońcem. Lawy dostarczają pumeksu, gleba – winorośli, zaś morze – ryb.
Na Santorini dostać się można z Krety statkiem rejsowym. Jednak morze, w przypadku mojej wyprawy, nie okazało się zbyt łaskawe. Pogoda była iście sztormowa, wiatr osiągnął siłę 8 w skali Beauforta. Statkiem  kołysało jak pudełkiem od zapałek, że większość spośród 400 pasażerów oddawała Neptunowi spożyte przed chwilą śniadanie. Ale warto było się przemóc, żeby zobaczyć jak na pionowych ścianach (które pokazują różnokolorowe warstwy lawy) zbudowano kapliczki, hotele, tawerny. Budynki pomalowane na biało, oddzielają błękit nieba od błękitu morza. Jedynie kopuły świątyń i okna mają niekiedy kolor niebieski. Wszystko razem tworzy bajkowy obraz, który utrwalony na zdjęciach, zdobi turystyczne foldery. Chcąc ujrzeć wspaniały labirynt śnieżnobiałych budynków, najlepiej wspiąć się na szczyt stromego zbocza. Ale potem trzeba zejść do zatoczki – na własnych nogach albo zjechać na grzbiecie osiołka lub skorzystać z kolejki linowej.

Grek Zorba i El Greco

Doprawdy, trzeba mieć taki dar przekonywania, a jeszcze lepiej wsparty gruntowną wiedzą, jaką imponował Adam Kiciak, orbisowski guide, żeby wycieczki po Krecie dostarczały maksimum zadowolenia. Zachęcił mnie np. do wybrania się szlakiem wiodącym na zachód od Heraklionu, gdzie z jednej strony piętrzyły się wspaniałe, strome góry, a po przeciwnej oglądałem małe rybackie wioski albo złociste plaże, jakich jest wiele w pobliżu miasteczka Rethymnon. Samo miasteczko za weneckich i tureckich czasów było jednym z najważniejszych na Krecie. Obecnie urzeka swoim malowniczym położeniem, zaś spacer wąskimi uliczkami pozwala rozkoszować się cudami architektury w weneckim stylu. Nadmorskie restauracje serwują duży wybór potraw z ryb i z dodatkiem owoców morza. Usytuowane są wprost na nadbrzeżu. W porcie stoją statki odbywające regularne rejsy do Włoch.
chania_old_townRethymnon, obok funkcji turystycznej, pełni ważną rolę ośrodka uniwersyteckiego, w którym kierunkiem wiodącym jest filozofia. Natomiast nauki filologiczne studiuje się w niedalekiej Chanii, jeszcze w latach 70. stolicy Krety. W okolonej z trzech stron zatoce Sauda powstawały zdjęcia do filmu „Grek Zorba”. Stamtąd zresztą pochodzi twórca słynnego kinowego dzieła Nikos Kazantzakis.

Najciekawszą częścią Chanii jest Stare Miasto, rozrastające się począwszy od ślicznej, weneckiej przystani, pilnowanej przez wenecką latarnię morską. Malowniczy Stary Port tętni życiem niezliczonej ilości tawern, restauracji, kawiarni, barów.

chania_panorama_2

Ulegam pokusie i daję się namówić na lekki posiłek w jednej z restauracji. Zamawiam tradycyjną sałatkę grecką, natomiast mój cicerone – smażone kalmary. W nagrodę, że skorzystaliśmy z usług tego lokalu, zostajemy poczęstowani kieliszkiem zimnej anyżówki, doprawionej sokiem.
W drodze powrotnej odwiedzamy jeszcze wioskę Fodele, w której przyszedł na świat znany malarz grecki Domenico Theotocopoulos, fodeleznany bardziej jako El Greco. Nieopodal starego kościółka stoi domek – muzeum, przed którym ustawione jest popiersie artysty. Niestety, muzeum jest zamknięte, a okna szczelnie przesłonięte, że nie sposób zajrzeć do środka. Rozglądam się po malowniczej okolicy. Wioska leży  w kotlinie otoczonej pasmem wzniesień i gór. Senne popołudnie sprawia, że życie w niej jakby zamarło. Leniwie przeciąga się kot, ktoś oferuje haftowane serwety, na straganie piętrzą się stosy pomarańcz. Czas wracać…
W uzupełnieniu wiadomości o El Greco dowiaduję się, że dziwnym zbiegiem okoliczności odkryty został obraz malarza pt. „Ekstaza św. Franciszka” na Podlasiu, w plebanii w Kosowie Lackim. Wywołało to podobno sporo zamieszania. Jednak nawet autorytety o międzynarodowej sławie stwierdziły, że to żaden falsyfikat, a autentyczne dzieło wielkiego mistrza. No i proszę, jak to się historia plecie…
Cała zresztą Kreta jest miejscem, gdzie przebywa się zarówno wśród ludzi, jak i … bogów, gdzie legendy mieszają się z prawdą historyczną, a zabytki dają świadectwo kilku tysiącom lat cywilizacji.

JANUSZ ŚWIĄDER

Posted in PodróżeComments (0)

Szpic włoskiego buta

Tags: ,

Szpic włoskiego buta


Działalność mafii skutecznie przepłoszyła turystów z masywu Aspromonte. I chociaż bandyckie porachunki aspromontenależą do przeszłości, górzysty region na południu Włoch nadal pozostaje nieodkryty.
Przeciwników można było zdefiniować bez trudu: blady przybysz z Północy bez szczypty kondycji kontra prażące słońce włoskiego Południa w sojuszu z osypującym się rumowiskiem. Za cel wziąłem Pietra Cappa, dominującą nad Valle delle Grandi Pietre (czyli “doliną wielkich skał”), po czym przez godzinę sapałem jak lokomotywa, pnąc się ku czemuś, co z dołu coraz wyraźniej przypominało wielką, obtłuczoną czaszkę, i zastanawiając się, czy upał nie uderzył mi przypadkiem do głowy.
Zdaniem Antonia, mojego współtowarzysza wędrówki, miejscowego farmera i przewodnika, ta skała mogłaby bez trudu zasłużyć na sławę kalabryjskiego Uluru. W 1989 roku 76 tys. hektarów niewielkiego regionu Aspromonte, z wodospadami, opuszczonymi wioskami i powykręcanymi od wiatru świerkami uzyskało status parku narodowego. (…) Przybysz z Północy znajdzie na miejscu idealne tereny do wycieczek pieszych, życzliwych miejscowych i brak jakichkolwiek śladów turystyki zorganizowanej. Wszystko to zawdzięczać będzie ‘ndranghecie, czyli kalabryjskiej mafii.
aspromonte-2Od chwili swego powstania członkowie ‘ndranghety – złożonej z chłopów, którzy brali odwet na panach porywając ich trzody, a czasem, dla okupu, również członków rodziny – szukali schronienia w możliwie niedostępnych lasach i górach. Ten klimat utrzymywał się w Aspromonte długo – jeszcze w latach 80. XX wieku podpalenia, policyjne helikoptery huczące nad wioskami i blokady dróg wyrobiły tej okolicy szczególną reputację, która w umysłach ogromnej większości Włochów pokutuje do dziś.
roghfiumare_g– Nie sądzę, żebyśmy mieli tu dziś ‘ndranghetę z prawdziwego zdarzenia – wzrusza ramionami Sabina, przybyszka ze Szwajcarii, która przed 14 laty po szczególnie udanym Sylwestrze z dnia na dzień podjęła decyzję, by osiąść w tej okolicy. Rozmawiamy w miasteczku San Luca, którego nazwa stanowiła swego czasu synonim mafijnych układów; Szwajcarce to jednak nie przeszkadza. – W okolicy zachowało się pewnie jeszcze kilka piwniczek na sekretne spotkania, nie ma jednak aspromonte-11mowy o porwaniach czy przemocy – przekonuje. – Mafia to dziś biznes międzynarodowy, a poza tym o San Luca słyszało zbyt wiele osób, by przestępcy chcieli tu być na widoku.
Reputacja jednak pozostała. Plotka o mafii przełożyła się na brak funduszy na promocję – i mimo tanich lotów z Wielkiej Brytanii do odległej o dwie godziny jazdy Lamezii, w Aspromonte pojawia się rocznie nie więcej niż półtora tysiąca przybyszów. To wystarczy, by środowisko zachowało się w niemal nienaruszonym stanie.
pentedattiloNie bez znaczenia jest w tej kwestii kolejny z uroków Aspromonte – skromna baza noclegowa. Co do mnie, nocowałem w jedynym miejscu, jakie znaleźć można w sercu parku narodowego: w pensjonacie Biancospino, prowadzonym przez Antonia i jego żonę. Położony w północno-zachodniej części parku dom oferuje jedynie pięć miejsc noclegowych, a prócz tego bujane fotele na tarasie, wonny dym z kominka i możliwość delektowania się kalabryjską kuchnią. Już pierwszego wieczora siadłem wraz z gospodarzami do kolacji, na którą składało się mnóstwo mozarelli pociętej w grube płaty, kotlety z monte_consolinojagnięciny, którego twórcę najwyraźniej zainspirowały rozmiary skałek w Valle delle Grandi Pietre, domowe wino i doskonały deser: pieczone jabłka.
Kolejne trzy dni spędziłem z Antoniem, jeżdżąc, maszerując, wspinając się i klucząc po górskich szlakach. Przez cały ten czas nie spotkałem żadnego turysty. Górskie drogi mozolnie wspinają się po zboczach Aspromonte, porośniętych lasami od strony położonego na zachodzie Morza Tyrreńskiego, a na wschodzie, od strony Morza Jońskiego, obfitujących w zielone łąki. Co rano otwierał się przed nami widok na kaniony, zwietrzałe skały i ławice żwiru, z rzadka tylko przerywane przykurzoną zielenią drzew oliwkowych.
Ostatniego dnia zatrzymaliśmy się przy drewnianym baraku w środku lasu. W głębi, przy stole zastawionym misami marynowanej koźliny i butlami wina domowej roboty siedziało grono robotników leśnych, którzy najwyraźniej rzadko schodzą do miasta. Mężczyźni o palcach wielkości wałków do ciasta wstali, by zaprosić nas do posiłku. Jedliśmy więc koźlinę, piliśmy wino z musztardówek, paliliśmy ręcznie zwijane papierosy, a nasi gospodarze – bez wyjątku mieszkańcy San Luca – stale wracali do tego, jak ciężko pozbyć się reputacji “mafijnego miasteczka”. Narzekali na korupcję, mnie zaś z każdą kolejną szklanką cierpkiego trunku trudniej było zrozumieć, jak to się stało, że ten surowy, położony z daleka od stolicy, ale przecież nie całkiem niedostępny zakątek Włoch nadal pozostaje nieodkryty.

Rob Crossan
Foto Maurizio Marzolla

Posted in PodróżeComments (0)

Kipiąca życiem Barcelona

Tags: ,

Kipiąca życiem Barcelona


Barcelona to takie miejsce, gdzie sezon turystyczny trwa praktycznie cały rok. I chociaż już od barcelonaczerwca temperatura powietrza sięga tu powyżej 33 stopni Celsjusza, to nie powinna nas ona przerażać – przecież to właśnie narody śródziemnomorskie wymyśliły sjestę!

barca-miastoBarcelona nigdy nie narzekała na turystów. Już od miesięcy wiosennych miasto gwarantuje przepiękną pogodę, czyste plaże i ciepłe Morze Śródziemne. Jednak perła, a zarazem stolica Katalonii oferuje o wiele więcej i warto zrezygnować z wylegiwania się na plażowym leżaku na rzecz zwiedzania miasta. Znajduje się tu nie tylko kilkanaście ciekawych muzeów (jak np. Muzeum Pablo Picassa, Muzeum Nauki, Narodowe Muzeum Sztuki Katalońskiej), ale także mnóstwo interesujących zabytków.
Najsłynniejszym jest na pewno katedra Sagrada Familia (Świątynia Pokutna  Świętej Rodziny) – dzieło życia genialnego architekta Antonio Gaudiego. Katedrę zaczął barca-porttworzyć w 1910 roku, jednak nie zdążył jej skończyć (podobno umarł we śnie, przy biurku z planami świątyni). Po jego śmierci  budowę kontynuują uczniowie mistrza – katedra wciąż powstaje (prace są prowadzone głównie wewnątrz i mogą je oglądać zwiedzający), zachwyca rozmachem, rozwiązaniami architektonicznymi i szczegółowymi zdobieniami. Jej charakterystyczne wieże i sąsiadujące z nimi ogromne dźwigi górują nad panoramą miasta. Sagrada Familia to ewenement nie tylko ze względu na piękno architektury – jest to także jeden z najdłużej budowanych zabytków sakralnych na świecie. Według planów ostatnie prace mają się bowiem zakończyć barca-plajadopiero w 2025 roku!
Będąc w Barcelonie nie można pominąć Parku Guell – to tu właśnie dużą część swego życia spędził Gaudi. Park był własnością mecenasa Gaudiego, przemysłowca Eusebiego Guella, który pragnął stworzyć miasto-ogród. Gaudi kupił tu dom architekta Francesca Berenguera – obecnie w budynku mieści się muzeum, w którym można zobaczyć rysunki i projekty Gaudiego. Sam park jest pełen rzeźb, wspaniałej roślinności i zapierających dech w piersiach widoków na panoramę miasta.
Spacerując wąskimi uliczkami miasta, których szerokość została dostosowana do rozmiarów konia lub powozu (na barca-sagradakamiennych murach nadal widnieją tabliczki informujące o jednokierunkowym ruchu pojazdów konnych), natrafimy na liczne sklepiki, kawiarenki, restauracje. Tych ostatnich nie brak nigdzie – stoliki na zewnątrz można znaleźć nawet na słynnej Rambli. Ta 1,5-kilometrowa aleja to esencja Barcelony. Życie toczy się tu 24 godziny na dobę. W cieniu platanów ciągną się kramy z pamiątkami, kwiatami, zwierzętami (ptakami, jaszczurkami, królikami) i prasą. Nie brak tu ulicznych artystów: muzyków, mimów czy tancerzy.
Jeśli przyjechaliśmy tu na dłużej niż kilka dni, to – oprócz spacerów nad morze – warto polecić wypad do wesołego miasteczka Tibidabo, mieszczącego się na wzgórzach Barcelony i wycieczkę do Wioski Olimpijskiej, a także zobaczenie stadionu piłki nożnej Barca, Łuku Triumfalnego (przypominającego paryski), starych i nowych portów (w tym jachtowego) oraz licznych zabytków sakralnych.
W Barcelonie trudno się nudzić – wystarczy zaopatrzyć się w wygodne buty, parę euro i ciekawość świata.

Tekst i zdjęcia:
Adriana Chodakowska-Grzesińska

Transport

Polecam samoloty – tym bardziej, że z lotniska jedzie się zaledwie 15-20 minut autobusem do miasta. Punkt informacji turystycznej na barcelońskim lotnisku udzieli wszelkich niezbędnych informacji, którym numerem autobusu dostać się do miejsca naszego zakwaterowania (kto nie zna hiszpańskiego, może bez problemu dogadać się po angielsku).

Hotele

Hostele, hotele i pensjonaty – można je wszystkie obejrzeć w internecie (choćby poprzez wpisanie w wyszukiwarce hasła „Barcelona hotel”), porównując jednocześnie ceny i dostosowując je do swoich potrzeb. Rezerwowanie w ten właśnie sposób jest bardzo proste i na pewno tańsze od zorganizowanych przez biura podróży wyjazdów. Szukając hotelu warto zwrócić uwagę, czy w pobliżu znajduje się stacja metra. Większość hoteli posiada klimatyzowane pokoje.

Podróżowanie po mieście…

…jest przyjemne nawet latem, bo pociągi metra i autobusy są klimatyzowane.  Warto wykupić bilet … 5-dniowy, uprawniający do korzystania z metra, autobusów i kolejki miejskiej (koszt ok. kilkunastu euro).

Posted in PodróżeComments (0)

Perła Dunaju

Tags: , , ,

Perła Dunaju


Budapeszt – jedno z najpiękniejszych miast środkowej Europy – nie bez słuszności nazywane jest „królem Dunaju”. Podobne do hungaryPragi i Wiednia, nie ma w sobie patosu austriackiej stolicy. Podobieństwo wynika z tego, że rozwijało się w tym samym kręgu kultury Habsburgów. Jednak w przeciwieństwie do obydwu tych miast, Budapeszt jest mniej oficjalny i muzealny. I od lat pozostaje „na topie” wśród turystów z całego świata.

buda

Szeroki w tym miejscu Dunaj dzieli Budapeszt na dwie części: średniowieczną i elegancką Budę (na górze), której dumą jest Zamek Królewski, oraz secesyjny i niezwykle urokliwy Peszt (na dole).

pest

Dla Polaków, przez lata Budapeszt był oknem na świat i kawałkiem Zachodu. Dziś dobrze zaopatrzone sklepy nie stanowią specjalnej atrakcji, bo podobne mamy u siebie. A jednak po zachłyśnięciu się urokami niemal całego świata, zaczynamy znów z ochotą wracać do Budapesztu, który w ostatnich latach wypiękniał jeszcze bardziej. Kusi nas na nowo swoim urokiem, doskonałym jedzeniem i winem oraz wyjątkową ofertą rekreacyjno-leczniczą. Jest to bowiem jedno z największych w Europie miast – kąpielisk, które swoją sławę zawdzięcza 120 naturalnym źródłom leczniczym (ich uzdrawiającą moc odkryli prawie 2000 lat temu rzymscy legioniści), gdy dzisiejsze Węgry były rzymską prowincją Panonia. Natomiast budapesztańskie kąpieliska (największe to Szechenyi, na terenie którego znajduje się 15 basenów z gorącą wodą termalną) w większości pobudowali kolejni najeźdźcy, Turcy (np. przypominającą baśnie z „Tysiąca i jednej nocy” Kiraly). Kolejną atrakcją węgierskiej stolicy są wyścigi Formuły 1 na podbudapeszteńskim torze Hungaroring.

Luksusowe hotele Miłośnicy historii mogą zamieszkać w Budzie na Wzgórzu Zamkowym obok kościoła św. Matiasa w hotelu „Hilton” (przed laty budowa nowoczesnego gmachu ze stali i szkła w bezpośrednim sąsiedztwie zabytkowych obiektów wzbudziła żarliwą dyskusję, ale powoli wszyscy się przyzwyczaili do mariażu starego z nowym i dziś nikogo on już nie szokuje). W niezwykle umiejętny sposób połączono w spójną całość szklaną fasadę z zachowanymi fragmentami XIII-wiecznego kościoła św. Michała oraz wieżę i krużganek dawnego jezuickiego klasztoru. Wysoki standard usług oraz wyjątkowy widok z okien na Dunaj i Parlament (najwspanialszy za 2000 euro z apartamentu prezydenckiego, w którym gościł m.in. Michael Jackson, zwykłe pokoje od 210 euro) oraz elegancka i dobra restauracja „Franciszkańska”.

streetview-at-five-star-hotel-le-meridien-budapest-hungary-on-erzsebet-ter-city-centerZ kolei w Peszcie, niedaleko parlamentu znajdują się (obok siebie) dwa najbardziej luksusowe hotele Budapesztu: „Meridien” (budynek, w którym się mieści, został wzniesiony w 1913 jako siedziba Adriatyckiej Kompanii Asekuracyjnej) – hotel w wielkim stylu, specjalnością restauracji są m.in. gęsie wątróbki z grzybami (ceny pokoi od 320 euro) oraz „Kempinski Corvinus” (zaprojektowany w 1992 roku przez Józsefa Flinta), elegancki i z prawdziwą klasą wystrój pokoi, bardzo dobra obsługa i świetna włoska restauracja „Giardino” (ceny pokoi od 300 euro do 2300 za apartament prezydencki). Typowym hotelem dla biznesmenów jest znajdujący się w pobliżu „Kempinskiego”, „Hayatt”. Hotelowe lobby tonie w zieleni a na środku znajduje się patio z palmami. Do nostalgicznej podróży w przeszłość zaprasza dwumiejscowy samolot z początków ubiegłego stulecia, zawieszony wysoko pod sklepieniem. Z okien eleganckich pokoi (ceny od 225 euro) fantastyczny widok na Dunaj i Wzgórze Zamkowe.

Blednie sława zacnego niegdyś hotelu „Gellert” , wybudowanego w 1918 roku, który gościł m.in. Orsona Wellesa, Luchino Viscontiego oraz Arthura Millera. Warto wybrać się tam do legendarnego secesyjnego kąpieliska z zespołem basenów termalnych i łaźnią.

Dbającym o zdrowie i urodę można śmiało polecić dwa hotele na wyspie Małgorzaty: „Danubius Thermal Hotel” oraz „Danubius Grand Hotel” (są połączone ze sobą podziemnym przejściem). Ten ostatni powstał w 1873 roku, ale ostatnio został gruntownie zmodernizowany. Prawdziwa klasa, trochę w stylu Franciszka Józefa. Wokół hoteli rozciąga się wspaniały park, a w obydwu znajdują się baseny z wodą termalną. W ofercie różnego rodzaju zabiegi balneologiczne oraz kosmetyczne (oraz operacje plastyczne). Ceny pokoi od 136 euro.

Modne restauracje – Gastronomia (w Budapeszcie jest ponoć w sumie ok. 5000 lokali gastronomicznych) to najmocniejsza strona naddunajskiej stolicy. Są tu setki różnych lokali: całkiem zwyczajne gospody (zwane vendeglo lub csarda) z prostym, niewyszukanym jedzeniem oraz luksusowe przybytki gastronomicznej muzy, serwujące najbardziej wyszukane dania węgierskiej i światowej kuchni (tych ostatnich jest mniej, ponieważ Węgrzy słusznie preferują swoją kuchnię narodową).

Każdemu bez względu na to, czy lubi kuchnię wyszukaną, czy nie, polecam wizytę w słynnej XIX-wiecznej hali targowej Vasarcsarnok przy Vam ter, u wylotu mostu Franciszka Józefa (większość zorganizowanych wycieczek po Budapeszcie kończy się właśnie w tym miejscu) i spróbowanie w jednym z kilkunastu znajdującym się tam barów grillowanych i piekielnie ostrych kiełbasek hurki. Wrażenia z tej wizyty są podobne jak kiedyś w starych halach paryskich. Warto również odwiedzić znajdującą się niedaleko placu Moskwa niewielką i czynną całą dobę knajpkę „A Szent Jupathoz” (Pod św. Jupatem). Bywa w niej niezwykle barwne towarzystwo – od zamiataczy ulic po aktorów, polityków i dyplomatów. Jedzenie proste a wielkość porcji (np. golonki przygotowywane na sposób węgierski: najpierw wędzone, potem gotowane a na końcu opiekane) zapiera dech w piersiach największych żarłoków (ceny niezwykle przyjazne dla kieszeni).

fatalfatal_restaurant-budapestKolejne dwa lokale polecam wszystkim miłośnikom dobrej kuchni: znajdujący się w centrum, na Pinter utca (przecznica słynnej Vaci) „Fotal” (nazwa dwuznaczna: znaczy bowiem i „fatalny” i „drewniany talerz”) a jedzenie (typowo węgierskie) fantastyczne, porcje ogromne (zawiesiste zupy podaje się np. w różnego rodzaju garnkach a jedno z typowych węgierskich dań czyli kość z tukiem, porąbaną w kawałki na ogromnym talerzu z dodatkiem zgrabnych grzanek). Prawie zawsze panuje tam ogromny tłok. Jeszcze większy jest tylko (czasem trzeba rezerwować miejsca nawet z tygodniowym wyprzedzeniem) w gospodzie „Nancsi Neni” (Ogródek cioci Nanczi), która znajduje się z dala od centrum Budapesztu w Zimnej Dolinie. Bywają tam dosłownie wszyscy, a najchętniej zagraniczni dyplomaci, akredytowani w Budapeszcie (uwielbia ją również wielki znawca kuchni węgierskiej, redaktor Tadeusz Olszański). Szczególnie pięknie jest tam latem, gdy można usiąść w ogródku pod wielkimi drzewami kasztanowymi. Kuchnia typowo węgierska, ale w wersji bardziej wyszukanej niż w „Fotalu”. Nie sposób również ominąć „Siposa”, w którym serwowana jest najlepsza w Budapeszcie zupa rybna halaszle oraz karp pieczony z czosnkiem (są dwie restauracje o tej nazwie, druga z nich znajduje się na rynku w Obudzie, ale zupa jest tam gorsza).

Wyszukana kuchnia francuska oraz wyselekcjonowane wina węgierskie to nie jedyna atrakcja restauracji „Belcanto” (mieści się obok gmachu Opery a urządzona w stylu secesyjnym sala, obwieszona jest starymi afiszami teatralnymi i dagerotypami słynnych śpiewaków, miejsce chętnie odwiedzane nie tylko przez młodych duchem). Jeżeli pojawimy się tam około 22, kelnerami będą…śpiewacy, którzy od czasu do czasu przerywają podawanie potraw i śpiewają najsłynniejsze arie. Inna dobrą restauracją francuską i ulubionym miejscem spotkań ludzi biznesu jest „Le jardin de Paris” niedaleko Wzgórza Zamkowego. Z doskonałej i autentycznej kuchni francuskiej słynie również „Chez Daniel”. Miano jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji w Peszcie nosi „Legrandi Antique”: w blasku świec i przy dźwięku skrzypiec serwuje się tam dania dla prawdziwych koneserów, np. faszerowane przepiórki.

Posiadacze zasobnych portfeli i miłośnicy miejsc z tradycją nie powinni ominąć znajdującego się niedaleko słynnego kąpieliska Szechenyi, legendarnego „Gundela”(należy obecnie do George`a Langa , właściciela słynnej nowojorskiej „Cafe des Artistes” i Ronalda Laudera, właściciela znanej firmy kosmetycznej). To nie restauracja tylko teatr, w który cały czas trwa wielki spektakl. Zatrudnia ona 45 kucharzy. Finałem każdej uczty są słynne płonące naleśniki a`la Gundel (nadziewane masą orzechowo-migdałową i polane czekoladą), które weszły już do klasyki światowej gastronomii.

Miłośnikom wina i dobrych miejsc polecić można „Dom Win Węgierskich”, znajdujący się na Wzgórzu Zamkowym. W stałej ofercie 450 najlepszych win węgierskich z dobrych regionów winiarskich (problem w tym, że podczas jednej wizyty uda się zdegustować zaledwie kilka z nich). Nie zawadzi również odwiedzić (odległą o ok. 15 km od centrum miasta) dzielnicę Budafok – królestwo węgierskiego wina a szczególnie słynne piwnice i znajdujące się w nich winiarnie, np. „Budafoki Borkatakomba”.

Amatorzy miejsc „odlotowych” powinni wpaść do „Marxima”. W oknach kraty i gipsowe ręce wyciągające się ku wolności, między stołami zasieki z drutu kolczastego. W karcie m.in. pizza syberyjska czyli placek z otrębów smarowany…nożem oraz dieta a la Gułag (czyli nic, oprócz rachunku). Innym takim miejscem jest pub „Alcatraz” (w samym centrum Budapesztu) – przy wejściu otrzymuje się więzienne czapeczki w paski a kelnerzy zachowują się jak strażnicy więzienni i tak jak oni traktują gości. Nikomu nie przeszkadza to w świetnej zabawie.

Skoro już mowa o pubach to warto również wpaść do „Nautilusa”, który znajduje się na słynnej ulicy Vaci: piwnica wygląda jak wnętrze łodzi podwodnej, wymyślonej przez Juliusza Verne.

Kawiarnie – Tradycja „czarnej zupy” czyli kawy oraz tureckich łaźni w naddunajskiej stolicy sięga XVI wieku, gdy Buda była stolicą jednej z prowincji imperium osmańskiego. I kawa i tureckie łaźnie to do dziś wizytówki Budapesztu.

gerbaudNajbardziej znaną jest kawiarnia „Gerbeaud” na placu Vorosmarty, która istnieje już prawie 150 lat, a wynalazkiem jej pierwszego właściciela, francuskiego cukiernika, Emila Gerbeauda, jest słynny tort biszkoptowo-kawowy dobosz oraz robione ręcznie pralinki. We wnętrzu kryształowe lustra w złoconych ramach i marmurowe blaty stolików (w piwnicy mieści się elegancka piwiarnia z niezłym jedzeniem, która powstała niedawno). Specjalnością innej cukierni „Ruszwurm”, znajdującej się niedaleko kościoła św. Matiasa, jest… ruszwurm czyli kawa ze śmietanką, cherry, czekoladą i chantilly oraz tort lincki z konfiturą z malin.

Dwie kultowe kawiarnie z początków ubiegłego stulecia – „Central” oraz „Lukas” - w ostatnich latach wróciły do dawnej świetności. Budapeszteńczycy (i turyści) z niecierpliwością czekają natomiast na zakończenie renowacji (nastąpi to za rok) innego findesieclowego lokalu – słynnej kawiarni „New York”, urządzonej w 1894 roku z inicjatywy amerykańskiego towarzystwa ubezpieczeniowego, w której bywali najbardziej znani i sławni (m.in. magnaci kina: Fox, Cukor, Goldwyn i Mayer) oraz król operetki, Imre Kalman

Nocne życie – Wieczorową porą godna polecenia jest ulica Raday, na której znajduje się słynny klub studencki o tej samej co ulica nazwie oraz Castro Pub, gdzie przy kubańskiej muzyce, holenderski właściciel serwuje serbską kuchnię oraz węgierskie wina. Najsłynniejsza budapeszteńska dyskoteka jest w Cytadeli na Górze Gellerta. Inna (powierzchnia prawie 1000 metrów) to „Bahnhof”. Ulubionym miejscem spotkań młodzieży pragnącej potańczyć i posłuchać muzyki jest „Bamboo”.Dobra muzyka latynoska jest w „Desperados”

fatmoMłodzi i przedsiębiorczy bywają w „Fat Mo`s”, który przypomina amerykański klub z czasów prohibicji. Do klasyki nocnych lokali należy „Capella” (atrakcją są występy drag queens). Z kolei w „Trafo” (dawna rozdzielnia energetyczna) odbywają się nowatorskie i niekonwencjonalne spektakle. Natomiast raz w miesiącu łaźnia Rudas zamienia się w klub nocny z efektami świetlnymi, starymi filmami oraz muzyką techno (informacje www.cinetrip.hu., obowiązują stroje kąpielowe).

Amatorzy hazardu spotykają się m.in. w „Varkert” – jednym z dziesięciu kasyn (neorenesansowy pawilon, w którym się mieści, zaprojektował twórca gmachu opery, Miklos Ybl)

vaci-utcaKrólestwo Merkurego – Mekką miłośników zakupów od lat jest słynna ulica Vaci – elegancki deptak handlowy i jedna z wizytówek Budapesztu. Przed laty najbardziej znanym sklepem na tej ulicy był salon Clary Rothschild, w którym ubierały się żony socjalistycznych prominentów. Obecnie w tym miejscu znajduje się elegancki sklep z futrami wiedeńskiej firmy Liska. Wzdłuż tej ulicy mają siedziby firmowe sklepy znanych zachodnich firm (m.in. Bossa, Humanica, Marksa and Spencera, Ostermana) oraz supernowoczesny dom towarowy „Fontana” a w „Preshaz”, mieszczącej się w XVIII-wiecznych piwnicach, można kupić najlepsze węgierskie wina (w stałej ofercie prawie 300 różnych rodzajów, z najlepszymi tokajami, jak np. 6-puttonowy Istvan Szepsy. Niedaleko znajduje się najpiękniejsza kwiaciarnia w całym Budapeszcie, „Philanthia” (secesyjny wystrój wnętrza).

Jednym z największych centrów handlowych Europy jest Westend City Center (niedaleko dworca Nyugati): 14 sal kinowych, 33 restauracje i ok. 400 sklepów.. Dwa inne wielkie centra to „Millenium Centre” oraz „Duna Plaza” (obydwa znajdują się przy Vaci.)

Najstarszym antykwariatem w Budapeszcie (istnieje od 1851 roku) jest „Cathedral”, który oferuje prawie zawsze bogatą ofertę mebli. W dawnym schronie przeciwlotniczym w pobliżu placu Kossutha znajduje się inny słynny antykwariat – Pinter (prawdziwy sezam ze starymi srebrami i porcelaną). Prawie obok niego znajduje się „Studio Agram” (bibeloty z okresu międzywojennego).

Teresa Kokocińska

Posted in PodróżeComments (0)

Toruń  - miasto piernika i Kopernika

Tags: , ,

Toruń - miasto piernika i Kopernika


Toruń  to największy kompleks architektury gotyckiej w Polsce, a krzyżackiej  - w Europie. Jeden z najcenniejszych - obok Krakowa i  Zamościa  -  zespołów  urbanistycznych,  który  pięć lat temu został  wpisany  na  Listę  Światowego Dziedzictwa Kulturowego w Europie - obok chińskiego muru i piramid.
torun_merian_1641“…W  starym  Toruniu  żył  Kopernik.  W  starym Toruniu piekli piernik”. Tak zaczyna się popularna bajka. W tym mieście urodził się  ponad  500  lat temu nie tylko znakomity astronom a 400 lat później  twórca słownika języka polskiego, Szymon Bogumił Linde.
Torunianinem   był   zmarły  niedawno  lider  legendarnej  grupy “Republika”,  Grzegorz  Ciechowski.  Spędził  tu  dzieciństwo  i chodził do podstawówki popularny aktor, Bogusław Linda.
Symbolem   Torunia  jest  niewątpliwie  Mikołaj  Kopernik.  Jego rodzina  posiadała  przynajmniej  torun-staroowka1cztery  kamienice  w mieście - jedną  przy  rynku  i  trzy na ulicy noszącej obecnie jego imię.
Przyszły  astronom mógł urodzić się w każdej z nich. Kilkanaście lat  temu w gotyckiej kamienicy z numerem 15/17 urządzono muzeum Mikołaja  Kopernika  - chociaż nadal nie ma pewności, że urodził się  właśnie  tam.  Muzeum,  będące  rekonstrukcją  dawnego domu mieszczańskiego,     posiada     m.in.    kolekcję    przyrządów astronomicznych.
Pomnik  genialnego  astronoma,  wg.  projektu Fryderyka  Tiecka  (ten, który stoi na Krakowskim torun-staroowka2Przedmieściu w Warszawie, miał pierwotnie stanąć w grodzie Kopernika) ustawiono w  1853  roku  na Rynku Staromiejskim przed ratuszem.
Umawiające się  pod  nim  zakochane  pary  na  ogół  nie wiedzą, że właśnie Kopernik  przetłumaczył  z  greki  na  łacinę “Listy obyczajowe, sielskie i miłosne” Teofila Simokaty.
Kolejny  po Koperniku symbol Torunia czyli pierniki, wypieka się tu  od  XVI wieku. Wzbudziły one zachwyt genialnego kompozytora, Fryderyka  Chopina,  który  bawiąc  w  1825  roku na wakacjach w pobliskiej   torun-staroowka3Szafarni,  pisał  w  liście  do  przyjaciela,  Jana Matuszyńskiego::   -”Widziałem   ja,   prawda   również  i  całą fortyfikację,  oprócz  tego kościoły gotyckiej budowy, z których jeden  w  1231  roku zbudowany. Widziałem wieżę pochyłą i ratusz sławny w guście gotyckim, ale to tylko ci napiszę, iż największą impresję  czyli  alias wrażenie pierniki na mnie uczyniły, bo to wszystko nie przechodzi pierników, oj pierników, z których jeden posłałem  Wam  do  Warszawy”.
Wcześniej inny miłośnik toruńskich słodkości,  król  Jan  III  Sobieski, zabrał ze sobą do Warszawy torun-staroowka4toruńskiego piernikarza, aby wypiekał dla niego pierniki.
Jeszcze  za  czasów  króla  Zygmunta  Augusta  sprowadzano  je z Norymbergi;  później  zajęli  się  ich  wypiekiem  piernikarze z Torunia,  którzy  szybko  stali się bardziej biegli w tej sztuce niż Niemcy. Tajemnica ich smaku polegała na składnikach ciasta - pilnie  strzeżonej tajemnicy. Oprócz mąki, nie żałowano do niego korzeni,  miodu  a  nawet  okowity. Leżakowało  ono w drewnianych beczkach  przez  wiele  lat. Ponoć gdy piernikarzowi rodziła się córka,  przygotowywał  piernikowe  ciasto,  które po latach, gdy wychodziła  za  mąż,  otrzymywała jako wiano. Po upieczeniu były tak  twarde,  że kiedyś ogromny okrągły piernik zastąpił złamane koło  u kolasy pewnego zagranicznego dyplomaty, podróżującego po polskich drogach, które już wtedy słynęły z dziur i wybojów.
Toruńskie  pierniki  trafiały na królewskie stoły władców Prus i Rosji;  stąd  ich  nazwa  “cesarskie ciasto”.
Tradycyjnie władze miejskie  Torunia wysyłały je do niemieckiej rodziny torun-staroowka5królewskiej wraz z życzeniami noworocznymi - Hohenzollernowie otrzymywali je do   końca   swego   panowania.  Obecnie  spadkobiercą  tradycji toruńskich  piernikarzy  jest Fabryka Cukiernicza “Kopernik” SA, istniejąca nieprzerwanie od 1763 roku (obecny zakład wybudował w roku  1913 Jakub Wesse). Dyrekcja fabryki pierników sfinansowała zakup   dla   muzeum   genialnego   astronoma  jednego  z  kilku zachowanych  do  naszych  czasów  egzemplarzy dzieła “O obrotach ciał niebieskich”.
Być  w  Toruniu i nie kupić pierników to tak, jak być w Toruńskie piernikiRzymie i nie  widzieć  papieża.
Dziś  pierniki  figuralne robione według starych  wzorów  można kupić w sklepie firmowym przy Żeglarskiej albo  w  Dworze  Artusa  przy  Rynku  Staromiejskim  (jeszcze do niedawna mieścił się tam kultowy klub “Od Nowa”, w którym dawała pierwsze  koncerty  “Republika”  i  “Kobranocka”).  Natomiast  w muzeum  mieszczącym  się  w dawnych sukiennicach można podziwiać stare drewniane formy, w których je kiedyś wypiekano.
Późnośredniowieczny Toruń szczycił się nie tylko piernikami, ale również produkowanymi tu winami. winiarstwoJedyna pamiątka, jaka pozostała po  tamtych  czasach,  to  nazwa  jednej  z  dzielnic:  Winnica.
Tradycje   uprawy  winorośli  przywieźli  założyciele  miasta  - Krzyżacy. Właścicielami jednej z winnic była rodzina Koperników.
Wojny  i gwałtowne ochłodzenie klimatu zmiotły winorośl z okolic Torunia. Ale tradycje przyrządzania trunków pozostały. Jeszcze w XIX  wieku  znajdowało  się  tu  kilka  słynnych  fabryk wódek i likierów,  w  których  produkowano  m.in.  słynny w całej Polsce likier  ziołowy  na  spirytusie - “Toruńskie Krople Zdrowia”.
Do dziś  przetrwała  jedynie  butelka po nim - eksponat w pierwszym polskim  muzeum  wina,  mieszczącym się w forcie dawnej pruskiej twierdzy. http://www.wytwornia-zn.pl/index.php?page=historiawiniarstwa
Spacer  po Toruniu warto rozpocząć od jednej z miejskich baszt, zwanej  Krzywą  Wieżą,  odchylonej od pionu o 1,40 metra (na jej szczycie  znajduje się kawiarnia). Ponoć, gdy wieża skarżyła się budowniczemu,  że  jest  krzywa,  powiedział:  “To  ruń”.
I tak powstała nazwa grodu, któremu prawa miejskie nadano w roku 1233.
Turyści  idący  przez  Stare Miasto najpierw dostrzegają solidne mury  gotyckich  kamieniczek  z  czerwonych  cegieł,  na których zachowały  się  ślady  kul,  ognia  a  być  może  nawet plamy po gorących  kluskach, które mieszczanie toruńscy wylewali na głowy najeźdźców oblegających ich miasto.
Nie  sposób  ominąć  gotyckiego  ratusza na Staromiejskim Rynku, jednego z najwspanialszych w Europie, odbudowanego w XVIII wieku według  “kalendarzowej  koncepcji”: 4 wieże, 12 wielkich sal, 52 komnaty i 365 okien (w roku przestępnym wybijano podobno jeszcze jedno).
Obecnie  jest  on  siedzibą Muzeum Okręgowego, w którym znajdują   się   zarówno   obrazy  Jacka  Malczewskiego  i  Olgi Boznańskiej,  jak  i kolekcja starych kluczy i zamków. Niedaleko ratusza  stoi  pomnik  Flisaka.  Legenda  głosi,  że  grając  na skrzypcach,  wyprowadził  on  z miasta zasłuchane żaby, które po powodzi okupowały piwnice toruńskich kamienic.
Spośród  czerwonych  dachów  starówki  wystrzelają w niebo wieże gotyckich  kościołów:  Najświętszej Marii Panny, św. Jakuba oraz katedry  św.  Janów  (Jana  Ewangelisty  i Jana Chrzciciela), na wieży  którego  po raz pierwszy w noc sylwestrową Roku Pańskiego 1499  odezwało  się  serce zawieszonego na powrozie uplecionym z pasków  skór  wołowych  dzwonu  Tuba Dei, ważącego prawie 7 ton.
Jego  dźwięk  miał wybłagać u Pana Boga odroczenie końca świata, spodziewanego  na rok 1500. Dziś dzwon  dzwoni tylko dwa razy do roku,  bo  od  jego potężnego dźwięku kruszą się mury katedry. W jej  wnętrzu znajduje się w chrzcielnica, przy której ochrzczono najprawdopodobniej   Mikołaja   Kopernika  oraz  mauzoleum  Anny Wazówny, siostry króla Zygmunta III.
Jadąc  z  Warszawy,  aby dostać się na toruńską starówkę, trzeba przejechać  przez  jedyny  w  tym  mieście  most  drogowy, który pojawił  się  w  tym  miejscu  w  latach 30. ubiegłego stulecia.
Wcześniej  łączył  on  brzegi  Wisły pod Tczewem; po zakończeniu pierwszej  wojny  został rozebrany i spławiony rzeką do Torunia.
“Zagrał”  Most  Poniatowskiego  w filmie “Zamach na Kutscherę” a sam Toruń   “występował”  w  kilku  innych  polskich  filmach: “Rejsie”, “Roku spokojnego słońca” i we “Wronach”.
W  ciągu  ostatnich  kilkunastu  lat  Toruń  zmienił  się nie do poznania.  Podświetlona  o  zmroku  starówka,  wystawna  i pełna bogatych  sklepów, pubów i restauracji Szeroka czy Żeglarska, na której  gotyk miesza się z nowoczesnością, tętnią życiem w dzień i w nocy.
Gdy  jednak  spaceruje  się nadwiślańskim bulwarem, miasto z tej perpektywy  wygląda  prawie  tak samo, jak przed wiekami. Pewnie dlatego   Peter   Strasser  z  Centrum  Światowego  Dziedzictwa, przekazując  rajcom  miejskim  certyfikat  wpisania  go na listę “zabytkowych  obiektów  o  ponadlokalnym znaczeniu”, powiedział:
“Toruń  jest  miastem,  które  zachowało  w  niezwykłym wymiarze oryginalny, średniowieczny obraz życia”.

Teresa Kokocińska

Posted in PodróżeComments (0)

O pięknej Ines i rybakach z Nazare

Tags: ,

O pięknej Ines i rybakach z Nazare


Granitowy masyw górski Sierra de Sintra ze szczytem Cruz Alta kończy się nad oceanem urwistym przylądkiem Cabo da Roca. Jest to portugal_mapnajdalej na zachód wysunięty punkt stałego lądu Portugalii. Dziwna rzecz – o ile np. w Lizbonie upał latem doskwiera do żywego, tu dla odmiany zimno jest tak przejmujące, że trzeba sięgać po swetry i inne ciepłe okrycia. Ocean wygląda groźnie – fale z łoskotem uderzają o brzeg.
Wystarczy jednak przenieść się z tego miejsca kilkanaście kilometrów w głąb lądu, aby znów napawać się niecodziennością portugalskiego krajobrazu.
Opiewane przez pisarzy i poetów
sintra_apalacio_sintrasintra_palacio_nacionalGóry Sintry kondensują chmury napływające znad morza, co powoduje, że okolica ma dostatek wilgoci. Deszcze umożliwiają wegetację roślin, więc zbocza masywu górskiego pokrywają lasy dębów, eukaliptusów, cedrów, podzwrotnikowych krzewów, a w ogrodach dojrzewają cytryny. Specyficzny mikroklimat tych stron był magnesem, który przyciągał ludzi pragnących ciszy i spokoju. Zwłaszcza Sintrę i otaczające ją miejscowości odwiedzali pisarze, poeci i muzycy, a wśród nich lord Byron, J. Christian Andersen, Johann Strauss i Ignacy Jan Paderewski. W przepięknym zamku Palacio da Pena Andersen umieścił akcję swoich bajek, a w przydrożnej oberży Estalagem dos Cavaleiros Byron pisał „Childe Harolda’.
Miasteczko Sintra położone na północno-wschodnich stokach masywu górskiego, słynie przede wszystkim z bardzo słodkich ciasteczek, których tajemnicy wypieku strzegą zakonnicy. W centrum Sintry wznosi się pałac królewski, zbudowany przez pierwszych władców dynastii Avis. Budowla wygląda jak nieco bezkształtna bryła, zdominowana przez dwa gigantyczne stożkowate kominy. Właściwie z zewnątrz nie wzbudza zachwytu, natomiast jej wnętrza są rzadkim w Portugalii przykładem architektury muderajowej, którą pod koniec XV wieku przynieśli z Hiszpanii budowniczowie muzułmańscy.
Tak jak tu Maurowie wywarli piętno na styl życia ludności i zaznaczyli swe wpływy w budownictwie, tak miasteczkiem Alcobaça zawładnęli w XII wieku mnisi z Clairvaux we Francji. Sprowadził ich król Alfonso Henriques i osadził w murach klasztoru, uważanego dziś za perłę architektury gotyckiej w całej Portugalii.
Historia niezwykłej miłości
Z klasztorem w Alcobaça związana jest historia o niezwykłej miłości. Otóż następca tronu króla Alfonso IV, Piotr I poślubił na rozkaz ojca hiszpańską księżniczkę Konstancję. Nie kochał jej jednak, żywiąc gorące uczucie do jednej z dam dworu – Ines de Castro. Król długo tolerował romans syna, aż w końcu, na żądanie synowej, wygnał Ines. Osiadła ona w Hiszpanii, w zamku Albuguerque, tuż nad granicą portugalską. Konstancja wkrótce umarła, więc Piotr postanowił sprowadzić ukochaną do Coimbry. Ines niedługo potem powiła czworo dzieci. Zaniepokoiło to króla, bowiem z Konstancją Piotr miał także potomstwo. Nieuniknione wydały się w przyszłości spory o tron między prawowitym a przyrodnim rodzeństwem. Stary król zapragnął opinii doradców. Rezultat tych rozmów był taki, że 7 stycznia 1355 roku Ines została zgładzona w klasztorze św. Klary w Coimbrze. Piotr przez dwa lata wraz z wojskiem pustoszył majątki członków rady, a kiedy umarł jego ojciec, rozpoczął swe rządy od krwawej zemsty na mordercach Ines. Pochwycił ich w Hiszpanii i zażądał spalenia na rynku w Santarem. Ines ekshumował, ogłosił prawowitą królową, koronował i zmusił dwór do ucałowania ręki szkieletu, posadzonego na tronie w koronacyjnych szatach. Następnie ponownie pochował ja w Albobaça, w świątyni wchodzącej w skład zespołu klasztornego. Tu również spoczywają szczątki Piotra. Marmurowe nagrobki obydwojga ustawiono tak, aby w dniu zmartwychwstania ich spojrzenia padły na ukochane twarze.
Pogoń za sardynką
Turyści zmęczeni podróżami, kierują się często do małych wiosek nadatlantyckich, np. takich jak Nazare. Tu głównym źródłem utrzymania ludności jest handel rybami. Kiedy rybacy z Nazare wracają z połowu, ich łodzie o mitycznych nazwach („Pięć ran Chrystusowych”, „Bóg z nami”, „Niepokalane Poczęcie”) wyciągają na brzeg ciągniki (dawniej robiły to woły). Gdy łódź już osiądzie na piasku poza granicą przypływu, podchodzą kobiety i nabierają ryby do płaskich koszy, które stawiają na głowie i idą szybko w stronę bulwaru gibkim krokiem, wyrobionym latami dźwigania w ten sposób wszystkich ciężarów. Wyglądają jak bombki choinkowe w obfitych czarnych spódnicach wełnianych, nałożonych na kilka suto krochmalonych halek.
Rybacy z Nazare słyną ze swych strojów w szkocką kratę. Spodnie i flanelowe koszule to zresztą niemal jedyny ich ubiór roboczy, uzupełniony wełnianą czapką w kształcie pończochy, naciąganą nisko na oczy. W zwisającym na ramię końcu czapki trzymają tytoń i zapałki.
Jeszcze przed pół wiekiem mówiło się o przysłowiowej nędzy Nazare. Teraz miasteczko żyje przede wszystkim z turystów. Na głównej ulicy jeden za drugim ciągną się sklepy pełne pamiątek, restauracje i pensjonaty. Plaża jest tak piękna, więc w szybkim tempie rybackie łodzie zostały wyparte przez kolorowe parasole.
Ateny Portugalii
coimbraCzy będąc w środkowej Portugalii można nie odwiedzić Coimbry, stolicy regionu, miasta, które z dawien dawna pełni funkcję centrum umysłowego?
60-tysięczna Coimbra słynie z uniwersytetu, przeniesionego tu w 1306 roku z Lizbony. Później uniwersytet „wędrował” jeszcze parokrotnie między obu miastami, aż od 1537 roku definitywnie pozostał w Coimbrze. Zajmuje szczyt wzgórza, stromo opadającego ku dolinie Mondego. Nazywa się to miejsce Atenami Portugalii.
Studenci uniwersytetu od wieków narzucali styl życia w mieście. Ich malownicze, czarne peleryny, zabawy, wspólne gospodarstwa, rządzące się własnymi statutami, ich pieśni i tradycyjne obrzędy sprzyjały zasklepianiu się we własnym środowisku. Wszystkich ich nazywano w mieście doktorami. I wystarczyło, że któryś ze studentów „oblał” egzamin, a zaraz wieść o tym docierała do ogółu. Nawet kelner mógł nazwać osłem takiego studenta.
W kompleksie budynków uniwersyteckich najciekawsza jest chyba biblioteka. Jej ściany, wykonane z drewna, przypominają do złudzenia marmur. Księgozbiór liczy ok. miliona woluminów. Aulę uniwersytecką zdobią portrety królów portugalskich, a sufit i sklepienie – piękne XVI-wieczne azulejos. W auli jest miejsce dla orkiestry, która zaczynała grać, gdy np. pomyślnie wypadła obrona pracy doktorskiej.
Coś, co jeszcze zaciekawia w Coimbrze, to „Portugalia maluchów”, rodzaj skansenu w rozległym parku, w którym ogląda się kilkakrotnie pomniejszone kopie słynnych zabytków i typowych budynków wiejskich ze wszystkich prowincji.

Janusz Świąder
lizbona1
tramwaj

Posted in PodróżeComments (0)

W dolinie słońca

Tags: , ,

W dolinie słońca


Pinar del Rio to prowincja Kuby wysunięta najbardziej na zachód. Jej oś stanowi Cordillera de 1pinar_del_rio_mapGuanigunico, składająca się z dwóch grup górskich – tworzących łagodne, kopulaste, częściowo zalesione wzniesienia Sierra del Rosario i długich, rozdzielonych podłużnymi obniżeniami pasm Sierra da los Organos.
Pinar del Rio to także miasto, przed którym szosa biegnąca malowniczymi serpentynami prowadzi do najbardziej znanej na Kubie krasowej doliny Vinales. Ze wzgórza widokowego roztacza się niepowtarzalny obraz malowniczego krajobrazu, na pokrytą czerwonymi glebami kotlinę, z dna której sterczą mogoty – pojedyncze pagóry o łagodnych zboczach i prawie płaskich szczytach, porośnięte małymi drzewkami i krzewami.
pinaldelrioKiedy kilka lat temu zawitałem w te strony, na wzgórzu widokowym stał motel, do którego należało kilkanaście domków campingowych. Wystarczyło każdego ranka wychylić się z domku, by podziwiać bajeczny krajobraz. Ale któregoś dnia zszedłem ze wzgórza na dół i natrafiłem na rosnące dziko drzewa pomarańczowe i bananowce. Narwałem pomarańcz całą reklamówkę, wycisnąłem sok, który dodałem do przywiezionej z Polski wódki. Umieściłem ten „boski”, jak się okazało, w napój w lodówce. Oziębiony, smakował wybornie.
Na Kubie spotykałem się na każdym kroku z oznakami życzliwości ze strony miejscowej ludności. Nie potrzeba było wielkich słów, wystarczyło jedno: Polonia, a natychmiast uśmiech rozjaśniał oblicze Kubańczyków, którzy byli nad wyraz życzliwi, gościnni… Oto, gdy po zwiedzeniu słynnych jaskiń indiańskich przysiadłem się na chwilę do wycieczki młodzieży kubańskiej, chcieli natychmiast podzielić się ze mną tym, co sami zabrali ze sobą do konsumpcji. A był to przysmak nie lada – pieczone prosię mleczne, spożywane z piwem.
Działo się to w pobliżu jaskini Cueva del Indio, która została wyżłobiona przez wodę. Na odcinku 300 metrów można było podziwiać całe galerie nacieków wapiennych na stropach i ścianach. Ostatni, udostępniony do zwiedzania odcinek, oglądało się z motorówki, płynąc rzeką przepływają przez jaskinię aż do miejsca, w którym ona z niej wypływa. Na skraju innej jaskini – Cueva del Jose Miguel, urządzono kawiarnię. Każdego wieczora rozbrzmiewała w niej muzyka do tańca – nowoczesne rytmy disco.
Natomiast w pobliżu miasteczka Vinales ogląda się tzw. Dolinę Malowideł, której nazwa pochodzi stąd, że na oczyszczonej z roślinności ścianie jednego z mogotów, wymalowano sceny przedstawiające ewolucję życia organicznego na Kubie. Malowidło – Mural de la Prehistoria – mierzy bagatela(!) 200 metrów długości, a jego autorem jest niejaki Gonzales, wywodzący się z Meksyku.
W drodze powrotnej z Pinar del Rio do Hawany zwiedza się Rezerwat Biosfery Sierra del Rosario w Saroa, zwany czasami Tęczą Kuby. Z niewielkiego wzgórza, wznoszącego się nad rezerwatem, roztacza się widok na równinne wybrzeże Morza Karaibskiego oraz na zalesione pasma górskie. Natomiast przez dolinę, w której położony jest rezerwat, przepływa strumień Rio Manantiales, tworzący 30-metrowej wysokości wodospad. Poniżej wodospadu strumień przegrodzono tamą, tworząc sztuczne jeziorko. Ale do najciekawszych miejsc w Saroa należy orchidiarium, w którym rośnie kilka tysięcy storczyków ok. 700 odmian. Ogród założył pewien miejscowy adwokat, szukając w tym osobliwym zajęciu ukojenia po utracie ukochanej córki.
orchideeNaturalnym środowiskiem orchidei, które nazywa się królową wszystkich kwiatów, jest tropikalna dżungla. A np. w Tajlandii od stuleci trzeba przedsiębrać ryzyko zapuszczania się w gąszcz dżungli, żeby narwać tych kwiatów dla wychodzącej za mąż dziewczyny, która stroi nimi włosy. I każda barwa storczyków harmonizuje z hebanowym kolorem dziewczęcej fryzury, podkreślając jeszcze bardziej jej urodę. Jest w tym coś ze zdobywania kwiatu paproci, z tym jednak, że paproć kwitnie raczej we śnie, a orchidea na jawie.

Janusz Świąder

Posted in PodróżeComments (0)

Oko w oko ze sfinksem

Tags: , ,

Oko w oko ze sfinksem


Gdy po powrocie z Egiptu oglądam z kasety film nakręcony wprawną rękę Aymana Atile, egipskiego operatora, z wyprawy na pustynię, potrafię docenić jego inteligencję i … wrażliwość. Oto w filmie, na tle przesuwających się scen, powraca machinalnie jeden obraz- migdałowe oczy egipskiej kobiety.
Gdzie nas nie ma
Smutne, zamyślone oczy patrzą jak wyrzut sumienia. Zamyślone nad losem takich jaka ona niewiast zamieszkujących nieogarniętą przestrzeń pustyni.
Do usytuowanych tam wiosek beduińskich wozi się turystów, żeby pokazać prymitywne życie – bez światła, w skromnych, skleconych naprędce szałasach.
Ale najpierw japońskie jeepy zabierają po 8 – 10 osób i pędzą w dal nitką asfaltu, by minąwszy ostatnie hotele w nadmorskim kurorcie, skręcić na bezdroża. Przez pustynię jedzie się jak po wertepach. Samochód podskakuje niczym piłka, że trzeba się mocno trzymać, żeby nie uderzyć głową o sufit. Od czasu do czasu są postoje. Wtedy należy podziwiać ciągnące się na horyzoncie pasmo gór lub zjawisko fatamorgany.
A po przyjeździe do wioski, sadowiąc się w szałasie, wypada  posłuchać ciekawej opowieści o tubylcach. Zwłaszcza gdy  opowiadać będzie Polka, p. Krystyna, która poznała swego męża, Egipcjanina w Austrii i osiedliła się na stałe w Hurghadzie.  Owocem tej miłości jest uroczy kilkunastolatek, Mahomet, świetnie władający językiem arabskim i polskim. Zaiste, gdzie nas nie ma!
Wioska beduińska
powstaje zawsze w tym miejscu, gdzie jest woda. Pędzi się przedtem stado wielbłądów przez pustynię i tam, gdzie się ono zatrzyma, nieomylnie musi być życiodajne źródło. Kopie się wtedy studnię, z której korzysta potem cała wioska.
Ludzie naprędce klecą swoje domostwa – z kartonów, kamieni, z czego się tylko da. Budują także symboliczny meczet.
Taką wioskę, do której przywozi się turystów, traktuje się jako swoistą atrakcję. Usłużni beduini oferują przejażdżkę na wielbłądach. Pokazują  też, jak kobiety egipskie pieką chleb. Choć może to za duże słowo, raczej placek z dobrze rozwałkowanego ciasta, które kładzie się na rozgrzanej płycie. Jako opału używa się wysuszonych wielbłądzich odchodów.
Tubylcy przygotowują turystom wieczerzę, którą spożywa się we wnętrzu szałasu, oświetlonym niezliczoną ilością lampek. Potem każdy bierze lampkę do ręki, wychodzi na zewnątrz i ustawia w rzędzie. Rozświetlają dostatecznie czeluść nocy. Ktoś zaczyna uderzać w bębenek, wybija rytm i niewiele potrzeba, żeby tubylcy zaczęli śpiewać i tańczyć, zachęcając wszystkich do wspólnej zabawy.
Ale zanim zapadnie zmrok, trzeba koniecznie wspiąć się na pobliskie wzgórze, żeby podziwiać bajecznie kolorowy zachód słońca…
W drodze do Kairu
Droga przez pustynię zawiodła mnie także do Kairu. Taka podróż to właściwie cała wyprawa. Autokary przybywają do wyznaczonego miejsca, skąd po uformowaniu się kolumny, ruszają konwojowane przez policje. To dla bezpieczeństwa turystów, jak się tłumaczy, gdyż jeszcze parę lat temu zdarzały się zbrojne napady na pojedyncze autokary wiozące cudzoziemców.
Na pustyni nie ma prawie nic. Widuje się tylko kępki wyschniętej trawy czy innego zielska, stanowiącego pokarm wielbłądów. Gdzieniegdzie widać szyby naftowe albo ni stąd ni zowąd wyrasta w szczerym polu zakład przemysłowy. Są to przeważnie cementownie, które buduje się ze względu na dostępność surowca do produkcji cementu.
kairSam Kair to miasto – moloch z 18 milionami mieszkańców, w którym ekskluzywne dzielnice kontrastują z dzielnicami biedy. Są luksusowe hotele, kasyna, duże prywatne rezydencje, a na przedmieściach – slamsy i cmentarze, na których grobowce wykorzystuje się jako mieszkania.
W Kairze poprzecinanym krzyżującymi się ponad sobą wiaduktami autostrad, przelewają się ulicami tłumy pieszych, potoki aut wśród nieustającego ryku klaksonów. W niektórych ubogich dzielnicach przypada ponad 100 tys. mieszkańców na kilometr kwadratowy. To już nie „matka wielkich miast”, jak słynny arabski podróżnik Ibn Battuta nazwał czternastowieczny Kair, ale wielkie ludzkie mrowisko.
Miasto o dziesiątkach twarzy
kair-staroowka1Kair to miasto o dziesiątkach twarzy. Z jednej strony pozbawione wyrazu biurowce, gmachy urzędowe, hotele, kolorowe neony, szerokie arterie komunikacyjne, a z drugiej  – miasto minaretów i kolorowych bazarów w ciasnych uliczkach między murami starych dzielnic  Bab al–Futuh i Bab Zueila, gdzie nowoczesność jeszcze nie dotarła.
Przed licznymi herbaciarniami siedzą mężczyźni w turbanach, paląc nargile i grając w tryfraka. Bukiniści handlują rozrzuconymi na chodnikach książkami, a sprzedawcy kwiatów – girlandami kwiecia o omdlewającym zapachu.
Przybysz zachowa jednak w pamięci z Kairu przede wszystkim kurz, smog, hałas i chaos na jezdniach oraz niezliczone tłumy ludzi. Nawet budynki w najstarszej dzielnicy wyglądają  jakby były przyprószone kurzem.
W biegu
Gdyby nie piramidy i Muzeum Egipskie niejeden byłby tym miastem rozczarowany. Ale w muzeum jest na co popatrzeć. Tyle że ogląda się wszystko w biegu  –  mumie, sarkofagi, kamienne rzeźby, mozaiki, papirusy z tekstami religijnymi i rysunkami oraz zbiór klejnotów starożytnego Egiptu, przechowywany w skarbcu. Największe jednak wrażenie robi złoty sarkofag Tutrenchamona, króla Egiptu od 1333 roku i złota, inkrustowana maska, która przykrywała głowę królewskiej mumii.
Nie wyjedzie się jeszcze z Kairu, a przed oczami wyrastają najsłynniejsze w dziejach ludzkości piramidy królów: Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa. Usytuowane  na przedmieściach metropolii, robią wrażenie. Widok piramid dosłownie zapiera dech w piersiach. Najwyższa Cheopsa ma 137 metrów wysokości. Jej budowa trwała 20 lat, a  pracowało przy niej 20 tys. ludzi. Potężne bloki kamienne, wydźwignięte jedynie siłą ludzkich mięśni, przewożono znad  wschodniego Nilu, przesuwając po rampach lub na rolkach.
sfinxAtrakcją, obok piramid, jest spotkanie ze sfinksem, do którego można podejść całkiem blisko lub zrobić zdjęcie z pewnej odległości z widokiem piramid w tle.
Pod piramidami nie ma spokoju zarówno w dzień, jak i w nocy, gdy w ciemności odbywają się spektakle „światło i dźwięk”. Ludzie siedzą wygodnie na krzesełkach, przeżywając transmitowaną przez głośniki historię piramid, wydobywanych z ciemności snopem kolorowych refletorów.
Bakszysz
Gdy wracam do hotelu w Hurghadzie, zastaję na łóżku … dwa łabędzie wykonane z ręczników. W taki oto sposób chłopcy sprzątający pokoje chcą pozyskać sympatię turystów i dostać wszechobecny bakszysz (czyli coś za nic albo i za wszystko).
Odwdzięczam się nazajutrz, kładąc na łóżku kilka egipskich funtów i dwie paczki amerykańskich papierosów. Wracając z plaży, zostaję zagadnięty:– Good decoration? – Good! – odpowiadam, nie kryjąc zadowolenia.
Któregoś dnia ów sprzątający chłopiec przedstawił się: – Nazywam się Yasser Salim, mam 20 lat, pochodzę w Luksoru. A kilka dni potem przyniósł mi w prezencie krokodyla z jakiegoś tworzywa z utrącona dolną szczęką. Ode mnie zaś chciał dostać radio tranzystorowe.  Nie mógł ni jak pojąć, że nie mogę mu radia sprezentować. Nie dawał za wygraną i pewnego razu wykonał z ręcznika otwarte dwie koperty. Na jednej położył „swojego” krokodyla, drugą pozostawił pusta. Czekała najwidoczniej na prezent, więc w dniu odjazdu podarowałem mu okulary przeciwsłoneczne, cztery paczki papierosów i zapalniczkę. Nie posiadał się z radości. Ale po godzinie przyszedł do mojego pokoju ze smutną miną: – Mr Willson (uparł się tak mnie nazywać) eyeglass and cigarette somebody steal! Miało to znaczyć, że ktoś mu ukradł okulary i papierosy.
Rozłożyłem bezradnie ręce.

JANUSZ ŚWIĄDER

Posted in PodróżeComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 2  1  2 »