Tag Archive | "pomoc"

Kto finansuje wojny?

Tags: ,

Kto finansuje wojny?


Zrzucamy się na pomoc dla dotkniętych skutkami wojen, a w rzeczywistości finansujemy kolejne konflikty zbrojne

Pomoc humanitarna przyczynia się do przedłużenia konfliktów wojennych, zamiast pomagać ich ofiarom – twierdzi holenderska dziennikarka Linda Polman.
pomocW książce, która wywołała prawdziwą medialną burzę, podaje przykłady, w jaki sposób strumień pieniędzy z Zachodu trafia do zbrodniczych reżimów i zbroi rebeliantów.
Wiadomość, że pieniądze zgromadzone przez Band Aid na rzecz walki z głodem w rzeczywistości zostały przeznaczone na zakup broni, wywołała ostrą reakcję Boba Geldofa. Muzyk oskarżył BBC, które podało tę informację, o przekłamanie. Zarzucił także stacji, że nie dysponuje żadnymi dowodami na poparcie tej tezy. Dodał, że byłoby “tragedią”, gdyby ludzie przestali wspierać organizacje charytatywne i wezwał dziennikarzy, by “przestali przedstawiać błędne przekonania jako fakty”.
Reakcja Geldofa nie budzi zdziwienia. Okazało się bowiem, że jego wizja pomocy humanitarnej, która przetrwała pokolenie, może być - przynajmniej częściowo - fikcją.
Prawdopodobnie nigdy nie dowiemy się, co dokładnie stało się w Etiopii 25 lat temu. Była to strefa działań wojennych, pogrążona w chaosie i zmagająca się z klęską głodu. Możliwe, że – jak chce Geldof – większa część pomocy humanitarnej dotarła do właściwych odbiorców i nie została wykorzystana (jak podało BBC) do zakupu broni.
Jednak jak twierdzi holenderska autorka Linda Polman, takie przypadki są wyjątkiem w świecie pomocy humanitarnej. W swojej nowej książce “War Games: the Story of Aid and War in Modern Times” (Gry wojenne: pomoc humanitarna we współczesnych konfliktach) Polman stawia tezę, że działalność humanitarna stała się potężnym biznesem, który – wraz ze światowymi mediami – w rzeczywistości sprzyja konfliktom wojennym.
Od zakończenia zimnej wojny, biznes wokół pomocy humanitarnej kwitnie. Kiedy Związek Radziecki, USA i Chiny walczyły o wpływy w Azji i Afryce, wspierając swoich sojuszników w kolejnych konfliktach, agencje pomocowe miały utrudniony dostęp do stref wojennych. Jednak po upadku ZSRR – jak twierdzi Polman – zapalne regiony zamieniły się w coś w rodzaju rynków dla organizacji humanitarnych, doprowadzając do rozwoju biznesu pomocowego na niespotykaną wcześniej skalę. W 1980 roku było 40 organizacji pozarządowych, które zajmowały się pomocą kambodżańskim uchodźcom na granicy z Tajlandią. Dziesięć lat później, podczas wojny w Jugosławii, było ich już 250. W 2004 roku w Afganistanie działało ich 2500.
Polman twierdzi, że bardzo często efekt ich działań jest bardzo odległy od tego, co prezentuje się w ulotkach z prośbą o wsparcie. Podaje przykłady konfliktów – od Biafry po Darfur, włączając w to głód w Etiopii – kiedy pomoc humanitarna przyczyniła się do przedłużenia wojny, albo trafiała do sprawców czystek etnicznych zamiast do ich ofiar. Jednym z najbardziej szokujących przykładów jest Rwanda. Hutu, odpowiedzialni za masakrę Tutsich, masowo uciekali przez granicę do sąsiedniego Zairu (dziś Demokratycznej Republiki Konga). W okolicach Gomy dla uchodźców zorganizowano obozy, w dużej mierze obsługiwane przez międzynarodowe agencje pomocowe. W tym samym czasie do Rwandy, gdzie w rzekach i jeziorach leżały ciała zamordowanych Tutsich, nie docierało żadne wsparcie. Świat potrzebował uchodźców jako symbolu katastrofy. Uchodźcami byli Hutu. Oznaczało to, że ci sami ludzie, którzy popełnili zbrodnie ludobójstwa, dzięki międzynarodowym apelom otrzymali jedzenie, schronienie i wsparcie, podczas gdy ich ofiary pozostawiono samym sobie.
Co gorsza, dzięki otrzymanej pomocy ekstremiści Hutu dalej mogli kierować prześladowaniami Tutsich. “Gdyby nie pomoc humanitarna, Hutu nie mogliby tak długo walczyć” – stwierdza wprost Polman w swojej książce.
Takie sytuacje, jak twierdzi autorka, wynikają z instytucji neutralności. Odkąd Henri Dunant założył pod koniec XIX wieku Czerwony Krzyż, pomoc humanitarna z założenia nie opowiada się po żadnej ze stron konfliktu. Dunant nie był zainteresowany rozstrzyganiem, kto ma rację. Zależało mu na tym, by zmniejszyć cierpienia i poprawić opiekę nad ofiarami wojny, które w tamtej czasie stanowili głównie żołnierze. To różniło go od Florence Nightingale, która uważała, że jego współczujące podejście przyczynia się do przedłużania wojny.
Polman twierdzi, że kiedy organizacje pomocowe unikają faworyzowania jednej ze stron, korzystają na tym najsilniejsi, a nie najbardziej potrzebujący. Są to nie tylko żołnierze i bojownicy, którzy mogą pobierać podatki od towarów, przywłaszczać lub defraudować fundusze, ale również elity, które najszybciej nauczyły się, w jaki sposób zabiegać o wsparcie organizacji humanitarnych.
Czy intencją Polman było zniechęcenie ludzi do przekazywania datków na organizacje humanitarne? Kiedy spotykam się z nią w Londynie, stanowczo zaprzecza. – Chciałabym, żeby ludzie zdali sobie sprawę, że pomoc humanitarna mogłaby być zorganizowana w lepszy sposób. Wystarczy przeczytać raporty, które przygotowują same organizacje pozarządowe. Większość z nich jest świadoma, że taki problem istnieje.
Problem polega na tym – mówi Polman – że chociaż organizacje pomocowe zdają sobie sprawę z niedoskonałości systemu, nie chcą ich ujawniać z powodu konkurencji. Pomoc humanitarna to dziś biznes warty miliardy dolarów, i jeśli jakaś organizacja wycofa się z danej operacji – z powodów moralnych czy też innych – na jej miejsce zaraz znajdą się dziesiątki chętnych. Dodatkowo w ostatnich latach pojawiło się bardzo dużo małych organizacji, założonych w celu ominięcia biurokracji, jaka nieuchronnie staje się udziałem większych agencji. Prowadzi je zazwyczaj tylko kilka osób – stąd zostały nazwane MONGO (”my own non-governmental organisation” – moja własna organizacja pozarządowa, od skrótu NGO, oznaczającego “non-governmental organisation”. Chociaż wielu z nich faktycznie udaje się zredukować biurokrację do niezbędnego minimum, w rzeczywistości wzmagają jeszcze chaos i konkurencję, jaka panuje na polu pomocy humanitarnej. (…)
Pięćdziesięcioletnia Polman jest weteranką, jeśli chodzi o relacjonowanie wydarzeń wojennych. Pierwszy raz zetknęła się z misją ONZ w 1993 roku w Somalii, gdzie pojechała odwiedzić przyjaciół. Później towarzyszyła “błękitnym hełmom” w Haiti i Rwandzie (pracowała też i mieszkała w Sierra Leone). Na podstawie tych doświadczeń napisała książkę “We did nothing” (Nie zrobiliśmy nic). Jak wskazuje tytuł, była to krytyka innej – również szlachetnej w założeniu– instytucji: służb pokojowych.
Kolejnym obszarem zainteresowania Polman jest tak zwana mikroekonomia pomocy humanitarnej. Z najdrobniejszymi szczegółami opisuje luksusy, w jakich często pławią się pracownicy organizacji humanitarnych mieszkający w krajach rozwijających się. Potępia też sposób, w jaki organizacje te zabierają pracowników kluczowym sektorom gospodarki, oferując pensje powyżej średniej krajowej. – Organizacje pomocowe powinny wziąć pod uwagę fakt, że mieszkańcy danego kraju żyją w biedzie – mówi. – To niemoralne, kiedy – tak jak na Haiti – ludzie śpią na ulicach, a zachodni pracownicy niemalże się o nich potykają, idąc wieczorem do klubu.
– Równie szokujące są przypadki, kiedy pracownicy organizacji humanitarnych odwiedzają domy publiczne albo korzystają z dziecięcej prostytucji – dodaje autorka.
Czy jakieś organizacje świadomie zachęcają do takich praktyk? – Mam nadzieję, że nie. Znam jednak przypadki, kiedy władze danej organizacji dowiedziały się, że jej pracownicy są zamieszani w tego typu proceder. Nie wyciągnięto wobec nich żadnych konsekwencji; ci ludzie nadal piastują te same stanowiska – mówi Polman. (…)
Autorka nie oszczędza też swojej branży, a szczególnie telewizji. To obraz decyduje o newsie. Im bardziej szokujący, tym więcej widzów przyciągnie. A im więcej widzów, tym większa pomoc dla danego regionu.
Jako przykład Polman podaje raport Komisji Prawdy i Pojednania z Sierra Leone, dotyczący sekretnego spotkania między rebe- liantami a wojskami rządowymi. Obie strony twierdzą, że zainteresowanie ze strony BBC pojawiło się dopiero wówczas, kiedy z dżungli wyszli uchodźcy, z których wielu miało amputowane kończyny. Niezależnie od tego, na ile raport jest zgodny z rzeczywistością, trudno nie zgodzić się z tym, że niewiele jest obrazów, które są w stanie tak szybko poruszyć sumienie – i otworzyć portfel – jak widok okaleczonego dziecka.
Czy to jednak oznacza, że ofiar nie powinno się filmować? – Przede wszystkim dziennikarze powinni przyznać, że problem palestinkaistnieje – mówi Polman. – Odbiorcy pomocy szybko się uczą, w jaki sposób najskuteczniej przyciągnąć darczyńców. Przez lata zdążyli bardzo dobrze poznać mechanizmy, które rządzą organizacją pomocy humanitarnej.
Przed końcem naszej rozmowy pytam jeszcze, co zrobiłaby Polman, gdyby mogła wprowadzić jedną zmianę w działalności organi- zacji pomocowych?
– Nakłoniłabym agencje do tego, by wzięły pod uwagę interesy ludzi, którym chcą pomagać. Innymi słowy: żeby pojechały na miejsce i oceniły, czego najbardziej potrzebuje dana społeczność, zamiast kierować się tym, co jest najlepsze dla organizacji. W Darfurze przedstawiciele agencji pomocowych mówią, że jeśli mogliby pracować razem, “sudański rząd nie mógłby nimi manipulować, tak jak to robi teraz” – mówi dziennikarka.
– Jeśli zajmujesz się ratowaniem życia innych ludzi, staraj się robić to tak, by ocalić jak najwięcej osób jak najmniejszym kosztem. A to czasami oznacza, że trzeba zrezygnować z wyjazdu w miejsce, gdzie jest telewizja, i pracować gdzieś, gdzie kamery nie docierają – dodaje.
Istnieje teoria – ostatnio przywołana przez ekonomistkę Dambisę Moyo – wedle której pomoc jest przyczyną, a nie rozwiązaniem problemów krajów rozwijających się. Jednak kiedy pojawia się kolejne zdjęcie głodujących dzieci, większość z nas nie zajmuje się zgłębianiem politycznego kontekstu tego obrazu, tylko sięga do kieszeni. Bo chociaż nie wiadomo, na ile ofiary faktycznie skorzystają z tej pomocy, z pewnością poprawi ona samopoczucie darczyńcy.
Pomoc humanitarna w Etiopii
pomoc1W 1984 roku przedłużająca się susza zbiegła się w czasie z wojną domową pomiędzy wojskową juntą, która rządziła Etiopią, a rebeliantami w północnych prowincjach kraju – Erytrei i Tigraju. Żeby zdobyć przewagę – pisze Polman – “siły rządowe odcięły zbuntowane regiony od reszty kraju. Żołnierze zabijali mężczyzn i chłopców. Gwałcili i okaleczali kobiety. Wrzucali do ognia żywe jeszcze dzieci. Podpalali szkoły i szpitale, zarzynali bydło, palili składy ze zbożem i zatruwali zbiorniki wody, wrzucając do nich ciała ludzi i zwierząt”.
Potem zaprosili światowe media, by mogły zobaczyć ofiary głodu. Dziennikarze tacy jak Michael Buerk uznali, że wojna jest tylko pobocznym wątkiem głównego dramatu, jakim była klęska głodu. Po jego słynnej relacji dla BBC, do Etiopii zjechały tysiące dziennikarzy i pracowników organizacji humanitarnych. “Musieli wymienić dolary na miejsco- wą walutę po horrendalnym kursie, na którym zarabiał panujący reżim – pisze Polman. – To wystarczyło, by machina wojenna działała dalej. Pomoc była przynętą, która miała zwabić głodujących wieśniaków do obozów dla uchodźców. Stamtąd przewieziono ich na państwowe farmy na południu kraju. Wszyscy skończyli jako robotnicy przymusowi”.
Nie wiadomo, ilu Etiopczyków zginęło podczas tej operacji. Szacuje się, że było ich od 300 tysięcy do miliona.
Pomoc humanitarna w Rwandzie
W lipcu 1994 roku Rwandyjski Front Patriotyczny, założony w Ugandzie przez członków plemienia Tutsi, wkroczył do Rwandy. Jego celem było powstrzymanie ludobójstwa, którego Hutu dopuścili się na Tutsich. Uciekając przed tą armią, bojówki Hutu zbiegły przez granicę do Gomy w sąsiednim Zairze (dziś Demokratycznej Republice Konga).
Wstrząśnięci tragedią, w której zginęło blisko milion Rwandyjczyków (w większości Tutsich), darczyńcy z całego świata przekazali w sumie półtora miliarda dolarów na pomoc ofiarom. Jednak większość zebranych funduszy trafiła do Hutu, z których wielu osobiście brało udział w masakrach. “Pomoc dla Hutu– pisze Polman – była najlepiej dofinansowaną operacją w historii działalności humanitarnej”.
Wokół Gomy zbudowano 25 obozów dla uchodźców. Wspierało je 250 różnych organizacji pomocowych – każda z własną flagą i logo. Do obozów Hutu zabrali ze sobą wszystko, co udało im się zrabować Tutsim, pozostawiając za sobą pogrążony w biedzie kraj, do którego “nie docierała prawie żadna międzynarodowa pomoc”. W krótkim czasie architekci ludobójstwa z plemienia Hutu utrwalili swoją władzę w obozach. “Od wszystkich racji żywnościowych, dystrybuowanych przez organizacje pomocowe, rząd Hutu – rezydujący w hotelu turystycznym – pobierał “podatek wojenny”, który przeznaczał na wspieranie swojej armii. Dzięki temu wsparciu żołnierze Hutu mogli dalej kontynuować masakrę Tutsich w Rwandzie” – pisze Polman.
Ostatecznie, po kilku ostrzeżeniach, w listopadzie 1996 roku armia Tutsi wkroczyła do Gomy. Zamknęła obozy, przy okazji zabijając kilka tysięcy Hutu. Fiona Terry z organizacji Lekarze Bez Granic opisała Gomę jako “kompletną katastrofę moralną”.

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Apel w sprawie pamięci

Tags: , ,

Apel w sprawie pamięci


apelcmentarz_powstancow_warszawy

Posted in PolecamyComments (0)

Niekończący się kryzys

Tags: , ,

Niekończący się kryzys


Kraje strefy euro są w tej chwili beznadziejnie skłócone, wciąż spierają się, jakie działania należy podjąć w celu utrzymania wspólnej waluty. Wszystkie dotychczasowe wysiłki przynosiły jedynie połowiczne rezultaty. W Europie wzbiera ponadto gniew wywołany postawą niemieckiego rządu. Czy euro da się jeszcze  w ogóle uratować?
walutaChoć szefowie państw i rządów już rok temu powołali Belga Hermana Van Rompuya na przewodniczącego Rady Europejskiej, opinia publiczna niemal nie dostrzegała owego powściągliwego Flamanda. Aż do niedawna, gdy w całej Europie wywołał on poruszenie swoją krótką uwagą.
Chodzi o dalsze trwanie strefy euro i Unii Europejskiej – powiedział przewodniczący, wyrażając w ten sposób to, co w Brukseli myśli wielu ludzi, mało kto jednak ma odwagę wyrazić to otwarcie. Van Rompuy wolałby też wcale tego mówić. Został źle zrozumiany – oznajmił dwa dni później. Najwyraźniej posunął się za daleko, co nie zmienia w niczym faktu, że jego wypowiedź była prawdziwa.
Od miesięcy rządy krajów strefy euro usiłują zażegnać kryzys, jaki przeżywa ich wspólna waluta.
Czy nie próbowano już wszystkiego, żeby ratować euro? Uchwalono program pomocowy dla Grecji i parasol ochronny dla całej strefy wspólnej waluty, ustawy przeszły przez parlamenty poszczególnych państw, rozciągnięto do granic dopuszczalności paragrafy Traktatu Lizbońskiego – wielu uważa, że nawet je przekroczono. Europejski Bank Centralny złamał nawet swoje żelazne tabu, wykupując obligacje dotkniętych kryzysem państw, by umocnić ich kursy.
Przyniosło to jednak jedynie chwilowe uspokojenie sytuacji – do kolejnej hiobowej wieści. Wczoraj chodziło o Grecję, dziś już banki irlandzkie stały się zagrożeniem dla europejskiej waluty. Każda nowa wiadomość podsyca podejrzenie, że problemy sięgają być może na tyle głęboko, że nie da się ich rozwiązać za pomocą starych środków i coraz to nowych długów. I że na końcu stoi groźba bankructwa poszczególnych państw czy wręcz załamanie się całej strefy euro.
Europa jest dziś podzielona, naprzeciwko siebie stoją dwa zwaśnione obozy. Frakcji państw północnych przewodzi Angela Merkel. Niemiecka kanclerz widzi siebie w roli obrończyni stabilności, o jaką dbał jej kraj już w czasach marki niemieckiej. Chce zapobiec temu, by unia walutowa nie skończyła w roli unii transferów, z Niemcami jako głównym płatnikiem. Drugi obóz składa się z tak zwanych państw PIIGS – Portugalii, Włoch, Irlandii, Hiszpanii i Grecji – które w przeszłości nagromadziły zbyt wiele długów i teraz liczą na to, że otrzymają pomoc. Chcą tego, czemu Merkel zamierza właśnie przeszkodzić: unii, w której silni będą płacić za słabych. Europejskie instytucje lawirują dziś pomiędzy owymi dwoma obozami.
Pierwszy akt rozgrywającego się obecnie spektaklu rozpoczął się w połowie października we francuskiej miejscowości wypoczynkowej Deauville. Ku przerażeniu swoich sojuszników Angela Merkel wraz z Nicolasem Sarkozym ogłosiła swój ambitny cel, jakim jest przeforsowanie bardziej rygorystycznego paktu stabilizacyjnego przewidującego automatyczne sankcje dla zadłużonych państw. W zamian francuski prezydent poparł pomysł Berlina, by podczas przyszłych kryzysów finansowych prywatni wierzyciele, na przykład banki, sami ponosili odpowiedzialność, a także aby brać pod uwagę bankructwo tonącego w długach państwa. Podczas szczytu europejskiego pod koniec października 27 szefów państw i rządów pobłogosławiło ten deal.
Niemiecki rząd po raz kolejny przekonał się, że nie da się w kwestii kryzysu euro prowadzić żadnych działań bez uwzględnienia reakcji inwestorów. Już raz została ona przezeń źle oceniona: wiosną, gdy Niemcy długo broniły się przeciwko udzieleniu pomocy Grecji. (…) Państwa strefy euro uchwaliły w końcu obszerny pakiet ratunkowy, kanclerz Merkel przegrała i uznana została za winną. Swoim uporem doprowadziła bowiem do zaostrzenia kryzysu i wywindowała w górę koszty akcji ratunkowej – argumentowali liczni przeciwnicy w Europie. Gdyby nie jej twarda postawa, Grecy w ogóle nie zgodziliby się na surowy program sanacyjny i udział Międzynarodowego Funduszu Walutowego – usprawiedliwiała się niemiecka kanclerz.
(…) Parasol ratunkowy wprowadzono po to, by uspokoić rynki finansowe. Przez samo swoje istnienie ma doprowadzić do takiego stanu, by żaden kraj nie musiał w rzeczywistości z niego korzystać. Zamiast tego jednak sytuacja wielu krajów w międzyczasie jeszcze się zaostrzyła.
Państwa europejskie i Międzynarodowy Fundusz Walutowy przewidują wydanie 750 miliardów euro na ochronę swoich słabszych członków. Na Irlandię i Portugalię pieniędzy tych wystarczy, gdyby okazało się, że trzeba ratować także Hiszpanię, zrobiłoby się krucho. Takiego przypadku rządy europejskie nie biorą pod uwagę.
Najwyraźniej wychodzą z założenia, że problem w dużej mierze zostanie rozwiązany, gdy w 2013 roku parasol ochronny przestanie działać. Do tej pory kraje PIIGS muszą uzdrowić swoje finanse, tak by znowu miały pieniądze na płacenie sensownych odsetek. Trzeba jednak zmierzyć się z rzeczywistością, a tym samym z pytaniem, co stanie się po 2013 roku.
Kanclerz Merkel chce za wszelką cenę przeszkodzić temu, by parasol ratunkowy w jego obecnym kształcie stał się trwałym rozwiązaniem. Owa konstrukcja, której termin istnienia upływa w 2013 roku, powinna zostać zastąpiona przez “stały mechanizm przezwyciężania kryzysów”.
Mechanizm ten “powinien umożliwić uczciwą równowagę interesów między państwem będącym dłużnikiem a jego wierzycielami” – napisano w dokumencie non-paper. Ma się to odbyć w taki sposób, by dało się uniknąć “systemowych skutków” dla rynków finansowych i unii walutowej. Non-paper to dokument tak poufny, że właściwie w ogóle nie istnieje.
Według niemieckich planów od 2013 roku klauzule zadłużenia mają zostać włączone do warunków udzielania wszystkich nowych pożyczek w strefie euro. Mają “w sposób wiążący prawnie umożliwić w przypadku niewypłacalności dłużnika zmianę warunków płatności na mocy uchwały podjętej przez większość wierzycieli”. Wymienione w dokumencie środki to przesunięcie terminu płatności, obniżenie odsetek i rezygnacja z wierzytelności. Pośrednikiem w kontaktach między bankrutującym państwem a inwestorami ma być neutralny negocjator. “Zadanie to powinno zostać powierzone instytucji międzyrządowej, która może być jednocześnie finansodawcą”.
Nowy system miałby pomóc dotkniętym kryzysem krajom w osiągnięciu wypłacalności lub w uzyskaniu gwarancji. Pieniądze na ten cel pochodziłyby z dwóch źródeł. Po pierwsze wykorzystano by kwoty z kar płaconych przez kraje euro, gdy permanentnie przekraczają one górną granicę deficytu. Po drugie państwa te powinny wpłacać pieniądze, od których odsetki można by kierować proporcjonalnie do Europejskiego Banku Centralnego.
– W sytuacji, gdy wszyscy ponoszą odpowiedzialność za wszystkich, poszczególne państwa nie mają żadnego bodźca, by utrzymywać porządek we własnym domu –ostrzega Christoph Rieger, ekspert od kredytów w Commerzbank. Wówczas przyszłość wspólnej waluty staje się poważnie zagrożona.
Tak właśnie wygląda to ze wszystkimi pomysłami na rozwiązanie kryzysu euro: kryją w sobie niebezpieczeństwo, że po ich wprowadzeniu w życie sytuacja może się jeszcze pogorszyć.

Anne Seith, Armin Mahler, Peter Müller, Christoph Pauly, Christian Reiermann, Hans-Jürgen Schlamp, Christoph Schult
Der Spiegel

Posted in Ciekawostki, Finance, W numerzeComments (0)

Pomoc dla rodziny Mariana Kobyry

Tags: , , ,

Pomoc dla rodziny Mariana Kobyry


Layout 2

Posted in Ogłoszenia, Polecamy, PolskaComments (1)

Koncert dla powodzian

Tags: , ,

Koncert dla powodzian


plakat

Posted in PolecamyComments (0)

Szukamy sponsorów

Tags: , , ,

Szukamy sponsorów


Pomóż polskim hokeistom

Pomóżmy młodym polskim hokeistom realizować marzenia, zdobywać kanadyjskie doświadczenie i umiejętności w kraju ojczyźnie hokeja.
wallpaperI ty możesz zostaç sponsorem młodych polskich hokeistøw, którzy dzięki Twojej opiece i fanansowej pomocy, będą mogli przyjechać na siedmio miesięczny sezon hokejowy (42 mecze + gry play-off) i grę w drużynie Powassan Dragons.
Jest szansa w nadchodzącym sezonie dla 25 młodych hokeistóww wielu od 16 do 21 lat, z różnych rejonów Polski, z Gdańska, Sosnowca, Nowego Targu, Krynicy, Opola i innych miast. Szansa gry w klubie Powassan Dragons, w hokejowej lidze GMHL junior A, szansa nauki języka angielskiego, a przede wszystkim niepowtarzalną okazję podnoszeniapoziomu indywidualnego wyszkolenia pod okiem kanadyjskich trenerów.
Jeśli są Państwo zainteresowani sponsorowaniem i pomocą w realizacji planu przyjazdu młodych polskich hokeistów do Kanady prosimy o kontakt z koordynatorem akcji “Powasan Dragons dla polskiego hokeja” - panem Leszkiem Decem, dyrektorem ośrodka sportowego w Powassan.
Tel: (705) 492-4539  • http://www.dlbacademy.com/ • http://www.Powassandragons.com
Zapraszamy biznesy, a także indywidualnych mecenasów do włączenia się w akcję “Powasan Dragons dla polskiego hokeja”.

orofeb7jpg

Posted in Ogłoszenia, Polecamy, SportComments (0)

Pomoc dla Polaków w Brazylii

Tags: , ,

Pomoc dla Polaków w Brazylii


cruz-machadohttp://www.youtube.com/watch?v=y0yJBT5PepU

http://www.pkpe.info/index.php/suba-misyjna.html

Posted in Ogłoszenia, PolecamyComments (0)

Pomoc dla rodaków w Brazylii

Tags: , , , ,

Pomoc dla rodaków w Brazylii


PILNA POTRZEBA-

POMOC DLA POLONII BRAZYLIJSKIEJ

Historia polskiej emigracji w Brazylii rozpoczęła sie około 150 lat temu i miała zróżnicowany przebieg. Tzw. „gorączka brazylijska” trwała od roku 1890 do roku 1914, kiedy to przybyło do Brazylii ponad 100000 Polaków. Różne też koleje miał los Polonii. Był czas dziesiątkowania przez epidemie, choroby, ciężką pracę, był też czas silnych więzi i pielęgnowania polskiej kultury. W latach 1938 - 1978 odnotowano zanikanie polskości.

Jednak rok 1978 przyniósł przełom – wybór polskiego papieża, później powstanie „Solidarności”, powstanie organizacji „Braspol” i tak aż do dnia dzisiejszego trwa stopniowe odradzanie polskości u trzeciego, czwartego a nawet piątego pokolenia tamtych emigrantów. Dzisiaj w Brazylii około 1 % ludności ma polskie pochodzenie. Jest to liczba, w.g. różnych źródeł - ponad 1 milion a być może blisko 2 miliony mieszkańców. Wielu Polaków, w różnych miejscach tego ogromnego kraju, zajmuje znaczące pozycje społeczne, posiada prosperujące biznesy, farmy, jest dobrze wykształconych. Jednak nie dotyczy to wszystkich. Wiele zależy od środowiska w jakim mieszkają. W Stanie Parana, na wysokości około 800 m nad poziom Oceanu, w górach, znajduje się malowniczo położone miasteczko Cruz Machado, które wraz z przyległymi wioskami liczy 18000 mieszkańców, w tym około 12000 ma polskie pochodzenie. Pozostali mieszkańcy mają również najczęściej europejskie korzenie.

Kilka pokoleń losów emigracyjnych przyniosło też znaczne „wymieszanie” międzynarodowościowe tak, że znaczna większość tego regionu ma jeżeli nie pełno polskie to częściowo polskie pochodzenie. Jest to region biedny, gdzie wielu ludzi mieszka w slamsach pozbawionych elementarnych środków i urządzeń komunalnych i sanitarnych. Wielu też, jako bezdomni, mieszka na polach w skleconych szopach albo poprostu pod kawałkiem folii na ziemi. Są też rodziny mieszkające w szałasach w lesie. Najczęściej są to rodziny wielodzietne (nawet do 10 małych dzieci), pozbawione najbardziej podstawowych środków do życia. Powodem zaś zubożenia regionu jest brak zakładów pracy oraz uprawa roli w górach gdzie nie można wprowadzić sprzętu.

W roku 2003, pod przewodnictwem pastora-misjonarza Antoniego Dąbrowskiego z Polskiego Kościoła Pełnej Ewangelii w Toronto, wyruszyła do Brazylii misja, ktora zetknęła się z tym stanem rzeczy. Od tego czasu, co roku wyjeżdża grupa misyjna, która zacieśnia i rozbudowuje współpracę z miastem Cruz Machado.

Od skromnej lecz rosnacej pomocy, w kolejnych latach - ostatnio zorganizowana już została szeroka pomoc socjalna, z której skorzystało co najmniej 1000 osób. Do akcji, poza grupą misyjną z Toronto – włączył się Urząd Miasta Cruz Machado oraz brazylijska misja pastora Marcio Roberto. Wydaliśmy około 1500 posiłków, około 500 paczek z ubrankami dla dzieci, wiele słodyczy, środki higieny, było mnóstwo zabaw i gier. W tym roku burmistrz miasta zwrócił sie do Polonii Kanadyjskiej, z prośbą o pomoc w rozwiązaniu w mieście problemu biednych i bezdomnych. Niezależnie od dotychczasowej działalności humanitarnej, która nadal będzie prowadzona – powstał plan wybudowania około 50 małych domów plus inne obiekty i pomieszczenia.

Pracujemy też nad planem stworzenia stanowisk i małych zakładów pracy stosownych do możliwości środowiska, myślimy o działalności na rzecz małych dzieci oraz pozostającej bez zajęcia młodzieży. Szeroki wachlarz zadań do wykonania pociągnął zaangażowanie się (oprócz wymienionych powyżej) – kolejnych osób. Dąłączyła do nas niemiecka Misja „Nehemiasz”, kierowana przez Polaka Pawła Sturzt oraz brazylijski pastor-misjonarz Edward Jamielniak, który jest bardzo dobrym organizatorem oraz znawcą tamtego Regionu. Dołączył również jeden z dużych kościołów w Sao Paulo. W dalszym ciągu otrzymujemy propozycje współpracy kolejnych osób, instytucji, kościołów, otwiera drzwi prasa, radio, liczymy na telewizję, jesteśmy przekonani, że jeszcze wielu Polaków poprze Projekt. Jesteśmy mile zaskoczeni i wdzięczni Polonii w różnych częściach świata z powodu tak pozytywnej reakcji oraz współpracy.

Realizacja Projektu „Pomoc dla Cruz Machado” wymaga znacznych środków finansowych. Dlatego też gorąco apelujemy o dotacje. Misja nie czerpie żadnych korzyści materialnych, nasza praca jest całkowicie społeczna a zapłatą będzie radość gdy zobaczymy zmianę położenia bezdomnych, biednych i głodnych naszych Rodaków mieszkających w mieście i okolicy Cruz Machado.

Odpowiedzialni za projekt pomocy dla Cruz Machado są:

1. Piotr Trejnowski – dyrektor Służby Misyjnej Polskiego Kościoła Pełnej Ewangelii w Kanadzie, Tel: 416-500-8741, E-mail: mission.peter@gmail.com

2. Rev. Antoni Dąbrowski – pastor-misjonarz Polskiego Kościoła Pełnej Ewangelii w Toronto, tel. 416-521-9900, E-mail: adabrowski@rogers.com

Adres Misji: Polski Kościół Pełnej Ewangelii w Kanadzie, Służba Misyjna Toronto, 69 Long Branch Ave. Toronto, ON. M8W 3J5, Canada. Dotacje można wpłacać internetem lub osobiscie na konto Nr 114931 w banku Polish Credit Union, nazwa konta: - „PFGC – Mission Ministries” lub wysłać czek na podany adres Służby Misyjnej. Na koniec roku wyślemy pokwitowania. Z góry serdeczne Bóg zapłać za każdą dotację.

Poniżej zamieszczamy szereg zdjęć, które dobitnie ilustrują w jak skrajnych warunkach egzystuje część naszych rodaków południowej w Brazylii.

dsc06386_editeddsc06383_editeddsc06377_editeddsc06368_edited1cr-m-24cr-m-23cr-m-22cr-m-15cr-m-14cr-m-12cr-m-10cr-m-09cr-m-08cr-m-07cr-m-053

Cztery ostatnie zdjęcia to ilustracja akcji socjalnej zorganizowanej w Cruz Machado, w porozumieniu z władzami miasta. Pomoc doraźna w postaci datków ubrań, żywności, drobnych upominków została udzielona około 1000 potrzebujących.

akcja-socjalna-11akcja-socjalna2akcja-socjalna3akcja-socjalna-4

Posted in Podróże, Polecamy, Różne, W numerzeComments (0)

Ratujmy Jerzego Kołacza!

Tags: , , , ,

Ratujmy Jerzego Kołacza!


Jerzy KołaczArtysta malarz, grafik, ilustrator, jeden z najwybitniejszych polskich i kanadyjskich artystów plastyków, uczestnik kilkudziesięciu wystaw zbiorowych oraz blisko czterdziestu wystaw indywidualnych; w Polsce, Niemczech, Szwecji, Danii, Wielkiej Brytanii, Belgii, USA i Kanadzie. Reprezentował malarzy polskiego pochodzenia na wystawie “Jesteśmy” w warszawskiej Zachęcie, a w kilka lat później brał udział w wielkiej objazdowej wystawie po Europie pod nazwą “Canadian Art and Design”, na której znalazło się aż 30 jego prac. Zdobywca wielu prestiżowych nagród, w tym, między innymi, srebrnych i złotych medali Art Directors Club of Toronto, Communication Arts Award of Excellence (USA), czy National Magazine Award (Kanada); w uznaniu osiągnięć przyjęty do Royal Canadian Academy of Arts. Magazyn “Communication World” zaliczył go do najlepszych ilustratorów na świecie…

Dzisiaj ten wybitny polski malarz i grafik mieszkający w Mississaudze walczy z rakiem. Rok temu odkryto u niego raka pęcherza i, kiedy po operacji i leczeniu, wydawało się, że Jerzy Kołacz go pokonał, rak przerzucił się na kręgosłup i na wątrobę.

Chemioterapia i radioterapia w tym przypadku nie przynosi rezultatów. Jedynym ratunkiem dla Jerzego jest podjęcie leczenia w klinice doktora Stanisława Burzyńskiego w Stanach Zjednoczonych.

Prof. Stanisław Burzyński jest biochemikiem, odkrywcą nowych rewolucyjnych metod leczenia nowotworów. Prowadzi z powodzeniem klinikę w Teksasie, gdzie udzielił pomocy około 8 000 pacjentom. Klinika, instytut i zakład farmaceutyczny dr. Stanisława Burzyńskiego zatrudniają 150 osób, z których 40 to Polacy. Największą, 25-osobową grupę stanowią lekarze rozmaitych specjalności. Są też biochemicy, biotechnolodzy, informatycy, farmakolodzy, farmaceuci oraz inżynierowie.

Zatrudnianie wysokiej klasy lekarzy jest jednym z powodów, że leczenie w klinice  dr. Burzyńskiego jest bardzo drogie. Jerzego Kołacza, który wraz z żoną Ewą (także malarka) żyje ze sprzedaży obrazów, i skromne zasoby finansowe pozwalają jedynie na wiązanie przysłowiowego „końca z końcem”, nie jest stać na wysokie koszta leczenia. Dlatego zwracam się do wszystkich bliższych i dalszych znajomych Jerzego, do całej Polonii o  finansową POMOC na jego leczenie. Otwóżmy swoje serca i portfele: RATUJMY JERZEGO KOŁACZA!

 

W tym celu zostało otwarte w polskim Credit Union specjalne konto - Ratujmy Jerzego Kołacza - nr 114567(wpłacać można w każdym oddziale CU).

 

Zważając na olbrzymi wkład Jerzego Kołacza w życie kulturalne Polski i Kanady wierzymy, że Polonia nie opuści tego znanego artysty w tak trudnych dla niego chwilach.  

Posted in Kultura, Ogłoszenia, Polecamy, Polonia, WiadomościComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1