Tag Archive | "turystyka"

Korfu

Tags: , ,

Korfu


Królestwo Odyseuszagr_corfu
Nazywa się Korfu. Jest  jedną z najbardziej zielonych wysp greckich. I nie ma w tym cienia przesady. Bogactwo zieleni zawdzięcza wyspa klimatowi i urodzajnym glebom, dobrze użyźnionym i nawodnionym, dzięki ulewnym deszczom, które nieprzerwanie padają od października do marca. Myśląc o wypoczynku, lepiej omijać ten okres.
Morze jak turkus, niebo jak szafir
d-korfu-pobrezi1Kiedy przybyłem na Korfu w pierwszej dekadzie czerwca, do hotelu usytuowanego w Ipsos, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że … otworzyły się przede mną bramy raju. Widok, jaki roztaczał się z balkonu mojego pokoju, zapierał dech w piersiach. Łagodnie opadające zbocze, pokryte intensywną zielenią drzew i krzewów (wśród których ukryły się domki i pensjonaty pokryte czerwoną dachówką), łączyło się z taflą turkusowego morza. Niebo zaś miało odcień szafiru, na którym z rzadka pojawiały się lekkie jak puch chmurki.
Gaje oliwne i cytrusowe
Wyspa Korfu, dzięki lasom i gajom oliwnym uważana jest za „zielone serce” Grecji. Przemierzając Korfu wzdłuż i wszerz wszędzie się widzi ciągnące się kilometrami plantacje oliwne, a sama tradycja uprawy oliwek sięga jeszcze korfu1czasów najazdów tureckich i późniejszego panowania Wenecji. Mieszkańcy Korfu do tej pory korzystają ze starych przepisów na „domowe kosmetyki” wytwarzane z oliwy – na niektórych bazarach można kupić specjalne szampony i olejki z oliwy. A w ogrodach i wzdłuż ulic rośnie mnóstwo drzew cytrusowych, że jadąc samochodem, po wąskich, wyspiarskich ulicach, aż ręce wyciągają się, żeby zerwać dorodne pomarańcze czy mandarynki. Na Korfu rosną też małe chińskie pomarańcze koum-kouat, z których wyrabia się likier, będący specjalnością tej wyspy. Albo można kupić pyszny dżem pomarańczowy z owocami „zatopionymi” w gęstym syropie.
Na skrzyżowaniu antycznych i handlowych szlaków
korfu_turkiszobol1Korfu należy do archipelagu Wysp Jońskich, które – według Homera – były królestwem Odyseusza. Ze względu na swe  położenie, na skrzyżowaniu antycznych i średniowiecznych szlaków handlowych, Korfu nękane było często przez najeźdźców (m.in. Rzymian, Gotów, Normanów, Wenecjan, Francuzów, a nawet Rosjan, Turków i Anglików). Przez długi czas okupacji nigdy jednak nie zatraciło swej tożsamości i greckiego dziedzictwa. Na Korfu, z czego są dumni mieszkańcy tej wyspy, przyszedł na świat Dionisios Solomos, autor słów hymnu narodowego  i pierwszy prezydent kraju – Ioannis Kapodistrias. Wyspę od niedawna upodobali sobie Niemcy i Brytyjczycy, stąd mowa niemiecka i angielska rozbrzmiewa tu na każdym kroku. Turyści czują się na Korfu znakomicie, wszak wiedzą, że jest to wyspa ludzi gościnnych, szczerych i chętnych do pomocy.
Forty górujące nad miastem
d-korfu-nova-pevnostNad stolicą Korfu, z grecka zwaną Kerkyra, górują dwa forty – Nowy i Stary. Widoczne są z daleka, również z morza, gdy wpływa się statkiem do portu, wracając z każdej morskiej wyprawy.
Stary Fort czy inaczej Stara Twierdza (Paleo Frourio) to zamczysko wzniesione na szczycie skalistego półwyspu, z którego roztaczają się wspaniałe widoki na stolicę wyspy i ciągnące się po obu jej stronach wybrzeże. Pierwsza warownia stanęła w VI w., gdy po zniszczeniu przez Gotów starożytnego Palaiopolis garstka ocalałych mieszkańców schroniła się na trudno dostępnym cyplu. Od dwóch wzgórz – po grecku koryfes – pośrodku półwyspu, pochodzi być może średniowieczna nazwa miasta Koryfo (po łacinie „Corfu”). W ciągu wieków bizantyjscy władcy znacznie rozbudowali fortyfikacje od strony morza, skąd zwykli przybywać najeźdźcy, a w X w. całe ówczesne miasto znalazło się w obrębie murów obronnych.
Do Starej Twierdzy wchodzi się  obecnie od strony Esplanady. Do środka prowadzi stały most nad Contrafossą, przekształconą w malowniczy kanał pełen jachtów.
Z Nowej Twierdzy roztacza się widok na dachy starego miasta. Warto zagłębić się w staromiejskie, wąskie uliczki, by poczuć atmosferę dawnego Korfu. A na pewno trzeba dotrzeć do kościoła św. Spirydona, w którym znajduje się grób patrona wyspy. Wnętrze tej świątyni jest zawsze pełne turystów i miejscowych wiernych. Wśród bogatego wystroju – ikon, fresków, srebrnych i złotych dekoracji – poczesne miejsce zajmuje kunsztowna trumna świętego.
Ponad połowa mężczyzn na wyspie nosi imię Spirydon (zdrobniale Spiros). Cztery razy w roku ulicami miasta przechodzi procesja z relikwiami świętego, której towarzyszy radość i ukontentowanie. Mieszkańcy Korfu wierzą, że święty Spirydon ocalił ich czterokrotnie: dwa razy przed zarazą (w XVII w.), raz przed głodem (w XVI w.) i raz przed Turkami (w XIII w.).
Spirydon jest też patronem żeglarzy, więc to jemu składa się dary za szczęśliwy powrót z morskich podróży i uniknięcie katastrof.
Arkadowa galeria kawiarni
Serce Korfu bije na Esplanadzie, biegnącej poniżej Starej Twierdzy. Po jej zachodniej stronie znajduje się Liston – arkadowa galeria kawiarni, restauracji i sklepów z pamiątkami, zbudowana  w 1807 roku przez Francuzów wg projektu tego samego architekta, który był pomysłodawcą  Rue de Rivoli w Paryżu. Liston, podobnie jak jego pierwowzór, przez cały dzień tętni życiem.  Gwarno jest tu także nocą. Miejscowi przychodzą, aby spotkać się ze znajomymi, przeczytać gazety czy po prostu wypić kawę lub lampkę wybornego wina. Po przeciwnej  stronie arkad usytuowane jest pole do gry w krokieta, na którym  młodzi chłopcy grają często w piłkę.
pontikonisiMysia Wyspa
Najbardziej charakterystycznym zdjęciem z Korfu jest fotografia przedstawiająca dwie maleńkie wysepki: Vlachernę i Pontikonissi (na zdjęciu obok). Vlacherna połączona jest z lądem krótką groblą, na której już z daleka dostrzec można śnieżnobiałe zabudowania klasztoru. Kontrapunktem dla niego jest zielona plama samotnego cyprysa wznoszącego się ponad wenecką dzwonnicą. Przy grobli cumują skromne łodzie rybaków.
Po zejściu krętymi schodkami na groblę, można udać się do klasztoru. W malutkim kościółku NMP znajduje się ikona Matki Boskiej z Dzieciątkiem, przed którą wierni składają dary dziękczynne oraz modlą się o zdrowie.
Natomiast Pontikonissi zwana inaczej Mysią Wyspą, w gąszczu drzew skrywa małą kaplicę bizantyjską z XI lub XII wieku. Zgodnie z jedną z interpretacji mitologii Pontikonissi jest okrętem Feaków, którym Odyseusz dotarł do Itaki, a Posejdon zamienił go w skałę, mszcząc się za oślepienie swojego syna (cyklopa Polifema).
Niegdyś wyspa nazywana „królową wysp jońskich” była ulubionym celem podróży europejskich królów. Wypoczywali tu Napoleon, cesarzowa Sisi i cesarz Wilhelm II. Bo i cóż, Korfu mieni się feerią barw: głęboka zieleń cyprysów występuje na zmianę ze złotymi zbożami i jaskrawymi plantacjami pomarańczy i cytryn. Nie wolno, oczywiście, zapominać o krystalicznie czystym Morzu Jońskim, o wszystkich odcieniach zieleni i błękitu. A mało uczęszczane szlaki biegnące wśród gajów oliwnych doskonale nadają się na piesze wędrówki.
Statkiem na Paxos i do Pargi
Około dwie godziny trwa rejs na oddaloną o 14 kilometrów na południe od Korfu małą wyspę Paxos, najmniejszą z siedmiu  Wysp Jońskich.  Zgodnie z greckim mitem Paxos stworzył bóg morza Posejdon, odłupując trójzębem południowy kraniec Korfu, by móc na osobności cieszyć się ukochaną Amfitrytą. Trójząb wypadł mu zresztą z ręki, a mieszkańcy Paxos znaleźli go później i obrali za godło.
Przy wybrzeżu na wyspie oczekują na turystów liczne tawerny i kawiarnie. Wstępuję do jednej z nich na lunch, gdzie zamawiam półmisek sardynek z grilla, sałatkę grecką i karafkę wybornego, białego wina. Po krótkim spacerze, podczas którego uwieczniam na kliszy swojego aparatu urokliwe zakątki miasteczka, płynę stateczkiem do Pargi, popularnego ośrodka północno-zachodniego wybrzeża Grecji. Białe, ukwiecone domy wspaniale prezentują się tam w oprawie zielonych wzgórz i lazurowych zatoczek, upstrzonych skalistymi wysepkami. Na tłocznej plaży miejskiej możliwa jest kąpiel morska. Z głębi morza wyrastają liczne skały, podobne do tych, które widywałem w wietnamskiej zatoce Ha Long.

Janusz Świąder

Posted in PodróżeComments (0)

Klimaty Junnanu

Tags: , ,

Klimaty Junnanu


lugulakePierwsze parki narodowe Chin nie mają jeszcze wiele wspólnego z amerykańskimi czy europejskimi odpowiednikami. Turyści podziwiają widoki głównie z okien autokarów wycieczkowych. Ale ktoś, kto się odważy na pieszą wędrówkę po puszczy w Junnanie zostanie sowicie wynagrodzony.
Pewnego dnia wypchałem plecak wszystkim, co zwykle zabieram na weekendowy wypad w amerykańskie góry, od polara po okulary przeciwsłoneczne (…) i wyszedłem w słońce z perspektywą dłuższej niż zazwyczaj włóczęgi. Jako czasowy rezydent wietnamskiej stolicy Hanoi ruszałem za granicę, by przekonać się, ile jest prawdy w informacjach o rozkwicie parków narodowych w południowo-zachodnich Chinach.
luoping_yunnanMisja nie zapowiadała się łatwo: niewielki budżet wyprawy wykluczał korzystanie z połączeń lotniczych. Do granicy wietnamsko-chińskiej dotarłem po całonocnej podróży dusznym, przegrzanym pociągiem. Od Kunmingu, stolicy prowincji Junnan, dzieliła mnie jeszcze całodzienna podróż autobusem. W ciągu najbliższych dwóch tygodni czekało mnie, jak się okazało, jeszcze ponad trzydzieści godzin spędzonych w mikrobusach i autobusach dalekobieżnych. (…). Równie istotny był wybór: jak wiele uda mi się obejrzeć w ograniczonym czasie?. (…).

Junnan

yunan(Yunnan, chiński uproszczony 云南; chiński tradycyjny 雲南) - górska prowincja w południowo-zachodniej części ChRL. Jej nazwę można przetłumaczyć jako “Na Południe od Chmur” lub “Chmurne Południe”. Stolicą jest Kunming.
Prowincja zajmuje rozległy obszar pogórza, graniczący z Wietnamem, Laosem i Birmą. Pogórze to, zwane Wyżyną Junnan-Kuejczou, odznacza się bardzo urozmaiconą budową geologiczną i rzeźbą terenu. Wzdłuż pęknięć tektonicznych występują obniżenia, częściowo zabagnione, w dnach których ciągną się „łańcuszki” podłużnych jezior. W rejonach tych występują z dużym nasileniem zjawiska sejsmiczne. Pasma wzniesień na obszarze pogórza mają przebieg zbliżony do południkowego, sięgając 2000-3000 m n.p.m. Pomiędzy nimi ciągną się głęboko wcięte doliny rzek: południowych dopływów Jangcy, rzeki Yuan Jiang (górnego biegu rzeki, znanej w Wietnamie jako Rzeka Czerwona) i Mekongu. W zachodniej części prowincji, w „Krainie Wielkich Wąwozów”, łańcuchy gór sięgają 5500 m n.p.m. Ciągnące się między nimi doliny są najgłębszymi wąwozami świata - głębokość ich sięga 3000 m. Zbocza i dna dolin pokrywa specyficzna roślinność, wśród której występują olbrzymie paprocie i mchy. Góry, zwłaszcza na południu, są zalesione. W dolinach rzek lasy przechodzą w formacje, zbliżone do dżungli podrównikowej. Lasy zajmują 18% powierzchni prowincji. Junnan ma klimat podzwrotnikowy z ciepłym latem i łagodną zimą oraz znaczną ilością opadów. Średnie temperatury stycznia oscylują około 8-10 °C, na południu około 15 °C. Temperatury lipcowe przekraczają z reguły 25 °C.

guchengJuż dwa lata temu pekiński Państwowy Zarząd Lasów zapowiedział tworzenie “modelowych” parków narodowych w słynącym z bioróżnorodności regionie u styku granic Wietnamu, Laosu, Birmy i historycznego Tybetu. Władze prowincji w rok później ogłosiły powołanie pięciu z kilkunastu planowanych parków. W memorandum z lata 2009 roku informowały o staraniach, by założyć “wzorcowe placówki zajmujące się ochroną przyrody i krajobrazu”. Zarazem znaczna część ekspertów amerykańskich skłonna jest twierdzić, że w Chinach nadal nie sposób mówić o “parkach narodowych” w zachodnim rozumieniu tego słowa. Przeciętny turysta, który dotrze do Junnanu, może mieć trudności, by się dowiedzieć jak jest naprawdę. Bo władze za bardzo się nie wysilają, by opowiedzieć anglojęzycznym przybyszom o parkach; moja podróż miała pomóc w ustaleniu rzeczywistego stanu rzeczy (…).
terrace_field_yunnandiqing_yunnan_chinaO tym, jakich niespodzianek można oczekiwać, dowiedziałem się już na spotkaniu z Yue Wang, jedną ze znanych działaczek ruchu ochrony przyrody. Władze zatrudniły ją przy projekcie tworzenia parków narodowych; za tą ideą w latach 90. nieśmiało lobbowała w mediach. Kiedy zapytałem o ulubione szlaki chińskich turystów pieszych, moja rozmówczyni, która podjęła mnie w  biurze herbatą Pu-erh, ledwo zapanowała nad uśmiechem. – Moi rodacy rzadko tak podróżują – stwierdziła, zerkając na moje przetarte na kolanie dżinsy i tkwiący pod juyingchiścianą plecak ze stelażem. – Raczej trudno powiedzieć, że się przyjęła wspinaczka i obozowanie w górach. Większość wybiera klimatyzowane autobusy, a krajobrazy podziwia podczas postoju w miejscu widokowym.
Mimo przestrogi postanowiłem ruszyć na szlak, mając nadzieję na spotkanie z nieskalaną naturą. Po krótkim wahaniu zdecydowałem się na Park Narodowy Pudacuo. Yue Wang ostrzegała mnie wprawdzie, że wydzielony dopiero przed czterema laty obszar chroniony, odległy o godzinę drogi od miasta Zhongdian w północno-zachodniej części prowincji, może skojarzyć mi się raczej z parkiem miejskim niż z rezerwatem. Czerpałem jednak otuchę z faktu, że jesteśmy tak blisko Tybetu: na stokach Himalajów nawet park miejski z daleka pachnie egzotyką.

Mike Ives/LA Times

Posted in PodróżeComments (0)

Śladem irlandzkich opowieści

Tags: ,

Śladem irlandzkich opowieści


Wędrując szlakiem starożytnych bohaterów, możemy też trafić na ślady tych bardziej współczesnych: bojowników IRA, którzy przypuszczali stąd ataki na rezydujących po drugiej stronie zatoki Brytyjczyków.

koniczynaSą tacy, co uwielbiają przejścia graniczne i z zapałem zbierają stemple w paszporcie. Ja uważam jednak, że równie ekscytujące jest przechodzenie przez granice, które już nie istnieją. Lata, a może nawet wieki potwornych napięć i przemocy, kontrole bagażu, sprawdzanie dokumentów – i nagle to wszystko znika w przypływie dobrej woli. Jest jakaś magia w liniach podziału, które stają się niewidzialne.

Razem z moją partnerką Sophie znajdujemy się w pobliżu jedynej międzynarodowej granicy lądowej Zjednoczonego Królestwa. Wchodzimy na Slieve Foy, 588-metrową górę wznoszącą się nad zatoką Carlingford w irlandzkim hrabstwie Louth. Peadar i Aude Laffon, miejscowi przewodnicy, pokazują nam najbardziej charakterystyczne miejsca.

– Tam jest Warrenpoint – mówi Peadar. – Z tego brzegu bojownicy IRA strzelali do pojazdów armii brytyjskiej – tłumaczy. Potem jego ręka kieruje się na północ: – Ta wielka góra to Slieve Gullion w południowej części hrabstwa Armagh.

Znajdujemy się na wschodnim wybrzeżu Irlandii, tuż przy granicy, która oczywiście wciąż istnieje. Mimo to w ostatnich latach groźba wybuchu nowego konfliktu w tych rejonach zmalała. Pozostał jedynie piękny, dramatyczny krajobraz: pokryte zielenią wzgórza, rzucające cień na łagodne doliny, oblane światłem Morza Irlandzkiego. Mały cud, który Celtowie nazwali imieniem swojego boga Lu (stąd nazwa hrabstwa – Louth).

Ta ziemia od dawna przesiąka ludzkimi dramatami. Każdy szczyt i dolina niosą w sobie pieśni i opowieści, których ciężar jest w stanie zmieniać krajobraz. Peadar pokazuje nam dziwną wyrwę we wschodnich zboczach Slieve Foy. – To zrobili żołnierze królowej Maeve – stwierdza. – Przybyła tu z Connaught, by pojmać Brązowego Byka z Cooley. Obława ta znana jest jako Táin – tłumaczy przewodnik.

Táin to irlandzka legenda o chciwości i poświęceniu, która wrosła w tutejszy krajobraz. Od Sligo na zachodzie po Cooley na wschodzie kraju niemal każde wzniesienie i każda kotlina dopowiada kolejny fragment tej historii.

Wędrujemy dalej, podziwiając surowe piękno gór Mourne. Aude i Peadar ciągną swoją opowieść, a wyłaniające się widoki podsuwają im kolejne wątki.

– Cúchullainn to irlandzki bohater – mówi Aude. – Walczył z armią Maeve, oczywiście całkiem osamotniony, bo mężczyźni z Ulsteru zostali powaleni przez tajemnicze bóle – tu Aude wtrąca małą dygresję, potem kolejną i tak na jakiś czas zapominamy o Táin.

Po godzinnym spacerze wracamy do Carlingford. Zasiadamy w barze Taaffe’s, gdzie dajemy się ponieść ciemnej magii Guinnessa, podczas gdy duet muzyków z Armagh wyśpiewuje nam krajobraz: góry Mourne, Kilkenny, zatokę Galway, pola Athenry.

Nazwa Carlingford nie pojawia się w pieśniach. Zawsze było to miejsce pozostające poza irlandzką tradycją muzyczną – dawna osada Wikingów, która stała się odległą anglo-normańską placówką handlową. W 1210 roku przybył tu król Jan, a wybudowany 20 lat wcześniej zamek nazwano jego imieniem.

Wciąż można tu podziwiać ruiny tamtej osady, wciśnięte w skupisko domów. Bar Taaffe’s jest w nie częściowo wbudowany. Kawałek dalej znajduje się inny znany lokal PJ O’Hare’s. Miejscowa kapela rozgrzewa atmosferę do czerwoności, a rozochocone dziewczęta tańczą na stołach. Zabawa jest znakomita, ale ja szukam czegoś bardziej tradycyjnego: bębnów bodhrán.

Paul Carroll, właściciel naszego hotelu, poleca pub Lily Finnegan’s. Miejsce, do którego trafiamy, stanowi kwintesencję naszego wyobrażenia o irlandzkiej knajpie. Chociaż pub stoi samotnie na środku pola, sobotnie śpiewy i tańce przyciągają mieszkańców okolicznych wiosek.

Paul przedstawia nam Imeldę O’Loan, znawczynię miejscowej historii. Imelda wyjaśnia nam, że ziemie te były terenem granicznym już 2200 lat temu, kiedy zamieszkali je Celtowie. – Są tu święte miejsca, sięgające znacznie wcześniejszych czasów. Takie jak Faughart, które jest jeszcze starsze niż Newgrange, najbardziej znany prehistoryczny grobowiec w Irlandii, datowany na ok. 3200 lat p. n. e. – wyjaśnia Imelda.

Korzystając z jej wskazówek, następnego dnia wyruszamy, by na własne oczy zobaczyć ten cud. Początkowo jesteśmy nieco rozczarowani. Na miejscu znajdujemy bowiem niewielki pagórek z zarośniętymi ruinami i kamieniami nagrobnymi – nic, co odpowiadałoby ogromnej skali, jakiej oczekiwaliśmy. Potem jednak odkrywamy studnię i podążamy na dół, wzdłuż strumienia, w stronę uzdrawiających kamieni.

Kilka osób modli się tu o wstawiennictwo do świętej Brygidy. Wprawdzie mamy tu do czynienia z chrześcijaństwem, jednak jest to jedynie cienka fasada głęboko pogańskich praktyk. Sama Brygida była przecież celtycką boginią ognia, która znacznie oddaliła się od swych euroazjatyckich korzeni, pojawiając się nawet – jak twierdzą niektórzy – w haitańskich ceremoniach voodoo.

Przechadzając się po tym dziwnym zakątku, trafiamy na liczne kamienie, które ponoć pomagają w najróżniejszych dolegliwościach cielesnych, uzdrawiając obolałe kolana czy głowę. Jest nawet taki, który leczy zwierzęce kopyta. Imelda opowiadała nam, że raz pomagała pewnemu rolnikowi nakłonić krowę do tego, by położyła nogę na głazie.

Przez chwilę obserwuję kobietę, która przez dłuższy czas trzyma głowę na odpowiednim kamieniu. Do okolicznych krzewów i płotów przywiązane są szmatki i wstążki, w których chorzy pozostawili swoje bolączki. Są tu także sznury koralików, lalki, krzyże, fotografie, a nawet karty z piłkarzami. Faktem jest, że Faughart nie rzuca na kolana monumentalnymi budowlami, jakich można by się spodziewać w świętym miejscu, ale ma wyjątkową atmosferę.  Kłopoty, jakie przeżywa obecnie irlandzki kościół, sprawiają, że popularność tego obiektu wśród pielgrzymów rośnie.

Tego popołudnia udajemy się jeszcze na konną przejażdżkę po południowych zboczach Slieve Foy. Naszym przewodnikiem jest Niall Connolly, który prowadzi ośrodek jeździecki w pobliskim Ravensdale.

Każdy element ukształtowania terenu wydaje się mieć związek z bohaterami starożytnych legend, jednak Niall ma nieco bardziej współczesne skojarzenia. – Kiedy byłem mały, ludzie z IRA zorganizowali spisek. Mieli ukraść lekki samolot i zrzucić bomby na koszary armii brytyjskiej w Warrenpoint, po drugiej stronie zatoki – opowiada Niall. – Pilot był starym człowiekiem, pamiętającym I wojnę światową. Kiedy okazało się, że w samolocie skończyła się benzyna, spiskowcy wylądowali na naszym polu. Mężczyzna ostrożnie zaniósł bomby w bezpieczne miejsce, ratując w ten sposób nasz dobytek – mówi Niall wskazując swoją rodzinną posiadłość poniżej.

– Kolejny irlandzki bohater? – pytam.

– Cóż, tak naprawdę był Anglikiem. Osiedlił się tu i wstąpił do IRA – śmieje się Niall.

Potem obraca się w siodle i pokazuje z powrotem na Slieve Foy. – To jest prawdziwy irlandzki bohater – mówi. – Ta góra to ponoć śpiący olbrzym Finn McCool, który zdobył niezwykłą moc, zjadając kawałek łososia wiedzy. Niestety, te nadprzyrodzone zdolności nie pomogły mu, kiedy natknął się na wiedźmę z Beary na szczycie Slieve Gullion… – ciągnie Niall.

Tu jednak musimy mu przerwać, bo to już całkiem inna historia.

Kevin Rushby

Posted in PodróżeComments (0)

Światowa kuchnia koszerna

Tags: , , ,

Światowa kuchnia koszerna


Dlatego dziś wizyta w Tel Awiwie to nie tylko spotkanie ze skomplikowaną historią narodu wybranego: to także ważne doświadczenie kulinarne.
tel-aviv-topWiedziałam, że człowiek w długiej białej szacie, stojący na straży grobu króla Dawida to ktoś ważny, bo miał długą, sięgającą do pasa brodę i wyglądał bardzo staro. Skłoniłam przed nim uprzejmie głowę, by wyrazić szacunek, popatrzyłam przez kilka sekund na liczący sobie 3 000 lat grobowiec króla i odwróciłam się, aby opuścić chłodną, kamienną komnatę i wyjść na jerozolimski upał. Kiedy jednak podniosłam wzrok, zauważyłam, że stary strażnik wpatruje się w coś w skupieniu… i wystukuje wiadomość na swoim iPhonie!
Taki właśnie jest Izrael – to niewiarygodne połączenie starego z nowym. Tel Awiw jest tego najlepszym przykładem. Ta przylegająca do starożytnego miasta portowego Jaffy nowoczesna, śródziemnomorska metropolia, tętniąca życiem przez 24 godziny na dobę, liczy sobie zaledwie sto lat.
Historia Żydów jest zawiła i kręta niczym tor kolejki górskiej w wesołym miasteczku – było w niej nieco radości i całe mnóstwo cierpienia. Mimo to Żydzi zawsze byli i pozostali dumnym narodem.
Tel Awiw jest miastem, z którego na pewno można być dumnym, a jego krótka historia jest naprawdę niezwykła. Wszystko zaczęło się w 1909 roku, kiedy to 66 żydowskich rodzin, niezadowolonych z życia w zamieszkanej głównie przez Arabów Jaffie, postanowiło się osiedlić poza granicami miasta, na piaszczystym skrawku pustyni zakupionym od Beduinów. Nazwiska rodzin i numery działek spisano na muszelkach i losowano. Dziś, po stu latach od tamtych wydarzeń, Tel Awiw i jego okolice zamieszkuje trzy miliony ludzi.
Miasto ma przepiękne plaże (nic w tym dziwnego, skoro dookoła jest tyle piasku); wzdłuż szerokiej promenady stoi mnóstwo hoteli i wciąż powstają nowe. Ja zatrzymałam się w Crowne Plaza, położonym tuż przy plaży i w odległości kilkunastu minut spacerkiem od handlowej części miasta.
Tel Awiw to także miasto pełne rozbawionej młodzieży. Byłam na koncercie pod gołym niebem, zorganizowanym z okazji setnej rocznicy założenia miasta i widziałam tam setki młodych ludzi, roześmianych, tańczących, korzystających z cudownego, ciepłego klimatu. Wygląda na to, że w co drugim budynku w starej dzielnicy Tel Awiwu mieści się bar lub kawiarnia, gdzie spotykają  się ludzie młodzi, starsi, idący z duchem czasu, bogaci i ci nieco biedniejsi.
Jak w każdym wielkim mieście ceny posiłków w lokalach wahają się od niskich po bardzo wysokie. Ale wybór potraw jest naprawdę imponujący. Żydzi, którzy przybyli tu wiele lat temu z całej Europy, przywieźli ze sobą tradycje kulinarne swoich dawnych ojczyzn – te zaś wciąż wywierają ogromny wpływ na menu w tutejszych restauracjach.
Biedniejsza dzielnica Florentine jest, co prawda, stopniowo odnawiana, ale wciąż panuje tu atmosfera jak z poprzedniej epoki. W tutejszych sklepikach, zwykle prowadzonych przez całe rodziny, można kupić pyszne tradycyjne pieczywo, sery, przyprawy i słodycze. Niestety, te sklepiki są skazane na zamknięcie, ponieważ w wielu z nich nie ma kto przejąć rodzinnego interesu.
market2Kolejne tętniące życiem miejsce to Targ Karmel. Jest to właściwie jedna długa i wąska ulica, wzdłuż której ustawione są ciasno stoiska, jedno obok drugiego. Można tu kupić właściwie wszystko, ale głównie sprzedaje się owoce i warzywa. Tuż obok znajdują się salony firmowe z ubiorami najmodniejszych projektantów.
Mój pierwszy posiłek, na który wybieram się z moją przewodniczką Carmelą, to “lekki lunch w stylu marokańskim” w słynnym lokalu Doctor Shakshuka’s w Starej Jaffie. Małe niepozorne drzwiczki prowadzą do wielkiej sali z dziesiątkami starych garnków i patelni zwisających z sufitu, a w głębi widać urocze patio. Potężnie zbudowany właściciel lokalu Bino Gabso uwija się po sali i po kilku minutach stoi przed nami mnóstwo talerzyków z sałatkami i pieczywem.
kosherfoodMyślę sobie: “To jest to!” i zabieram się do jedzenia. Po kilku minutach na stole lądują miseczki z bulgoczącymi potrawami z mięsa, warzyw i smażonych ryb, a następnie ogromna gama deserów. Za cały posiłek, razem z orzeźwiającą staromodną lemoniadą, zapłaciłyśmy po około 12 funtów od osoby.
I to miał być lekki lunch! Z trudem wytoczyłam się z lokalu, ale od tego czasu wiedziałam już, czego mogę się spodziewać, wchodząc do innych restauracji i zwykle poprzestawałam na próbowaniu tradycyjnych przekąsek.
Odwiedziłam miedzy innymi bardziej snobistyczną restaurację Carmella Bistro w samym centrum Hacarmel Market, gdzie szef kuchni Daneil Zah z upodobaniem opowiadał o swoich śródziemnomorskich potrawach.
Najlepszą z nadmorskich restauracji jest Manta Ray, gdzie przyrządzają prawdziwe cuda z ryb; po drugiej stronie ulicy Herbert Samuel serwuje desery, które rozpływają się w ustach. Izraelskie wina, zwłaszcza te czerwone, bardzo się poprawiły w ciągu ostatnich kilku lat i dziś kelnerzy z satysfakcją rekomendują miejscowe odmiany.
Jaffa pełna jest wąskich uliczek i starych domów, ale otwiera się także na nowoczesny świat. Nawet dawny komisariat policji wkrótce ma zostać przerobiony na stylowy hotel. W wielu tutejszych budynkach zainstalowali się artyści i projektanci – najbardziej znana z nich Ilana Goor, ma pracownię malarstwa i rzeźby w swoim domu, pochodzącym z XVIII wieku. Projektowane przez nią zachwycające ozdoby i paski sprzedają się w Ameryce jak świeże bułeczki.
Po przeciwnej stronie Tel Awiwu znajduje się Eretz Israel Museum, poświęcone historii i kulturze Izraela. Niezapomniany wieczór spędziłam w Nalaga’at Center w Jaffie oglądając sztukę teatralną w wykonaniu aktorów, którzy byli jednocześnie niewidomi i niesłyszący. We foyer teatru znajduje się restauracja, w której panuje całkowita ciemność, a gości obsługują niewidomi kelnerzy.
Zwiedzanie Tel Awiwu taksówką może być kosztowne, postarajcie się więc o rozkład jazdy autobusów albo wybierzcie się na przejażdżkę specjalnym minibusem, który za 5,5 szekli (około 1 funta) obwiezie was po turystycznej trasie.
Jerozolima oddalona jest o zaledwie godzinę drogi samochodem i większość hoteli w Tel Awiwie oferuje zorganizowane wycieczki do tego miasta. Carmela przyznała, że mogłaby przez cały dzień opowiadać o skomplikowanej historii tej wielokulturowej metropolii, a ja słuchałam jej z prawdziwą przyjemnością.
Zwiedzanie rozpoczęłyśmy od Góry Oliwnej, wznoszącej się nad miastem, w którym góruje meczet ze złotą kopułą. Następnie podążyłyśmy szlakiem Ostatniej Wieczerzy, zdrady Judasza i męczeńskiej drogi Jezusa na miejsce ukrzyżowania.  (…) Wizyta pod starymi murami miasta i pod Ścianą Płaczu jest wręcz obowiązkowa. Musicie więc przeznaczyć na tę wyprawę przynajmniej jeden cały dzień, aby ze wszystkim zdążyć.
Myślę, że dobrym pomysłem byłoby też wysłanie SMS-a do starego strażnika pilnującego grobu króla Dawida: on na pewno doradzi wam, jakie miejsca warto odwiedzić.

Trisha Harbord

Posted in KulinariaComments (0)

Nieznane atrakcje Wiednia

Tags: , ,

Nieznane atrakcje Wiednia


Wiedeń jest pięknym miastem, znanym z muzyki, secesyjnych kamieniczek, pałaców, muzeów, kawiarni, tortu Sachera, fiakrów, Hiszpańskiej Szkoły Jazdy, porcelany z Augarten…
To wszystko wiemy. A jaki jest ten inny, mniej znany Wiedeń?

wieden

1. Piwo - czyli “Bierteufl” i “Bierklinik”

W lokalu “Bierteufl - Haus der 100 Biere” diabeł kusi aż stoma gatunkami piw z całego świata. I jak tu się oprzeć? Lokal znajduje się w 3 dzielnicy Wiednia przy Ungargasse 5, w kamienicy zbudowanej na początku XVIII wieku, zwanej też kamienicą Beethovena. Kompozytor zamieszkał tu na pierwszym piętrze w 1823 roku. W tym budynku przez rok rozbrzmiewała, by wreszcie w 1824 r. przybrać swój ostateczny kształt, słynna IX symfonia Beethovena, która stała się hymnem zjednoczonej Europy. Dzisiaj w tym budynku można skosztować piw z wielu krajów Europy i świata.
Najstarszy lokal w Wiedniu znajduje się przy Steindlgasse 4 w pierwszej dzielnicy Wiednia. Mieści się  tutaj “Bierklinik” . W dokumentach historycznych wymieniony  został po raz pierwszy w 1406 roku.  Z czasów, gdy właścicielem domu był szewc Hans Präntlin, a więc z połowy XVI w., pochodzi nazwa kamienicy  “Zum güldenen Drachen”. Od 1924 r. jest własnością browaru Gösser Bräu. Jego obecny dzierżawca, rodzina Kos, dba o kilkusetletnią tradycję i zachowuje   tradycyjny wystrój i atmosferę lokalu.

2. Klejnot z ciała ludzkiego

Diament z ciała ludzkiego? Niewiarygodne, ale możliwe. W wiedeńskim przedsiębiorstwie pogrzebowym  można zamówić diament powstały z prochów osoby bliskiej.Właściwościami przypomina on diamenty występujące w przyrodzie. Proces jego powstawania trwa wiele miesięcy, w tym czasie popiół ludzki poddawany jest wysokiej temperaturze i wysokiemu ciśnieniu. Taki diament jest koloru białego lub wpada w błękit. Jeszcze tylko ręczny szlif lub na życznie grawerowanie, a następnie oprawa jubilerska. Może pierścionek lub medalion na szyję?  Klejnot otrzymuje certyfikat oryginału diamentu i gustowne opakowanie. A całość w zależności od wartości karatów już od € 4000.

3. Wiedeńskie Muzeum Sznapsa

Historia Muzeum Sznapsa sięga roku 1902, w którym  Friedrich Fischer założył fabrykę likierów i soków. Jako pierwszy zaczął produkować sok malinowy. Do tej pory zajmowały się tym tylko apteki. Następnie zakupił dom na ulicy Wilhelmstr. 19 - i tak powoli majątek rodziny zaczął się powiększać. Dokupił parę firm oraz pięć domów, stając się nadwornym dostawcą  K. u. K. Hof- und Kammer-Lieferant.W czasie II wojny światowej ulica uległa zniszczeniu w czasie bombardowania, przetrwała tylko fasada głównego budynku oraz biuro, które do  dziś zachowało swój stary styl. W chwili przejścia przez jego próg  czujemy się jak w epoce monarchii. Stare wyposażenie i atmosfera panująca tutaj powodują, że wchodzimy w czasy Franciszka Józefa.
Jeśli chcemy się dowiedzieć czegoś o sznapsach, likierach oraz tajemnicach produkcji, musimy przejść nieco dalej. Przez pokój cesarski dochodzimy do pomieszczenia, w którym znajduje się ciężki dwutonowy, miedziany baniak. To jest pomieszczenie do destylacji. Zawsze ktoś z członków rodziny opowiada o produkowanych tutaj trunkach. Receptury oparte na naturalnych składnikach przetrwały do dnia dzisiejszego.
Ostatnim punktem programu jest degustacja likierów i sznapsów. Każdy smakosz znajdzie coś dla siebie. Jest również możliwość zakupienia tych alkoholowych wspaniałości.
Wychodząc na podwórze domu, żegnamy się z rodziną Fischer, która już w piątej generacji pielęgnuje te stare tradycje produkowania sznapsów bez użycia chemii. Alt Wiener Schnapsmuseum, 12., Wilhelmstrasse 19-21.

4. Statkiem i łódką po Wiedniu

Blue Danube Schiffahrt GmbH” DDSG  czyli “Błękitna Żegluga po Dunaju” zaprasza  do zobaczenia najpiękniejszych zakątków naddunajskich. Spojrzenie na Wiedeń od strony Dunaju, to odprężenie na pokładzie statku połączone z podziwianiem panoramy miasta. Rozrywkę tę urozmaicają liczne oferty tematyczne: www.ddsg-blue-danube. at
Komfortowym katamaranem można w 75 min. dopłynąć do stolicy Słowacji. Zwiedzanie Bratysławy, ślub na katamaranie, rozkosze kulinarne, organizacja party dla naszych milusińskich i wiele innych atrakcji w ofercie: www.twincityliner.com
W nostalgiczną podróż można udać się najstarszym statkiem pasażerskim, który został zbudowany w 1894 r. i służył bogatej szlachcie i burżuazji. W 1927 r. został przebudowany na pasażerski i służył wszystkim. W czasie podróży można  w wieli językach posłuchać komentarzy o mijanych atrakcjach turystycz- nych: www.donaufahrten.at
Romantyczna przejażdżka łódką z wiosłami po Starym Dunaju - dziewięć wypożyczalni proponuje wypożyczenie łodzi, jak i uatrakcyjnia swoje oferty np. programami przy pełni księżyca: www.alte-donau.info
Kanałem Dunaju można dopłynąć do dżungli Wiednia – Łęgów Naddunajskich, znanych jako Lobau. Lobau czyli “las wodny” to obszar 22 km kw. rozlewisk dunajskich wpisanych w 1978 r. na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Są to jedyne takie tereny w Europie Środkowej: www.donauauen.at

5. Wieża szaleńców - Narrenturm

Wieża Szaleńców,  gdzie w 139 pomieszczeniach obiektu było zamkniętych średnio ok. 250 osób. Wewnątrz “piaskowej babki”, jak mówili o budowli wiedeńczycy, panował półmrok, nie było ogrzewania ani bieżącej wody. Cesarz Józef II osobiście wydawał polecenia, kto i na którym piętrze miał być zamknięty. Ta niepozorna pięciopiętrowa budowla stoi na jednym z dziedzińców Kampusu Uniwersyteckiego Starego AKH. Pacjenci, a właściwie więźniowie ostatniego piętra nigdy nie opuszczali swych pomieszczeń. Psychicznie chorzy byli przykuci do podłogi lub do ścian na dłuższych lub krótszych łańcuchach w zależności od stopnia zagrożenia dla otoczenia. W ciągu 45 lat (1798 – 1843) przebywało tutaj 3582 pacjentów: epileptyków, melancholików, paranoików, itp.
Mimo że dzisiaj powyższy opis nie brzmi jak dobrze pojęta opieka nad chorymi, to należy podkreślić, że niegdyś zdumienie i falę niechęci wzbudziła decyzja cesarza Józefa II o ochronie chorych umysłowo, których cesarz zabronił zamykać w podziemiach, polecając budowę właśnie Wieży Szaleńców. W 1869 roku, po otwarciu zakładu dla obłąkanych, Narrenturm przeznaczono do rozbiórki, która nie nastąpiła do dzisiaj i od 1971 r. znajduje się tutaj Muzeum Patologiczno-Anatomiczne. Zbiór, największy tego typu w świecie, obejmuje  ponad 42.000 eksponatów. Są to preparaty, głównie ludzkie,  tak więc wycieczka do wnętrza polecana jest tylko tym, którzy mają mocne nerwy. Narrenturm na terenie Starego AKH. 9., Spitalgasse 2.

6. Kanały wiedeńskie i muzeum “Der Dritte Mann”

Historia wiedeńskiej kanalizacji sięga roku 100 naszej ery. Wówczas to rzymscy żołnierze stacjonujący w warownej twierdzy Vindobona, na której ruinach powstał później Wiedeń, zbudowali system kanalizacyjny, uchodzący nawet w czasach nam współczesnych za bardzo nowoczesny. Funkcjonowanie tego kanału i całego miasta jest doskonale przedstawione w muzeum rzymskim na Hohe Markt w centrum Wiednia. W średniowieczu  stolica Austrii nie odstawała od europejskich standardów, wszelkiego rodzaju odpady lądowały na ulicy albo w potokach i dopiero ulewne deszcze transportowały całość do Dunaju.
Obecnie 98% gospodarstw domowych jest podłączonych do kanalizacji. 2400 km rur przebiega pod ulicami miasta, a 610 pracowników dba, by wszystko sprawnie funkcjonowało.
Zwiedzanie kanałów może kojarzyć  się z brudną i niezbyt pachnącą wycieczką, ale dzięki wiedeńskim przewodnikom i pewnemu kultowemu filmowi  “Der Dritte Mann”  jest to wydarzenie jedyne w swoim rodzaju i na pewno warte przeżycia.
W ciągu ostatnich 2 lat aż 31 tys. osób zwiedzało w ten sposób kanały wiedeńskie, a że ich popularność rośnie, dlatego warto bilety zarezerwować wcześniej pod nr telefonu 01/ 774 89 01.

Posted in PodróżeComments (0)

Praski problem

Tags: , ,

Praski problem


Władzę nad zabytkami Pragi przejęła prywatna firma, która musi teraz przyciągnąć zwiedzających za wszelką cenę. Urządza się pojedynki na miecze, a jeśli to nie wystarczy, bodaj i koronację…

Według miejskich statystyków, w porównaniu z ubiegłym rokiem liczba turystów spadła aż o 13 procent.
praga1Większość hoteli obniżyła ceny blisko o połowę, a władze miasta obawiają się, że do końca roku aż siedemdziesiąt może ogłosić upadłość. Dla miasta, gdzie dochody z turystyki stanowią istotną część budżetu, jest to perspektywa niemal na skalę wojny trzydziestoletniej.
Nic więc dziwnego, że po latach marazmu ojcowie miasta wzięli się do pracy. Powszechne przekonanie, że “cały świat i tak pcha się do Pragi” ustąpiło miejsca staraniom, by przybysze czuli się bardziej oczekiwani, a przede wszystkim – lepiej zabawiani niż dotąd.
Łatwo zauważyć, że w mieście zaroiło się od przebierańców. Na Rynku Staromiejskim wyśpiewują chorał na głosy jacyś podejrzanie ustylizowani mnisi.
Za rogiem całymi tygodniami trwają obchody stulecia śmierci twórcy Golema, rabina Löwe (w rzeczywistości słynny kabalista i mistrz duchowy Juda Löw ben Becalel zmarł czterysta lat temu, w 1609 r. – przyp. red.).
W końcu sierpnia ulicami przeciągnął orszak koronacyjny melancholijnego Habsburga, cesarza Rudolfa II (koronę Królestwa Czech posiadał w latach 1575-1608 – przyp. Onet), w którym miłościwie panującemu towarzyszyły, prócz setek dworzan, również rabin, prascy alchemicy oraz, rzecz jasna, Golem – bez niego ta ceremonia z pewnością nie mogłaby się odbyć.
Na Placu Owocowym (Ovocny Trh) tańcują w najlepsze muszkieterowie kardynała Richelieu ze szpadami i latarniami w rękach, łopocą szkarłatne płaszcze z wyszytymi krzyżami. Znać, że rozpoczęły się kolejne pokazy tańca historycznego.
praha2Było co nieco i dla zwolenników mocniejszych wrażeń: pod koniec lipca z okien Ratusza Nowomiejskiego (Novoměstská radnice) szczupakiem wypadali kolejni radni, ściślej – kaskaderzy, zatrudnieni na potrzeby zainscenizowania pierwszej, głośnej praskiej defenestracji 1419 roku.
Siedmiu urzędników miejskich, z którymi zapragnęli rozliczyć się krewcy zwolennicy husytyzmu, wylądowało wówczas na stosach nieczystości; dziś kaskaderzy lądują na batucie, ale determinacja animatorów jest równie wielka: trzeba zrobić wszystko, by przyciągnąć turystów do miasta.
Skoro liczba odwiedzin nadal malała, w pierwszej połowie sierpnia większość zabytków wydzierżawiona została prywatnej firmie. ABL rozpoczęła wprawdzie od usług ochroniarskich, z czasem rozwinęła jednak również dział “eventowy”.
Inna rzecz, że wszystkie obiekty zabytkowe, jakimi może zarządzać firma, to baszty i wieże: od Staromiejskiej i Nowomiejskiej, stojących u wejść na Most Karola (Karlův most), poprzez wieże Ratusza Staromiejskiego (Staroměstská radnice), Basztę Prochową (Prašná Brána), campanellę małostrańskiego kościoła św. Mikołaja (kostel svatého Mikuláše) aż po miniaturkę Wieży Eiffla od lat cieszących oczy turystów na Wzgórzu Petřín.
Wydaje się, że specjalizacja strażniczo-ochroniarska nie jest bez znaczenia: aż po epokę Oświecenia przestępcy w Europie trzymani byli przede wszystkim w wieżach, nawet nazwa ta stała się synonimem uwięzienia…
praha11Zważywszy, że w przypadku turystów trudno regularnie występować o okup, sytuacja ABL jest nie do pozazdroszczenia: władze miejskie gotowe są pokrywać jedynie koszta najpoważniejszych remontów (np. dachu), firmie nie wolno podnieść stawek przynajmniej do końca roku, a co więcej, odpowiedzialna jest za przyciągnięcie rzesz turystów.
Przed pierwsze dwa tygodnie nowi zarządcy baszt zorganizowali kilka malowniczych, acz mocno ahistorycznych przedstawień dla dzieci u stóp Baszty Staromiejskiej i pojedynków na miecze pod Basztą Prochową.
Zgodnie z planem średniowieczni fechmistrze powinni stawać na udeptanej ziemi w każdą niedzielę o trzeciej. Dziesięć po trzeciej turyści tłoczą się w najlepsze, daremnie jednak nasłuchiwać szczęku stali. U wejścia na dziedziniec wewnętrzny stoi – ściślej, najwyraźniej znudzony, zwisa na halabardzie – gwardzista w żółto-czerwonym stroju, odwołującym się do średniowiecznych barw Pragi.
Drugi, wyraźnie spięty, rozmawia o czymś rzutko przez telefon komórkowy, okrążając przyklejony do baszty wirydarzyk o rozmiarach chustki do nosa.
Mija kolejnych dziesięć minut i rozczarowani przewodnicy ruszają w dalszą drogę z wycieczkami, którym poskąpiono atrakcji. Wreszcie mogę podejść do gwardzisty z komórką.
– Dopiero zaczynamy, straszny bałagan – użala się, wyraźnie zakłopotany falstartem. – Co robić: nie dowieźli rekwizytów i dziś już nie dowiozą, jak to w niedzielę. Nie mamy czym walczyć.
– Czyli co, trzeba czekać do przyszłej niedzieli? – podpuszczam go.
– A skąd, proszę zajrzeć jutro, o tej samej porze.
Nazajutrz wokół walczących podniósł się kurz. Można wprawdzie małostkowo zauważyć, że w miejsce zapowiadanych dwóch lub trzech par rycerzy pojedynkowała się jedna, ale czyniła to z takim ogniem, że widzów oślepiały błyski słońca na zbrojach, a w uszach jeszcze długo dzwoniło od szczęku koncerzy.
Dwóch rycerzy nie czyni jeszcze jesieni średniowiecza, ale w porównaniu z niedawnymi czasami, gdy pod basztami można było natknąć się jedynie na znudzonych rozdawaczy ulotek postęp jest wyraźny.
Co więcej, niezbyt wyrafinowany chwyt marketingowy okazał się skuteczny: chętnych do wspinaczki na baszty wyraźnie przybyło na tyle, że firma ABL, której nie wolno nie tylko podnosić cen, ale nawet ustanowić wyższej stawki dla cudzoziemców, rozważa emisję “karnetów basztowych”. Z pewnością zainteresowałyby ekscentrycznych lunatyków, ale może znajdą się i inni chętni?
Ciężką próba dla ABL była procesja koronacyjna Karola IV, jednego z największych średniowiecznych władców Regnum Bohemicum, idąca przez serce staromiejskiej Pragi.
Urzędnicy miejscy stali w tłumie i zawistnie zerkali czy najnowszy “event” rzeczywiście zdołał zgromadzić więcej widzów niż działania zorganizowane przez miasto: inscenizowana defenestracja (na cześć husytów) i uroczyste transmutowanie ołowiu w złoto (na cześć alchemików, rezydentów dworu Rudolfa II).

Ostap Kermodi

Posted in Ciekawostki, Podróże, RóżneComments (0)

Każdy sobie, czyli góry Ligurii

Tags: , ,

Każdy sobie, czyli góry Ligurii


Z piaszczystych plaż liguryjskiego wybrzeża widać Alpy, ale rzadko który z opalających się w San Remo turystów fatyguje się, by pójść kilka kilometrów w głąb lądu, gdzie maleńkie górskie miasteczka trwają prawie nietknięte przez turystów i przez czas. Region Ligurii podzielony jest wyraźnie na dwie części. Ludzie ze śródziemnomorskich kurortów i mieszkańcy średniowiecznych górskich wiosek patrzą na siebie nawzajem z nieufnością.

http://maps.google.com/maps?client=safari&q=pigna,+liguria,+italia&oe=UTF-8&ie=UTF8&hq=&hnear=Pigna+Imperia,+Liguria,+Italy&ei=zlRsS9CbBZP4NePlpdIE&ved=0CA4Q8gEwAA&ll=43.978981,7.649231&spn=0.50102,1.028595&z=10

liguria-mapByć może to jeden z powodów, dla których władze regionu (z siedzibą w Imperii na wybrzeżu) zwlekały aż do roku 2007 z ustanowieniem Parco Naturale Regionale delle Alpi Liguri, rezerwatu o powierzchni 12 813 hektarów, obejmującego góry, doliny i miasteczka. Tysiące kilometrów świeżo oznakowanych, dobrze utrzymanych ścieżek, po których dawniej chodziły muły, wije się przez góry. Miasteczka przytulone do zboczy albo wkopane w ściany doliny jak bunkry, zachowały średniowieczne wały obronne z czasów, kiedy służyły za garnizony i przyczółki handlowe wrogich republik. Nawet wewnątrz, labirynt wąskich uliczek (chibi) budowanych z myślą o zmyleniu napastników, przypomina o wojowniczej przeszłości.

Dawne namiętności nie zamierają. W Vilmo Alberti pewien miły Liguryjczyk, który dorastał w mieścinie Molini de Triora zamieszkanej przez 741 osób, opowiada: – Jako dzieci, w każdy weekend wybieraliśmy się do Baladucco, miasteczka w dolinie obok. Biliśmy się z tamtejszymi dzieciakami, a potem szliśmy wszyscy razem napić się czegoś.

Nawet dziś, mieszkańcy Pigni, sennej wioski w Valle Nervia, naśmiewają się z sąsiadów w Castel Vittorio, położonego ledwie kilometr dalej. Nadal świeża jest pamięć wydarzeń z roku 1787, kiedy to grupka dzieciaków z Pigni ukradła dzwon z kościoła w Castel Vittorio. Takie zadawnione urazy mogą szkodzić sąsiedzkim sentymentom, służą za to gościom, bo za sprawą wrogości i izolacji każde miasteczko ma unikatową atmosferę, własne święta, własny dialekt i, co chyba najważniejsze, własną kuchnię. (…)

liguria-miasto /Pigniliguria-Castel Vittorio

W domowej atmosferze trattorii La Posta, Carla Alberti warzy takie klasyczne górskie dania, jak turta verde, delikatne ciasto nadziewane ricottą i dzikim szpinakiem, albo turta di patate, skromniejszą, ale nie mniej smakowitą wersję z ziemniakami.

Nieopodal w Castel Vittorio, w restauracji Il Busciun, można zjeść dzika, koronne liguryjskie danie, a także ravioli nadziewane ogórecznikiem i szpinakiem zbieranym na okolicznych zboczach.

Szukając bardziej podstawowych produktów, można wstąpić na sobotni targ po grzyby, chleb i ser, a potem przejść się do Madonny di Passoccio, pokrytego pięknymi freskami kościółka, o którym pierwsze źródła wspominały około roku 1350. Wspinaczka do niego przez opuszczone tarasy i nasłoneczniony las jest stroma, ale w nagrodę można obejrzeć 15 kapliczek dekorowa- nych mozaikami przedstawiającymi stacje drogi krzyżowej. Sprzed kaplicy widać jak na dłoni piękną dzwonnicę kościoła w Castel Vittorio – z łatwością można sobie wyobrazić garstkę XVIII-wiecznych chłopaków najedzonych turta verde i opitych winem, jak zakładają się, który zwędzi tamtejszy dzwon.

Od Madonna di Passoccio można albo wrócić do ciepłego łóżka w Pigni, albo ruszyć dalej między wzgórza. O osiem godzin piechotą dobrze oznakowanym szlakiem leży najpierw alpejski szczyt Monte Toraggio (1971 m), a później położone nad jeziorem schronisko Rifugio Al Lavena, popularne wśród górskich rowerzystów. Gęsty las sosnowy miesza się tu z nieuprawianymi tysiącletnimi tarasami.

Od połowy lipca do jesieni Liguryjczycy ruszają do lasu na grzyby, zazdrośnie strzegąc swoich miejsc. Można im się ukłonić, ale lepiej się nie zatrzymywać. (…)

W rezerwacie żyje 37 unikalnych gatunków flory, w tym piękna pomarańczowa lilia pompejska. W górskich przełęczach pasą się kozice pomiędzy włoskimi posterunkami wojskowymi pochodzącymi z czasów napoleońskich i późniejszych, aż do drugiej wojny światowej. Ze szczytu Monte Toraggio na zachód widać rozciągającą się Francję, na wschód Włochy, a nad głowami krążą orły. Droga jest daleka, więc odradzam wracanie tego samego dnia do Pigni. Na szczęście Rifugio Al Lavena dysponuje 70 czystymi łóżkami i ekspresem do kawy, stanowiąc dobre i niedrogie miejsce na nocleg.

Mniej wymagająca trasa prowadzi z Pigni do Baiardo. W położonym na wysokości 900 m n.p.m. miasteczku panuje melancholijna i tajemnicza atmosfera. W najwyższym punkcie miasta stoją ruiny kościoła św. Mikołaja, którego dach zawalił się podczas niedzielnej mszy w roku 1887, grzebiąc pod gruzami 226 mieszkańców. Ludzie nadal rozmawiają o tej tragedii. Na szczęście nie wszystko jest tu ponure. W swojej restauracji Jolanda, Massimo Crespi serwuje  świeżo zbierane surowe borowiki z olejem. Ruiny pogańskiej świątyni przyciągają nielicznych pielgrzymów przez cały rok, a większe grupy zjeżdżają na doroczny festiwal w lipcu. (…)

camoglie

Droga do Mendatiki jest długa i kręta – trudno uwierzyć, że jest dwukierunkowa (a jest). Jeśli Pigna jest bramą wjazdową Liguryjskich Alp, Mendatica jest ich sercem. Na szczycie Monte Saccarello wznosi się brązowa figura Chrystusa Zbawiciela. Na wysokich przełęczach pasą się stada owiec brigasca, z których mleka pasterze wyrabiają ser zwany brusso. Mendatica jest stolicą cucina bianca, białej kuchni, zwanej tak, ponieważ prawie każde danie przyrządzane jest z nabiału.

W Il Castagno, gospodarstwie agroturystycznym służącym także za najlepszą w mieście restaurację, można zjeść wielodaniowy posiłek: wielki smażony pieróg nadziewany serem, mlekiem i świeżą miętą, zwany turle, potem fritelli, czyli malutkie, puszyste placuszki ziemniaczane, ziemniaki z brusso, delikatne mięso z królika i spaghetti z pokrzywą.

Położona wyżej w górach, Mendatica zdaje się być mniej stłoczona, niż reszta miasteczek – nie ograniczają jej żadne mury, otoczona jest tylko dramatycznym górskim krajobrazem. To doskonałe schronienie dla podróżników i pisarzy. Nie dziwi zatem, że przepłynąwszy zrobioną samodzielnie tratwą z Peru na Tahiti w roku 1947, norweski podróżnik Thor Heyerdahl ominął San Remo i przez góry dotarł do maleńkiego kościółka świętej Małgorzaty w Mendatice, żeby tam napisać bestsellerową relację ze swojej ekspedycji, “Kon Tiki”. (…)

Joshua Stein

Posted in Podróże, W numerzeComments (0)

Jak na imprezę to do Libanu…

Tags: , , ,

Jak na imprezę to do Libanu…


Jeśli Bejrut jest Paryżem Bliskiego Wchodu, nadmorskie Byblos można porównać tylko do Cannes.

lebanon_byblos_2Po latach konfliktów i politycznych wstrząsów Liban wraca na turystyczną mapę świata, a wraz z nim słynne miasto, gdzie przed wojną bawili się Frank Sinatra i Marlon Brando.

Wrześniowy wieczór jest ciepły i spokojny. Słońce rzuca czerwonawe promienie na ruiny wznoszące się nad brzegiem Morza Śródziemnego. Do portu w Byblos zmierza jacht z kobietami w bikini na pokładzie. Nie wiedzieć czemu, kapitan w złotych okularach lotniczych włączył syrenę. - Każdy chce się pochwalić swoją łodzią za kilka milionów - tłumaczy Ziad Baz, właściciel położonej w porcie restauracji rybnej Bab El Mina, zaciągając się kubańskim cygarem.

Para przy sąsiednim stoliku, delektując się kolacją złożoną z kalmarów i humusu, nie zwróciła nawet na łódź uwagi. Pojawienie się w porcie nowego, ekskluzywnego jachtu nie wzbudza już dziś zainteresowania.

To spowszednienie bogactwa może być oznaką, że Byblos, przedwojenna perła Morza Śródziemnego, znowu odzyskało swoje miejsce na mapie. Miasto straciło swój blask w latach 80. i 90. ubiegłego wieku, kiedy wojna domowa wypłoszyła z  Libanu sławnych i bogatych. Teraz przeżywa coś w rodzaju odrodzenia. W ciągu pierwszych 10 miesięcy 2009 roku dochody z turystyki wzrosły prawie o połowę w stosunku do tego samego okresu w 2008 roku, a sami  Libańczycy uciekają do tego nadmorskiego miasta przed szalonym tempem życia i gwałtownie rosnącymi cenami w Bejrucie.

Na skalistym wybrzeżu na południe od miasta jak grzyby po deszczu wyrastają nowe luksusowe ośrodki wypoczynkowe i apartamenty. - Nasze pokolenie wyjeżdżało z Byblos, żeby się rozerwać. Teraz można bawić się tutaj. W przyszłym roku będzie jeszcze lepiej - mówi 28-letni Shadi Kaddoum, właściciel działającego od roku bistra we francuskim stylu.

Jeśli Bejrut jest Paryżem Bliskiego Wschodu, jak zwykło się mawiać w tym regionie, to oddalone o 35 kilometrów Byblos można porównać tylko do Cannes. Starożytny port otaczają ruiny jeszcze sprzed czasów imperium rzymskiego. U podnóży porośniętych cedrami wzgórz rozciągają się białe, piaszczyste plaże. Miasto słynie z restauracji rybnych, w których międzynarodowa klientela delektuje się smakiem świeżych lucjanów i okoni morskich. O zachodzie słońca do portu zawijają jachty z imprezami na pokładzie (tak bawili się w Byblos przed wojną Sinatra i Brando) i cumują obok starych żaglówek i drewnianych łodzi rybackich. W nadmorskich ośrodkach z basenami przez całą dobę bawi się libańska śmietanka towarzyska.

byblos_historic_quarterBogate życie nocne to tylko jedna z atrakcji miasta, liczącego ponad siedem tysięcy lat. Przez lata turystów przyciągał zamek krzyżowców, umocnienia z czasów Fenicjan i ruiny świątyni z epoki brązu, rozrzucone wzdłuż wybrzeża niczym ogromne klocki lego. Byblos rości sobie pretensje do tytułu najstarszego na świecie miasta zamieszkałego nieprzerwanie od chwili założenia. Jego początki datują się na rok 5000 p.n.e. Tutaj narodził się alfabet fenicki (”byblos” w języku greckim oznacza papirus).

Miasto było ważnym portem handlowym dla starożytnych egipskich żeglarzy, którzy przypływali tu po drewno cedrowe. Chociaż większość znalezionych w Byblos sarkofagów i waz zdobionych hieroglifami trafiło do Muzeum Narodowego w Bejrucie, turyści mogą spacerować po niekończących się labiryntach ruin i podziwiać jedne z najwcześniejszych w dziejach ludzkości rozwiązania urbanistyczne.              

- Przychodzę tu, aby chłonąć atmosferę tego miejsca. Te kamienie zdają się opowiadać historie sprzed wielu tysięcy lat - mówi Mouna Bassili Sehnaoui, malarz z Bejrutu z gęstą czupryną siwych włosów.

Twierdzę krzyżowców otacza labirynt brukowanych uliczek. Wokół willi z pomarańczowymi dachami rozciągają się ogrody pełne kwitnących oleandrów, przy których pary nowożeńców pozują do zdjęć. Za kamiennym kościołem można dostrzec niebieską kopuła meczetu. Na pięknie odrestaurowanym targowisku tłumy kłębią się pomiędzy butikami i straganami z pamiątkami. Turyści kupują ceramiczne wazy i pamiątkowe bibeloty z fenicką ornamentyką, a język francuski miesza się z perskim.

- Handluję tymi rzeczami już od 10 lat, ale jeszcze nigdy nie szło mi tak dobrze. Kiedyś ludzie przyjeżdżali do Byblos, żeby odpocząć. Teraz to się zmieniło - mówi Reynaldo Sayegh, miejscowy artysta, który sprzedaje pamiątkowe figurki.

byblossouk

Byblos stał się modnym miejscem na wakacje nie tylko wśród bogatych Libańczyków żyjących na obczyźnie. Miejsce spodobało się również wielbicielom nocnego życia, którzy szukali alternatywy dla zatłoczonych klubów w Bejrucie. Na stromej skarpie niedaleko portu przycupnął bar Pierre & Friends. Goście popijają libańskie piwo Almaza i robią sobie zdjęcia na tle morskich fal, rozbijających się o skalisty fragment wybrzeża. Kilku surferów odważnie stawia czoła wzburzonej wodzie.

- Chcieliśmy, żeby to było miejsce bez zadęcia - mówi Pierre Tannous, właściciel baru, który wygląda jak hipis z naszyjnikiem z muszelek na opalonej szyi. - Żadnych garniturów, żadnego zawyżania cen.

Ta wyluzowana atmosfera nie podoba się deweloperom, którzy przekształcają odcinek wybrzeża na południe od Byblos w zamkniętą strefę rozrywki dla libańskich nowobogackich. Rozrastający się kompleks luksusowych willi, apartamentów i centrów odnowy biologicznej o nazwie Byblos Sud Village ma zostać otwarty już wiosną. W okolicy powstaje kilka innych superluksusowych hoteli.

Zawrotna szybkość, z jaką rozbudowuje się Byblos, to zdaniem mieszkańców zasługa samego prezydenta Libanu, Michela Sulejmana, który pochodzi z sąsiedniego miasta Amchit. Można było się o tym przekonać na własne oczy, kiedy w pewien piątkowy wieczór kawalkada luksusowych czarnych samochodów próbowała przedrzeć się przez ulice miasta, pełne imprezowiczów i spacerujących par.

- Nie znajdziecie tego w Bejrucie - mówi Michael Diaz, 22-letni Hiszpan ubrany w spodnie jak od piżamy. Razem z przyjaciółmi z Chile tańczy w wąskiej uliczce, wypełnionej tłumem wibrujących ciał. - Tutaj wszystko dzieje się na wolnym powietrzu, dlatego jest dużo większa wolność i swoboda.

Kiedy taneczna impreza zaczęła nabierać rozpędu, w całej dzielnicy zgasło światło. Po chwili przerwy muzyka i światło pojawiło się z powrotem. Nikt z tańczących nie zdążył nawet stracić rytmu. Wyłączenia prądu zdarzają się w Libanie dość często.

Sporadyczne braki w dostawie energii elektrycznej nie są w stanie spowolnić procesu odradzania się tego starożytnego miasta po latach konfliktów i politycznych wstrząsów. - Mamy trzy razy wyższe dochody niż w zeszłym roku. Miasto cały czas się zmienia, i coraz bardziej przypomina Liban z lat 70., sprzed wojny - mówi Baz, właściciel restauracji rybnej w porcie.

Posted in Podróże, W numerzeComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1