Wielu, coraz więcej ugandyjskich rybaków pada ofiarą krokodyli. Władze w Kampali zastanawiają się jak zapewnić pokojową koegzystencję człowieka z żarłocznym gadem.
Spienione fale tańczą ma powierzchni jeziora, a przybrzeżne trzciny łopoczą w podmuchach wiatru.
Słońce stoi nisko nad horyzontem i oświetla zatokę złocistymi promieniami. Nad bagnistą plażą w Lwanice powoli zapada wieczór. Kobiety szybko napełniają kanistry. Od niepamiętnych czasów Jezioro Wiktorii, największy akwen w Afryce, był rezerwuarem słodkiej wody dla okolicznych mieszkańców.
Po zapadnięciu zmroku na plażę schodzą rybacy. Wsiadają do małych łodzi i wiosłują w ciemności spowijające jezioro albo brodzą z sieciami po płytkich wodach wzdłuż brzegu. Mieszkańcy Lwaniki poszukują tilapii, smakowitej odmiany afrykańskiego okonia, żyjącego w wodach Jeziora Wiktorii. Dla wieśniaków jezioro oznacza życie, ale czasami także przynosi śmierć.
Kobiety starają się szybko napełnić kanistry. Zachowują przy tym ogromną czujność i nieustannie rozglądają się na boki. Na plaży nie widać żywego ducha, oprócz małych fal rozbijających się o piasek.
- One gdzieś tam są - stwierdza z przekonaniem jedna z matek i stawia żółty kanister na głowie. Kobietom znowu udało się napełnić pojemniki bez większych niespodzianek. Na ich twarze powraca uśmiech i rozpoczynają wspinaczkę pod górę zbocza z ciężkim ładunkiem na głowie.
Przynoszenie wody stanowi codzienny rytuał na bagnistych wybrzeżach Lwaniki. Połyskujące wody jeziora skrywają nie tylko poszukiwane przez rybaków ryby. Jezioro jest terenem łowieckim crocodylusa niloticusa, drugiego pod względem wielkości jaszczura na świecie.
Mistrz zasadzek 
Tylko słonowodne krokodyle żyjące w Azji i Australii osiągają większe rozmiary od opancerzonego, afrykańskiego kuzyna. Skromniejsza postura nie oznacza, że krokodyl nilowy jest mniej niebezpieczny. Gad może mieć nawet do sześciu metrów długości i jest mistrzem w urządzaniu zasadzek. Gdy rusza do ataku jego ofiara ma niewielkie szanse na przeżycie.
Wie o tym dobrze rybak Robert Gonsya, który dwa dni temu przeżył dramatyczną przygodę z krokodylem. Zakrawa na cud, że 45-letniemu rybakowi z sąsiedniej wioski Kapaaluuko udało się ujść z życiem bez większego szwanku.
Pamiętnego ranka mężczyzna trzykrotnie zarzucił sieci. Za czwartym razem z wody wystrzelił potwór niczym błyskawica i mało brakowało, aby zatopił zęby w ramieniu rybaka. Na szczęście krokodyl chybił celu i tylko pociągnął w głębinę sieć z rybami.
Od początku tego roku krokodyle zabiły w Ugandzie co najmniej trzy osoby. Trudno precyzyjnie określić liczbę ofiar, ponieważ władze nie rejestrują wszystkich przypadków zaatakowania ludzi przez krokodyle. Mieszkańcy Lwaniki twierdzą, że okoliczne gady pożerają co roku około dziesięciu osób.
W całej Ugandzie liczba ofiar dochodzi do kilkudziesięciu. Za szczególnie niebezpieczne uważa się dystrykty Bugiri i Mayuge, położone przy północnym brzegu Jeziora Wiktorii. W Ugandzie rozgorzała burzliwa debata o przyszłości gadów, wzbudzających powszechne przerażenie.
Aggrey Bagire sekretarz stanu w ministerstwie rolnictwa stracił cierpliwość po ostatnich atakach krokodyli. Jego zdaniem, skoro gady ciągle pożerają ludzi, to nadszedł najwyższy czas, aby przejść do kontrataku.
- Mówię wam: zabijajcie potwory i zjadajcie je! - apeluje polityk do Ugandyjczyków. Jednak sprawa nie jest taka prosta. Przez wiele lat ugandyjskim krokodylom groziło wyginięcie i władze objęły je ścisłą ochroną.
Obcowanie krokodyla z człowiekiem zawsze było bardzo problematyczne i zazwyczaj walka kończyła się porażką gada. - Nic dziwnego, że populacja krokodyli zamieszkujących Jezioro Wiktorii uległa dramatycznemu zmniejszeniu - oświadcza Moses Mapesa, dyrektor ugandyjskiego Urzędu Ochrony Środowiska (UWA).
Dlatego kluczowe znaczenie ma dalsza ochrona i urzędnik stanowczo odmawia wydania zgody na odstrzał krokodyli. Mapesa wyjaśnia, że ataki krokodyli są związane z „zaostrzeniem konkurencji“. Zarówno człowiek, jak i gad polują na ryby, żyjące w Jeziorze Wiktorii. Niestety, ilość ryb spada, a rybaków systematycznie przybywa.
Do tego używają sieci o gęstych oczkach i jeszcze bardziej dziesiątkują młody narybek. Rybacy narażają się na coraz większe ryzyko, aby nie wracać do domu z pustymi sieciami. Dyrektor ostrzega, że krokodyle prowokują do ataku sami rybacy, brodząc nocą po płytkich, przybrzeżnych wodach jeziora.
Jego zdaniem mężczyźni powinni stać się bardziej ostrożni, bo najwidoczniej łowią ryby w miejscu żerowania krokodyli. - Obecność gadów jest dla człowieka cenną wskazówką, w którym miejscu jeziora można się spodziewać obfitych połowów - wyjaśnia Moses Mapesa.
Dyrektor Urzędu Ochrony Środowiska zdaje sobie sprawę, że na dłuższą metę nie da się chronić drapieżników wbrew woli ludzi. Dlatego urzędnik proponuje odławianie „dorosłych ludojadów” i odstawianie ich na farmy krokodyli. - Wprawdzie nie będą żyły na wolności, ale uda się ochronić „pulę genową” populacji krokodyli ugandyjskich - stwierdza.
Następnie można wypuszczać pojedyncze gady na wolność w wybranych miejscach, choćby w rezerwatach i w ten sposób zapewnić ochronę całego gatunku. W jednym z ugandyjskich parków narodowych krokodyle rozmnażają się bez większych przeszkód. W okolicy wodospadów Murchinson nad Nilem populacja krokodyli zwiększyła się trzykrotnie i wynosi około tysiąca osobników.
Ekolog Mapesa ma nadzieję, że dzięki farmom hodowlanym założonym nad Jeziorem Wiktorii powstaną nowe miejsca pracy, a skóra i mięso znajdą lokalnych nabywców. W przeciwieństwie do mieszkańców Azji społeczeństwo ugandyjskie nie jest przyzwyczajone do jedzenia krokodylego mięsa.
Arne Perras









