Tag Archive | "WMW"

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


“Głos ludu” kontra “głos pieniądza”

wojciech-m-wojnarowiczPowyższy cytat brzmi tak, jakby pochodził z broszurki ruchu “Okupacji Wall Street” czy innej akcji lewicowych radykałów, wrogich władzy elit i kapitału. Ale to nie głos radykała, lecz konserwatywnego kandydata Partii Republikanskiej, Newta Gingricha, walczącego o partyjną nominację.
“Jeszcze 46 stanów” - brzmi deklaracja byłego spikera Izby Reprezentantów, który zapowiada, iż mimo kolejnego niepowodzenia nie zamierza zrezygnować z walki. Partyjne elity stawiają na Mitta Romney’a, widać to wyraźnie w środkach finasowych jakie ma do dyspozycji kampania byłego gubernatora Massachussets. Newt Gingrich ustawia się więc w pozycji reprezentanta konserwatywnego nurtu swej partii, nurtu który spychany jest na margines prez partyjne elity, lekceważące partyjne “doły”. Czyli, partyjne masy przeciw waszyngtońskim elitom? Tak właśnie określił obecny polityczny podział kampanii Republikanów Gingrich i taką optykę kolejnych kilkudziesięciu stanowych prawyborów chciałby zakorzenić w świadomości szeregowych Republikanów.
Kampania Gingricha przypomina rollercoaster. Raz na wozie, raz pod wozem. Jeszcze nie przebrzmiały echa zdecydowanego zwycięstwa Gingricha w prawyborach w Karolinie Południowej, a już media analizują zwycięstwo Mitta Romney’a na Florydzie. Romney zgarnął w “Słonecznym Stanie” 47 procent głosów i wydaje się dla wielu pewniakiem do republikańskiej nominacji. Najbliższy miesiąc nie zmieni specjalnie sytuacji, gdyż kolejne stany, Nevada i Michigan, nie mają specjalnego ciężaru gatunkowego, jeżeli chodzi o ilość delegatów wysyłanych z nich na konwencję. Obserwatorzy zakładają, że wygra je Romney. Ale już w marcu znowu będzie o co powalczyć.
Amerykanie kochają niemal każdą formę rywalizacji, a polityczne zmagania są dla nich równie fascynujące jak wielkie widowiska sportowe. W zdobywaniu społecznego poparcia niezwykle instotną rolę odgrywają media, gdzie walka toczy się na reklamowe spoty. Można lansować samego siebie, można też jednak stosować ‘czarną propagandę’ i wskazywać raczej na rzeczywiste lub (częściej) wyolbrzymione wady kontrkandydatów. Kluczem jest suma środków finansowych w dyspozycji rywalizujących kampanii. Na Florydzie obóz Romney’a pobił konkurentów 5:1. Ale też nieomal wyłącznie, w sposób dotychczas niespotykany, skoncentrował się na promowaniu negatywnego obrazu kandydatury Gingricha (95 procent ogłoszeń). Na nic zdają się wezwania trzeciego konkurenta prowadzącej ‘pary’, Ricka Santorum, aby szanować się i nie używać wobec błota. “Błoto” zdaje się być skuteczne, po każdej serii negatywnych ogłoszeń podważających osobistą uczciwość, moralność i rzetelność Gingricha, zdaje się on tracić poparcie.
Tak jak zawodowy sport, współczesna polityka nie może obyć się bez zawodowych komentatorów i analizatorów. Telewizyjni eksperci, w ten sam sposób jak ich koledzy relacjonujący amerykański football, tłumaczą widzom zawiłości i zakulisowe uwarunkowania toczonych sporów politycznych. Dokładnej analizie poddawane są strategia i taktyka konkurentów. Biorąc pod uwagę niezwykle wysoki poziom osobistych animozji w tegorocznej kampanii (Gingrich nie wymienia w wystąpieniach Romney’a z nazwiska, nie gratuluje mu też kurtuazyjnie “etapowych” zwycięstw, jak to do tej pory robią inni pretendenci), częstym tematem medialnych debat jest obecnie pytanie, czy aż tak zaciekła walka kandydatów o partyjną nominajcę nie zaszkodzi temu, kto pod koniec roku 2012 stanie ostatecznie w szranki z urzędującym prezydentem, Barrackiem Obamą. Rzeczywiście, są tacy, którzy widzą w obecnej kampanii, określonej już przez wyspecjalizowanych analityków jako bezprecedensowo negatywną (jeżeli chodzi o częstotliwość personalnych ataków na Gingricha), zagrożenie. Republikański kandydat wejdzie w wybory powszechne mocno poturbowany, a kampania Obamy będzie miała ułatwione zadanie, idąc wyznaczoną niejako przez samych Republikanów linią ataku. Są jednak i takie głosy, które w w zażartej kampanii dostrzegają szansę. Jak głosi znane powiedzenie, co cie nie zabije to cię wzmocni! Wszak to właśnie w niesłychanie ostrej walce z Hilary Clinton, w kampanii 2008 roku, okrzepł i zdobył konieczne polityczne przetarcie na ogólnoamerykańskiej arenie Obama. Taki sam praktyczny trening może dziś pomóc kandydatowi Republikanów, testując w “warunkach bojowych” choćby sprawność jego wyborczej drużyny, skuteczność medialnego przekazu, zdolność samokontroli pod zmasowanym “ogniem” ataków przeciwnika. A poza tym, jak twierdzą paryjni znawcy, to niejako republikańska specjalność, te ostre kampanie, z których wychodzili potem ‘zdobywcy’ Białego Domu. Znawcy historii amerykańskich wyborów wspominają w tym konteście walkę Eisenhowera z Taftem w 1952 roku, Barry Goldwatera z Rockefellerem w 1968, czy też ostatnią wielką konfrontację, dzielącą  ideologicznie republikański elektorat, między b. gubernatorem Kalifornii, Ronaldem Reaganem i Geraldem Fordem w roku 1976. Na zawsze zapamiętano też złośliwy komentarz George’a Busha Seniora pod adresem ekonomicznego planu Reagana - “voodoo economics” - ale nie dało to Demokratom żadnych wymiernych korzyści. Cóż nam pozostaje, należy uzbroić się w cierpliwość i śledzić rozwój kampanii. Czy odniesie oczekiwany skutek taktyka “niszczenia” za wszelką cenę obrazu Gingricha, aby szybko wyeliminować jego kandydaturę, czy może to Gingrichowi uda się skanalizować odruchy oporu partyjnych mas wobec “aroganckiego dyktatu pieniądza” partyjnego establishmentu. Polityczne widowisko zapowiada się ciekawie.

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


ACTA pod murami!

wojciech-m-wojnarowiczBój o ACTA, regulacje prawne internetu, z których zasięgu i konsekwencji nikt chyba nie zdaje sobie w pełni sprawy, obnaża po raz kolejny mizerię naszej kondycji jako państwa i społeczeństwa. Kiedy rzecz jest już pozamiatana i głosowanie pozostaje formalnością, budzą się z letargu zainteresowani. Premier sensownie konstatuje, że wszystko było dostępne, więc teraz daremne żale. Opozycja trzeźwieje, że jednak oprócz dęcia w surmy bojowe jest jeszcze normalna praca polityczna i ustawodawcza do wykonania. Tylko bezimienni hakerzy, ludzie czymś zmotywowani, podjęli działalność i uderzyli w strony państwowej administracji, udowadniając niejako przy okazji, iż ochrona przed atakiem cybernerycznym w Polsce nie istnieje. Jest ministerstwo (chyba) cyfryzacji, ale to wszystko. Można powiedzieć, iż straty z zablokowania oficjalnych stron Prezydenta RP, premiera i jego MSZ-u są znikome, bo i tak nikt niczego tam ani nie szuka, ani nie znajdzie. “Znikoma szkodliwość społeczna czynu” - brzmiałby werdykt sądowy, gdyby ktoś nawet takiego hakera, zapewne nastolatka, złapał. Ale obraz bezradności państwa gdzieś się tam koduje.

Polscy europosłowie z szeregów opozycji obudzili się z ręką w nocniku. Zawalili sprawę ACTA w Brukseli, a teraz wzywają rząd do działania! Przepraszam, a gdzieście Panowie byli, kiedy uchwalano tę kagańcową ustawę? Prezes Kaczyński zapowiada konsekwencje. Ciekawe, jakie? Gwiazdy krajowej opozycji kładą dziś uszy po sobie. Swoimi pokrętnymi zaś tłumaczeniami potwierdzają podejrzenia, że tak naprawdę nikt w Europarlamencie nie wie nawet, nad jakimi ustawami głosuje. A przynajmiej nasi ‘geniusze’ oddelegowani na odcinek europejski nie mają głowy do porządnego wykonywania tej pracy, za jaką się im w końcu dosyć dobrze płaci!

Polski europoseł albo traktuje swój madat jako odprawę i fundusz emerytalny za chude lata w krajowej polityce, albo jako polityczne zesłanie, z którego jak najszybciej chciałby wrócić. I dla niektórych tak to jest. Kiedy dla przykładu prezes Kaczyński wysyłał do Brukseli Ziobrę, to było wszystkim wiadomo, że to nie promocja, lecz zesłanie na ławkę kar. Ale Bruksela daje poczucie wartości, w końcu to Europa, człowiek więc może nieco stracić poczucie realizmu i zaangażować się w krajowe, partyjne przepychanki. Ba, z Brukseli może się wydawać, iż Polacy tylko czekają na nowe partyjki sfrustrowanych pretendentów i ekspertów od public relations! Tymczasem podstawowe zadanie naszych reprezentantów, czyli praca legislacyjna, tworzenie prawa wspólnotowego kompletnie ich nie interesuje, przerasta także ich (intelektualne?) możliwości. Jak można więc teraz poważnie traktować Kurskiego czy Migalskiego, skoro otwarcie mówią, że owszem, głosowali nad drakonską ustawą kontroli internetu ACTA, ale nie wiedzieli, o co w tych przepisach chodzi! To za co biorą kasę?!
Otwarcie Stadionu Narodowego w Warszawie (taki wielgachny koszyk wiklinowy a la Cepelia, dominujący panoramę prawobrzeżnej Warszawki) stoi pod znakiem zapytania, ponownie. Już raz go otwierali, meczem z Niemcami, tyle że w … Gdańsku. Teraz ma być koncert, potem zaś na kilka godzin przed meczem ‘otwarcia’ ma być układana trawa. To już nawet prezes “bez orzełka” Lato widzi dziadowszczyznę i ostrzega, że kadra Polski na klepisku grać nie może. Jeżeli Warszawka znowu sknoci, mecz weźmie Wrocław. Bo tu stadion już funkcjonuje piłkarsko. Ale także we Wrocku prace wykończeniowe idą jak po grudzie, bo nikt nie płacił kooperantom, i opóźnienia z wykończeniówką idą w miesiące. We Wrocku zresztą wszystko opóźnione: dworzec (no bo zabytek z roku 1905 trzeba remontować porządnie!), lotnisko (bo ktoś wód gruntowych nie wliczył w plany), tramwaj plus (bo oprogramowania w XXI wieku nie ma kto zrobić!). A żeby było już całkiem wesoło, to drogę ekspresową do Poznania opóźniono do roku 2030! Z Wrocka do Poznania? Po co? Autostrady (te poprzeczne, z zachodu na wschód) będą jakoś przejezdne, ale nie wszystkie. Niektórzy mówią, żeby nie przesadzać, bo najważniejsze że jakiś tam procent inwestycji jednak uda się dokończyć, a że po terminach, no to co.
Musi jednak w końcu paść pytanie. Czy chroniczna niezdolność do robienia rzeczy na czas, kończenie każdej najmniejszej inwestycji w panicznym pośpiechu, po łebkach, byle zdążyć przed terminem to podstawowa cecha polskiej kulturowej tożsamości, nasza cecha gentyczna? Odpowiedź jest oczywista. Tak! Tak musi być, to nie jakieś fatum czy przypadek, to prawidłowość. Polak NIE potrafi niczego zrobić na czas. Popatrzmy choćby w zwierciadło sportu – ot, obecne mistrzostwa w “rzucanej”, gdzie najpierw zawalamy pierwszą połowę, by potem ‘heroicznie’ gonić rywala i liczyć na pomoc niebios. Tak, w zrywach i porywach okazujemy się czasem zdolni pokonać Niemców czy Dunów. Ale zbieramy przysłowiowe ‘bęcki’ przez niefrasobliwość i brak profesjonalizmu, od jakichś marginalnych zespołów (w życiu zaś kraju od własnych szmaciarzy na stanowiskach), tracąc z takim trudem wypracowane szanse. I najadamy się wstydu, o straconych nerwach, pieniądzach i szansach na cywilizacyjny awans nie wspominając. Polak potrafi? Yeah, right!

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Bezpieczeństwo bez Ameryki?

wojciech-m-wojnarowiczAmerykański periodyk internetowy, Tablet.com zastanawia się, co ma zrobić Barrack Obama, aby zyskać zaufanie środowisk żydowskich w USA. Wybory za pasem i republikańscy pretendenci prześcigają się w deklaracjach poparcia i przyjaźni dla Państwa Izrael. Wobec Obamy natomiat istnieje podejrzenie, powtarzane oczywiście przy każdej okazji przez pro-republikańskie media, iż zarówno sam prezydent jak i jego otoczenie są bardzo krytyczne wobec polityki Izraela na Bliskim Wschodzie. Pro-izraelskie lobby w USA jest niezwykle skuteczne i wpływowe, i dba o to, aby administracja USA, ktokolwiek znajdowałby się u sterów, traktowała Izrael jako pierwszorzędnego sojusznika, którego obrona stanowi strategiczny interes Ameryki. Czym bliżej więc do wyborów, tym większą uwagę zwracać się będzie na gesty i słowa kandydatów. Głosy żydowskie nie stanowią oczywiście znaczącej większości w skali globalej, ale w kilku stanach, takich jak Floryda, Pennsylwania czy Ohio blok żydowski może wpłynąć na skład kolegium elektorów. O znaczeniu finansowego tego poparcia przekonywać chyba nikogo nie trzeba. Żydowscy przyjaciele Obamy dostrzegają niebezpieczeństwo utrwalenia się opinii o “krytycznym” wobec Izraela prezydencie i podejmują kroki, aby temu zaradzić. Pojawiają się więc informacje mające na celu obalenie “mitów”, jakoby Obama popierał Izrael mniej lub był wobec jego polityki nastawiony krytycznie.
Wszystko to dzieje się w kontekście sytuacji “na odcinku” irańskim. Reżym ajatollahów kontynuuje swoje badania nuklearne i dąży do uzyskania zdolności jądrowych. Pokojowe czy nie, posiadanie takich zdolności przeraża izraelskich planistów. Jak na razie jednak świat, choć bardzo krytyczny wobec irańskiego programu nuklearnego najwyraźniej nie ma ochoty na interwencję zbrojną w celu zniszczenia irańskich instalacji do wzbogacania uranu. Rosjanie i Chińczycy nie pozwolą dokonać tego pod płaszczykiem rezolucji ONZ, nauczyli się już bowiem, czyje interesy są potem realizowane. Chiny widzą przy tym szansę budowania swoich własnych wpływów w regionie do niedawna uchodzącym za wyłączną strefę amerykańską. Sami  Irańczycy utrzymują wprawdzie, iż nie budują bomby lecz chcą mieć jedynie atomowe elektrownie, ale zbyt wielu wierzących w te zapewnienia nie ma. Problem nie leży zresztą w samym posiadaniu kilku prymitywnych głowic, ani nawet w dysponowaniu odpowiednim systemem przenoszenia ładunków. Problem leży w sferze psychologicznej. Czy Iran jest postrzegany jako państwo przewidywalne, zdolne do kompromisów, czy też jako kierujące się w polityce czystą ideologią nienawiści do Izraela? Czy posiadanie przez Iran zdolności poważnego zaszkodzenia Izraelowi zmieniłoby dynamikę relacji na Bliskim Wschodzie?
Fakt posiadania przez Izrael broni nuklearnej (uzyskanej z pogwałceniem umów międzynarodowych) nigdy nie został oficjalnie potwierdzony, stanowi jednak gwarancję bezpieczeństwa tego państwa istniejącego w morzu mało przyjaznych, arabskich sąsiadów. Drugą taką gwarancją jest pewność, iż w przypadku zagrożenia istnienia państwa żydowskiego odezwie się Ameryka z całą swoją mocą. Taka doktryna podwójnego odstraszania potencjalnego agresora. Na ONZ lub Europę i jej “gwarancje” bezpieczeństwa nie ma co liczyć i tu politycy izraelscy nie mają złudzeń. Problem pojawia się, kiedy administracja w Waszyngtonie zdaje się mieć nieco inne podejście do sposobu radzenia sobie z owym zagrożeniem. Retoryka Waszyngtonu jest oczywiście bardzo ostra, co chwila powtarzane są wezwania do sankcji wobe Iranu. Ale nikt nie ma wątpliwości, iż obecna administracja nie jest skłonna do prewencyjnej akcji militarnej. A samodzielna akcja zbrojna Izraela może mieć katastrofalne skutki. Iran to nie Irak czy Syria, które można było bezkarnie bombardować. Wysadzanie zaś irańskich naukowców niczego tak naprawdę nie rozwiąże.
To, co martwi Izrael, a powinno martwić także nas, to wyraźna zmiana w planowaniu strategicznym USA. Nowa optyka strategiczna Ameryki, choć nie wprost, identyfikuje nowy obszar potencjalnego zagrożenia amerykańskich interesów. Obszarem tym jest obecnie Azja, szczególnie zaś Chiny. Ma to swoje poważne konsekwencje dla innych regionów globu, gdzie stabilizacja opierała się o bezpośrednie zaangażowanie i gotowość do natychmiastowe reakcji armii amerykańskiej. Dotychczas np. zakładano, iż Ameryka ma być zdolna do prowadzenia równocześnie dwóch wojen w dwóch różnych rejonach śwaiata. To założenie ulega zmianie, z bardzo poważnymi konsekwencjami dla dotychczasowych układow sił, w tym pozycji NATO.
Amerykanie już od dawna ostrzegali Europejczyków, iż powinni sami być w stanie zapewnić swoją obronę, przynajmiej jeśli chodzi o środki konwencjonale. Tymczasem europejskie nakłady na obronę są minimalne. Odejście amerykańskich brygad z Niemiec nie zostanie niczym zbalansowane. O mrzonkach umieszczania baz amerykańskich w Polsce szkoda gadać. Plany stworzenia z Polski strategicznego przyczółka USA były zawsze pobożnymi życzeniami, którym ulegały wszystkie polskie rządy po roku 1989. Nie będzie baz, nie będzie lotnictwa, nie będzie żadnych ‘Patriotów”. Cała strategia obronna Polski musi być poddana rewizji. Wiąże się to także z koniecznością przeanalizowania struktury polskiego wojska i wydatków na nie. Liczenie na amerykański parasol atomowy to dziś za mało.

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Amerykański rajd pretendentów

wojciech-m-wojnarowiczRepublikańskie prawybory przypominać mogą trwający właśnie rajd samochodowy “Dakar”, rozgrywany na bezdrożach Ameryki Południowej. Faworyci tego prestiżowego wyścigu muszą sobie radzić z masą kłopotów, co krok wpadają w rozpadliny lub staczają się z piaszczystych wydm. Czyż nie przypomina to poniekąd sytuacji w politycznym “rajdzie” po wszystkich amerykańskich stanach republikańskich pretendentów do prezydenckiej nominacji? W zakończonym właśnie drugim “etapie” - prawyborach w stanie New Hampshire – zwyciężył faworyt, typowany do zwycięstwa przez media na długo przed samym głosowaniem, były gubernator Massachussets, Mitt Romney, zgarniając ok. 40 procent głosów partyjnych sympatyków (tzn. poparło go ponad 95 tysięcy osób).
Swoim zwycięstwem Romney ustanowił swego rodzaju historyczny precedens, nigdy bowiem republikański pretendent (nie będący urzędującym prezydentem) nie wygrał Iowy i New Hampshire pod rząd. Jego sukces wśród wyborców stanu noszącego przydomek “Granitowy” nie jest specjalnym zaskoczeniem, jest to bowiem region, gdzie Romney często przebywa, ma tu też swój dom. Komentatorzy porównują jednak jego obecny sukces z wynikami z roku 2008. Wówczas prawybory w tym stanie wygrał senator McCain, a Romney był drugi. Obecna przewaga Romney’a nad drugim w wyścigu, libertaninem z Texasu, Ronem Paulem nie jest miażdżąca. Dla teksańskiego polityka dobry wynik – 23% przy 55 tysiącach zebranych głosów - oznacza możliwość dalszego trwania w wyścigu. Daje mu też szansę na dalsze promowanie swojej “libertariańskiej rewolucji”, czyli przypominania Amerykanom ich wolnościowego dziedzictwa, nie tylko w wymiarze wolnego rynku, ale przede wszystkiem wolności obywatelskich. Zdaniem liber- tarianów - którzy w Paulu mają teraz szansę wyjść ze swym politycznym manifestem poza środowiska akademickie i wąskie intelektualne kręgi, do szerokich mas - obecny rząd w niczym nie odzwierciedla ideałów zapisanych w amerykańskiej konstytucji. Wielki biznes podporządkowuje swoim monopolistycznym zapędom życie kraju, niszcząc zasady zdrowej konkurencji i - tym samym - prawdziwą wolność. Libertarianie określają często współczesny rząd w Waszyngtonie mianem mitycznego “Leviathana”.
Trzeci na mecie – z brązowym medalem - jak to określa komentarz CNN, wczuwający się już chyba w tegoroczną, olimpijską atmosferę, jest John Huntsman, były gubernator Utah i były ambasador USA w Chinach. Ta ambasadorska przeszłość Huntsmana wystawia go zresztą na ataki partyjnych konkurentów; wypominają mu oni bowiem, iż otrzymał to poselstwo od… prezydenta Barracka Obamy. Dopiero czwarty zameldował się”na mecie” etapu Newt Gingrich. Były speaker Izby Reprezentantów zmienił taktykę. Nie ma już miejsca na grzeczności. Atakuje on obecnie ostro Romney’a i to w oryginalny, jak na republikańskiego polityka, sposób. Gingrich oskarża obecnego lidera wyścigu o bycie… typowym korporacyjnym piratem, który w bezwzględny sposób maksymalizował zyski firmy inwestycyjnej kosztem pracowników, kiedy pracował na Wall Street.
“Lubię wyrzucać ludzi z pracy” - to lekką ręką rzucone powiedzenie Romney’a zostało natychmiast podchwycone przez sztaby jego konkurentów, znalazło się w internecie i komórkach, i może przylgnąć do kandydata jako jego “credo”. A to sympatii raczej nie zdobywa.
Atakowanie byłego finansisty w duchu ruchu “Okupować Wall Street!” to dosyć ciekawa zagrywka dla republikańskiego kandydata. Nawet jeżeli przełoży się to na spadek popularności Romneya, może osłabić to Republikanów jako całość. To bowiem Republikanie postrzegani są jako obrońcy wolnorynkowego kapitalizmu, gdzie profit rządzi ponad wszelkimi innymi zasadami. Antykapitalistyczne argumenty, nawet jeżeli okażą się skuteczne w walce wewnętrznej z Romney’em, mogą mieć niekorzystne skutki na dalszą metę. Takie bowiem argumenty zostaną niechybnie podchwycone przez Demokratów w ostatecznej rozgrywce o Biały Dom. Gdyby zaś to jednak Mitt Romney stanął w szranki z Obamą, Demokraci będą mieli wygodny oręż pod ręką. Będą mogli powiedzieć, iż sami Republikanie widzieli w Romney’u uosobienie złego ducha Wall Street.
Ostatnie miejsce na “etapie” w New Hampshire zajął społecznie konserwatywny Rick Santorum, stawiający w swoim programie otwarcie takie kwestie moralne jak aborcja. Zachowawcze społecznie głosy w tym stanie, a nawet sporą część katolickich, zgarnęli inni kandydaci. Ale Santorum jest dobrej myśli, gdyż specjalnie na sukces w tym stanie nie liczył. Jego sprawdzian nadejdzie już wkrótce, 21 stycznia, w Południowej Karolinie.
Po ogłoszeniu wyborów wszyscy kandydaci twierdzili, iż są zadowoleni z sukcesu swych kampanii. Mitt Romney potwierdził swą pozycję faworyta, pozycję w której co prawda osadziły go zawczasu media, ale którą musiał potwierdzić badziej przekonywująco, niż to miało miejsce na starcie. Ron Paul utrzymał dystans do lidera, dający mu nową nadzieję na kontynuację walki, zaś Huntsman wszedł tak naprawdę do gry, po odpuszczeniu sobie Iowy. Gingrich “trwa” na posterunku i nikt nie może go lekceważyć. A Rick Santorum ciągle liczy na głosy amerykańskiego Południa. Czyli, wyścig trwa!

WMW

W innym wyścigu, do Unijnej kasy, europejski peleton jest powoli rozjeżdżany przez sprawny tandem Merkel-Sarkozy. Ale o tym za tydzień.

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Tags: ,

Pisane z pamięci


Kto z nich wyzwie Obamę?

Ron Paul, Rick Santorum, Mitt Romney, Newt Gingrich, czy może Michele Bachmann? Tak zaciętej rywalizacji w amerykańskich prawyborach jeszcze nie było. Sondażowy “ścisk” wśród pretendentów Partii Republikańskiej potwierdziły wyniki pierwszych prawyborów, tradycyjnie przeprowadzanych w silnie wiejskim stanie Iowa. Tylko bowiem osiem głosów dzieli zwycięskich kandydatów tego pierwszego, symbolicznego, ale i praktycznie znaczącego starcia. Mit Romney, określany przez media i… swych partyjnych rywali jako ‘umiarkowany’, były gubernator Massachussets zebrał 30 tysięcy i… 15 głosów, co wynosi około 25 procent oddanych w Iowa republikańskich głosów. Skazywany jeszcze niedawno na porażkę, ‘religijny konserwatysta’, Rick Santorum miał ich 30 007! Te wymienione powyżej “nalepki” nie są bez znaczenia; reprezentanci tej samej partii muszą się jakoś odróżnić od siebie i zaapelować do szerszego elektoratu.

Dlatego, zamiast unikać ideowych “klasyfikacji” Rick Santorum wskazuje, iż historycznie lepsze szanse w walce z Demokratami mają republikańscy kandydaci właśnie o bardziej zachowawczym profilu. Amerykański wyborca chce bowiem zobaczyć i ocenić różnice raczej, niż podobieństwa pretendentów do Białego Domu. Dlatego też Newt Gingrich określa siebie samego jako twardego republikanina starego chowu,’od Reagana’, a swego głównego kontrkandydata - Romney’a - wskazuje jako miękkiego faceta z liberalnego Massachussets. Gingrich dostał jednakże od wyborców w Iowa tylko 13 procent, a jego kampania przypomina rollercoaster. Raz pada plackiem (jak to było latem 2011), by potem w listopadzie 2011 sięgnąć sondażowych wyżyn, aby teraz znowu “zdołować” w Iowa. Były speaker Izby Reprezentantów, uosobiający siłę Republikanów w latach 80-tych i 90-tych, zapowiada jednak dalszą, twardą walkę z obecnym triumfatorem, koncentrując się na odpieraniu oskarżeń i negatywnych ocen, jakimi zasypała go kampania sympatyków Romney’a. Ten propagandowy ostrzał, malujący Gingricha jako klienta firm lobbyingowych, poważnie nadwyrężył atrakcyjność tego politycznego weterana wśród głosujących w Iowa.
Jeśli już mówimy o stylu prowadzonych kampanii, to tu akurat wyjątkowe, “czyste” konto ma Rick Santorum, który zamiast podważać kwalifikacje lub atakować charakter rywali, stawia na bezpośredni kontakt z wyborcami i bierze udział w ogromnej ilości spotkań. Jak widać, bliski kontakt z wyborcą przynosi sukcesy.
Amerykańskie prawybory to osobliwy przykład demokracji bezpośredniej. Głosują w nich wyłącznie zdecydowani członkowie partii, ale o ich głosy zabiegają maszyny wyborcze kandydatów, ‘oliwione’ milionowymi kontrybucjami, za które zakupowane są reklamowe spoty, wpływające na to, jak postrzegani są przez szeregowy elektorat poszczególni pretendenci. Liczy się bowiem nie tylko, czy może nie tyle sam program danego kandydata, oparty wszak na podobnych fundamentach ideowych Republikanów, lecz przede wszystkim przekonanie własnej partii o tym, iż jest się jedynym kandydatem mającym realne szanse na zwycięstwo w starciu z urzędującym prezydentem USA. Barrack Obama boryka się z wieloma wyzwaniami, ekonomiczny program Demokratów i obecna gospodarcza bryndza czynią z urzędującego lokatora Białego domu stosunkowo łatwy cel. Wszak to Obama zadłużył Amerykę bardziej, niż jego wszyscy poprzednicy razem wzięci. Opiewane jako sukces jego administracji wyjście z Iraku sukcesem jeszcze nie jest, a obniżenie kosztów edukacji w koledżach nie musi zrównoważyć negatywnego osądu jego polityki gospodarczej. Ale Obama to nadal polityk obdarzony dużą charyzmą, który pokazał, iż doskonale czuje się w bezpośredniej walce, czuje tłum i umie zagrać pod powszechne sentymenty. I to on, co często ważne dla mniej zorientowanego w szczegółach wyborcy, jest Prezydentem, który już wie, jak rządzi się Stanami Zjednoczonymi.
Czasem wiadomo, iż pokonanie przeciwnika jest mało realne. Tak było w przypadku walki o re-elekcję Billa Clintona. Republikanie postawili wówczas na Roberta Dole’a bardziej w geście szacunku i podziękowania za jego długoletnią polityczną służbę, niż w nadziei na zdobycie Białego Domu. Cztery lata temu sytuacja się powtórzyła o tyle, że charyzma Obamy i powszechne oczekiwania jakie niosła pierwsza kandydatura czarnoskórego polityka na urząd Prezydenta USA, umieszczały kandydata Republikanów, kimkolwiek by nie był, na straconych pozycjach. Dziś ten sam Obama jest do pokonania, ale tylko przy ogromnej mobilizacji i - o co u Republikanów czasem trudno - zjednoczeniu jego przeciwników. A owo zwarcie szeregów będzie możliwe jedynie wtedy, kiedy republikański kandydat będzie w stanie przekonać do siebie bardzo silnie podzieloną na frakcje… Partię Republikańską. Co innego chcą bowiem słyszeć umiarkowani wyborcy z Wschodniego Wybrzeża, a co innego konserwatywnie nastawieni mieszkańcy amerykańskiego Południa. Zbudowanie odpowiedniego kompromisu musi się jeszcze przełożyć na ofertę zdolną zaciekawić i przekonać wyborcę decydującego się w ostatniej chwili, często pod wpływem obiegowych opinii dominujących w mediach. Dlatego takie ogromne pieniądze idą na reklamy telewizyjne.
Iowa za nami, teraz New Hampshire i Południowa Karolina dadzą nam bardziej klarowny obraz, jak rozkłada się partyjne poparcie. Zdobywanie poparcia w stanowych prawyborach przekłada się natychmiast na ich “zdolności kredytowe”, to znaczy zdolność generowania finansowego poparcia. Przegrani muszą natomiast przeliczyć, czy po prostu stać ich na dalszą walkę.

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Pokój ludziom dobrej woli?

wojciech-m-wojnarowiczWbrew świątecznym życzeniom i nadziejom, wyrażanym choćby przez Benedykta XVI w Świątecznym Orędziu, rok 2011 kończy się krwawymi atakami na chrześcijan w Nigerii, brutalną rozprawą z opozycją w Syrii oraz bombowymi atakami w Afganistanie i Iranie. Zwłaszcza ataki w Nigerii powinny otworzyć oczy opinii publicznej. W Nigerii nie ma wojskowych Amerykanów ani Żydów, nie ma pro-zachodniego reżymu. A mimo to atakuje się kościoły pełne wiernych. Wrogiem islamistów jest tam otwarcie religia chrześcijańska. Mamy do czynienia z nienawiścią religijną w swej najczystszej postaci. Co na to ONZ? Czy usłyszymy jakieś przesłanie, ostrzeżenie z Brukseli czy Waszyngtonu? Nie! Chrześcijanie nie zasługują na otwartą obronę, nie są politycznie „trendy”. Zresztą, dziś z chrześcijaństwa należy kpić, to w dobrym tonie!

Szykujący się do Wigilii Polacy oglądali transmisje z powrotu do kraju piątki poległych w Afganistanie żołnierzy. Wigilijne wojskowe pogrzeby to pewne novum w Polsce. A jednak opinia publiczna zdaje się akceptować polskie ofiary w imię politycznych sojuszy. Nie ma w zasadzie żadnej siły politycznej, która wzywałaby do opuszczenia Afganistanu, choć pojedyncze komentarze pokazują, iż niewielu Polaków uważa tę misję jako wartą poświęceń. Przemawiając na płycie lotniska Minister Obrony Narodowej, Tomasz Siemoniak zapowiedział, iż Polacy złapią bandytów. Chciałbym bardzo, aby złapano talibów, odpowiedzialnych za atak na naszych, ale nie podoba mi się nazywanie ich bandytami. To prymitywna propaganda. Naszych partyzantów hitlerowcy i sowieci też nazywali bandytami. Komunistyczne UB mówiło o bandytach z podziemia AK. Bądźmy szczerzy wobec samych siebie. Nikt nas do Afganistanu nie zapraszał, jesteśmy tam obcymi interwentami. Nie udawajmy, iż patrzą na nas z wdzięcznością. Nawet, jeżeli nam się zdaje, iż komuś tam konkretnie – a tak zapewne jest - pomagamy. Bo nasza pomoc jest, mimo wszystko, pomocą okupantów. Nasi żołnierze giną w walce z tymi samymi partyzantami, których dzielnie wspierał Radek Sikorski, gdy podkładali bomby pod transportami sowieckich żołnierzy.

Wyjście Amerykanów z Iraku, zapowiedziane przez Obamę, staje się natychmiast okazją dla Al-Qaidy do zamanifestowania jej żywotności i zdolności do działania. Konflikt między szyitami i sunnitami, dotychczas uśpiony, eksplodował natychmiast w formie sporu między obecnym premierem i jego koalicyjnym zastępcą. Władze w Bagdadzie, pozbawione realnego wsparcie amerykańskiego wojska staną przed wyzwaniami, których – zdaniem ekspertów – nie są w stanie rozwiązać. Czy Irak zsunie się w odmęty wojny domowej? Wiele na to wskazuje. Administracja Obamy wycofując się z Iraku, w jakimś sensie stawia pod znakiem zapytania dotychczasową strategię działania. Zabezpieczanie stabilizacji podbitego kraju własnym wojskiem zastępuje… no właśnie, czym?

Tymczasem, mając w nosie nawet Ligę Arabską, rząd syryjski idzie na całego, starając się zgnieść opozycję za wszelką cenę, zanim opinia międzynarodowa uzgodni interwencję. Pomny lekcji egipskiej i libijskiej, młody Al-Assad wie, iż szybka i krwawa pacyfikacja przeciwników daje mu jakąś szansę przetrwania, podczas gdy tlący się konflikt gwarantuje ostateczny upadek. Tymczasem w krajach dotychczas spokojnych, (jak na Bliski Wschód, oczywiście) jak Jordania, podnoszą głowę islamiści. Od Jemenu po Jordanię, o Egipcie nie wspomniawszy, mamy do czynienia z rosnącą falą islamistycznego radykalizmu. Reżymy wsparte na układach z Zachodem, a także rodzimego chowu, anty-zachodnie i religijnie neutralne dyktatury atakowane są przez radykalnych zwolenników fundamentalnej wersji islamu. Co zaś najciekawsze, owi fundamentalnie nastawieni buntownicy cieszą się poparciem znacznej części społeczeństw arabskich, które utraciły zaufanie do swoich skorumpowanych, dotychczasowych władców. Armia, generalnie jedyna zorganizowana siła społeczna w tych krajach, pozostaje w zasadzie wierna dotychczasowym władzom, ale jej lojalność może być pozorna, a w każdym razie tymczasowa. Młodsi oficerowie mogą na razie milczeć, ale tradycją w tych krajach jest właśnie bunt młodych pułkowników. Egipscy generałowie mogą być skorumpowani kontaktami i kontraktami z USA czy Izraelem, młodsi oficerowie mogą mieć tego dość.

Żeby koniec roku ubiegł ciekawiej, Francja uznała rzeź Ormian z 1915 roku za ludobójstwo. Brawo! Słusznie! Tylko, dlaczego teraz? Pojawił się jakiś ważki powód, skoro do tej pory nie było to priorytetem Paryża?! Może chodzi o to, aby do końca przekonać Turcję, iż wiązanie swej przyszłości z Europą to błąd i głupota? Turcja jest naszym lojalnym sojusznikiem w NATO. Turcja to jak dotąd jedyny kraj, gdzie przejście od wojskowej dyktatury do cywilnej demokracji, w społeczeństwie islamskim, nie doprowadziło do radykalnego zwrotu cywilizacyjnego. Przeciwnie, Turcja stara się być krajem-pomostem miedzy cywilizacją islamu i cywilizacją zachodnią. Gospodarczo kraj jest w fazie wzrostu, co widać choćby w ekspansji tureckich linii lotniczych i sportu! W imię czego zatem Francja uderza w strunę, o której wiadomo, iż sprowokuje ostry turecki protest i wyzwoli antyzachodnie, bo nie tylko anty-francuskie sentymenty?! Mało mamy problemów?!

WMW
Nowy Rok zapowiada się niezwykle ciekawie. Ale może nie będzie aż tak źle! Na 2012 rok życzę naszym Szanownym Czytelnikom wszystkiego najlepszego!

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Grudniowy kalejdoskop

wojciech-m-wojnarowiczU schyłku roku w świecie dzieją się rzeczy ciekawe. Śmierć dyktatora Kim Dzong Ila przypomina światu o Korei Północnej. To osobliwa dyktatura, kraj wydający się nam jakimś koszmarem ze złej bajki. Tłumy rozpaczających obywateli po śmierci ukochanego przywódcy przypominają podobne sceny, jakie miały miejsce w Rosji (i innych krajach) po śmierci Stalina. Podobno lud kocha tyranów. Objęcie władzy przez syna zmarłego, a wnuka założyciela komunistycznej Korei, Kim Ir Sena, Dżong Una nie stanowi dla nikogo zaskoczenia. Komunistyczna Korea, jak wiele innych dyktatur, ma ‘dynastyczny’ system rządów. Świat zastanawia się oczywiście, w jakim kierunku podąży teraz reżym, który nie jest w stanie wyżywić własnych obywateli, ale stanowi zagrożenie dla sąsiadów z uwagi na posiadaną broń nuklearną. Sąsiedzi Północy zareagowali na śmierć dyktatora lekkim niepokojem. Nigdy bowiem nie wiadomo, co wymyśleć mogą paranoiczni komunistyczni generałowie. O wewnętrznym układzie sił KRLD wiemy niewiele, jednakże liczenie na jakieś szybkie zmiany w związku ze zmianą lidera wydaje się mało uzasadnione.

Wyjście Amerykanów z Iraku kończy najdłuższą wojnę w historii USA. Czy można mówić o sukcesie? Koszty operacji okazały się dziesięciokrotnie wyższe od zakładanych. O stabilizacji w regione natomiast trudno jest cokolwiek wnioskować. Zobaczymy dopiero za jakiś czas, czy pozostawiony sam sobie Irak będzie krajem stabilnym, czy też stoczy się w odmęty permanentnej wojny domowej.

Trudno może w to uwierzyć, ale mija dopiero dwadzieścia lat, jak zakończył swój byt Związek Sowiecki. ZSSR tylko o parę lat przetrwał symboliczną datę wieszczonego mu upadku w profetycznej książce Andrieja Amarlika, która była bestselerem podziemych wydawnictw za czasów komuny: “Czy Związek Sowiecki przetrwa do roku 1984?” Morderczy twór bolszewików rozpadł się w efekcie wielu jednoczesnych procesów: uwiądu ideologii, rozwoju zachodniej informatyki, zabójczego dla gospodarki sowieckiej wyścigu zbrojeń, oraz własnej wewnętrznej niewydolności, kiedy kryzys gospodarczy i presja odśrodkowa zniewolonych narodów zlały się z dążeniami biurokratów samej Rosji (RFSSR) do uwolnienia się spod kontroli aparatu centralnego ZSSR. Sierpniowy pucz Janajewa przeciwko polityce Gorbaczowa i postawa Jelcyna były gwoździem do trumny “państwa proletariatu.” W prasie rosyjskiej toczy się obecnie dyskusja nad przyczynami i skutkami tej – nieoczekiwanej dla wielu - zapaści imperium. Są i tacy, którzy rozpad Sojuza uważają za historyczny błąd, i obwiniają o to brak zdecydowania samych władz, które nie zdobyły się na stanowczość. W jednej z ciekawych analiz dziennikarka “Gazety.ru” Natalia Gaworkian snuje rozważania nad, jej zdaniem, zastanawiającym ruchem, a raczej bezruchem samego Jelcyna po sierpniu 1991 roku – brakiem rozwiązania KGB. Zdaniem dziennikarki, zaraz po upadku puczu Janajewa Jelcyn mógł rozwiązać KGB i w ówczesnej sytuacji potężny resort poddałby się bez walki. Na rozwiązania siłowe wówczas nie było chętnych. Skończyło się na zniszczeniu symbolu komunistycznego terroru – usunięciu pomnika Dzierżyńskiego sprzed Łubianki. Sama jednak Łubianka przetrwała nienaruszona. KGB pozostawiono i ludzie wychowani w sowieckich służbach specjalnych przetrwali chaos lat dziewięćdziesiątych pod zmienioną nazwą, aby powrócić do władzy wraz z Putinem. Aprat bezpieczeństwa doskonale wpasował się w niejasne układy władzy i gospodarki. Symptomatyczny dla komentatorki był fakt, iż ostatni szef KGB, Kriuczkow został doradcą Putina, gdy ten przejął od Jelcyna władzę w Rosji. Dziś równie symptomatyczne może być mianowanie innego szefa rosyjskiej ‘bezpieki’ nowym “speakerem” Dumy. A tymczasem liczne demonstracje w Moskwie ożywiły scenę polityczną w Rosji, choć nowe kandydatury zgłoszone do przyszłorocznych wyborów prezydenckich nie będą chyba stanowiły poważnego wyzwania dla Putina. Niektórzy zastanawiają się też, czy powrót do polityki miliardera Prochorowa to nie gra “kukłowodów” z Kremla, którzy mogą próbować stworzyć w warunkach pewnej próżni w centrum, liberalną formację polityczną, lojalną wobec obecnego obozu władzy.
Jeżeli już o Rosji mowa, przed sądem w Londynie toczą się przesłuchania świadków w procesie, w którym oskarżają się wzajemnie dwaj rosyjscy oligarchowie - żyjący obecnie na “wygnaniu” - Roman Abramowicz i Borys Bieriezowskij. Zainteresowani mechanizmami władzy i metodami robienia biznesu w Rosji lat dziewięćdziesiątych mają wspaniałą okazję do pogłębionych studiów w tym temacie. Setki miliardów dolarów i bogactwa naturalne wielkiego padły wówczas łupem kliki związanej z władzą centalną w Moskwie, na skalę niewyobrażalną dla przeciętnego człowieka. Za utrzymanie władzy Jelcyn oddał oligarchom gospodarkę Rosji. To zapowiedź rozliczenia tych ciemnych interesów i ukrócenia władzy rozmaitych klik zaowocowała masowym poparciem Putina przez zbiedniałe społeczeństwo. Oczywiście żadnego poważnego rozliczenia nie dokonano. Władza przywróciła jednak tradycyjny układ sił i Kreml podporządkował sobie rozmaite grupy interesów. Dziś oligarchowie mają się różnie. Lojalni wobec Kremla nadal obracają fortunami, mniej lojalni lecz pozbawieni politycznych ambicji wyjechali na Zachód, a otwarcie niepokorni, jak Chodorkowski, siedzą w tiurmie. Niestety, nie zanosi się na to, aby Polacy mogli dowiedzieć sie wiele o latach “transformacji ustrojowej” w Polsce. A temat to byłby zapewne fascynujący.

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Nowa Targowica

wojciech-m-wojnarowicz13 grudnia minęło trzydzieści lat od dnia wprowadzenia stanu wojennego “na terytorium PRL.” Większość naszych Czytelników jest tu, w Kanadzie w konsekwencji tego zdarzenia. Jaka byłaby Polska, gdyby komunistyczna elita nie sięgnęła po rozwiązanie siłowe? Czy “Solidarność” przejęłaby władzę? Czy mielibyśmy pokojową transformację bez polskich (lub sowieckich) czołgów? Czy Sowieci prowadziliby swój eksperyment “pieriestrojki” korzystając z doświadczeń “polskich towarzyszy”? Ba, historyk nie może spekulować, historyk musi twardo trzymać się ziemi, dostępnych dokumentów. Historyk zajmuje się tylko i jedynie tym, co może ustalić o sprawach minionych. Straszny to los, umysłowa tortura, bo chyba nikt inny nie jest tak wystawiony na pokuszenie snucia przypuszczeń i analizowania prawdopodobnych wariantów, jak właśnie uczeń Klio.

Gorsze dla historyka jest tylko jedno. Kiedy się widzi, jak grupy rozmaitych interesów piszą historię tego, czego nie było. Kiedy rosną szeregi bohaterów i zasłużonych w “walce z komuną”! Kiedy smarkaty poseł SLD stawia znak równości między tamtą “Solidarnością” z dzisiejszym PiSem - i nikt mu z dawnych działaczy w ławach Sejmu nie nawymyśla. Kiedy rzuca się wobec zmarłych oskarżenia o zdradę. Trzęsie czowieka, kiedy przegrany lider opozycji, człowiek który gazu z ulicznych demonstracji nie wąchał, zamienia dzień pamięci O ofiarach stanu wojennego w forum politycznego sporu i auto-promocji, ułatwiając swą postawą głupawe porównania nierozgarniętym młodziankom lewicy. “Solidarność” była jednym z największych zbiorowych dokonań polskiej historii. Wiele aspektów jej dziejów okrywa tajemnica. Ale wiemy wystarczająco dużo. Zdusiły ją polskie ręce, ręce władzy zaprzedanej obcym interesom. 13 grudnia 1981 roku mieliśmy nową Targowicę. Targowicy jednakże nikt dziś nie uzasadnia, stan wojenny ma zaś, niestety, rzesze wielbicieli. Ot, smutny los historyka.

***
Powoli dobiega końca polska Prezydencja w Unii Europejskiej. Tak po prawdzie, to więcej na jej temat mówiono przed i w czasie jej inauguracji. Potem zaś po prostu organizowano konferencje i spotkania europejskich biurokratów. Taka codzienna praca biurowa, bez specjalnego splendoru i bez specjalnych okazji dla czołowych naszych polityków do pokazania się w mediach. Bo do tego służy naprawdę “prezydencja”, nie zaś do “rządzenia”! Z zapowiadanych polskich celów naszego okresu “zarządzania” Unią udała się jedynie sprawa dopięcia kandydatury Chorwacji. Premier Tusk uznał to za dobry znak, gdy nadal są chętni do włączenia się w projekt przeżywający poważny kryzys strukturalny. Na innych kierunkach ważnych dla naszych interesów raczej słabo. Kwestia wciągania Białorusi i Ukrainy do Europy napotyka opory. Rozprawa z byłą premier Tymoszenko może zaś stanowić dogodną wymówkę i dla sceptyków dalszego parcia Unii na Wschód, i dla pro-moskiewskiej orientacji w Kijowie. Zablokowano także promowane przez Polskę “schengenowskie” otwarcie granic dla Bułgarii i Rumunii. Turcja na drodze do UE nie tylko napotyka europejskie veto, ale i sama zdaje się tracić ochotę na członkostwo w niechętnym jej klubie.

Największe nadzieje Polski to korzystny dla nas (znaczy – szczodry) budżet Unii na najbliższe lata. Żyjemy w wielu dziedzinach transferami z Unii, jak choćby w inwestycjach drogowych i kolejowych. Z tym jednak mogą być kłopoty. Kasa pusta. To prawda, jesteśmy spolegliwy, wyleczyliśmy się z marzeń o “należnym nam miejscu”, nie latamy do Gruzji ani w inne miejsca zapalne z posłaniem solidarności i przestaliśmy być “trojańskim osłem.” Ale nawet wiernopoddańczy stosunek rządu Tuska do duetu Merkel-Sarkozy niczego nam nie gwarantuje.

Czy polski rząd ma jakieś pole manewru? Dla nas spójność Europy, powodzenie projektu integracji ma zasadnicze znaczenie. Unia jest dla nas gospodarczym zapleczem i tylko osoba chora mogłaby liczyć na jakieś zyski z jej rozpadu. Bo rozpad Unii nie oznaczałby jakiegoś powrotu do stanu polskiej prosperity. Rozpad Unii wyzwoliłby dużo negatywnej energii, mógłby obudzić dawne upiory; stworzyłby, dla przykładu idealną okazję dla Rosji do przemeblowania kontynentu wedle swych interesów (do spółki z kilkoma historycznymi, europejskimi partnerami). Jako kraj gospodarczo słaby, nie kontrolujący choćby własnego sektora bankowego, uzależniony od mocy gospodarek dokonujących u nas inwestycji i zakupów, ewentualny chaos w Europie odczulibyśmy bardzo silnie.

Nie chodzi więc o kibicowanie kłopotom Unii. Ale chodzi o to, aby ten projekt był realizowany także zgodnie z naszym interesem, aby była to Unia partnerska a nie uzależnienie kolonialne. Brytyjczycy pokazali dbałość o swe interesy, Francuzi i Niemcy stawiają na swoim. W Unii, jak wszędzie indziej w wielonarodowych układach, trzeba dbać o swoje (tak jak umiemy dbać o swoje w siatkówce!). Takiej twardej postawy Polski trochę brakuje, gdy człowiek śledzi unijne szczyty. A mamy skłonność do skrajności. Dlatego też niepokoi zarówno postawa anty-europejska, demonstrowana przez naszą opozycję, jak i serwilizm elit, które doprawdy wydają się wpisywać we wzory zachowań elit krajów post-kolonialnych. Na Zachodzie ani tromtadracja, ani służalczość niczyjego szacunku ani uznania nie gwarantuje.

WMW

Posted in Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Moskwa – powyborczy szok?

wojciech-m-wojnarowiczZachodnie media opisując napięcie i uliczne demonstracje w miastach Rosji, porównują je z początkami egipskiej rewolucji z placu Tahir. Mobilizacja tysięcy milicjantów i śmigłowcowe patrole nad stolicą potwierdzają obawy rządu przed niekontrolowanym protestem. Polskie media zdają się zainteresowane wzrostem odwagi opozycji. Określenie partii Miedwiediewa i Putina przez demonstrantów jako “partii oszustów i złodziei” cieszy komentatorów.
Mało osób zdaje się zauważać, na czyje konto powędrowały głosy około 12 milionów Rosjan rozczarowanych polityką obecnej władzy. Nikt nie zauważa, że w obecnym układzie Putin naciskany jest nie przez jakichś mitycznych rosyjskich demokratów czy liberałów, ale przez komunistów Ziuganowa i ultra-nacjonalistów Żyrynowskiego, oraz czerwonawych socjalistów. To te siły polityczne są relatywnym zwycięzcami wyborów do Dumy, w których partia rządząca “Jedna Rosja” zdobyła tylko 49.3 procent głosów. Żadna z tych formacji nie kocha demokracji liberalnej, żadna nie ma programu strawniejszego dla sąsiadów Rosji, żadna też nie byłaby lepszym partnerem Zachodu.
Ten aspekt obecnej sytuacji w Rosji przypomina akurat sytuację z Egiptu. Przewidywalny i spacyfikowany reżym wojskowy Mubaraka rozczarował Egipcjan nieudolnością w sferze gospodarki, połączoną z nieskrywaną, gigantyczną korupcją. I mieliśmy demonstarcje i upadek dyktatora. Tyle, że zgodne z żądaniami przeważającej części konserwatywnych Egipcjan, w demokratycznych wyborach, wygrali islamiści z Bractwa Muzułmańskiego. Pierwsza zapowiedź nowych władz, to… wprowadzenie ścisłych przepisów szariatu, prawa opartego o wskazania Koranu. Demokracja w stylu zachodnim? Żarty chyba. Demokratyczny proces wyborczy daje większość w rządzie, nie determinuje natomiast kierunku, jaki rządzący obiorą.
Demonstracje w Rosji, osłabienie władzy - rzeczywiście bezprecedensowe w rosyjskiej historii – w drodze wyborów nie musi oznaczać wcale zmian na “lepsze”. Dla Polski szczególnie komuniści lub nacjonaliści w Dumie, ich ewentualny wpływ na decyzje Kremla, to poważne zagrożenie. Polaków bowiem, tradycyjną polską rusofobię, Brzezińskiego, Watykan i ruch “S” nacjonalistyczne rosyjskie formacje polityczne obciążają “odpowiedzialnością” za rozpad najpierw bloku sowieckiego, a potem samego Sojuza. Podejrzliwie patrzymy na polityką rządu Putina, ale co by nam zaoferował np. rząd koalicyjny Ziuganow-Żyrinowski?!
Czego chcą demonstranci w Moskwie i Petersburgu? Co oznacza obserwowane przebudzenie się rosyjskiej klasy średniej? Żądania demonstrantów w takich razach są podobne i przewidywalne. Ludzie chcą ukrócenia korupcji, nepotyzmu, stabilizacji gospodarczej, większego wpływu na decyzje władz. System putinowski, jak każdy dotychczasowy system sprawowania władzy w Rosji, opiera się na rozdawnictwie przywilejów, jakimi władza kupuje zwolenników. Tak było za komuny, tak było za Jelcyna i tak jest teraz. I zawsze tak będzie, bo nie ma mechanizmu, aby rosyjskie bogactwa służyły większości. Czego ewentualnie Rosjanie oczekują od władzy, to zamordyzmu, polityki silnej ręki wobec tych, których bogactwo kole w oczy, a które pochodzi w powszechnym odczuciu z kradzieży i mafijnych układów. Bunt ulicy następuje zaś teraz, gdy władza zaczyna być postrzegana jako część złodziejskiej szajki. Czerwcowe wybory prezydenckie 2012 roku odpowiedzą na pytanie, czy osobisty autorytet Putina ucierpiał podobnie do autorytetu rządu, którym kieruje.
Warto zauważyć. Niezadowolenie ludzi z rządzącej partii i rządu Putina nie musi i na razie nie jest krytyką polityki zagranicznej Kremla. Jeżeli, to raczej obecny rzad jest krytykowany za osłabienie międzynarodowej pozycji Rosji, nie zaś za np. ostry kurs wobec Gruzji. Nastroje Rosjan wobec świata zewnętrznego zawsze podszyte były niechęcią i podejrzeniami. Rosjanie wychowywani są w atmosferze imperialnego przeznaczenia i tej tęsknoty za pozycją supermocarstwa tak łatwo się nie pozbędą. Małe grupki liberalnie nastawionych intelektualistów, w kontaktach z którymi polskie i zachodnie elity wyrabiają sobie wizje rosyjskiej opozycji, to margines. Liberałowie “Jabłoka” i im podobni kojarzą się Rosjanom z czasami potężnego bałaganu, zapaści finansowej, wreszcie upadku autorytetu ich państwa na arenie mmiędzynarodowej, o utracie części terytoriów uważanych za odwiecznie ”rosyjskie” (Krym) nie wspominając. Oni do Dumy nie weszli! Powtórzmy więc: przedmiotem publicznej krytyki nie jest kierunek polityki zagranicznej pary Putin-Miedwiediew.
Zachodnie media same zresztą wskazują na ten “szczegół” pisząc z obawą, iż możliwą odpowiedzią Putina na osłabienie jego partyjnej bazy może być “zaostrzenie kursu” w polityce zewnętrznej. O jakie zaostrzenie chodzi? Może o zastosowanie na szerszą skalę modelu gruzińskiego AD 2008 w sporach z sąsiadami? W końcu Rosja ma konkretne interesy gospodarcze; w obronie tych interesów może użyć siły, dla przykładu w obrębie Morza Kaspijskiego. Pojawiają się już głosy, że jeżeli “kaspijskie” kraje roponośne będą upierać się przy budowie gazociągu do Europy, stanowiącego konkurencję dla południowej rury rosyjskiej, może im się przytrafić coś złego. Ot, na roponośnych terenach może pojawić się tendencja niepodległościowa jakiegoś plemienia czy grupki religijnej, którą Moskwa natychmiast otoczy siostrzaną opieką, jak to się przytrafiło Osetyńcom.
Konieczność pokazania siły Rosji “za rubieżom”, dla odzyskania autorytetu rządu, może być nie do uniknięcia. Pytanie, gdzie to nastąpi i czyim kosztem?

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Piasne z pamięci

Tags: ,

Piasne z pamięci


O dobrych uczynkach (bez afer!)


wojciech-m-wojnarowiczKomedia rozgrywająca się na naszych oczach w PZPN to tylko symptom ogólnej choroby polskiej rzeczywistości. Afery. Afera bowiem pozwala oderwać się od tego, co być powinno - normalności.

Poseł Palikot rozpętał kolejną, oskarżając czołowych ministrów rządu Tuska o działalność mafijno-szpiegowską na rzecz…. Watykanu. Tak! To najnowszy szlagier kloacznej polityki Palikota. Piszę “kloacznej” z całym szacunkiem do kloaki jako niezbędnej struktury naszej cywilizacji. Kloaka zbiera w sobie nieczystości, usuwając z otoczenia toksyczne elementy. Ruch Palikota ściąga do siebie przeróżne śmiecie (żeby uniknąć bardziej dosadnego języka), oraz kanalizuje kloaczny elektorat. Należy jednak się cieszyć z tej okazji do sprawdzenia, kto w kloacznych oparach czuje się znakomicie, jacy np. dziennikarze z upodobaniem wpatrują się w kloaczne zlewisko i w nim mieszają. Żeby nie było nieporozumień, ludzie Palikota to nie są ludzie głupi. Ale są to ludzie kompletnie wyprani z wartości, na których opiera się nasza cywilizacja. Albo więc w debacie publicznej, w mediach, będziemy traktować o sprawach wspólnego dobra, albo będziemy sprowadać wszystko do świńskiego ryja. Palikot ze swoją kloaką spełnia jednak pożyteczną rolę - zmusza nas do decyzji - kupujemy świńskie ryje, plujemy na to, co polskie, wchodzimy w “to” czy może jednak nie!
W medialnym zgiełku ginie - niestety - to, co dużo ważniejsze. Dobre uczynki! Na przykład troska o najmłodszych i najbardziej potrzebujących. W ostatnich dniach media epatują reklamą przypominającą, iż “Święta najlepiej się obchodzi w Rodzinie.” Chwyta za serce - prawda? Dorastanie w ogóle, kształtowanie osobowości, najlepiej wychodzi w normalnej rodzinie. A z tym w Polsce czasem ciężko. Ilość dzieci pozbawionych tej podstawowej osłony, tego naturalnego ciepła jest spora. Ekonomiczna bryndza też nie pomaga. W sytuacji braku pieniędzy na podstawowe rzeczy, potrzeby dzieci schodzą na dalszy plan. Zwłaszcza takie, które mieszczą się ciągle w strefie “zbytku”. Jak choćby spełnienie aspiracji edukacyjnych poprzez sztukę. Jak w takich sytuacjach można pomóc takim nieprzeciętnie uzdolnionym dzieciom?
Otóż można. Na naszym, torontońskim podwórku inicjatywa serca (ale też żelaznej woli i talentów organizacyjnych) Dr. Richardy Russ zdobyła poparcie dla idei “Pomocy Dzieciom Wszędzie.” I ten zapał owocuje rok w rok spełnianiem marzeń i ambicji dzieci specjalne uzdolnionych, a pozbawionych wsparcia rodziny.
Efekt? W poniedziałek 28 listopada, w pomieszczeniach Urzędu Wojewódzkiego w Warszawie gromada 22 dzieci z mazowieckich sierocińców i domów opieki społecznej, wybitnie  uzdolnionych (taniec, śpiew, teatr, sztuki plastyczne), otrzymała stypednia ufundowane przez Fundację Dr. Russ. Obecny był Ambasador Kanady w Polsce, Pan Daniel Costello oraz wice-wojewoda mazowiecki, Dariusz Piątek.
Wcześniej tego roku inne “dwudziestki” w Kielcach i Radomiu także otrzymały wsparcie POC. 1000-dolarowe stypendia w polskich warunkach potrajają się. Największa ich wartość jednakże to tworzenie  uczuciowego pomostu między nami tu, i potrzebującymi dziećmi tam. Dla tych dzieci sam fakt, iż ktoś więcej, niż tylko ich oddani i zaganiani na codzień wychowawcy i opiekunowie, pamięta o ich potrzebach, słucha i reaguje, jest nie do przecenienia. Nieznani im ludzie dostrzegają ich samo istnienie! Wychowanie przypomina pielęgnację delikatnych roślin. Aby rozkwitły kiedyś, potrzebne jest i materialne wsparcie, i ciepło uczuć. Patrząc na roześmiane buźki, czasem lekko zaambarasowane sytuacją, trudno ukryć wzrusznie. Wielu z nas przyjechało do Kanady dla przyszłości naszych własnych dzieci. Dziś, kiedy stać nas na to, pomóżmy - choćby poprzez skromny datek - dzieciom w Polsce.
Sukces finansowy dorocznego “Balu Pologne” - flagowej imprezy “Polish Orphans Charity” - sprawił, iż Dr. Russ rozwinęłą nową inicjatywę, specjalnie “skrojoną” na okres świąteczny. To “White Christmas Dinner”, charytatywny wieczór, zlokalizowany w eleganckich wnętrzach Casa Loma. Zaproszeni goście w świątecznej atmosferze spędzą przyjemnie czas przy wykwintnie zastawionym stole, a jednocześńie zapoznają się z dotychczasowym dorobkiem Fundacji. I - taka przyświeca temu wieczorowi nadzieja - wzmogą Fundację dobroczynnym datkiem. Dotychczas Fundacja budowała w sierocińcach place zabaw, teraz funduje artystyczne stypendia. Potrzeb jest jednak wiele, i tylko wzrost funduszu charytatywnego pozwoli zwiększyć pomoc.
“Polish Orphans Charity” to praca wolontariuszy. Ani jeden dolar uzyskany od darczyńców nie jest tracony na koszty administracyjne. Cała potrzebna, bardzo żmudna, praca, także ta wykonywana w Polsce przez naszego partnera, Pana Krzysztofa Gajewskiego i jego sztab, odbywa się na zasadzie wolontariatu. Satysfakcją jest radość dzieci, wyrażana dziecinnymi laurkami i wdzięcznymi listami, jakie otrzymujemy z Polski. I świadomością, iż za kilka lat młoda śpiewaczka porwie widownię jakiejś “La Scali” wykonaniem arii Hendla, lub w jakiejś nowojorskiej galerii zawiśnie obraz młodego artysty z Polski. A jeśli nawet nie zawiśnie, to sam fakt iż w kontakcie ze sztuką pozytywnie ukształtuje się wrażliwa, młoda osobowość, otwarta na innych, już będzie sukcesem. “Takie są  rzeczypolspolite, jakie ich dzieci chowanie.”

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829