“Głos ludu” kontra “głos pieniądza”
Powyższy cytat brzmi tak, jakby pochodził z broszurki ruchu “Okupacji Wall Street” czy innej akcji lewicowych radykałów, wrogich władzy elit i kapitału. Ale to nie głos radykała, lecz konserwatywnego kandydata Partii Republikanskiej, Newta Gingricha, walczącego o partyjną nominację.
“Jeszcze 46 stanów” - brzmi deklaracja byłego spikera Izby Reprezentantów, który zapowiada, iż mimo kolejnego niepowodzenia nie zamierza zrezygnować z walki. Partyjne elity stawiają na Mitta Romney’a, widać to wyraźnie w środkach finasowych jakie ma do dyspozycji kampania byłego gubernatora Massachussets. Newt Gingrich ustawia się więc w pozycji reprezentanta konserwatywnego nurtu swej partii, nurtu który spychany jest na margines prez partyjne elity, lekceważące partyjne “doły”. Czyli, partyjne masy przeciw waszyngtońskim elitom? Tak właśnie określił obecny polityczny podział kampanii Republikanów Gingrich i taką optykę kolejnych kilkudziesięciu stanowych prawyborów chciałby zakorzenić w świadomości szeregowych Republikanów.
Kampania Gingricha przypomina rollercoaster. Raz na wozie, raz pod wozem. Jeszcze nie przebrzmiały echa zdecydowanego zwycięstwa Gingricha w prawyborach w Karolinie Południowej, a już media analizują zwycięstwo Mitta Romney’a na Florydzie. Romney zgarnął w “Słonecznym Stanie” 47 procent głosów i wydaje się dla wielu pewniakiem do republikańskiej nominacji. Najbliższy miesiąc nie zmieni specjalnie sytuacji, gdyż kolejne stany, Nevada i Michigan, nie mają specjalnego ciężaru gatunkowego, jeżeli chodzi o ilość delegatów wysyłanych z nich na konwencję. Obserwatorzy zakładają, że wygra je Romney. Ale już w marcu znowu będzie o co powalczyć.
Amerykanie kochają niemal każdą formę rywalizacji, a polityczne zmagania są dla nich równie fascynujące jak wielkie widowiska sportowe. W zdobywaniu społecznego poparcia niezwykle instotną rolę odgrywają media, gdzie walka toczy się na reklamowe spoty. Można lansować samego siebie, można też jednak stosować ‘czarną propagandę’ i wskazywać raczej na rzeczywiste lub (częściej) wyolbrzymione wady kontrkandydatów. Kluczem jest suma środków finansowych w dyspozycji rywalizujących kampanii. Na Florydzie obóz Romney’a pobił konkurentów 5:1. Ale też nieomal wyłącznie, w sposób dotychczas niespotykany, skoncentrował się na promowaniu negatywnego obrazu kandydatury Gingricha (95 procent ogłoszeń). Na nic zdają się wezwania trzeciego konkurenta prowadzącej ‘pary’, Ricka Santorum, aby szanować się i nie używać wobec błota. “Błoto” zdaje się być skuteczne, po każdej serii negatywnych ogłoszeń podważających osobistą uczciwość, moralność i rzetelność Gingricha, zdaje się on tracić poparcie.
Tak jak zawodowy sport, współczesna polityka nie może obyć się bez zawodowych komentatorów i analizatorów. Telewizyjni eksperci, w ten sam sposób jak ich koledzy relacjonujący amerykański football, tłumaczą widzom zawiłości i zakulisowe uwarunkowania toczonych sporów politycznych. Dokładnej analizie poddawane są strategia i taktyka konkurentów. Biorąc pod uwagę niezwykle wysoki poziom osobistych animozji w tegorocznej kampanii (Gingrich nie wymienia w wystąpieniach Romney’a z nazwiska, nie gratuluje mu też kurtuazyjnie “etapowych” zwycięstw, jak to do tej pory robią inni pretendenci), częstym tematem medialnych debat jest obecnie pytanie, czy aż tak zaciekła walka kandydatów o partyjną nominajcę nie zaszkodzi temu, kto pod koniec roku 2012 stanie ostatecznie w szranki z urzędującym prezydentem, Barrackiem Obamą. Rzeczywiście, są tacy, którzy widzą w obecnej kampanii, określonej już przez wyspecjalizowanych analityków jako bezprecedensowo negatywną (jeżeli chodzi o częstotliwość personalnych ataków na Gingricha), zagrożenie. Republikański kandydat wejdzie w wybory powszechne mocno poturbowany, a kampania Obamy będzie miała ułatwione zadanie, idąc wyznaczoną niejako przez samych Republikanów linią ataku. Są jednak i takie głosy, które w w zażartej kampanii dostrzegają szansę. Jak głosi znane powiedzenie, co cie nie zabije to cię wzmocni! Wszak to właśnie w niesłychanie ostrej walce z Hilary Clinton, w kampanii 2008 roku, okrzepł i zdobył konieczne polityczne przetarcie na ogólnoamerykańskiej arenie Obama. Taki sam praktyczny trening może dziś pomóc kandydatowi Republikanów, testując w “warunkach bojowych” choćby sprawność jego wyborczej drużyny, skuteczność medialnego przekazu, zdolność samokontroli pod zmasowanym “ogniem” ataków przeciwnika. A poza tym, jak twierdzą paryjni znawcy, to niejako republikańska specjalność, te ostre kampanie, z których wychodzili potem ‘zdobywcy’ Białego Domu. Znawcy historii amerykańskich wyborów wspominają w tym konteście walkę Eisenhowera z Taftem w 1952 roku, Barry Goldwatera z Rockefellerem w 1968, czy też ostatnią wielką konfrontację, dzielącą ideologicznie republikański elektorat, między b. gubernatorem Kalifornii, Ronaldem Reaganem i Geraldem Fordem w roku 1976. Na zawsze zapamiętano też złośliwy komentarz George’a Busha Seniora pod adresem ekonomicznego planu Reagana - “voodoo economics” - ale nie dało to Demokratom żadnych wymiernych korzyści. Cóż nam pozostaje, należy uzbroić się w cierpliwość i śledzić rozwój kampanii. Czy odniesie oczekiwany skutek taktyka “niszczenia” za wszelką cenę obrazu Gingricha, aby szybko wyeliminować jego kandydaturę, czy może to Gingrichowi uda się skanalizować odruchy oporu partyjnych mas wobec “aroganckiego dyktatu pieniądza” partyjnego establishmentu. Polityczne widowisko zapowiada się ciekawie.
WMW









