Tag Archive | "WMW"

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Upiory historii

Jakie wydarzenie historyczne powinniśmy kojarzyć z dniem 22 lipca? Gdyby piszący te słowa był złośliwy, powiedziałby, że oczywiście nadanie konstytucji Księstwa Warszawskiego przez Napoleona. To ważna data w historii państwa i prawa Polski. 22 lipca a Napoleon, zapyta ktoś? Gdzie Rzym, gdzie Krym?!

Tak, tak, oczywiście! Jeszcze pamiętamy komunę i jej święta. Ale fakt pozostaje faktem, że pamięć o komunistycznym „Manifeście” z 22 lipca będzie powoli zamierać. Z upadkiem systemu większość jego elementów kultu po prostu straciło swój emocjonalny ładunek. Kiedyś w walce z reżimem i jego kłamstwami prawdziwa historia powstania, druku i ogłoszenia „Manifestu PKWN” była wygodnym orężem w walce o umysły. Komuna była jednym wielkim kłamstwem, a PKWN dowodził najlepiej, że Polska stawała się od 1944 roku sowiecką kolonią. Nic tak nie kompromitowało komunistycznej propagandy jak prawda o jej kłamstwach. Dziś wykład o tym, czym był PKWN jest potrzebny w dramatycznie innej formie. Młodych ludzi historia mało interesuje, gdyż jej trwały wpływ na codzienne życie obywateli jest mało czytelny.

Należy przypominać „młodym, wykształconym” Polakom, którzy wstydzą się (i słusznie!) naszego „zapóźnienia”, że jesteśmy tak opóźnieni w rozwoju cywilizacyjnym właśnie przez ów „22 lipca”. Wyglądamy jak łachy w Europie dokładnie dlatego, że nam zafundowano lewacki sen, sowiecki kołchoz. Amerykanie pakowali w Europę dolary i technologie, a w nas pakowano ideologiczne bzdury, które zachwycały zachodnich intelektualistów, wielbicieli Lenina, Stalina, Castro i Che! I ten kołchoz jest nadal lewackim mitem, snem części unijnych elit.

Stąd budzi się pewien niepokój. Przez te ostatnie dwadzieścia lat z dziwnym uporem oducza się Polaków ich własnej historii w imię „modernizacji” i europeizacji. Jeżeli już mówi się o polskiej przeszłości, to żeby ją „odbrązowić, pokazać tylko jej ciemne, wstydliwe strony. O bohaterach - jak rtm. Pilecki – sza!!!

Czyżby chodziło o realizację tego samego, co w komunie celu, tylko innymi metodami. Zamiast wbijania do głowy propagandowej, zakłamanej wizji przeszłości, postawiono na zniszczenie narodowej pamięci i tożsamości poprzez calkowite zaniechanie?

Są ludzie, którym narodowa tożsamość jest zbędna. I niech sobie będą. Ale narzucanie takich postaw jako modelu wykształcenia w Polsce musi budzić pytanie – w czyim interesie?

Akurat Polacy byli przedmiotem wydzierania narodowej identyfikacji przez ostatnie dwieście lat, z małą przerwą „20-lecia”. To nasze, minione 20-lecie  z tym międzywojennym równać się nie może. Wtedy wykształcono pokolenie, które uratowało isnienie Polski w pożodze IIWŚ. Dzisiejsze pokolenie, zapatrzone w „autorytety” odrzucające pamięć o przeszłości (vide Olechowski) zdaje się marzyć jedynie o pracy na zmywaku w Anglii.

Nieszczęściem nauczania historii jest sprowadzanie jej do znajomości katalogu dat i nazwisk. Jeżeli nie kryje się za nimi rozumienie tego, co miało miejsce, owe daty i nazwiska znaczą niewiele, nie tworzą emocjonalnego związku. Ale pokażmy nasze dzieje inaczej, jako upartą walkę o istnienie, mające bezpośrednie konsekwencje w dniu dzisiejszym - wtedy owe wybrane daty staną się czymś zrozumiałym, a nazwiska ważnymi punktami odniesienia. Dlatego - nie z zemsty - nie powinniśmy pozwolić zaginąć pamięci o komunizmie. Bo upiory lubią, kiedy się o nich nie pamięta.

Zaczynają działać na nowo, w nowych kostiumach. Upiory nienawidzą słów – prawda i zdrada, wolą mówić o „historycznym kontekście”. A najciekawsze jest to, że upiory chcą uczyć historii.

Co zrobić, aby Hitler nie był jedynym ucieleśnieniem zła? Jak przekonać ludzi, że Stalin był daleko większym i dużo skuteczniejszym mordercą narodów? Jak pokazać, że totalitaryzm ma taki sam skutek, czy to w nazistowskiej, czy to w sowieckiej, czy maoistowskiej formie?

Popatrzmy, jak Francuzi celebrują Dzień Bastylii – 14 lipca. Dzień dumy narodowej bez rozpatrywania detali. A że Rewolucja Francuska zamieniła się w ideologiczą rzeź?! So what! To duma Francji, i postępowego świata!

Jako Polacy w Unii, powinniśmy w niej przypominać o zagrożeniach wolności. Unia kocha słowo „wolność”. Nadajmy słowom kształt.  Aby nikt nie mógł bezkarnie głosić pochwały tyranii. Tak jak Żydzi niosą pamięć o zbrodni, my powinniśmy nieść pamięć o zagrożeniu zbrodnią – pamięć o naszej walce ze zniewoleniem. Wspólnym zniewoleniem.

Marzy mi się plakat, na którym słowo „Solidarność” stanowi tło dla czołgu z Jelcynem. Tak, aby każdy Europejczyk rozumiał kolej rzeczy. Nasza historia nie daje nam zbyt wielu opcji. We współczesnym świecie nic się nie zmieniło. Trwa walka o panowanie nad duszami ludzi. Dawne cele zastąpiły nowe. Cel ten sam. Oduczyć nas myślenia. Jeśli się uda, mamy być mobilnymi gastarbeiterami w Unii. A żebyśmy uważali to za zaszczyt i sukces, mamy naszej historii się wstydzić, no bo cóż my takiego historycznie dokonaliśmy? My mamy się wstydzić wybranych zdarzeń, nasza duma jest bowiem niebezpieczna – może komuś popsuć plany!

WMWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Nasz Dzień w Parlamencie Europy

Jerzy Buzek rozpoczął swoje urzędowanie  w Parlamencie Europejskim. W zgodnej opinii polityków i obserwatorów, jest to ważny moment symbolicznie. Oto Polak staje na czele parlamentu Unii. Polak? Na czele Parlamentu?

Oby Jerzy Buzek stał się okazją przypomnienia Europie, że tradycje parlamentarne mamy nieco dłuższe niż ci, co nas tak często pouczają, jak być Europejczykami!

Symbole, wbrew lansowanej Polakom z dziwnym uporem tezie, nie są czymś zupełnie bezsensownym, pozbawionym głębszego znaczenia. Przeciwnie, na symbolach opiera się zwykle nasza grupowa identyfikacja, nasza tożsamość. Symbole bowiem są jakby skondensowanym zapisem pamięci zbiorowej. Zabierzmy ludziom symbole i pozostanie pustka. Zbiorowość ludzka pozbawiona własnych symboli, pozbawiona zdolności odczytywania przekazu dziejowego w symbolach zawartego, staje się bezładnym stadem, kierowanym za pomocą prostych bodźców, zbiorowiskiem robotów. A potem już tylko wystarczy takiej zbiorowości pokazać, że nigdy nic nie osiągnęła, nigdy nic nie znaczyła, lub też - w odruchu obronnym – zamknąć ją w prowincjonalnym lęku i kompleksach. Tak czy owak – marginalizacja.

Dlaczego w pamięć Zachodu o upadku komunizmu anno 1989 wpisuje się berliński mur a nie gdańskie stocznie? Bo symbol istnieć musi, kwestia – kogo i co będzie reprezentował. Co ci Polacy, na co dzień tak uciążliwi, zrobili dla Europy?! I jeśli nie zadbamy o to my sami, to owo charakterystyczne logo „Solidarności” które jeszcze dziś przemyka w tle reklamy CNN, zniknie bez śladu! A było ono przecież jeszcze tak widoczne w video-clipie „Man in the mirror” Michaela Jacksona.

Popatrzmy, z jaką pieczołowitością dbają o swoją historię Żydzi. Ilość muzeów ich kultury rośnie, nie maleje! Z jaką ogromną siłą wchodzą na światową scenę ze swoim przekazem kultury Chińczycy. Wykształceni na najlepszych brytyjskich uniwersytetach Hindusi nie mają żadnego kompleksu „europejskości”. Wręcz przeciwnie, z dumą opierają swą tożsamość o tysiącletnie tradycje Indii. Stare zaś kultury europejskie, wbrew jazgotowi brukowych mediów nie rezygnują z własnego rozwoju i promocji. Śmieciarnia masowej pop-kultury nie powinna nikomu przesłaniać faktów. Francuzi, Brytyjczycy czy Niemcy z pieczołowitością dbają o zachowanie symboli swej kultury. Nie tej masowej, podatnej ulotnym modom, lecz tej trwałej, w oparciu o którą tworzyć się będą przyszłe elity. Pani Erika Steinbach robi to, czego chcą miliony Niemców, a czego nie mogą oficjalnie zrobić politycy, ograniczeni polityczną poprawnością. Bo duma, choćby bardzo krytyczna, lecz nadal duma z własnego pochodzenia, z własnej kultury jest podstawą tworzenia elit. Dla mas, na codzień, istnieje pop-kultura i sezonowe gwiazdy. Elity zadbają zaś jedynie o to, by były to „nasze, własne” gwiazdy.

Słowo ‘elita’ zrobiło w Polsce karierę wprost proporcjonalną do …braku takowych. To bowiem, co udało się ostatecznie zrobić zaborcom, Hitlerowi do spółki ze Stalinem, a co dokończyła rodzima komuna – to zniszczenie autentycznych elit.  Dziś każdy cwaniak, który umiał zakombinować kasę, lub przynajmiej wkręcić się na odpowiedzialne stanowisko polityczne, chce być uważany za członka „elit”. No i mamy ‘elity’ o mentalności menela spod budki z piwem.

Przynależność bowiem do elity danego narodu to nie tylko pozycja polityczna i ekonomiczna, ale przede wszystkim poziom umysłowy i …. moralny. „I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu” – mówiło stare polskie przysłowie. I była w tym mądrość obserwacji szybkiego awansu społecznego. Dawna arystokracja nie brała się z tego, że ktoś gdzieś szybko wyrwał kasę. Arystokracja miała bowiem ważną rolę społeczną do spełnienia, służbę swej zbiorowości. Rycerstwo było przykładem splecenia się przywileju i obowiązku. Kiedy zaś elity traciły swą moralną siłę, zmiatała je i ich państwa społeczna rewolucja, wynosząca do władzy nowe elity, motywowane nową misją.

Kiedy słyszymy o dzisiejszych elitach, których jedynym pragnieniem jest znalezienie akceptacji i poklasku na Zachodzie, które wstydzą się własnego kraju i o ten kraj nie dbają, to mamy do czynienia z fałszywym nazewnictwem. Nie są to bowiem elity. I nie są jako takie traktowane.

Ot, ciekawy moment z najnowszej historii. Lansowany jako wzór nowoczesności i sprawności politycznej Aleksander Kwaśniewski, który lekko, z wielką ogładą zmienił lojalność wschodnią na zachodnią, doczekał się wielu pochwał ze strony Zachodu. Ale nigdy nikt nie zaporoponował mu pozycji - nawet symbolicznej - w gronie unijnych elit. Tak, „Olek” jest popularny i może nawet lubiany. I gdzieś od czasu do czasu wygłosi wykład. Ale Kwaśniewski dla Zachodu nie jest wiarygodny. Siermiężny zaś Jerzy Buzek, były premier bez specjalnych sukcesów, osiąga pozycję sybolicznie ważną, zarezerwowaną dla zachodnich elit biurokratycznych, bo jest w swym politycznym charakterze wiarygodny. Pracował bowiem zawsze i nadal pracuje dla dobra swego kraju. Jerzy Buzek jako symbol polskiego sukcesu w Unii? Jest OK!

WojciechMichałWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Daremne żale.

Tak jakoś brzmią polskie reakcje prasowe po wizycie Baracka Obamy w Moskwie, w kontekście budowy tak zwanej “tarczy antyrakietowej” w Polsce. Niby nic ine wiadomo, ale wiadomo, że jest problem. Takie mamy bowiem czasy, że Ameryka potrzebuje Rosji a Rosja Ameryki.

Obama i jego ekipa doskonale zdają sobie sprawę z tego, w jakim kierunku wewnętrznym idzie poliyka Kremla i że Rosjanie nie zrezygnują tak łatwo z idei budowania swej własnej strefy wpływów, przynajmiej na obszarach tak zwanej “bliskiej zagranicy”. Czyli - zagranicy która z rosyjskiego punktu widzenia tak naprawdę zagranicą jest tylko przez paskudne zrządzenie losu. Błędy historii trzeba jednak cierpliwie prostować i na tym koncentruje się Kreml, jak na przykład w Gruzji.

Rosjanie z kolei nie mają złudzeń, że Ameryka to ich główny rywal i “hamulcowy” ich imperialnych ambicji, ale w chwili obecnej konfrontacja nie leży w interesie żadnej ze stron. Dlatego nikt nie narzekał w Moskwie, kiedy Obama powspominał coś o demokracji, suwerenności, Ukrainie i Gruzji. Rosjanie potrafią być i gościnni i wyrozumiali. Gość sobie zatem delikatnie odpowiednie tematy poruszył a gospodarze pominęli to taktownym milczeniem, dla pewności nie puszczając ani jednego słowa z prezydenckiego przemówienia do własnej opinni publicznej. Ot, i wilk syty i owca cała.

Jest pewną ironią losu, że interesy obu ocarstw zbiegły się w Afganistanie. To Amerykanie włożyli Sowietom kij w afgańskie szprychy. A teraz to Rosjanie ułatwiają amerykańskie zaangażowanie się w walce z talibami, których swego czasu szkolili i zbroili chłopcy z CIA. Zwycięstwo talibów w Afganistanie groźniejsze jest jednak dla Rosji niż NATO, bo ewentualna zaraza zagrozić może przede wszystkim dawnej sowieckiej Azji Centralnej, czyli podbrzuszu Rosji. I dlatego amerykańskie transporty będą szły przez Rosję, za odpowiednim wynagrodzeniem finansowym i… politycznym, ma się rozumieć.

Ograniczenie arsenału rakiet i głowic nukleranych to rozwiązanie zdrowo-rozsądkowe. I tak pozostanie tego złomu więcej, niż komukolwiek potrzeba, i tak będą szły badania. Po prostu sytuacja wraca do “rozbrojeniowej” normy, po okresie iskrzeń między administracją Busha juniora a Kremlem Putina. Pozostaje problem “tarczy” którą Rosjanie dziwnym trafem i z wielkim uporem łączą z rozbrojeniem, i (zupełnie nie wiadomo dlaczego!), traktują jako element anty-rosyjski. Obama przekonuje, że tarcza jest przeciw Iranowi, ale Rosjanie wiedzą lepiej.

Co ciekawe, w tej interpretacji upewniają ich… Polacy. I to zarówno “ci” od “strasznego” prezydenta-bliźniaka Kaczyńskiego, klecącego pospolite anty-kremlowskie ruszenie od Tbilisi po Kijów, jak i “tamci”, od europejsko nastawionego premiera Tuska. Skoro bowiem Polacy tak usilnie zabiegają o “tarczę”, że uczynili z jej instalacji na swoim terytorium główny element swej strategii politycznej i gwarancję bezpieczeństwa, to znaczy, że tarcza ma dawać im jakieś gwarancje - przeciwko konkretnemu zagrożeniu. Kogo zaś boi się Warszawa, to każdy czekista, jeśli nie wie, to podejrzewa. Bo w to, że Warszawa boi się Iranu, to nawet korespondenci “Gazety Wyborczej” nie wierzą, choć usilnie machają piórami.

Rosyjski minister Innostrannych Dieł, Ławrow już po przemówieniach, uśmiechach i parafkach, postawił sprawy jasno, uzależniając wszelkie porozumienia strategiczne z USA od rozwiązania kwestii tarczy po myśli Moskwy. Czyli Rosjanie obstają na swoim, a w chwili obecnej to oni mają większe pole manewru. I teraz będziemy mieli ciekawą sytuację, jak Waszyngton rozegra tę partię.

Można założyć, że żadna ze stron nie będzie forsowała konfrontacji, a zatem należy oczekiwać stanu permanentnego zawieszenia. Czyli, będą trwały rozmaite “studia” i przymiarki, analizy i debaty, w międzyczasie po Polsce pojeżdżą (przpraszam, pojeździ) sobie - dla dobrego samopoczucia Polaków - bateria pocisków “Patriot” (może nawet uzbrojona!), a sama instalacja zostanie odłożona na inne czasy.

Jak to się w polityce zmienia. A jeszcze rok nie minął od ostrej krajowej zadymy w temacie “tarczy”, kiedy to Pałac Prezydencki i Kancelaria Premiera ostro się licytowały, kto lepiej dba o strategiczne bezieczeństwo kraju. Premier Tusk, patrząc w kamery z twarzą pokerzysty wręcz postawił Amerykanom ultimatum, że albo “Patrioty”, albo…

Zaraz potem z wielką pompą parafowano porozumienie z Ameryką Busha. Specjalnie w tym celu przyjechała do Warszawy koleżanka ministra Sikorskiego, Pani Rice.

I co teraz? Co z tego wszystkiego wynika dla Polski i naszych strategicznych koncepcji? Potrzebna nam ta “tarcza” do bezpieczeństwa narodowego, czy nie? Chcielibyśmy wiedzieć, czy wzmacnia ona gwarancje sojusznicze Ameryki, ponad obecnie istniejące w ramach NATO czy nie?

Jeżeli tak, to mamy klops i klapę. Oznacza bowiem, iż nie jesteśmy sojusznikiem strategicznie ważnym, a jedynie jednym z elementów przetargowych. A jak nie, to o co była cała awantura? Jeżeli “brak” “tarczy” w niczym specjalnie nas wobec Rosji nie osłabia, nie zmienia naszej pozycji, to po co było Moskwę drażnić? Po co też było to całe przedstawienie z Panią Rice? Co załatwił nam w Waszyngtonie minister Sikorski?

Jak mawiał Dyzma, Nikodem: “Tak wiele pytań, a tak mało odpowiedzi!”

Wojciech Michał Wojnarowicz

Przepraszamy, ale ze względu na problemy techniczne felieton nie ukazał się w tym tygodniu w wersji drukowanej.

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


“Epopeja jaśniejsza od gwiazd.”

Są kraje, w których obchody święta państwowego odbywają się z wielką pompą. W rytm werbli, w szumie sztandarów i flag, przed trybunami zapełnionymi politykami, maszerują galowo ubrani żołnierze, chrzęszczą i zgrzytają bojowe maszyny, przypominane są bohaterskie zdarzenia z bliższej lub dalszej przeszłości. Święta państwowe zazwyczaj nawiązują do wydarzeń dramatycznych, wielkich konfliktów ludzkich zbiorowości. Uzyskanie niezależnej państwowości najczęściej dokonuje się w konflikcie z kimś, kto ma inne plany dotyczące tego samego terytorium lub ludności. Francuzi czczą pamięć rewolucji, w której sami sobie zgotowali tak krwawą łaźnię, przy której jakikolwiek terror królewskiego reżymu przestaje robić wrażenie. Amerykanie niezależność od “brytyjskiej macierzy” także musieli sobie “wystrzelać” i nie była to taka byle jaka wojna. Dla wielu mniejszych krajów dzień niepodległości to koniec globalnych wojen, w trakcie których zrządzeniem losu udało im się wyszarpnąć trochę swobody. Obchody takich świąt są także okazją dla wielu rządów do naprężenia muskułów, do pokazania światu swych ambicji i pogrożeniu często palcem realnym lub wyimaginowanym wrogom. Takie doroczne chińskie, koreańskie czy rosyjskie parady wojskowe “z okazji i ku czci” to dosyć czytelne polityczne deklaracje.

Kanada celebruje swoje narodowe święto w sposób doskonale odzwierciedlający charakter tego kraju. Jest wesoło, kolorowo, wręcz “ludowo”. Nie ma państwowo-twórczej pompy. Bo i pamięć o przełomowym momencie kanadyjskiej historii nastraja do tego rodzaju swobody. 1 lipca 1867 roku, w dalekim Londynie, w sennej atmosferze przedpołudniowego posiedzenia brytyjskiego parlamentu zaakceptowano formułę reorganizacji kolonii w Brytyjskiej Ameryce Północnej. Polityczny kompromis głównych sił politycznych kanadyjskich kolonii przyjęto bez specjalnych oporów. Kilkoma pociągnięciami pióra powstało na mapie kontynentu państwo mające w sobie zadatki na wielkość, nie tylko terytorialną.

To naturalne z naszej dzisiejszej perspektywy - przełomu dwudziestego i dwudziestego pierwszego wieku - spokojne bytowanie Kanady nie było pozbawione wielkich konfliktów. Kanada zbudowana została wręcz jako konstytucyjna zapora, mająca zapobiec dalszej rywalizaji i wrogości dwóch żywiołów - francuskiego i anglo-brytyjskiego. Łącząc, dzielono a dzieląc - w sumie łączono w jedno rozmaite części reszty kolonialnej rzeczywistości Północnej Ameryki. Była to propozycja silnie nacechowana także religijną misją chrześcijańskich rywali: katolików i protestantów. Dziś trudno wręcz uwierzyć, iż religia odgrywała tak wielką rolę w tworzeniu zrębów Konfederacji. Ale religijna misja szerzenia wiary wedle konkretnego wyznania zapisana jest i w godle i w obu hymnach tego kraju. To “Miecz i Krzyż” nieść miała nasza nowa ojczyzna, “od morza do morza”.

Trochę łatwiej w koncepcjach tworzenia Kanady można dostrzec paniczny strach lojalnych poddanych brytyjskich przed ekspansją Amerykańskiej Republiki. Ten lęk przed wchłonięciem przez potężniejącego w oczach sąsiada nakazał szybkie rozbudowanie Konfederacji w poprzek kontynentu, kierował polityką edukacyjną i immigracyjną kraju, wreszcie umieścił stolicę w odległej mieścinie, z dala od amerykańskiej granicy.  Tego lęku przed amerykanizacją nie pozbyli się Kanadyjczycy aż do dzisiaj. Ci bardzej świadomi różnic kulturowych walczą z zalewającą nas prymitywną, masową, komercyjną amerykanizacją. I Kanadyjczycy są nadal zdecydowanie inni, choć ludzie mało zaznajomieni z realiami tego kontynentu postrzegają oba społeczeństwa jako nieomal jednakowe.

Ta odrębność Kanady w świętowaniu własnej państwowości rzuca się nam w oczy bardzo wyraźnie w pierwszych latach naszego imigracyjnego życia. Nie jesteśmy do tego stylu bycia przyzwyczajeni. Mamy inną pamięć, inną wrażliwość. Często, mając wciąż żywo w pamięci naszą tragiczną historię, reagujemy na kanadyjską beztroskę rozdrażnieniem. Bardzo powoli odkrywamy źródła kanadyjskiej siły. Uprzejmość i brak agresji nie oznacza słabości. “Do not take kindness for weakness!” - chciałoby się powiedzieć tym, którzy tę kanadyjską specyfikę mają ochotę nadużyć.

Brytyjski system zarządzania ludzkimi mozaikami, ta kolonialna mądrość wyniesiona z wielowiekowego bycia globalnym imperium wydała tu niezłe owoce. W końcu z minimalną ilością konfliktów i bólu udało się wytworzyć model współżycia tak wielkiej różnorodności kultur, religii, języków i ras, jakiej nikt inny w świecie nawet sobie nie wyobraża. Gen. De Gaulle narzekał kiedyś na trudności rządzenia krajem w którym jest tyle gatunków sera. A co powiedzieć o naszej “kulinarnej” mozaice?!

Kanadyjska propozycja państwa i społeczeństwa obywatelskiego jest przy tym projektem w stanie ciągłego rozwoju, bo drzwi do tego kraju stoją ciągle otworem dla wszystkich. Z jakim efektem? Wystarczy spojrzeć wstecz i dziś na zdjęcia klas kończących kanadyjskie szkoły. Zapewne dobrobyt łagodzi naturalne konflikty wielkich a zróżnicowanych zbiorowości. I nie brak ukrytych mniej lub bardziej lęków przed innymi rasami i kulturami. Drobne choć silnie zakorzenione uprzedzenia nadal trwają, żyjemy z nimi na codzień. Ale mimo to każdy jakoś się tu odnajduje. I prawie niezauważenie Canada Day w swoim wakacyjnym rozleniwieniu i beztrosce staje się naszym świętem, z którego zaczynamy być dumni. Jest to nasz dom, a dla naszych dzieci - ich “native land”!

WMWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


O walce Komanczów z Apaczami

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami i jednym oceanem, w dalekiej Polsce trwa zacięta walka Komanczów z Apaczami. Najstarsi ludzie nie pamiętają czasów, kiedy zakopane były bojowe tomahawki, a nocami przy ogniskach zastępy dzielnych wojowników śpiewają pieśni i marzą o okazji oskalpowania przeciwnika. Wodzom myli się czasem, kto jest bladą twarzą a kto czerwonoskórym, ale to drobiazg.

Apacze i Komancze. Niezłe porównanie.Tak to dowcipnie określił powracający po kilku latach pobytu w Czechach były szef Instytutu Polskiego w Pradze i były doradca Orlenu, M. Jasiński. Jak to miejsca pobytu zmieniają ludzi. Kilka lat (tuż, tuż) za granicą i od razu jakoś tak ludzi odmienia. Poważni się stają, oczekują dobrej pracy administracji, rzeczowej debaty, poważnej polityki, planów i zachowań na miarę cywilizacyjnych wzwań.

A prawda jest taka, że Polska musi być taka jaka jest i inna być nie może. Bo tacy jesteśmy w swej zbiorowości. Zadymy przyciągają uwagę ludzi, do których żadne morały o trosce o państwo i tak nie dotrą. A tych troskliwych o dobro wspólne jest za mało, by coś zdziałali. Platforma triumfuje w polskiej przestrzeni politycznej w niemałym stopniu metodami Palikota. Po udanych eurowyborach przybywa jej zwolenników. Ot, nowo wybrani , bezpartyjni europosłowie, jak choćby Jerzy Buzek, zgłaszają akces do PO. A wicepremier Schetyna ogłosił oficjalny początek kampanii prezydenckiej. Tak jakby to, co się do tej pory działo na linii Tusk-Kaczyńscy nie było kampanią!

Zwycięska PO ma jednakże pewien drobny kłopot. Im jest silniejsza, tym więcej będzie się od niej oczekiwać, na krajowym i zagranicznym podwórku! Tusk obiecał, że po euro-sukcesie PO Polska będzie miała prestiżową funkcję - przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. Ale apetyt rośnie w miarę jedzenia i teraz partia Tuska chciałaby mieć i szefa Parlamentu i ważnego komisarza. Już nawet mianowała na tę ostatnią funkcję J. Lewandowskiego, swego czasu “króla” prywatyzacji. Tyle tylko, że chyba “stara” Europa dwóch ciastek Tuskowi nie da. I wtedy trzeba będzie wybierać między spektakularną  funkcja w Parlamencie a gospodarczo ważną teką komisarza. Koalicyjny PSL już wskazał na tę drugą jako ważniejszą z punktu rozwoju kraju. Ale jeżeli Tusk odpuści Berlusconiemu, to Kaczyńscy go za to “zagryzą”. Nie na darmo Lech gorąco poparł kandydaturę Buzka. Tym razem ewentualnego potknięcia na PiS zwalić nie będzie można. Chociaż, skoro “straszni” Kaczyńscy są winni nawet globalnemu ociepleniu…

******

Walka polityczna nie zawsze musi wyglądać spektakularnie. Można ją toczyć bez tomahawków, po cichu. Ale zawsze idzie na noże. Na naszym ontaryjskim podwórku, przy minimalnym zainteresowaniu mediów i jeszcze mniejszym “elektoratu” dobiegają końca wybory szefa Ontario PC Party. Ontaryjscy konserwatyści są obecnie poważnie osłabieni, ale fortuna kołem się toczy i można założyć z dużą dozą pewności, że za kilka lat liberałowie McGuintego będą zmuszeni oddać im stery prowincji. Ważne jest zatem, kto poprowadzi torysów w nastepne wybory. Czy będzie to prawdziwy konserwatysta, z silnymi zasadami, czy też następny “czerwony tory” - liberalny klon.

Ontaryjczycy nie muszą kochać konserwy, ale nic ich tak nie odrzuca jak farbowani liberałowie w konserwatywnej skórze. Pamiętacie państwo (chwilowego) premiera Evesa? John Tory, wbrew nazwisku, też był raczej “na lewo” i pod jego rządami z konserwy zostały wiórki. Dlatego odrzucili go w końcu najbardziej konserwatywni wyborcy w najbardziej “pewnym” i “bezpiecznym” konserwatywnym okręgu! Ale ludzie z dawnej ekipy Evesa nie śpią i mają nowego kandydata - T. Hudaka. “Starzy” konserwatyści patrzą z nadzieją na Franka Kleesa, który ma wszelkie dane po temu, by nawiązać dobry kontakt z coraz bardziej immigranckim Ontario i odbudować zaufanie, jakim niegdyś cieszyli się torysi po wodzą Williama Davisa. Ale czy uda się Kleesowi pokonać pozostałych pretendentów, których łączyć może bardziej liberalny niż konserwatywny światopogląd?

Niewiele brakowało natomiast, by z Ottawy wyszły wampumy głoszące  Kanadzie polityczną wojnę. Panowie Harper i Ignatieff przybrali ostatnio ostry ton w kwestii rządowych projektów reform ubezpieczeń pracowniczych i “dali sobie po razie”.

Zanosiło się na upadek rządu. Taki jednak obrót rzeczy oznaczałby konieczność organizowania wyborów federalnych latem, a to się nikomu nie uśmiecha. Opozycja liberalna co prawda święcie wierzy, że z Ignatieffem na czele wróci do korytka w Ottawie, ale pewności, co by zrobili wyborcy, rozeźleni zapewne koniecznością samego wsłuchiwania się w polityczną propagandę wakacyjną porą, nie ma. Stąd środowe spotkania i porozumienie stron. Opozycja zmusiła Harpera do pewnych obietnic, a Harper nadal trwa w urzędzie i czeka zapewne na korzystny moment, by zagrać va banque i zmusić Ignatieffa do akcji w korzystnym dla swoich torysów momencie. Cały zaś żałosny klekot polityczny, jak to znakomicie działa nasz system i jak to obie strony cieszą się, że zwycięża interes Kanadyjczyków możemy sobie darować.

Wojciech Michał Wojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: , ,

Pisane z pamięci


Politycy eksportowi

“Trzech pasażerów pociąg wiózł, od Cheetaway do Syracuse.” Ech, teraz to jest ich już więcej. 50 pasażerów spokojnie może sadowić się przy oknie z widokiem na Europę, ewentualnie szukać wagonu restauracyjnego. Taki osobowy do Brukseli, przez Warszawę Wschodnią, Kielce, Radom. Towarzystwo całkiem całkiem. W większości doświadczeni politycy, dla których w kraju miejsca nie ma. Jest dobry filozof i niezły politolog, są specjaliści od górnictwa i samorządów. Czasem byli lub potencjalni partyjni liderzy, których obecne szefostwo nie trawi. Czasem gapowicz, zawsze umiejący wkręcić się na partyjną listę, jakiej konkretnie partii to już nie ważne.

Ton komentarzy polskich polityków po zakończonych właśnie eurowyborach - jeżeli wsłuchać się wyraźnie - dowodzi, iż wcale a wcale nie chodziło w nich o Europę. Chodziło o Polskę, naiwny elektoracie! To była taka przygrywka, przebieżka przed prawdziwymi wyborami. Premier Tusk mało ze szczęścia nie odpłynął w obłoki, że jego partia, mimo sprawowania rządów w okresie kryzysu, którego przez długi czas jego ministrowie nawet nie dostrzegali, dostała aż 44 procent poparcia. Prezes Kaczyński, choć nadal chodzi i wypowiada się naburmuszony, w sumie cieszy się że PiSowi się nie pogorszyło. 27 z groszami, not bad. Wniebowzięci są za to koledzy z SLD, bo dla nich 12 procent, i przy okazji klęska lansowanej przez “Wyborczą” jak maść na wszelkie zło Centrolewicy, to znak że jeszcze politycznie żyją. Oczywiście, mimo smutku, iż publika nie głosowała na wspaniałe nazwiska centrolewicowej, kanapowej składanki, tylko na partyjne “szyldy”, zadowoleni są panowie Rossati, Borowski i Onyszkiewicz. Uważają bowiem, że mają dobry start … do polityki krajowej! Pogratulować samopoczucia. Autentycznie natomiast cieszy się z 7 procent głosów PSL prezesa Pawlaka, którego przy okazji zauważono, bo jako wicepremier to jest on zupełnie niewidoczny i musi dorabiać (znaczenia) w mundurze strażaka. Zadowolony jest nawet Marek Jurek z dwoma procentami dla Prawicy Rzeczpospolitej i uważa, że jest (5-tą) siłą polityczną w kraju. A prawdziwie szczęśliwy to jest Henry Richard Czarnecki, bo się urwał ze stryczka. Na razie. No, i kto jeszcze będzie śmiał powiedzieć, że Polacy to pesymiści? Jest dobrze!

A to wszystko przy jednej z najniższych frekwencji wyborczych i to mimo kampanii, w którą zaangażowali się wszyscy, z Prezydentem RP na czele. 24 procent obywateli uprawnionych do głosowania obecnych przy urnach to znak wyraźny, że większość ludzi po pierwsze, miała eurowybory w nosie, a po drugie, że stopień zaufania do naszych elit politycznych jest bardzo niski. Medialne pranie mózgów na nic się zdało. Nikogo - na szczęście - nie obchodziło, co sobie o nas pomyśli Europa! Bo zwykli ludzie doskonale wiedzą to, czego nasze medialne guru nie widzą - że Europa jak myśli, to tylko o sobie! Jedynie nasi zakompleksieni dziennikarze wczytują się w obce komentarze, pisane zresztą przez podobnie zakompleksionych dziennikarzy innych “bratnich organów”, podpowiadające nam, jacy mamy być, żeby nas polubiono. Może zróbcie coś, medialni eksperci, żeby coś o nas wiedziano?

Przy okazji Jarosław Kaczyński zasłużył sobie na nagrodę - poczucia humoru. Otóż nasz  prezes obsztorcował Zbigniewa Ziobrę jak burą sukę, że ten nie gada w obcych językach. A bez języków zdaniem Jarosława jest się politykiem 4-tej kategorii. Święta racja. Niech Ziobro siada i uczy się po 6-8 godzin angielskiego lub francuskiego. I niech bierze przykład z góry. Bo na przykład jeden z braci mówi, a przynajmiej śpiewa (hymn) w języku obcym - po polsku!

***

Dużo ciekawszy temat, niż eurowybory, z naszego punktu widzenia to np. nowa rosyjska wersja historii drugiej wojny. Wedle rosyjskiego Minoborony za wojnę odpowiedzialna jest Polska, gdyż odrzuciła sensowne i niewygórowane żądania Hitlera. III Rzesza chciała tylko Gdańska i autostrady, i gdyby nie upór Polaków….

Słusznie! I logicznie pisze rosyjski historyk. Zgodnie z najwyższymi standartami rosyjskiej historiografii. Bo np. za wojnę Sowietów z Finlandią odpowiedzialna była Finlandia, bo odrzuciła słuszne i niewygórowane żądania Stalina.

Pisałem już kiedyś, że jeszcze kilka lat, a będziemy przepraszać za wywołanie wojny światowej, no i za wypędzenia, bo za holokaust to przepraszać mamy już teraz. Należy tylko jeszcze poczekać na kwintesencję nowej rosyjskiej tezy … zapłacić Rosji odszkodowania za zużycie sprzętu wojskowego w trakcie sowieckiej agresji z 17 września. Bo to my swoją polityką zmusiliśmy Stalina do ratowania Europy, od Finlandii po Rumunię! Ach, jaka szkoda, że nie ma już NRD. Wtedy można by jeszcze oskarżyć Polskę do spółki z Niemcami, tymi demokratycznymi, oczywiście!

A przy okazji, dla podreperowania ducha Szanownych Czytelników. Oto zaszłyszany od zaprzyjaźnionego dziennikarza “kwiatek”. Relacjonując tegoroczne obchody D-day na plażach Normandii kanadyjski reporter miał powiedzieć, że lądujących Kanadyjczyków witali gradem kul Niemcy i … “Polish conscripts” - polscy poborowi! Tak się “przejęzyczył” Kanadyjczyk w 65 lat po wojnie. Jeżeli uda się znaleźć nagranie tej wspaniałej wypowiedzi, to chyba będzie trzeba naprawdę zrobić jakąś zadymę!

WojciechMichałWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Tamten czerwiec

Dwadzieścia lat minęło. Może nie jak jeden dzień, ale minęło. Wyrosła generacja która nie zna z własnego doświadczenia “realnego socjalizmu”. Dla dzieci uczących się w Polsce do matury słowa takie jak PZPR czy też imiona Bieruta, Gomułki i Gierka są równie odległe i pozbawione realnego znaczenia, jak postacie z czasów np. I wojny światowej. A i nam coraz trudniej wyobrazić sobie, jak to mogło wszystko funkcjonować, w systemie zbudowanym na absurdalnych założeniach. Jak można było żyć, śmiać się i cieszyć, jeździć na wakacje i planować przyszłość w kraju szarym, zaciemnionym, zastawianym planowaną brzydotą i tandetą, pełnym zakazów i nakazów, kierowanym przez tępych partyjnych biurokratów i reklamowanym w Dzienniku TV przez cynicznych dziennikarskich i uniwersyteckich służalców jako najlepszym z możliwych dla Polaków. Był to kraj w którym papier toaletowy był towarem luksusowym, a cukier, polski cukier kupowano na kartki, podobnie jak inne podstawowe towary. Ale żyje jeszcze sporo osób, w Polsce i nie tylko, które z sentymentem wspominają tego “późnego” Gierka, a wprowadzenie stanu wojennego uważają za akt patriotycznej odwagi.

Po dwudziestu latach śwętujemy początek powolnej zmiany systemu, kontrolowanego demontażu polskiego komunizmu, w trakcie którego ówczesnym elitom zagwarantowano tak dalece idącą nietykalność, że w krótkim czasie byli członkowie PZPR objęli najwyższe urzędy nowej RP. Nowa, demokratyczna Polska stała się terenem politycznej koegzystencji ludzi dawnego reżymu i anty-socjalistycznej opozycji. Prezydentami III RP zostawali kolejno: legendarny przywódca “Solidarności” uhonorowany Pokojową Nagrodą Nobla i były młodzieżowy aparatczyk PZPR. Przez długie lata nienaruszone pozostały bastiony reżymu komunistycznego PRL w wojsku, policji, sądownictwie, tajnych służbach czy mediach. Dla wielu, wielu działaczy tej “Solidarności” jaka wyłoniła się z sierpniowych strajków 1980 roku i którą zdusił stan wojenny, zmiana systemu władzy była niczym innym jak sprytnym manewrem politycznym. W początkach roku 1989 rząd komunistyczny rozmawiał już z opozycją na własnych warunkach. Nikt nie “wyrywał” komunie władzy, nikt niczego nie “obalał”. Dokonano transakcji na miarę epoki. Wedle starej francuskiej zasady - jak twierdzą nie do końca słusznie ci członkowie opozycji, których obie strony układu skutecznie zmarginalizowały - zmieniono coś, aby nic nie zmieniać. Tak to planowano, ale… 

Ale 4 czerwca 1989 roku, w dzień częściowo wolnych wyborów, które miały w założeniu spacyfikować społeczeństwo, komuna poniosła kolejną klęskę. Społeczeństwo polskie, mimo iż karmione od lat propagandą, nie dało się ogłupić. I dzięki tej postawie szerokich rzesz zwykłych ludzi, którzy w nosie mieli skomplikowane kalkulacje i formuły procentowej wolności, a wykorzystali okazję częściowych nawet wolnych wyborow do zademonstrowania tego, co naprawdę myślą i czują, “runęły mury”. 

Warto też zauważyć rzecz często przeoczaną - 4 czerwca świętujemy także - jedną z nielicznych w naszej historii - udaną rebelię przeciwko obcemu mocarstwu. Rebelię, która nie zakończyła się krwawą katastrofą i klęską. Jak łatwo zapominamy, że w czerwcu 1989 roku Związek Sowiecki miał nadal wystaczającą siłę, aby stłumić każdy bunt w swojej strefie wpływów. Armia sowiecka ugrzęzła w Afganistanie, ale same siły sowieckie stacjonowane w Polsce miały dość środków, by zniszczyć Polskę - nie mówiąc o więcej niż chętnym do czynnego wsparcia ewentualnej “braterskiej pomocy” paryjnym betonie w żołnierskich i milicyjnych mundurach.

Tamtego 4 czerwca nikt chyba nie mógł pomyśleć, że wkrótce zawali się z hukiem sam Związek Sowiecki, a Polska znajdzie się w zachodnich strukturach, w NATO czy Współnocie Europejskiej. Zachód patrzył na polskie przemiany bez specjalnego entuzjazmu. Tak naprawdę na zachód od NRD bano się destabilizacji układu wytworzonego wedle podziału z lat Zimnej Wojny. Nikt tak naprawdę na Zachodzie nie chciał “wychodzić z Jałty”. Tego jednak wtedy nie widzieliśmy. Cieszyliśmy się takimi drobiazgami jak brak cenzury. Widok zaś wczorajszych “dysydentów” urzędujących w ministerialnych gabinetach był wręcz niewiarygodny. 

Dwudziestolecia bywają różne. W 1938 roku nad obchodami odzyskania Niepodległości zbierały się już czarne chmury hitlerowskiej nawały. W 1964 roku - roku 20-lecia PRL - komuna wyglądała bardzo silnie, i jej bliskiego końca mogli oczekiwać tylko nieliczni “wrogowie systemu władzy ludowej”. Tytuł popularnej pracy sowieckiego dysydenta, Andrieja Amarlika “Czy ZSSR przetrwa do roku 1984?” budził emocje, ale sam temat traktowany był jako rodzaj fantastyki. 

Dziś, dwadzieścia lat później, po duchu tamtego optymizmu z czerwca 1989 niewiele zostało, choć sama Polska radzi sobie w nowej Europie lepiej, niż ktokolwiek mógłby pomyśleć. Owczesna komunistyczna elita dożywa swoich dni, z ław sądowych dowodząc swych patriotycznych racji i zasług. Post-komuniści stanowią liczącą się, choć słabnącą siłę polityczną. Po solidarnościowym bloku natomiast pozostały kratery “bratobójczych” walk i swarów. Ironią losu mamy obecnie u władzy dwie formacje polityczne, wywodzące się z tamtego czerwca. I obie te formacje traktują się jak śmietelnego wroga. Wczorajszych sojuszników dzieli już nie tylko polityczna orientacja, ale wręcz personalna nienawiść. Młode pokolenie uczy się tego, co obserwuje. Bezwzględna walka polityczna zniszczyła doszczętnie jakikolwiek mit tej “Solidarności” jakim żywiły się idące na  czerwcowe wybory tłumy.  Rocznicowe obchody podział ten czynią jeszcze bardziej widocznym. Niestety, można by gorzko zauważyć, że radosnej w założeniu rocznicy odrzucenia komunizmu w Polsce i początków budowania demokracji nie doczekała… sama legenda “Solidarności”. 

WMWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Polacy jako naród nie zdali egzaminu

Tags: ,

Polacy jako naród nie zdali egzaminu


W pewnym sensie Polacy są odpowiedzialni za śmierć wszystkich 3 milionów Żydów – obywateli II RP – mówi historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego Alina Cała

Alina Cała, historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego

autor zdjęcia: Darek Golik
źródło: Fotorzepa
Alina Cała, historyk z Żydowskiego Instytutu Historycznego

Rz: Czy Polacy są współodpowiedzialni za Holokaust?

Alina Cała: W pewnym stopniu tak. Przyczyną tego był przedwojenny antysemityzm, który nie przygotował ich moralnie do tego, co miało się dziać podczas Zagłady. Nośnikiem tego antysemityzmu były dwie instytucje. Ugrupowania tworzące obóz narodowy oraz Kościół katolicki. Ten ostatni mniej więcej od 1935 roku zaczął sprzyjać endecji. W efekcie wysokonakładowe pisma konfesyjne zaczęły głosić propagandę antysemicką. Choćby „Mały Dziennik” Kolbego.

Od endeckiego ekonomicznego antysemityzmu czy kościelnego antyjudaizmu do ludobójczego rasizmu Adolfa Hitlera chyba jest daleka droga.

Wcale nie taka daleka. Wszystkie rodzaje antysemickiego dyskursu w latach 30. zaczęły się zlewać. Antysemityzm ekonomiczny był uzasadniany rasizmem, a antyjudaizm katolicki stał się rasistowski, pochwalający politykę Hitlera. W programie Obozu Wielkiej Polski już w 1932 roku zawarto postulaty podobne do tych, które później się znalazły w ustawach norymberskich. Obóz Narodowo-Radykalny wysunął projekty masowych deportacji, połączonych z żądaniem, żeby to Żydzi sfinansowali swoje wygnanie. Właśnie to zrobili hitlerowcy.

Zagłada została sfinansowana z majątków zrabowanych Żydom. Oenerowcy i klerykalni antysemici domagali się tworzenia otoczonych murem gett. Ich życzenie spełnili okupanci.

Endecy nie postulowali zabijania ludzi.

Ale inicjowali niektóre antyżydowskie rozruchy, zarówno w latach 1918 – 1920, jak i podczas fali ponad 100 pogromów w latach 1935 – 1937. W pogromach tych ginęli ludzie. Po rozpoczęciu okupacji doszło w Polsce do spontanicznych pogromów, takich jak wielkanocne rozruchy w Warszawie w 1940 roku, przygotowany przez organizację związaną z ONR Falanga Bolesława Piaseckiego.

A nie przez Niemców?

Nie. Wydarzenie to jest związane z próbą kolaboracji podjętą wówczas przez grupę działaczy Falangi. Piasecki pozostał w cieniu, a jego rola nie jest do końca wyjaśniona.

Ci działacze Falangi zostali rozstrzelani w Palmirach.

Zostali wykorzystani do mokrej roboty i usunięci. Chwalimy się, że byliśmy państwem bez Quislinga. Ale chętni byli, to Niemcy nie chcieli współpracy z Polakami.

Ale mówi pani, że to Niemcy wykorzystali Polaków do mokrej roboty.

Ten pogrom odbył się oczywiście ze wsparciem logistycznym Niemców. Bojówkarze byli podwożeni ciężarówkami Wehrmachtu. Ale bez przedwojennego antysemityzmu do tego wydarzenia by nie doszło.

Jego skala była jednak niewielka. Kilka pobić czy nawet zabójstw to chyba za mało, żeby mówić o współudziale w Holokauście.

Z moralnego punktu widzenia przemoc to przemoc. Ale przecież ta fala pogromów to nie wszystko. Spójrzmy na problem ratowania Żydów podczas Zagłady. Polak, który przed wojną był bombardowany kościelną i endecką agitacją antysemicką, musiał mieć rozterki, czy ratowanie Żydów jest moralne.

A może rozterki te brały się nie z czyjejś agitacji, tylko z powodu terroru okupanta. Kara śmierci dla całej rodziny za ukrywanie Żyda… Proszę się postawić w sytuacji matki, która ryzykuje życie dzieci dla obcego człowieka.

Za ukrywanie polskiego patrioty, członka ruchu oporu, też groziła śmierć. A jednak łatwiej to było zorganizować i więcej ludzi się na to zdobywało. Bo tu nie było już żadnych moralnych rozterek. Poza tym niektórzy Polacy brali aktywny udział w Zagładzie. Choćby sprawa buntu w Sobiborze. Więźniowie, którym udało się przedrzeć do lasu, zostali wyłapani przez chłopów. W ogóle sołtysi w okupowanej Polsce mieli obowiązek denuncjowania wszystkich ukrywających się Żydów i partyzantów. Tych ostatnich jednak na ogół nie denuncjowano, a Żydów często. Jest bardzo niewiele przypadków, żeby cała wieś wzięła na siebie odpowiedzialność za ukrywającego się Żyda.

Być może ludzie po prostu obawiali się donosu.

No, ale o czym świadczy ten lęk przed donosem sąsiada?

O tym, że niegodziwcy są w każdej społeczności.

A ja myślę, że to świadczy o kondycji moralnej tego społeczeństwa. Nie da się wymordować 3 milionów ludzi bez bierności społeczeństwa. Jakże inna była reakcja Polaków na próby masowej deportacji ludności Zamojszczyzny. Bo to byli prawdziwi Polacy, a nie znienawidzeni przez endeków Żydzi. Było natomiast niemało przypadków, gdy partyzantka AK i NSZ mordowała ukrywających się Żydów.

A czy agitacją endecką była przesiąknięta również część społeczeństwa żydowskiego?

Skądże.

To dlaczego część Żydów pomagała Niemcom w Holokauście? Choćby żydowska policja w gettach, która denuncjowała swoich współbraci i nadzorowała załadunek ludzi do pociągów zmierzających do obozów?

Tego typu zachowania można ewentualnie porównać ze szmalcownictwem. Część szmalcowników nie robiła tego z antysemickich pobudek, tylko kierowała się chęcią zarobku. Podobne były motywy Żydów, którzy poszli na współpracę z Niemcami, z tą różnicą, że dla nich stawką było życie, a nie zarobek. Proszę też pamiętać, że Polacy działali pod znacznie mniejszą presją, mieli większą swobodę działania i, co najważniejsze, w przeciwieństwie do Żydów nie byli zamknięci za murem.

Użyłem tego przykładu, bo mam wrażenie, że problemem nie był wcale endecki antysemityzm, ale po prostu natura ludzka. Wszędzie znajdą się ludzie zachowujący się w sposób niegodny.

Ale to dzięki przedwojennemu antysemityzmowi ludzi zachowujących się niegodnie było w Polsce więcej.

Postawy antyżydowskie były jednak mocno piętnowane i potępiane przez Polskie Państwo Podziemne.

To mit. Problemem szmalcownictwa państwo podziemne zajęło się pod wpływem Żegoty w 1943 roku, gdy Holokaust dobiegał już niemal końca. Z ogłoszonych wyroków bardzo niewiele zostało wykonanych. Państwu podziemnemu można zarzucić grzech zaniechania. I to zaniechania intencjonalnie wypływającego z pobudek antysemickich. Żydów wykluczono ze wspólnoty obywatelskiej, ich los niezbyt zaprzątał głowy elit państwa podziemnego. W niektórych podziemnych gazetach endeckich można znaleźć wręcz entuzjazm dla tego, że Niemcy „załatwiają za nas problem”. Było tylko jedno zmartwienie – co w przyszłości zrobić z tymi Żydami, którzy przeżyją.

Przed wojną Żydzi często nie mówili po polsku, mieli inne obyczaje. Wielu nie miało polskich znajomych i w czasie Holokaustu nie miało się do kogo zwrócić o pomoc. Może to właśnie słaba asymilacja spowodowała, że zginęło tak wielu polskich Żydów?

To stereotyp. W okresie międzywojennym wyrosło pokolenie Żydów, którzy przeszli przez polskie szkoły elementarne. Starsze pokolenie również dogadywało się jakoś z sąsiadami. Używana przez tych ludzi gwara była zrozumiała. W dużych miastach rzeczywiście mogli być Żydzi, którzy nie mieli styczności z Polakami, ale w małych miasteczkach więzi między obydwoma społecznościami istniały. W Warszawie mówiło się: „idę coś kupić do Żyda”, ale w małym miasteczku – „idę coś kupić do Abramka”. To nie były odrębne światy. Ci ludzie się znali. Tak było na przykład w Jedwabnem.

Czy do zbrodni w Jedwabnem też doszło z powodu przedwojennej endeckiej i kościelnej agitacji?

Nie jest przypadkiem, że masakra miała miejsce na terenie diecezji łomżyńskiej, której duchowieństwo przed wojną było nastawione bardzo antysemicko. Na tym terenie między rokiem 1935 a 1937 dochodziło do wielu pogromów. Ta zbieżność wydaje się nieprzypadkowa.

A czy przyczyną tego, co się stało w Jedwabnem, nie była kolaboracja sporej części Żydów z władzą sowiecką w latach 1939 – 1941?

To też element antysemickiej agitacji – utożsamianie każdego Żyda z komunizmem. Sowietów tymczasem witali nie tylko Żydzi, ale i cała ludność. Ludzie na początku nie bardzo wiedzieli, po co Armia Czerwona wkroczyła do Polski. Rydz-Śmigły wydał rozkaz, aby nie podejmować walki z Sowietami. W efekcie witanie wkraczających wojsk sowieckich organizowali niektórzy polscy burmistrzowie! A z drugiej strony religijni, ortodoksyjni Żydzi – których na tych terenach było najwięcej – wiedzieli, że nie mogą się niczego dobrego spodziewać po Sowietach. Oni na pewno nie witali Sowietów kwiatami. Nie wolno więc mówić o tym, że „Żydzi witali Sowietów”. Żydzi mogli co najwyżej być wśród witających.

Ale w pamiętnikach i relacjach z tamtych wydarzeń zawsze powtarza się ten motyw.

To proszę sprawdzić, czyje to są pamiętniki. Andrzej Żbikowski w książce „U genezy Jedwabnego” przeprowadził analizę tych pamiętników i okazało się, że były na ogół dziełem ludzi prawicy. Natomiast zwolennicy lewicy pisali o czymś wręcz przeciwnym. Ponad 60 pogromów dokonanych przez nastawionych antysemicko Polaków w 1941 roku po wejściu Niemców jest zaś faktem.

Skoro Polacy byli takimi antysemitami, to dlaczego wśród Sprawiedliwych wśród Narodów Świata jest najwięcej naszych rodaków?

Bo tu się odbywała Zagłada i tu było najwięcej Żydów. Przyczyną jest więc demografia. Warto też przypomnieć, że tym tytułem uhonorowano znacznie więcej Duńczyków. Tylko że Dania zbiorowo przyjęła ten tytuł i w Yad Vashem jest jedno duńskie drzewko. A my mamy w tej chwili niecałe 8 tysięcy.

Ale przecież to nie wszyscy pomagający. Tych ludzi było znacznie więcej. Jest teoria, że przyczyną tej pomocy był tak potępiany przez panią polski katolicyzm.

A tam. Wszyscy wiemy, jak bardzo powierzchowny był i jest ten polski katolicyzm. Hasła typu „miłuj bliźniego swego jak siebie samego” były ogólnikami, pustymi frazesami. Do ludzi dużo bardziej przemawiała głoszona z ambony propaganda nienawiści.

Czyli co, nie mamy się czym szczycić?

A niby czym? 8 tysięcy Sprawiedliwych na trzydziestomilionowy naród to strasznie mało. Stąd właśnie inicjatywa IPN, który chce z kapelusza wytrzasnąć 300 tysięcy Polaków pomagających Żydom. Żeby znaleźć tyle ludzi, będzie chyba musiał włączyć do tego nawet tych, których zasługą było to, że nie zadenuncjowali jakiegoś Żyda.

To za śmierć ilu Żydów są według pani odpowiedzialni Polacy?

W pewnym sensie za śmierć wszystkich – 3 milionów. Bo ludzie ci zostali skoncentrowani w gettach, wywiezieni do obozów i wymordowani przy bierności polskich sąsiadów. A jak uciekali, byli wyłapywani przez chłopów. Jest takie stare powiedzenie: wśród przyjaciół psi zająca zjedli. Oczywiście można to obudować rozmaitymi osłabiającymi argumentami, których pan użył, ale skutki są takie same. Zginęli niemal wszyscy polscy Żydzi.

Ale to, co pani mówi, zakłada, że gdyby polski naród przyjął inną postawę, to Niemcy w Polsce nie zabiliby ani jednego Żyda. To niemożliwe.

Oczywiście, jeżeli odwrócić to stwierdzenie, to można sprowadzić je do absurdu. Zgadzam się, że okoliczna ludność nie zawsze mogła coś zrobić. Ale tu chodzi o ocenę moralną. Polacy jako naród nie zdali egzaminu. Polscy sąsiedzi zachowywali się biernie w swojej masie, czym w bardzo dużym stopniu ułatwili Niemcom zadanie. Obliczanie, ilu Żydów i tak nie dałoby się uratować, nie ma sensu.

To kto jest bardziej winny: Polacy czy Niemcy?

Niemcy stworzyli warunki, w których to wszystko mogło się dziać. Ich inicjująca rola była więc decydująca. Co do tego nie ma żadnych wątpliwości.

W Izraelu jednak jednym tchem mówi się dziś o „nazistach i ich współpracownikach” jako sprawcach Zagłady. „Spiegel” sugeruje, że Holokaust był „projektem europejskim”.

To być może nieco wyostrzona teza, ale coś w tym jest. Hitlerowcy mieli bowiem wielu gorliwych współpracowników. Choć bez Niemców Holokaustu by nie było, nie wolno ignorować tego, co robili kolaboranci, na przykład litewscy szaulisi, łotewskie i ukraińskie formacje współpracujące z załogami obozów zagłady. Izraelczycy mają więc prawo tak mówić o Zagładzie. To XX-wieczny antysemityzm zdemobilizował okupowane społeczeństwa i spowodował, że nie pomagały żydowskim współobywatelom.

Czy Niemcy też mają prawo tak mówić o Zagładzie?

Oczywiście. Głoszenie prawdy nie jest zależne od narodowości. Niemcy mają nie tylko prawo, ale i obowiązek tak mówić o Zagładzie. Nie sądzę, żeby to służyło jakiemuś rozmywaniu niemieckiej winy. Coś takiego, przynajmniej w naszym pokoleniu, nam nie grozi.

Wracając do Izraela. Wielokrotnie spotkałem się tam ze stwierdzeniem: „wiemy, co wy i Niemcy nam zrobiliście podczas wojny”. Musi pani przyznać, że dla polskiej wrażliwości jest to bolesne.

Zależy jakiej wrażliwości. Bo jeżeli ma pan taką wrażliwość jak ja – czyli wrażliwość na prawdę, a nie wrażliwość nacjonalistyczną – to nie powinien się pan obrażać. Ludzie, którzy tak mówią, słyszeli bowiem o niegodnych postawach Polaków od swoich dziadków i pradziadków.

A dlaczego, skoro Ukraińcy czy Litwini brali znacznie bardziej czynny udział w Holokauście, to właśnie Polacy stali się symbolem tej kolaboracji?

Dlatego że najwięcej ocalonych, którzy znaleźli się po wojnie na Zachodzie i w Izraelu, pochodziło właśnie z Polski. Ocaleni z Ukrainy czy Litwy nie mogli przecież przez długie lata wyjechać z ZSRR. W efekcie to ból polskich ocalonych ukształtował potoczną opinię Izraelczyków na ten temat.

dr Alina Cała jest pracownikiem naukowym Żydowskiego Instytutu Historycznego. Specjalizuje się w dziejach antysemityzmu.

Jest też działaczką feministyczną. W 2006 roku kandydowała w wyborach samorządowych z listy Zielonych 2004

Piotr Zychowicz

Córka gen. Nila apeluje do Żydów o umiar

Córka bohatera AK prosi Żydów o umiar

Maria Fieldorf-Czarska napisała pełen drwiny list do naukowca Żydowskiego Instytutu Historycznego, który oskarżył Polaków o wydawanie Żydów okupantowi. Córka zabitego przez UB generała “Nila” apeluje, by podziękować Żydom za to, że pracując w aparacie represji “pomagali” polskim patriotom.

List skierowany do doktor Aliny Całej - tej samej, która opowiadała o polskiej pladze pogromów na Żydach i o antysemityzmie polskiego kleru - został opublikowany na łamach “Naszego Dziennika”.

Córka legendarnego dowódcy Armii Krajowej, generała Augusta Emila Fieldorfa, najpierw z oburzeniem, a później z gorzką ironią wypowiada się na temat poglądów Aliny Całej.

“Ze zdumieniem stwierdziłam, że jedyna różnica między spieglowskimi specjalistami od zamazywania odpowiedzialności Niemców za zbrodnie na obywatelach Polski narodowości żydowskiej a Panią polega na tym, że Pani robi to z większą złością wobec Polaków i jeszcze bardziej niesprawiedliwie niż Niemcy” - napisała Maria Fieldorf-Czarska.

W dalszej części listu zatytułowanego “Uczcijmy Żydów ratujących Polaków”, córka generała wystosowała ciekawy apel do Żydowskiego Instytutu Historycznego. “Należy podziękować wszystkim Żydom, którzy po wojnie pomagali polskim patriotom, prześladowanym i mordowanym przez sowieckie siły ‘bezpieczeństwa publicznego’ tylko dlatego, że chcieli Polski wolnej, suwerennej.” - pisze Maria Fieldorf-Czarska.

Żydzi mieli duże możliwości pomagania, ponieważ wielu z nich zajmowało wysokie stanowiska w aparacie policyjnym i policyjnym Polski sowieckiej. Co prawda, mojemu ojcu nie pomogli, ale uczestniczyli w mordze sądowym; pisali akt oskarżenia i wydali dwa razy wyrok śmierci na ojca” - dodaje córka gen “Nila”.

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Winni Zagłady! 

Wywiad z dr. Anną Cały z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie, opublikowany przez “Rzeczpospolitą”, jest jednym z kluczowych tekstów dla zrozumienia współczesnych stosunków polsko-żydowskich. Teza o współodpowiedzialności wszystkich (!) Polaków za hitlerowski Holocaust postawiona jest w nim bezdyskusyjnie, jako niepodważalna prawda historyczna. Wszelkie próby dyskutowania czy też podważania tej tezy są niczym innym jak “antysemicką agitacją”.

Polska była przed wojną antysemicka. Antysemickie były polskie, prawicowe elity polityczne i Kościół. W Polsce dokonywano pogromów. Antysemicki był rząd na uchodźctwie i antysemicka była AK. A jak powstały dogodne warunki, to Polacy z zadowoleniem patrzyli i pomagali Niemcom. 

Opinie dr. Cały nie powinny być szokujące. W końcu od momentu obalenia komunizmu dowiadujemy się od polskich publicystów i historyków w naszych mediach, że w czasie powstania w Getcie Polacy jakby nigdy nic jeździli sobie na wesołej karuzeli! W końcu widzieliśmy “Shoah”.

Waga wypowiedzi dr. Cały polega dla nas na tym, że ujawnia mechanizm tworzenia obrazu Holokaustu przede wszystkim w oczach samej społeczności żydowskiej, zwłaszcza w USA i Izraelu. Tak postrzegają sprawę odpowiedzialności Polaków w swej większości Żydzi, a na pewno taki obraz przedstawiany jest najmłodszemu pokoleniu Żydów, które z żadnym innym poglądem na te sprawy nie zetknie się, przynajmniej w okresie formowania postaw i wartości. I tym karmieni są odbiorcy publikacji na temat Holokaustu spoza społeczności żydowskiej. A ponieważ tematem Holokaustu tak naprawdę zajmują się tylko Żydzi, a inni polegają na ich opiniach, sprawa jest jasna. I dlatego w 60 lat po wojnie niemiecki “Spiegel” może zupełnie poważnie postawić tezę, że eksterminacja Żydów to był “projekt europejski”, bo wszyscy chcieli mordować Żydów, a Niemcy im tylko w tym pomogli! 

Oczywiście, w odpowiedzi dr. Cały natychmiast pojawiły się doskonałe teksty pióra Władysława Bartoszewskiego czy Piotra Gontarczyka. I polska opinia publiczna będzie zapewnie usatysfakcjonowana, bo agresywne i niesprawiedliwe opinie spotkały się z należytą ripostą. Ukazano dosyć dobrze “konfabulacje”, uproszczenia i brak podstaw źródłowych do formułowania takich tez, jak zborowa odpowiedzialność Polaków, prowadzonych przez Kościół i prawicę narodową do współpracy z hitlerowcami w dziele mordowania Żydów. Wydawać się będzie wielu z nas, że poglądy dr. Cały są skrajne, a górę weźmie obraz bardziej wyważony. Być może odezwie się nawet ktoś mniej polakożerczy ze środowiska żydowskiego, zapewne starszy wiekiem historyk lub znający lepiej Polaków dyplomata, jak zrobił to pan Szewach Weiss w odpowiedzi na tekst z tygodnika “Spiegel”. 

Tyle tylko, że nasza obrona dobrego imienia, nasze historyczne przykłady, dokumenty i dowody to groch o ścianę. Podobnie z całkiem licznymi, obiektywnymi i historycznie wyważonymi opiniami żydowskich historyków. Nie liczy się żadna riposta, żadna polemika - bo tej po prostu nikt nie weźmie pod uwagę. Liczyć się będzie i będzie powielana teza polskiej (!?) historyk z poważnego instytutu. Tak jak liczą się tylko te książki Grossa, w których pisze o Polakach źle, a nie te, w których pokazuje dokonane na nich zbrodnie. Prawda o Holokauście jest jedna i tę prawdę głosi dr Cały. 

Wydaje się niektórym, że historia nie ma dziś żadnego znaczenia. Do tego przekonują nas media i autorytety, radzące myśleć o przyszłości. Poziom wiedzy historycznej w społeczeństwach zachodnich jest coraz niższy, a istniejąca wiedza sprowadzana jest do trywialnych zlepków rozrywkowych bestselererów czytanych w wagonach metra. Przeciętny student amerykańskiego uniwersytetu, jeżeli wogóle interesuje się historią, wie o drugiej wojnie w Europie tyle, że chodziło w niej o likwidację Żydów, i że winni temu byli “Nazis” oraz ich pomocnicy, Polacy. Nie sądzę, aby inaczej było w Europie. I tak jest z kształtowaniem pamięci o Zagładzie. Tu nie ma żadnej debaty czy analizy złożonego problemu. Tu nie ma miejsca na odcienie. Jest biało-czarny obraz ofiary i kata. Oprawca musi być obrzydliwy, zły, ciemny. Niemcy w swej masie, w swej historii i kulturze - dziwnym trafem - do takiego obrazu jakoś nie pasują, ale Polacy - znakomicie!

“Polacy wysysają antysemityzm z mlekiem matki”. Nie, to nie obraźliwa, rasistowska teza! To prawda. Taki obraz jest potrzebny i taki obraz jest bezwzględnie propagowany. Polacy są winni Holokaustu. Wszyscy. Na ich terenie stały obozy, więc to “ich” - polskie obozy! Zapytajcie Państwo sąsiadów albo sięgnijcie po “Toronto Star”. Czy można się potem dziwić postawom młodych Żydów przyjeżdżających do Auschwitz, że nienawidzą Polski, bo to ziemia zlana żydowską krwią?!

I w niczym nie przeszkadza temu sadzenie w Jerozolimie drzewek czy odznaczanie medalem “Sprawiedliwych” polskich bohaterów, którzy z narażeniem życia ratowali Żydów. Bo owi polscy bohaterowie to jedynie “ekskluzywna grupa” i dr. Cały powie, a za nią powtórzą inni, że tak naprawdę to Żydów masowo (procentowo) ratowali np. Duńczycy. A Polacy nie! 

Pisał kiedyś George Orwell, że kto kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość. A kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość. Jaka będzie przyszła wiedza świata o dramacie Polski w latach drugiej wojny? Czy będzie to rola kata?

WMWojnarowicz

PS  Wywiad z Anną Cały publikujemy w tym samym dziale

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Nie ma wolności bez “Solidarności”? 

Europa, Europa, nasza Europa. 20 rocznica upadku komunizmu i politycznego złączenia rozdartego “żelazną kurtyną” kontynentu jest okazją przedstawienia Polakom i innym mieszkańcom kontynentu generalnie bogactwa wspólnej historii i kultury. We Wrocławiu na przykład otwarto wielką wystawę poświęconą Europie, na której zwłaszcza najmłodsi jej obywatele mogą się wiele ciekawego dowiedzieć. Doskonale orientując się, jak dotrzeć w dzisiejszych czasach do młodego pokolenia, eurokraci z Brukseli sięgnęli też po internet. Oto na youtube pojawił się krótki filmik obrazujący powojenną drogę Europy do wolności i demokracji. Taka historyczna pigułka, po łyknięciu której coś tam w tych głowach zostanie.

I oto ta historyczna “piguła” wstrząsnęła nieco naszymi politycznymi elitami. Okazało się bowiem, że w historycznym przesłaniu dokumentującym proces wykuwania wolności w Europie, wyzwalającej się z zimnowojennych podziałów, nie ma miejsce dla polskiej “Solidarności”. Poza wspomnieniem “Praskiej wiosny” z 1968 roku czy też rozbijania berlińskiego muru, pojawił się - a jakże - motyw polski: 3-sekundowa migawka z gen. Jaruzelskim i scena zadymy w Warszawie. Polskich polityków zatakało całkiem na poważnie. No bo i w samej rzeczy dotarło do nich po kilkunastu latach, jakie miejsce zajmuje i ma zajmować Polska w historycznej edukacji Europy. Nie ma nas. Koniec. Kropka. Nie było żadnej milionowej fali pokojowo walczących z komuną robotników. Nie było żadnych strajków. Nie było fenomenu zbiorowej solidarności zastraszanego społeczeństwa. Była jakaś zadyma. I tyle. Komunę obalił Gorbaczow! No, OK - może pomogli mu jeszcze Czesi.   

Zabolało nasze elitki, oj zabolało. Oburzeni byli wszyscy, z premierem i “Wyborczą” na czele. Dotarło bowiem do publicznej świadomości, że w ramach jednoczenia kontynentu to my mamy się uczyć historii wielkich tego świata, odkrywać kulturę innych, bardziej zasługujących na uwagę nacji, podczas gdy nam i naszym dokonaniom wyznaczono miejsce marginalne. To w sumie bez znaczenia, jaki epizod wybierze się dla ilustracji istnienia Polski w Europie, Równie dobrze można by było pokazać urywek z Rokossowskim, w końcu to był Marszałek Polski. Owszem, jest ta Polska w europejskiej rodzinie, ale bardziej jako czarna owca, którą ciągle trzeba strofować, pouczać i czekać, aż dorośnie do przeznaczonej jej roli. 

Jeśli ktoś nie rozumiał, po co tworzono Unię Europejską, to teraz już powinien. To jest pomysł silnych i bogatych, jak zabezpieczyć swój stan posiadania. Ekspansja, przyjmowanie nowych członków do elitarnego, zachodniego klubu wymuszona była nagłym rozpadem Sowietów, ale nie znaczy to, że zmianie uległa europejska optyka, kształtowana od wielu, wielu dzisięcioleci. Jest zatem ta prawdziwa Europa i są jej peryferie. Jest kulturalne i cywilizacyjne jądro i są zacofane prowincje. Ale żeby się zaraz uczyć o tych prowincjach? Bez przesady!

Filmik wyprodukowany dla Komisji Europejskiej zrobili zapewne jacyś młodzi eurokraci. I zrobili tak, jak naprawdę problem wolności w Europie widzą. Tak ich nauczono, być może na najlepszych uczelniach. To nie jest ich wina, że o Polsce i roli “Solidarności” w podgryzieniu korzeni komunistycznej potęgi wiedzą to, co pokazali, czyli nic. 

Historię i kulturę, jak wszystko inne w naszej wspołczesnej cywilizacji trzeba promować. W świecie globalnego handlu trzeba się wedrzeć na rynek ze swoim towarem. A w naszym przypadku nie tylko że towar mało atrakcyjny, bo polski, to jeszcze dociążony określonymi podejrzeniami. Zawsze można będzie mówić o polskim obskurantyzmie czy antysemityzmie, bo do tego przyzwyczajana jest europejska opinia od dawna. Prymitywne zachowania naszych rodaków wędrujących za pracą szybko znajdują drogę do mediów, potwierdzając daną z góry tezę. Negatywne generalizowanie w polskim przypadku jest jak najbardziej akceptowane. Ale cokolwiek dobrego powiedzieć o kraju nad Wisłą to już ryzyko.

Nad urabianiem pozytywnego obrazu innych krajów i nacji pracują wyspecjalizowane agendy rządowe i prywatne. Na ten cel idą miliony euro i dolarów. Produkcja filmowa i teatralna to oręż w walce o uwagę odbiorcy. Tu konkurencja jest mordercza. Jak się ma pod górkę z generaliami, to się jedzie z epizodami, albo odwrotnie. Ot, tak dla przykładu. Mówienie, że Niemcy to na wojnie rycerze bez skazy może jeszcze - na razie - niektórych drażnić. No, to “jedziemy” indywidualnie i robimy filmy o rycerskim “Czerwonym baronie” albo o przeciwniku Hitlera, wrażliwym na okropieństwa wojny arystokracie Stauffenbergu. I wychodzi fajnie, i jeszcze trochę a okaże się że Hitler i jego banda to był właśnie nic nie znaczący epizod, a w obozach to pracowali jacyś mityczni “nazis” no i oczywiście na ochotnika Polacy (może jeszcze z Łotyszami).

A tak na marginesie. Ileż uciechy było wśród “wykształconych” i “obytych” w świecie rodaków, kiedy niemiecki brukowiec robił sobie zabawę z polskich “kartofli”. Ubaw był po pachy. I nikt nie zauważył, że przedmiotem drwiny był szef państwa, i że nie ważne jest, że nikt nie będzie pamiętał, z którego prezydenta “można” sobie kpić. Po prostu kolejny “polski dowcip” w którym kolejny raz Polak jest głupi. A po głupich można jeździć jak po łysej kobyle. Albo jak po “mocherach”. No to jeżdżą.  

WojciechMichałWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Jakie nadzieje wiążesz z nadchodzącą wiosną?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Maj 2012
P W Ś C P S N
« kwi    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031