Tag Archive | "WMW"

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Popierajmy naszego szeryfa!

wojciech-m-wojnarowiczCo parę lat na trawnikach i bilboardach wykwitają nam kolorowe plansze z nazwiskami polityków, z których bardzo niewielu jest kojarzonych przez szerszą publiczność. Zaczepiająca nas, wielobarwna mozaika tych plansz pozwala nam jedynie zauważyć, iż proszący o nasz głos nie mają zaznaczonych przy swoich nazwiskach partyjnych lojalności. Startują niejako pod własnymi “barwami”.
Jest faktem powszechnie znanym iż wybory municypalne w Kanadzie nie budzą wśród wyborców zbyt wielkich emocji. W odróżnieniu od elekcji posłów do parlamentu prowincji lub do Izby Gmin w Ottawie, interesuje się nimi niewielka część elektoratu, a udział w głosowaniu bierze do 30 procent uprawnionych. Prasa, zwłaszcza lokalna poświęca im sporo miejsca, ale w reportażach brak tej zajadłości, jaką znamy z okresowych pojedynków konserwy z liberałami. Niby wybory, niby poważne tematy - a postronny obserwator ma takie wrażenie, jakby wszystko płynęło w zwolnionym tempie. Czy to dobry znak?
Wybory do rad miejskich i regionalnych, na burmistrzów miast i miasteczek, to najbardziej dostępny dla nas stopień demokratycznej kontroli władzy. Na tym poziomie systemu przedstawicielskiego każdy obywatel może starać się zrealizować swoje bierne prawo wyborcze. Każdy może zgłosić swoją kandydaturę, i przy niewielkich stosunkowo nakładach kosztów walczyć o bycie wybranym!
Z tego też poziomu lokalnej reprezentacji mieszkańcom danego terytorium - czyli nam samym - najbliżej jest do “ich” przedstawicieli. Właśnie fakt, iż politycy samorządu terytorialnego nie podlegają (takie jest założenie) partyjnym strukturom i mogą podejmować decyzje wolni od partyjnej dyscypliny sprawia, iż są to politycy najbardziej niezależni w swej działalności. Czy potrafimy to wykorzystać? Wszak większość decyzji bezpośrednio dotyczących jakości naszego codziennego bytowania zapada w lokalnym samorządzie.
Czy rzeczywiście jednak nasi przedstawiciele w radach municypalnych i burmistrzowie są tak niezależni w swych pracach i podejmowanych decyzjach, wartych często setki milionów dolarów? Czy fakt, iż na plakatach nie zaznacza się partyjnych lojalności świadczy, iż partyjne powiązania nie odgrywają roli?
Nie bądźmy naiwni. Dzisiejsze kampanie samorządowe są w dużej mierze operacjami prowadzonymi przez te same “sztaby wyborcze” - grupy ludzi, którzy uaktywniają się w wyborach wyższego szczebla, a duża część kandydatów to bądź byli politycy (prowincjonalni lub federalni), lub też ludzie, dla których samorząd to pierwszy szczebel wymarzonej kariery. Oczywiście, są też tacy kandydaci, dla których kariera municypalna to ich jedyne zajęcie. Ale i oni muszą liczyć się z politycznym realiami, bo w końcu w swej pracy dla miasta bądź regionu zmuszeni będą do współpracy i współistnienia z innymi poziomami polityki. Kanadyjczycy są w przeważającej części politycznymi realistami. Być może dlatego duża część wyborców macha ręką na realne szanse łatwiejszego przepchnięcia w wyborach “swego” kandydata, nie mając nadziei, iż “samotny” polityk będzie w stanie cokolwiek osiągnąć bez “chodów” na politycznej górze.
Innym powodem tego wyborczego letargu może być świadomość, że choć lokalni politycy mogą być mniej zależni od politycznych szefów z Ottawy lub Queen’s Park, to są z drugiej strony bardziej uzależnieni i - często-gęsto - blisko powiązani z lokalnymi interesami. Docierające do opinii publicznej za pośrednictwem mediów z dużą regularnością korupcyjne afery, w których główne role grają politycy municypalni, dają nam okazję do zobaczenia mechanizmów, które kierują pracą naszych lokalnych przedstawicieli. O tym, jak bliskie i lukratywne może być owo sprzężenie interesów lokalnych developerów i władz miejskich, świadczą dobitnie informacje docierające do nas z przebiegu dochodzenia w Mississauga, gdzie odpowiadać na pytania komisji dochodzeniowej musi sama legendarna Pani Burmistrz, Hazel McCallion.
W tegorocznej kampanii municypalnej w Ontario największe zaciekawienie budzą “wyścigi” do fotela burmistrza - czyli tutejszego “mayora” - w Toronto i w “naszej” Mississauga. W wielkim Toronto faworytem zdaje się być radny Rob Ford. Sondaże dają mu poparcie około 45 procent zdecydowanych wyborców, a drugi za jego plecami, były liberalny minister w rządzie McGuinty’ego, George Smitherman plasuje się daleko, z 21 procentami. Tyle tylko, że kampania dopiero tak naprawdę nabiera rumieńców i jest jeszcze sporo czasu, w którym to nie tyle inni kandydaci mogą nadrobić dystans do Forda, ile sam faworyt może sobie zaszkodzić, dajmy na to, poprzez nierozważną wypowiedź. W mediach najwięcej uwagi poświęca się planom wszystkich kandydatów dotyczących komunikacji miejskiej. Ludności w Toronto i okolicach przybywa, i metropolia zaczyna się dusić w komunikacyjnym tłoku. Plan Forda, zakładający skoncentrowanie się na rozbudowie metra, kosztem komunikacji naziemnej, zwłaszcza tramwajowej, jest zdaniem wielu, bardzo kontrowersyjny. Chodzi m.in. o to, że rząd Ontario już zatwierdził środki na rozbudowę lekkiej kolejki naziemnej - LTR, tego samego typu, jaka łączy metro z centrum Scarborough. O innych funduszach na razie nic nie wiadomo. Ale kampania trwa.
Najciekawsza “historycznie” zdaje się jednak kandydatura Hazel Mc Callion. Zdawało się, że 89-letnia Pani Mayor odejdzie w glorii najdłużej sprawującego urząd polityka municypalnego Kanady. 32 lata w urzędzie to nie małe dokonanie. Ale Pani McCallion, być może podrażniona krytycyzmem części radnych, niecierpliwie oczekujących swej szansy w walce o “Jej” fotel, postanowiła jeszcze raz stanąć w wyborcze szranki. I w zasadzie to jest już… po wyborach!  Popularność Pani Mayor jest tak wielka, iż inni kandydaci lub kandydatki, nie robią sobie nawet złudzeń. Niektórzy tylko dziennikarze zadają sobie pytanie, czy warto? Co jeszcze może osiągnąć osoba, która wprowadziła Mississaugę do rzędu wielkich miast Kanady? I czy nie ryzykuje swej legendy, przedłużając trwanie w urzędzie? Ale Pani Mayor zasłużyła sobie na prawo podjęcia dowolnej decyzji. Temu nikt nie zaprzeczy.
WMWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


“Polityka miłości” czy polityka wojny

wojciech-m-wojnarowiczCodziennemu odbiorcy strumienia informacji znad Wisły może wydawać się, iż polska polityka ulega coraz dalej idącej brutalizacji. Ataki personalne zastępują coraz częściej rzeczowe argumenty, a ci politycy, którzy wypowiadają najbardziej szokujące opinie, którzy mieszają innych z błotem, najczęściej goszczą w mediach. Czy to szaleństwo, czy też specyficznie polska odmiana prowadzenia polityki?
W ramach publicznej refleksji nad stanem naszego państwa, na łamach i stronach internetowych “Rzeczpospolitej”, “Tezeusza” i na stronie facebooka toczy się obecnie debata na temat roli i miejsca tolerancji w naszym życiu publicznym. W ramach tej właśnie debaty ciekawą diagnozę problemu zaproponował nam były polityk, niedoszły “premier z Krakowa”, Jan Maria Rokita.
Rokita proponuje rozdzielenie pojęcia polityki na dwie, co prawda wzajemnie ze sobą splecione, ale nie tożsame, sfery aktywności. Jedna to walka o władzę. Podstawowym celem każdej aktywności politycznej jest walka o zdobycie władzy. I w tej walce nie ma miejsca na żadne słabości. Przeciwnik polityczny jest rywalem, którego należy “zniszczyć”, ukazując opinii publicznej tylko i wyłącznie jego słabe i kompromitujące strony. Jeśli zaś rzeczowych dowodów na takowe nie ma, należy je spreparować, wymyślić, podpowiedzieć, słowem stworzyć takie przekonanie, iż dowodów na nasze oskarżenia nikt nawet nie będzie potrzebował! Przeciwnik w walce wyborczej ma się jawić elektoratowi jako realne i bezpośrednie zagrożenie jego podstawowych interesów.
Dlatego też polityk Rokita ani miejsca, ani nawet potrzeby tolerancji w takim aspekcie polityki nie widzi. Polityka to nie współżycie rozmaitych poglądów religijnych, czy też intelektualny spór o wartości. W walce nie można okazywać tolerancji dla przeciwstawnych poglądów, nie można kierować się sentymen- talną wielkodusznością, bo to oznacza słabość - bądź własnych przekonań, bądź siły woli. A wyborcy szukają silnych, wyrazistych idei i przywódców, ludzi zdecydowanych, zdolnych do realizacji zamierzonych celów. Taka jest już natura polityki.
Jest jednak druga sfera polityki - sposób sprawowania zdobytej władzy, sfera, którą Rokita określa zapomnianym już nieco, staropolskim terminem “pracy państwowej”. I tu właśnie - jego zdaniem - wszystko to, co przeszkadza w bezpośredniej walce o władzę, staje się wręcz niezbędne. Realizując program budowy czy reformy państwa konieczne jest budowanie szerokiego frontu poparcia dla własnych zamierzeń. Tu właśnie konieczna jest zdolność politycznej współpracy, zawierania sojuszy, sięgania poza swój żelazny elektorat. Ci politycy, którzy po zdobyciu władzy są zdolni do współpracy z opozycją, którzy są zdolni zmobilizować dla realizacji swych pomysłów szerokie zaplecze, odnoszą sukces i w kolejnych wyborach mogą zaprezentować swe osiągnięcia jako argument na rzecz pozostania u władzy. I w tym właśnie zakresie “pracy państwowej” widzi Rokita groźną słabość Polski. Raz bowiem zdobywszy władzę, polscy liderzy nie zabierają się do budowy lepszego, sprawniejszego, bardziej przyjaznego obywatelom państwa, lecz w dalszym ciągu prowadzą walkę wyborczą, koncentrując się na osłabianiu realnej bądź potencjalnej opozycji. I to jest właśnie ten spektakl agresji, który jest nam dziś serwowany. Dlaczego tak jest?
Rokita wymienia trzy kluczowe elementy, które odróżniają nasz system polityczny od dojrzałych demokracji Zachodu. Brak zakotwiczenia tych elementów w praktyce politycznej Polski sprawia, iż w naszym życiu politycznym ześlizgujemy się w historyczne koleiny polskiej anarchii, prywaty i “wojenek kokoszych”, gdzie miejsce skłóconej magnaterii zajmują tuzy naszego życia politycznego.
Po pierwsze, szacunek i autorytet instytucji państwowych. Przykład Niemiec pokazuje, zdaniem Rokity, że instytucje państwowe mogą być traktowane poważnie, a w razie potrzeby ów szacunek potrafią także wymusić. Niemiecka polityka jest daleka od medialnej widowiskowości, ale kieruje się ona nakazem skuteczności. I pani kanclerz Merkel ze swoim mało medialnym profilem spełnia polityczną misję, którą jej powierzyli wyborcy i za którą ją będą ostatecznie rozliczać.
Po drugie, nasze partie polityczne nie są budowane w oparciu o zasady wewnętrznej demokracji, wymiany i ścierania się poglądów, lecz jako drużyny skupione wokół “wodza”. Lojalność i bezwzględne podporządkowanie się szefowi, a nie rzeczowe przygotowanie i zdolności w zarządzaniu administracją państwową leżą u podstaw kariery. Jako instytucje, partie są więc nastawione jedynie na realizację bieżących zadań, wynikających z walki o władzę. Przy słabym autorytecie państwa następuje jego  upartyjnienie, interes partii bowiem zastępuje politykom perspektywy interesu państwa. To z pracy partyjnej a nie państwowej rozliczani są działacze. Brak realnych reform w kluczowych resortach tłumaczy się tym, iż mogłyby one zaszkodzić interesom wyborczym rządzącej formacji.
Trzeci element to media. W założeniu ustroju demokratycznego, media spełniają rolę recenzenta władzy. Powinny być w miarę bezstronne i rzeczowe. W naszym wypadku polskie media są gęboko upartyjnione i ich werdykt jest nie recenzją na potrzeby wyborców, lecz partyjną laurką. Co więcej, media potrzebują “towaru”, który się sprzedaje. Sensacyjność, “zadyma” sprzedają się w Polsce najlepiej. Jeżeli więc ktoś liczy na pomoc mediów w kwestii budowania zdrowego państwa, to się przeliczy. Media chcą cyrku, a nie debaty o sensownym państwie, bo taka debata byłaby po prostu nudna i nie byłoby “tematu dnia”. “Temat” zaś to zawierucha, gwizdy, żenujące wypowiedzi itp. Wtedy jest o czym “gadać”.
Jeżeli Rokita ma rację, to to, co widzimy, nie jest aberracją, lecz polską prawidłowością. Pytanie dotyczy przyszłości. Co musi się stać, aby ktoś zaczął dbać o rozwój i dobrobyt państwa?

WMW

Posted in Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Hitler rulez

1 września politycy wygłaszali okolicznościowe przemówienia, a polskie dzieci poszły do szkół, na murach których oprócz normalnych bazgrołów od czasu do czasu pojawiają się napisy takie, jak ten tytułowy. Woźne mojego dawnego liceum problemu nawet nie zauważyły, a zagadnięta na parkingu nauczycielka wyjaśniła mi, iż za napisy odpowiedzialna jest szkolna dziatwa, a pan dyrektor nie ma środków na czyszczenie ścian. No!

1 września 1939 roku umarł świat stworzony w oparciu o idealistyczne zasady samostanowienia narodów, wyartykułowane najlepiej po Wielkiej Wojnie 1914-1918 roku przez prezydenta USA, Woodrow Wilsona, a zrealizowane w oparciu o ułomny Traktat Wersalski. To był chybiony eksperyment, moment nieuwagi wielkich tego świata. 1 września skorygował ten błąd, w konsekwencji hitlerowskiej agresji umarła zasada bezwarunkowej suwerenności w Europie małych i średnich państw. Umarła także w sposób nieomal niezauważalny odtworzona w swym mniej więcej historycznym kształcie Rzeczpospolita. Czuł to zmobilizowany na kresach prof. Stanisław Swianiewicz, ale poza nim niewiele osób zapewne miało poczucie tej epokowej zmiany. Wojna jak wojna, miała skończyć się do Świąt, wraz z aliancką ofensywą. Ta nowa wojna, rozpoczęta przez Niemcy, cokolwiek miało w niej miejsce, realizowała starą zasadę imperialną - rządzą wielcy, a mali mają się ustawić w ich orszaku. I ta zasada przyświeca nam do dziś, mimo wszelkich górnolotnych frazesów. Współczesnym światem rządzą od tamtych lat wielkie mocarstwa, one nadają ton międzynarodowej debacie, wymianie gospodarczej i wzajemnym relacjom narodów.

W Polsce nadal panuje moda na analizowanie przyczyn klęski wrześniowej. I są tacy, którzy z wielkim trudem dowodzą, jak mogliśmy te wojnę wygrać, a przynajmiej nie przegrać tak rozpaczliwie. Zapominają przy tym, iż 1 września 1939 roku doszła do głosu w świecie ideologia eksterminacji całych społeczeństw. Polska stanęła na jej drodze. Tak - mogliśmy uniknąć anihilacji, ale jedynie za cenę przyłączenia się do brunatnego lub czerwonego terroru. A do tego nie byliśmy zdolni. Nie byliśmy jednak także zdolni do obrony siłą naszych racji i naszego sposobu życia. Cena za słabość była tragiczna.

Kampania wrześniowa była bez wątpienia szokiem dla narodu, utwierdzanym przez oficjalną propagandę w przekonaniu, iż “Armia Polska milion wojska” oraz, że w razie czego “nie oddamy nawet guzika”. Oddaliśmy nie tylko guziki, a krach polskiej państwowości był kompletny. To, co zdało egzamin, to patriotyczne nastawienie społeczeństwa, wierność żołnierska oraz przywiązanie do samej idei posiadania własnego państwa.

Lekcja września 1939 to lekcja iluzoryczności sojuszów zawieranych między wielkimi i małymi państwami, gdzie relacje klientelne brano za gwarancje pomocy. W polityce międzynarodowej nic nie dzieje się za darmo. A my nie mieliśmy naszym “sojusznikom” niczego do zaoferowania. Nie mieliśmy także zdolności do twardej gry o własne interesy, nie zdobyliśmy się na żadne zagrywki odsuwające od nas niebezpieczeństwo niemieckiej agresji. Mogliśmy i my wszak paktować z diabłem, ale powstrzymało nas od tego jakieś samobójcze poczucie obowiązku wobec zasad. Jakich zasad? Tak, mieliśmy honor i historyczne racje, ale nie mieliśmy przysłowiowych armat. I daliśmy się skierować na pierwszą linię konfliktu z oboma strasznymi totalitaryzmami XX wieku, kiedy inni wykorzystali ten czas na poprawienie własnej zdolności obronnej.

Czego uczy nas pamięć o Wrześniu 1939 roku? O to należałoby zapytać naszych polityków, wychowawców i resztę społeczeństwa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, iż tak naprawdę - niczego. Nasza naiwna wiara w siłę międzynarodowych sojuszów i zobowiązań jest nie mniejsza, niż 71 lat temu. Najlepszym dowodem owej naiwnej wiary w to, iż przeszłość sama z siebie kogokolwiek czegokolwiek uczy, wyziera z przemówienia na Westerplatte Prezydenta Komorowskiego. Powtarzanie zaklęcia, iż zjednoczona Europa jest wolna od wojennego zagrożenia uderza naiwnością. Nasza zaś własna zdolność obronna równa się dzisiaj blisko zeru. Co zaś najgorsze, to fakt, iż dziś już nie ma w społeczeństwie tej bezwarunkowej akceptacji zasady, iż dobro Rzeczpospolitej jest nawyższym dobrem. Dobrem - podniesionym do kostytutywnej podobno zasady kapitalizmu - jest jedynie to, co służy realizacji naszych bieżących zachcianek i potrzeb, a nie jakaś iluzoryczna wspólnota losów czy poczucie obowiązku wobec wspólnego interesu. Liczy się kasa i władza. Sceny rozgrywające się obecnie, czy to na Krakowskim Przedmieściu, czy na rocznicowym zjeździe “Solidarności” pokazują nam dobitnie, jak rozbite i jak skłócone jest nasze społeczeństwo.

A świat? Świat wita z radością realizację planu Obamy zakończenia wojny w Iraku. Amerykanie kończą swą misję, która kosztowała ich ponad 4 000 żołnierzy, o rannych nie wspominając. Cierpień Irakijczyków nikt nie zliczy, ale o tym było wyżej. Małych i słabych nikt w rachunki nie wlicza. Druga Wojna funkcjonuje jedynie w kontekście odpowiedzialności za Holokaust. Wszelkie inne dywagacje zarezerwowane są dla specjalistów, których rewelacji nikt nie zauważa, nawet w szkołach lub na uniwersytetach. Historia wojny jest zaś jedynie materiałem dla coraz to głupszych filmideł, w których fikcja zastępuje realia, żeby się to dało w ogóle oglądać w świecie kultu celebrities. I dlatego na murze mojego liceum ktoś wymazał to, co wymazał.

WMW

Posted in Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Kolor Europy

wojciech-m-wojnarowiczDeportacja to słowo niebezpieczne. Natychmiast przypominają się ludziom obrazy z najgorszych momentów najnowszej historii. A jednak współczesna Europa staje przed pierwszym dramatycznym wyborem: zacząć organizować selektywną deportację ludzi niepożądanych dziś, kiedy można zapewnić poszanowanie praw tych nielicznych, owej procedurze poddanych – lub za kilka lat doczekać się masowych pogromów i deportacji całych grup etnicznych pod naporem wrogiego im tłumu ludności lokalnej.

O co chodzi? Jeden z włoskich ministrów z rządu premiera Berlusconiego powtarza jak zaklęcie wezwanie, by umożliwić prawną deportację ludności cygańskiej. Cyganie cieszą się we Włoszech jak najgorszą opinią, są widoczni, nie mają ani stałych miejsc zamieszkania, ani udokumentowanych źródeł dochodów, generalnie wiadomo, iż kradną i stanowią zagrożenie. Dodatkowo jednak do jednego kotła z Cyganami minister proponuje wrzucić także biednych imigrantów z krajów innych, włączając w to „biedniejsze” kraje Unii. Kto się w tę kategorię zmieści, z grubsza wiadomo. Oczywiście lewica nie zostawia na planach włoskiej prawicy suchej nitki, ale Włosi wskazują, że kiedy podobne plany realizują po cichu, metodami administracyjnymi Francuzi oraz Hiszpanie (tak, tak, postępowa Hiszpania premiera Zapatero odsyła niechcianych imigrantów) to w Unii cisza.
Obecny dylemat to pestka w porównaniu z kwestią konsekwencji imigracji z krajów islamu. Sytuacja demograficzna Unii Europejskiej jest ciężka. Kraje europejskie, zwłaszcza te zachodnie, od lat mają zbyt mały przyrost naturalny, by utrzymać swój obecny potencjał ludnościowy i powoli lecz nieubłaganie starzeją się i kurczą. Brak własnych dzieci tradycyjnie nadrabiano wpuszczaniem imigrantów. Dawało to pożądane skutki, ale do czasu. O ile bowiem dawniejsi imigranci z dalszych, „egzotycznych” części starego kontynentu ulegali w ciągu jednej generacji procesowi asymilacji, o tyle Turcy czy Arabowie z wtopieniem się w kraje osiedlenia mają problemy. Po pierwsze, nikt ich do integracji nie zachęca; po drugie – z rozmaitych powodów integracja taka, jaką znamy z poprzednich okresów nie jest możliwa. Młodzi Arabowie z paryskich przedmieść, którzy regularnie walczą z policją, są Francuzami wedle paszportów, ale tak naprawdę są kimś obcym i często gęsto – wrogim. Agresywna islamizacja tych grup jest i powodem i skutkiem powszechnej alienacji. Rosną więc w krajach takich jak Francja, Italia, Belgia, Holandia czy Hiszpania nowe generacje ludzi kulturze europejskiej i europejskiemu systemowi społeczno-prawnemu obcy i otwarcie wrodzy. Deportacja samych napływowych biedaków – Cyganów, Rumunów czy nawet Polaków - niewiele tu pomoże, bo nie da się deportować np. młodych maghrebskich bandziorów, strzelających do policjantów z Grenoble. Nie da się, bo są urodzeni już we Francji!
Czy jednak Europejczycy, tak chętnie pouczający innych o potrzebie otwartości na inne kultury i religie gotowi są zaakceptować głębokie zmiany demograficzne - o kulturowych i prawnych nie wspominając! - prowadzące do całkowitej zmiany etnicznej kompozycji swych krajów? Śmiesznie było oglądać na ostatnim mundialu „kolorowe” reprezentacje Niemiec lub Francji, w których „rdzennych” graczy było jak na lekarstwo. Ale co będzie z Belgią lub Holandią, gdy – dajmy na to – ponad 30 procent ich ludności będzie pochodzenia arabskiego? Czy Belgia pozostanie tym samym krajem, poddanym tym samym regulacjom prawnym, z tym samym systemem wartości, co obecnie? Czy też nastąpi powolna islamizacja coraz większych obszarów europejskich, aż do ich nowego samookreślenia? Pewnego dnia demokratyczna, islamska większość Holandii może wprowadzić np. Szariat jako co najmniej równouprawniony system prawa. Albo parlament zakaże kobietom studiów w tych samych klasach, co mężczyźni. Chłopaki na paryskich ulicach będą biegać w jeansach i T-shirtach, ale ich siostry zakuta się od stóp do głów, i podda bezwzględnemu dyktatowi ojców i braci. Przebłyski tego dostrzegamy już dziś. Czemu nie może się to stać ogólną normą w arabskiej niedługo Brukseli, skoro akceptujemy takie prawa w Arabii Saudyjskiej? Demokracja to w końcu realizacja woli większości!
A ta nowa jakościowo – religijnie i światopoglądowo - większość rodzi się na naszych oczach.
Pytania te wkrótce staną przed Polską. My też starzejemy się. I do nas też dotrą imigranci spoza naszego kręgu kulturowego. Podobno ktoś chce „importować” tanich robotników z Chin. Akurat Polacy z Kanady czy Ameryki mogą współczesnym Polakom, a zwłaszcza ludziom zainteresowanym przyszłością ich kraju w kontekście zmieniającej się dynamiki demograficznej świata, przekazać konkretną wiedzę na temat dalekosiężnych konsekwencji takich decyzji. Za kilkadziesiąt lat (około 30) Kanada będzie krajem o połowie ludności pochodzenia azjatyckiego. Tego procesu już nic nie zahamuje, nie pomoże żadne, nawet gwałtowne zamrożenie imigracji z Chin czy Indii lub Pakistanu, bo ci ludzie „są” już „tu”, na miejscu, w Markham, Brampton czy Vancouver tylko się jeszcze nie urodzili!
Jaka będzie w tym samym okresie zjednoczona Europa, i jaka będzie w niej Polska?
Ze zmienionej Europy

WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Pamiętny rok 1920

wojciech-m-wojnarowiczHistoria ma nas uczyć. I uczyć potrafi, jeśli tylko jej pozwolimy spełnić swą rolę. Współczesnym Polakom, zwłaszcza tym młodszym i najmłodszym, potrzebne są przykłady mądrych postaw patriotycznych, przykładów bohaterstwa w obliczu wroga, ale także politycznej determinacji i rozwagi, które legły u podstaw naszych politycznych i militarnych sukcesów. W ostateczności to nasze sukcesy w tworzeniu i obronie państwa, a nie choćby najszlachetniejsze klęski sprawiły, że nadal trwamy w sercu Europy jako suwerenny naród.
Tworzenie zrębów polskiej państwowości po Pierwszej Wojnie Światowej wiązało się z koniecznością prowadzenia aktywnej polityki międzynarodowej, a instrumentem tej polityki było wojsko. To, że tworzące się dopiero państwo, pozbawione jakiegokolwiek doświadczenia, z niesłychanie skromnymi kadrami, potrafiło wykreować znaczne siły zbrojne i stworzyć dla tego wojska jednolite kierownictwo, ponad i wówczas potężnymi różnicami ideologicznymi i polityczną wrogością, zakrawa na cud. I o tym naszym wielkim, niewiarygodnym wręcz, cywilizacyjnym, państwowym sukcesie powinno się uczyć kolejne pokolenia.
Mówi się wiele o promocji naszej kultury i historii poza granicami. Rok 1920, Bitwa Warszawska, to jeden z elementów naszego wkładu w europejską kulturę. Może to wreszcie zostanie zauważone. Znaczenie Bitwy Warszawskiej wykracza daleko poza kwestie odbudowy niepodległej Rzeczpospolitej. Polska naprawdę odegrała w roku 1920 rolę tarczy Europy. I Polacy byli tego świadomi tak samo, jak przywódcy sowieccy. Trocki i reszta bolszewickich przywódców dążyli do realizacji ideologicznego celu - wywołania ogólnoświatowej rewolucji. Zwycięstwo nad Polską otwierało bolszewikom drzwi do Niemiec, które stanowić miały rzeczywisty motor rewolucji i bazę, w oparciu o które miano realizowac plany budowy komunistycznego ładu. Pamiętajmy, iż przywódcy bolszewiccy, zatopieni w lekturze Marksa, uważali właśnie Niemcy, z ich wysoko zorganizowanymi i wykształconymi robotnikami za prawdziwe jądro rewolucyjnego przewrotu. Rosja była najsłabszym ogniwem światowego kapitalizmu, ale prawdziwie przełomowe dla sukcesu rewolucji miało być opanowanie Niemiec. A pokonane Niemcy trawiła także rewolucyjna gorączka. Wiedzieli to także komuniści na zachodzie Europy, stąd ich wysiłek sabotowania tej, skromnej w sumie, pomocy wojskowej, jaką państwa zwycięskiej koalicji skierowały do Polski. W roku 1920 obroniliśmy nie tylko siebie.
Jak słabo rozumiał Zachód prawdziwe cele Lenina, świadczy ówczesna “interwencja” mocarstw i ich ślepa akceptacja “warunków pokojowych” stawianych przez bolszewicką dyplomację. To, co zaproponowano Polakom w Spaa, kiedy los wojny zdawał się przechylać na stronę Sowietów, to taka sama kapitulacja wobec tradycyjnego rosyjskiego imperializmu, jaka w dwadzieścia kilka lat później zaowocuje ustaleniami w Teheranie i Jałcie. Historia lubi się powtarzać.
W tegoroczne obchody rocznicy zwycięstwa nad bolszewikami zrządzeniem losu wpisała się uroczystość przejęcia zwierzchnictwa nad Siłami Zbrojnymi przez nowego prezydenta RP, Bronisława Komorowskiego. Było więc dodatkowo uroczyście. Przed grobem Nieznanego Żołnierza szczególnie zabrzmiał “Apel Poległych”. Oby ta długa lista pokoleń, które żołnierską ofiarą zdrowia i życia służyli Rzeczpospolitej w dniach jej potęgi i chwały, i w obliczu jej klęsk, zapisała się w pamięci młodego pokolenia pozytywnym przykładem. Okolicznościowe uroczystości powinny też stać się okazją do zastanowienia i poważnej, publicznej debaty, na ile stan naszego wojska odpowiada współczesnym potrzebom Polski.

Obchodzimy 90-tą rocznicę Bitwy Warszawskiej i zwycięstwa w walce o Niepodległość jako państwo suwerenne, pełnoprawny członek zarówno politycznej jak i militarnej struktury Zachodu. Nie możemy jednak zapominać bolesnych lekcji historii. Sojusze sojuszami, a najlepiej jest móc liczyć na swoje własne siły. I choć dziś nasza polityczna sytuacja, jak i sytuacja globalna nie stwarzają poważnego zagrożenia polskiego bezpieczeństwa, to troska o zdolność obronną państwa jest pierwszym obowiązkiem władz politycznych. Niestety, nie brakuje opinii, iż właśnie obecnie mamy do czynienia z poważnym kryzysem w Wojsku Polskim. Eksperci i dziennikarze bardziej lub mniej zdecydowanie, ale zgadzają się, że z jednej strony rząd na wojsku oszczędza, a z drugiej strony nasze niewielkie zasoby zużywane są na zagranicznych misjach, pogarszając i tak słabą kondycję sprzętową jednostek krajowych. Nie mamy praktycznie obrony przeciwlotniczej. Ta konstatacja powinna budzić natychmiastową reakcję. Tragiczne straty wśród kadry dowódczej pogłębiają widoczne z zewnątrz konflikty personalne. Brak jest klarownej wizji reformy systemu zarządzania wojskiem. Uzawodowienie wojska wcale nie oznacza jego profesjonalizacji. I w sumie przyznawał to prezydent Komorowski, którego przemówienie wyraźnie kontrastowało z urzędowym optymizmem obecnego ministra ON, Klicha.
Niektórzy obserwatorzy mają nadzieję, że prezydent stanie się zdecydowanym i skutecznym adwokatem interesów naszej armii wobec rządu, mając dużo większe doświadczenie dotyczące problematyki obronności państwa, jako były minister obrony. Czy te nadzieje się spełnią, czas pokaże. Potrzebne jest jednak zdecydowane działanie, bo polityczna koniunktura ma to do siebie, że nie trwa wiecznie.
WMW

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


wojciech-m-wojnarowiczPotępienie Lisickiego
Słowne spory liderów konkurujących formacji politycznych są chlebem powszednim polityki. Ale sytuacja, w której szef partii opozycyjnej podejmuje ostrą polemikę z redaktorem w sumie sympatyzującej z jego ugrupowaniem gazety, to pewne novum. Czym to red. Lisicki z “Rzepy” naraził się Kaczyńskiemu? Być może brakiem zrozumienia, o co Kaczyńskiemu obecnie chodzi. A jeżeli natychmiast Lisickiego pochwalił red. Blumsztajn z GW, no to może prezes ma powody do zdenerwowania.
Krytyka ze strony “liberalnych” mediów spływa po szefie PiS jak woda po rynnie, bo to i tak jego zadeklarowani przeciwnicy. Ale od “Rzepy” oczekiwano zapewne większego zrozumienia potrzeby chwili. Przy czym rzeczywiście Lisicki zdaje się źle odczytuje dynamikę sytuacji, przypisując Kaczyńskiemu zbyt wielki wpływ na rozwój obecnego konfliktu na Krakowskim Przedmieściu. Jarosław Kaczyński nie dokłada się do powstawania u nas “zapateryzmu”. Chętnych bowiem do powtórzenia działań hiszpańskiej lewicy w Polsce nie brakuje i bez jego ostrej krytyki wypowiedzi Prezydenta Komorowskiego o potrzebie usunięcia krzyża. Natomiast - być może - sama możliwość pojawienia się na bazie wtorkowej demonstracji ruchu społecznego, który z budowaniem zapateryzmu w Polsce będzie można skojarzyć, to nowe polityczne otwarcie i szansa na zmobilizowanie tej części konserwatywnego, tradycyjnego elektoratu, który do tej pory w wyborach był nieobecny.
Jarosławowi Kaczyńskiemu można zarzucić wiele, ale nie polityczną lekkomyślność. Jego postępowanie było i jest przemyślane i podporządkowane długofalowym planom. To, że ich realizacja nie zawsze się prezesowi PiS udaje, to już całkiem inna sprawa. Dlatego też obecny ostry i spersonalizowany ton wypowiedzi prezesa Kaczyńskiego to nie jest wynik jakiegoś nerwowego załamania, czy odreagowywania traumy, jak próbują tłumaczyć szefa jego zwolennicy. Kontrast z postawą Kaczyńskiego z okresu kampanii prezydenckiej jest logicznym wynikiem zmiany sytuacji. Wybory miały służyć zbudowaniu szerszej platformy politycznego działania, stąd brało się pewne wyciszenie tonu jego wypowiedzi. Dzień po wyborach Kaczyński rozpoczął jednakże dwie, kolejne kampanie: jedną przeciw rządowi PO, z perspektywą przyszłorocznych wyborów, i drugą, skierowaną osobiście przeciw Bronisławowi Komorowskiemu, obliczoną na osłabienie jego wizerunku do momentu następnych wyborów za lat pięć. I w tym działaniu Kaczyński jest bardzo konsekwentny. Rozdzieranie szat nad jego “strasznym” wnętrzem jest jedynie dawaniem dowodu naiwności. Kaczyński buduje swą siłę na walce, na kontestacji obecnego ładu politycznego w Polsce. I mówi szczerze o tym, iż mamy do czynienia z walką dwóch wzajemnie wykluczających się wizji kraju. Dziś w sondażach ta taktyka pełnej konfrontacji zdaje się PiS szkodzić, ale za kilka miesięcy, kiedy być może sytuacja gospodarcza osłabi dobre notowania rządu, a wzrost cen zaniepokoi dosyć mimo wszystko ospały, polski elektorat, może być różnie.
Happening czy wojna polsko-polska?
Happeningowa, nocna demonstracja przeciwników obecności krzyża “smoleńskiego” przed Pałacem Prezydenckim pokazała szerokiej publiczności nową społeczną rzeczywistość nad Wisłą. Szacunek dla symboliki religijnej, wymuszany dotychczas nawet na przeciwnikach religii poprzez obawę powszechnej publicznej nagany, to czas miniony. Dawne symbole utraciły swoją powagę. Dziś, na bazie powszechnego upadku autorytetów, na tle miałkości naszych politycznych i wszelkich innych elit duża część młodych ludzi może być podatna na radykalne hasła ściślejszej separacji Kościoła Katolickiego od przestrzeni publicznej w Polsce. Dla Kościoła, dla katolickiej hierarchii i katolickich intelektualistów powinien być to dzwonek alarmowy. Rozumie to dobrze dr. Terlikowski z “Frondy”. Ale czy zrozumie to instytucjonalna “góra”? A jeżeli rozumie, to jaka będzie jej odpowiedź? Czy zresztą hierarchowie mają jakieś pole manewru na scenie politycznej walki?
Nocna demonstracja na Krakowskim Przedmieściu była dla postronnego obserwatora widowiskiem równie smutnym, jak fiasko akcji przeniesienia krzyża do Św. Anny. Dziennikarze zaś wyraźnie czekali na dramatyczne wydarzenia, bo jak inaczej wytłumaczyć całonocną transmisję z tej - anonimowej wszak - inicjatywy społecznej. Kilkutysięczny tłum zachowywał się tak, jakby garstka w sumie pozbawionych jakiegokolwiek poparcia ludzi, broniących obecności krzyża w tym miejscu, była rzeczywiście forpocztą groźnej, katolickiej krucjaty, nową “Falangą” czy czymś jeszcze gorszym.
W lukę kompletnej nieudolności Kancelarii Prezydenta, przy niezrozumiałym w sumie zachowaniu wielu dostojników kościelnych, wchodzi z premedytacją SLD, narzucając w gorączce chwili debatę o laickości państwa. Mówią o tym coraz głośniej i Napieralski, i Miller, i Szczuka, i Środa. Tyle, że akurat ta debata jest nam najmniej potrzebna, bo jeśli spór o śledztwo smoleńskie i sama kwestia politycznej, czy choćby moralnej odpowiedzialności za tę katastrofę potrafiły Polaków tak podzielić, to taka ideologiczna debata może nam rzeczywiście przynieść już nie medialno-partyjną, ale całkiem realną wojnę polsko-polską. Oczywiste jest, że polska lewica, i ta z SLD i ta poza-partyjna, szuka gorączkowo tematu, przestrzeni, w której mogłaby zaistnieć jako samoistna siła, jako alternatywna oferta dla młodych, “zeuropeizowanych” Polaków - wobec i PO, i PiS. Jest to jednak zagrywka ryzykowna dla Polski. Raz rozbudzone emocje religijne nie zostawiają miejsca na kompromis. Czy rzeczywiście chcemy powtarzać doświadczenia Hiszpanii?

Wojciech Michał Wojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (1)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


wojciech-m-wojnarowiczOdpowiedzialność za takie publiczne kompromitacje, jak ta z Krakowskiego Przedmieścia spada na tych, którzy mając wszelkie instrumenty wygaszania konfliktów, nie robią nic lub robią rzeczy byle jak. Podziały polityczne są częścią życia publicznego. Czasem są one bardzo ostre i nie do zasypania. Wystarczy popatrzeć na relacje w Italii. I trzeba brać te realia pod uwagę, gdy się podejmuje polityczne dzialania!

W Polsce mamy stare i nowe konflikty i waśnie. Na stary podział rodem z PRL-u nałożyła się wojna PiS z PO. Osobowości liderów przeradzają ten konfikt w ideologiczną wojnę, w której nie bierze się jeńców. Nienawiść jednych jest odpowiedzią na nieskrywaną pogardę drugich. Od czasu katastrofy smoleńskiej mamy dodatkowo ostry spór o jej przyczyny. W tle jest personalna już nienawiść wielu aktorów naszej sceny politycznej. W tych warunkach każde słowo staje się orężem. Prowokacja zaś urasta do rangi działań politycznych. Nikt chyba nie sądzi, iż poseł Palikot to oszołom. To bezwzględny i skuteczny gracz. Szukanie dla niego gałęzi jest oczywiście wodą na jego młyn, ale oddaje też niebezpieczny nastrój chwili.
I dlatego obecna walka o krzyż stojący przez pałacem prezydenckim też ma polityczny kontekst. Prezydent-elekt nie musiał się w sprawie przenoszenia krzyża  w ogóle wypowiadać. To nie jest żaden problem i nie ma co się martwić echami prasowymi - na Jamajce. Estetyka tego miejsca też aż tak bardzo nie cierpi, są ważniejsze problemy do załatwienia w Warszawie. Ale, jeżeli prezydent-elekt Komorowski już musiał odpowiedzieć na głupie pytanie dziennikarzy, to winien był wspomnieć jednocześnie o formie upamiętnienia tragedii smoleńśkiej. I to wszystko. Nie byłoby problemu, nie byloby wojny. Niestety, słowa rzucane bez zastanowienia kreują sytuacje kryzysowe. Zamiast stonować, zaostrzyły i tak napięte nastawienia, wzmocniły podejrzenia, iż chodzi o “zatarcie pamięci”!
Znając doskonale stopień emocji u tych, którzy w oficjalne doniesienia na temat śledztwa smoleńskiego nie wierzą, odegrano komedię z niby to umową Kancelarii z Bogu ducha winnymi harcerzami, i jednocześnie podrzucono problem Kościołowi. I wszyscy aktorzy tego smutnego widowiska wyszli ze sprawy poturbowani. Kościół warszawski powinien dokładnie przemyśleć w jakich warunkach może stawać jako strona w politycznych konfliktach, aby nie nadwyrężać swego autorytetu. Reakcja tłumu na obecność księży była, jak na polskie warunki, zaskakująca.

Kancelaria wykazała, niestety zaskakującą bezradność i nonszalancję, która przynosi ogromny uszczerbek prestiżowi państwa i jego oczekującej zaprzysiężenia głowy. Czy naprawdę nie można było stworzyć jakiejś tymczasowej tablicy, oddającej powszechnie przeżywany żal Polaków po stracie 10 kwietnia części elity RP? W końcu na Wawelu zdążono zbudować sarkofag i wyremontować kryptę w trzy dni. A tu w stolicy na choćby tymczasową tablicę się czeka ponad trzy miesiące! To nie można było w sztabie prezydenta o tym pomyśleć? Wykazać dobrą wolę, zwłaszcza iż wiadomo, jak druga strona działa i myśli. Zapowiedź zaś - w takiej formie - usunięcia krzyża musiała wywołać odruch obronny.
Komentatorzy mówią teraz o kompromitacji, o bezsile państwa. Tak, była to kompromitacja władzy, ale na własne życzenie. To nie jest tak, jak chciałaby lewica, która podnisła głowę i gra teraz cynicznie na melodię całkowitej laicyzacji państwa, że w demokratycznym państwie siłę stanowi zdecydowana na uliczne awantury policja. Miller i Wenderlich najwyraźniej zapomnieli, że choć PiS i PO dyszą do siebie niechęcią, to nawet ten kolosalny sukces Napieralskiego nadal lokują lewicę na marginesie polskiej polityki. Naśladowanie Zapatero SLD najlepiej nie posłuży. Protestujący przed pałacem zaś, bez względu, co o nich myślimy, chcą jasnej deklaracji. Nie domagają się też, o ile mi wiadomo, aby koniecznie znakiem pamięci był krzyż, wiec nie ma co demonizować tych rozemocjonowanych ludzi.
Ale, mamy zadymę, którą media wałkują, bo to dla nich gratka i która pokrywa tematy dla rządu trudne. W końcu pokazał swoje rogi finansowy kryzys finansów publicznych, który do tej pory rząd zręcznie zamiatał po dywan, choć ekonomiści trąbią o zagrożeniu od dawna. Podwyżka podatku VAT tak naprawdę niczego nie załatwia, bo to jakieś naprawdę w skali potrzeb marne 5 miliardów, a dziura budżetowa jest z dziesięć razy większa, i potrzebne są ostre reformy, jeśli coś ma w sprawie deficytu drgnąć. To już nie chodzi o ideologiczne wygibusy partii przedstawiającej się jako liberalnej, ale o bezpieczenstwo państwa. Owszem, nie jesteśmy w pozycji Grecji, ale możemy się w tarapatach znaleźć szybciej, niż myślimy.
Z tematów “lżejszych”, NATO dryfuje w Afganistanie, sygnał do rejterady dają Holendrzy.  Francuzi  podpisali z Rosjanami kontrakt na budowę i sprzedaż desantowych “Mistrali”. NATO w ramach resetowania relacji z Kremlem będzie teraz ten Kreml dozbrajać. Natomiast my mamy poważny kryzys w armii. Zamieszanie i publiczne debaty wokół dymisji dowódcy GROMu to tylko fragment większej całości, którą gen. Petelicki określił jako “umieranie” polskiej armii. Ale mamy ministra obrony, którego dobrego samopoczucia nic nie jest w stanie zachwiać.

Wojciech Michał Wojnarowicz

Posted in Wojciech M. WojnarowiczComments (3)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


Powstanie Warszawskie  - ocalenie Europy?

wojciech-m-wojnarowiczCzy możliwa jest beznamiętna analiza polityczna Powstania i jego znaczenia dla dziejów Europy?! To oczywiście zadanie dla historyków, którzy powinni podchodzić do przeszłości jak lekarz do przypadku chorobowego. Z uwagą, bez emocji. Historyk powinien myśleć metodą przyczynowo-skutkową, analizując dalekosiężne konsekwencje dwóch rodzajów faktów: tych, które miały miejsce i tych, które nie nastąpiły.
Oczywiście, nasz problem to całkowita niemożność spojrzenia na dane wydarzenia tak, jak postrzegali je ludzie biorący w nich udział. Ta bariera jest nie do przekroczenia. Największa ilość danych, faktów i informacji nie zmieni faktu, iż patrzymy i oceniamy to, co miało miejsce już z perspektywy czasów, jakie nastąpiły po nich. Ale warto spróbować.
W naszych ocenach celów wojennych zakładamy, iż celem podstawowym jest jak najszybsze skończenie działań zbrojnych, zmuszenie przeciwnika do kapitulacji przy jak najmniejszych stratach własnych. To założenie zakładałoby ułatwianie przeciwnikowi decyzji poddania się (jak u Sun Tzu), pobudzania wewnętrznej opozycji, czyż nie? A jednak decyzja koalicji antyhitlerowskiej, żądająca kategorycznie od Niemiec bezwarunkowej kapitulacji gwarantowała maksymalnie długą wojnę, do ostatniego niemieckiego żołnierza. Nazistowskie elity władzy nie miały żadnego interesu w kapitulacji, ale także elita armii, być może skłonna do przewrotu i dogadanie się z Aliantami w innych warunkach, w obliczu żądania bezwarunkowego poddania się i zdania na łaskę zwycięzców, wyboru innego niż walka nie miała. A częściowa kapitulacja Niemiec na Zachodzie mogłaby uratować Środkową Europę od sowieckiego podboju. Tyle tylko, że Amerykanie o skutkach swej polityki w okresie powojennym nie myśleli.
Zakładamy (np. z analizy Zimnej Wojny), iż celem Stalina było jak najszybsze zajęcie Niemiec i w ogóle jak największego terytorium w Europie, aby dokończyć dzieła eksportu rewolucji. Teoretyczne warunki bolszewickiego przewrotu w krajach “imperialistycznych”, sformułowane przez Lenina, istniały. Zniszczony wojną i zradykalizowany Zachód, z jakże silnymi komunistami we Francji, w Italii, Jugosławii  czy Grecji, leżał przed inwazją Armii Czerwonej jak na dłoni. Wystarczyło dojść!
Czyż walki w Warszawie, bez względu na ich polityczne kierownictwo, nie były ułatwieniem stalinowskiej strategii? Sowieccy generałowie po latach twierdzą, że mogli byli dojść do Berlina już w grudniu 1944 roku! Czyli, mogliby zatem dojść do Renu i wybrzeży Morza Północnego przed Anglosasami. Stalin miałby całe wielkie Niemcy dla siebie, nie musiałby potem tworzyć potworka pt. NRD ani kusić Bonn wizją zjednoczenia za cenę “neutralizacji”. Bez Niemiec zaś ta kadłubowa “zachodnia” Europa wobec sowieckiej przewagi nie miałaby strategicznego kręgosłupa, na którym potem zbudowano NATO i Wspólnotę Gospodarczą. Amerykanie “poszliby do domu”.
A jednak Stalin zatrzymał się na centralnym kierunku uderzenia, opóźnił o pół roku forsowanie Wisły, w konsekwencji utracił strategiczną przewagę czasu i dał Anglosasom szansę na wejście do Niemiec. Zwycięstwo w maju 1945 roku to nie było już to zwycięstwo, jakie sobie Stalin zaplanował i dlatego jakże zazdrosny o prestiż generalissimus pozwolił dowodzić paradą na Placu Czerwonym Żukowowi.
Pytanie. Czy zdobycie Polski i zniszczenie polskich elit warte było oddania Niemiec? Czemu Stalin nie zdecydował się latem 1944-go na polityczną komedię “współpracy” z AK, by potem “wrócić” do tematu? Tego nie dowiemy się nigdy, bo jest wątpliwe, czy ktoś na Kremlu pisał memoriały oceniające decyzje wojenne Wodza Ludzkości. A otwartej krytyki Stalina, jako wodza w Wojnie Ojczyźnianej, w nowej Rosji długo się nie doczekamy.
Czy możemy zatem postawić tezę, gorszącą zapewne dla wielu historycznych i politycznych “realistów”, iż Powstanie Warszawskie, w dwadzieścia cztery lata po Bitwie Warszawskiej, swoim wybuchem i heroiczną walką - przeciw obu agresorom - uratowało zachodnią Europę od sowieckiego podboju? Czy nie jest to niepoprawny, bezpodstawny “polonocentryzm”, kompleks małego i pokonanego narodu? Tak i nie.
Tak, jeżeli uważać, iż CELEM Powstania było ratowanie Europy. Celem była demonstracja żywotności niepodległej Polski. Nie, jeżeli patrzeć chłodno i krytycznie na decyzje polityczne - i ich militarne, i polityczne konsekwencje. Czynnik czasu i przestrzeni ma dla takiej analizy kolosalne znaczenie. Można policzyć wszak, ile kilometrów dzienne robiła w marszu Armia Czerwona, jak długi był opór jednostek Wermachtu latem 1944 roku i zimą 1945 roku. Jak długo trwały przygotowania do forsowania Odry, jaki był stan zapasów i transportu, etc., etc. Można chyba policzyć, gdzie byłby Front Białoruski w październiku ‘44, gdyby bez przeszkód sforsował Wisłę. Być może i tak, iż podobne kalkulacje robi gdzieś na świecie jakaś szkoła sztabu generalnego, bo współcześni generałowie uczą się na błędach, własnych i cudzych.
Nasza kalkulacja czasu, jaki Powstanie dało Zachodowi jest chyba uzasadniona precedensem historycznej analizy, skoro policzono, że Hitler mógł wygrać wojnę z Sowietami już w 1941, gdyby poszedł centralnym kierunkiem na Moskwę, a nie dzielił siły i pchał się na Leningrad i Ukrainę; a już jako pewnik zakłada się, że krótka wojna w Jugosławii kosztowała Wehrmacht cenne miesiące letnie na froncie wschodnim.
Tak, czy inaczej, ciekawy jest inny fakt. Powstanie Warszawskie w historiografii świata jako temat analiz, nie istnieje!

WMWojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


wojciech-m-wojnarowiczGrunwaldzka wiktoria

Lipiec to miesiąc przebogaty historią. Z kart naszych dziejów patrzą na nas dwie wielkie bitwy - Grunwald i Kłuszyn. Ale to Grunwald mamy wyryty w sercach i umysłach.
Okrągła, 600-na rocznica wiktorii grunwaldzkiej miała dostojną, państwową oprawę. Pod wspaniałym Pomnikiem Grunwaldzkim w Krakowie stanęli prezydenci Litwy i Polski. Oficjalne przmówienia podkreślały wagę solidarności i wspólnoty losów obu narodów, które w obliczu wspólnego zagrożenia krucjatą krzyżacką, potrafiły nie tylko zjednoczyć się w wysiłku wojennym, ale także stworzyć jeden z najbardziej unikalnych przykładów unii państwowej w dziejach Europy.
Grunwald wrył się w naszą świadomość bardziej, niż jakiekolwiek inne wydarzenia naszej tysiącletniej historii. Nie ma w Polsce miasta, gdzie nie byłoby ulicy czy placu Grunwaldzkiego. A nawet najgorszy uczeń, jeżeli zapamięta choć jedną datę z najnudniejszych lekcji historii, to będzie to rok 1410.
Czy poza dumą z przodków, Grunwald może nam jednak służyć za poglądową lekcję nie tylko historii, ale także sztuki politycznego myślenia i działania? Historycy od “zawsze” - bo już od czasów naszego wielkiego dziejopisa, Jana Długosza - byli bardzo krytyczni w ocenie politycznych skutków zbrojnego triumfu. Wskazywano, że choć wojenna mobilizacja i plan bitwy były wspaniale przeprowadzone i zrealizowane, to wielkiego zwycięstwa nie potrafiono należycie wykorzystać. Tak, skruszono w roku 1410 militarną moc Zakonu, ale nie zniszczono wroga, nie zduszono bestii. Nie zdobyto krzyżackiego gniazda - Malborka.
Zakon nie tylko przetrwał klęskę i śmierć swojej dowódczej elity, ale stanowił liczącą się siłę, ciążącą nad Królestwem Polskim jeszcze przez pół wieku! To dopiero po ciężkiej Wojnie Trzynastoletniej i Pokoju Toruńskim z roku 1466 odzyskane zostało Pomorze. A i po tej dacie zakon istniał i groźnie ewoluował. Jego zaś ostateczna likwidacja - sławny Hołd Pruski z roku 1525-go - uwieczniona wspaniałym, jakże symbolicznym płótnem Matejki, nie okazała się ostatecznym sukcesem Rzeczpospolitej lecz wręcz przeciwnie, przeobraziła katolicki, anachroniczny już wówczas, zakon rycerski w agresywny organizm polityczny, który musiał z racji logiki geopolitycznej, i w ostateczności rzucił się Rzeczpospolitej Obojga Narodów do gardła - Prusy.
Zdaniem wielu historyków zatem, lekcja i samego Grunwaldu i dalszych losów relacji polsko-litewsko-krzyżackich to przykład naszej politycznej krótkowzroczności, braku konsekwencji, nieumiejętności wypracowania przez państwowe elity władzy wyraźnego planu, skupianiu się na bieżących, wewnętrznych rywalizacjach przy zapominaniu o nadrzędnych interesach i bezpieczeństwie strategicznym państwa. Świadom tych historycznych ocen, emanujących z krakowskiego środowiska intelektualnego XIX wieku, dał im wyraz Matejko w swych obrazach, które są nie tylko pamiątką naszej wielkiej historii, ale i materiałem do przemyśleń, zaproszeniem do głębszej refleksji. Zadumany Stańczyk u stóp triumfującego tronu Jagiellonów, w chwili ich spektakularnego sukcesu, to owa historyczna refleksja nad dalszym biegiem naszych dziejów.
Patrząc na nasze dzieje z perspekty współczesności, z perspektywy zaborów i hekatomby dwóch wojen światowych, można by się zapytać, czy to miejsce Grunwaldu w naszej narodowej świadomości jest uzasadnione. Czym zakończyłaby się ewentualna klęska Królestwa Polskiego na grunwaldzkich polach?
Bawiąc się w historyczne gdybanie można postawić tezę, że zostalibyśmy zlikwidowani jako byt polityczny w Europie - raz na zawsze, niejako wyrokiem Opatrzności. Przegralibyśmy ów “Sąd Boży”, jak oceniano wówczas w chrześcijańskiej Europie starcie wojenne panujących. Pamiętajmy, że samo Królestwo Polskie było w roku 1410 stosunkowo małym i świeżym organizmem politycznym (odrodzone w 1320 roku). Klęska oznaczałaby kres dopiero rozpoczętej unii personalnej z Litwą. Do bezpańskiej Korony polskiej pretensje zgłosiliby zapewne luksemburscy władcy Czech, a racje dynastyczne i tradycje Wacławów lub Andegawenów mieliby za sobą. Umniejszona terytorialnie na rzecz Zakonu i pogranicznych marchii, Polska stałaby się częścią ziem cesarskich. Jako mniejszość etniczna, zlalibyśmy się być może z Czechami. Czy zachowalibyśmy język, pozbawieni Reja i Kochanowskiego? Nasz kulturalny rozwój, dojrzewanie narodu szlacheckiego zostałyby przerwane i wtłoczone w obce ramy. Poszlibyśmy drogą księstw śląskich. Byłyby może Małopolska lub Wielkopolska - jak dziś średniowieczne Burgundia czy Nawarra - obecne na mapach z nazwy jedynie. Grunwald więc to nie była “zwyczajna” bitwa, lecz walka o narodowe wręcz przetrwanie. Czuliśmy to i czujemy podświadomie.
WMW
PS. “Krzyżacy” to słowo-symbol, pełne złych skojarzeń, najbardziej nam nienawistnych. To jednak tylko nasza nazwa wroga. Oto naród, który w swym chrześcijańskim rozwoju wybrał sobie za patronkę Maryję Pannę, i który kult Maryjny rozwinął w tak przebogaty sposób, zwarł się w śmiertelnej walce z dumnym i sławnym państwem, którego imię w Europie brzmiało: Zakon Najświętszej Marii Panny. Imię “Bogurodzica” było sławione po obu stronach! Zakonna zaś stolica, zwana u nas Malborkiem to tak naprawdę Gród Maryji - Marienburg. Arcydzieło sztuki obronnej, jedna z najpotężniejszych twierdz Europy, nigdy nie zdobyty w walce, w kulturze i pamięci niemieckiej uchodził za gniazdo Niemczyzny, za jej forpocztę na Wschodzie. Tam, w chwili największej potęgi Rzeszy, u zarania XX wieku, dziejową rolę Zakonu w dziele niesienia niemieckiej kultury na wschód podkreślał, udrapowany w biały płaszcz Wielkich Mistrzów, Cesarz Wilhelm. Był rok 1910. Niezbadane są wyroki Opatrzności.

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Pisane z pamięci

Tags: ,

Pisane z pamięci


wojciech-m-wojnarowiczDzień Bastylii

Święta państwowe odwołują się najczęściej do wielkich zmagań narodowych. Pamięć o zdobywaniu niepodległości w walce z obcymi cementuje społeczeństwa, a jeżeli już nie budzi żywych reakcji, to nadal podsuwa zbiorowości ludzkiej jakiś wspólny punkt odniesienia. Francuzi, na opak, 14 lipca świętują wydarzenie historyczne, które odnosi się do krwawego rozdarcia narodowej wpólnoty.
Rewolucja francuska z 1789 roku była początkowo wielkim przewrotem politycznym. Rewolucyjne poszerzenie bazy wolności, likwidacja zmurszałej monarchii opartej na rodowych przywilejach szybko przeistoczyła się jednak w rzeź przeciwników “jedynej słusznej idei”. Lud paryski zachłysnął się nie tylko wolnością, ale zasmakował w krwi gilotynowanych “wrogów ludu”. Chleba nie dostał, ale dostał igrzyska! Oświeceni rewolucjoniści zapragnęli zmienić wszystko, od kalendarza po kult religijny. Orgia nienawiści do starego świata nie miała granic. Nie tylko burzono pomniki władców, ale wywlekano z grobów ich kości. Mordowano grupy etniczne i źle kojarzonych naukowców. W końcu rewolucyjni przywódcy zaczęli gilotynować samych siebie. Kiedy wspominamy o okrucieństwach bolszewików, pamiętać musimy, że rewolucyjnego terroru stosowanego w celu zbudowania nowego społeczeństwa, wolnego od przesądów i ucisku, nie wymyślili Stalin z Leninem. Oni jedynie wprowadali w życie wzory teoretycznie opracowane i praktycznie sprawdzone przez francuskich radykałów z Robespierrem na czele.
Dziś dzień 14 lipca, Dzień Bastylii to coroczna okazja dla prezentacji siły i prestiżu Republiki Francuskiej. Co ciekawe, pokaz sił zbrojnych Republiki odbywa się na osi dwóch łuków trymfalnych, tego z czasów monarchii Ludwików, których rewolucja nienawidziła - i tego przypominającego wielkość Napoleona, który rewolucję skończył. Schlebiając tego dnia zawsze żywym ludowym sentymentom, państwo francuskie zachowuje skutecznie jednakże pamięć o całej swej historii. W tym roku tradycyjną paradę na Polach Elizejskich uświetniły reprezentacje wojsk byłych afrykańskich kolonii Paryża. To tak na okągłą, 50-tą rocznicę rozpadu afrykańskiego imperium kolonialnego.
Historii, tego, co się zdarzyło, zmienić nie jesteśmy w stanie. Kwestą ważniejszą jest to, jak przeszłość zostaje wykorzystana z pożytkiem dla współczesności. Historia rewolucji francuskiej powinna być przykładem, do czego może doprowadzić totalitaryzm idealistycznych radykałow, i do czego zdolny jest tłum zwolniony spod kontroli, umocowany wniosłymi hasłami w krwiożerczych instynktach. Przedestylowana pamięć o niej stała się jednak lepiszczem tradycyjnego społeczeństwa.

Powrót do Smoleńska

Niestety. Palikot odniósł sukces, taktyka plucia przyniosła efekty. Operacja niszczenia wizerunku Lecha Kaczyńskiego także po śmierci przyniosła owoce. Zwłaszcza w przypadku posła z Lublina, którego popularność oddaje stan moralny pewnej części naszego społeczeństwa! PiS odpowiedział tak, jak tego nadaremnie dotąd oczekiwały media. Nikt już teraz nie będzie Palikota wyrzucał z PO. Odpowiedź JK oraz posłów PiS, w tej formie w jakiej uczynił to choćby poseł Brudziński, raczej też utrudni, niż ułatwi dotarcie do prawdy o samej katastrofie. Mógł prezes Kaczyński wygrać dużo na kontrolowaniu swych emocji, zapewne jednak analiza przegranych wyborów podsunęła łatwą lecz wadliwą diagnozę - zaostrzyć kurs! Polska polityka zostaje niebezpiecznie spersonalizowana. “Wyjściowe” żądanie przeprosin od krytyków jego zmarłego brata jest warunkiem politycznym, który poddaje w wątpliwość intencje współpracy, artykułowane w czasie kampanii.
W medialnym huku, w oskarżeniach, kto pokazuje więcej agresji, znika rzecz najważniejsza. Smoleńsk musi być wyjaśniony. Kiedy mowa jest o psychicznych choćby “naciskach” na pilotów, aby lądowali na czas, to można powiedzieć, że winnych stworzenia tej atmosfery zajadłej rywalizacji jest wielu. Kilka pytań nasuwa się samo, powtarzamy je w codziennych rozmowach. Dlaczego ośmieszano same plany jazdy Prezydenta do Katynia? Dlaczego odmawiano głowie Państwa prawa do reprezentacji Polski, zabierano samoloty? Dlaczego go ośmieszano na partyjnych wiecach? Ale także dlaczego w jednym samolocie znalazło się CAŁE naczelne dowództwo WP?! Jeżeli nawet prezydent musiał lecieć, jeżeli rząd nie udostępnił większej ilości samolotów, to inni dostojnicy mogli dojechać koleją, to była sobota, weekend. Na poniedziałek by zdążyli do domów! Kto w ostatecznym rozrachunku organizował wylot, kto sprawdzał zasady bezpieczeństwa, kto to prowadził???!!!!
Przekonani o zamachu pozostaną przy swoim zdaniu. Im mniej dowodów, tym bardziej oczywista będzie teza, że to spisek. Wszystkich innych ten sposób argumentacji, prezentowania oskarżeń i ferowania “właściwych” sądów po prostu znuży. Zamiast pozostać symbolem narodowego przeżywania wspólnej tragedii utraty elity państwowej, Smoleńsk (tak jak krzyż z Krakowskiego Przedmieścia) staną się elementami partyjnej agitki, łomem do okładania dowolnego przeciwnika. Polacy potrzebują poważnej, rzeczowej debaty o państwie, o gospodarce, o wartościach moralnych, o stosunku do zmieniającego się świata. Potrzebujemy debaty, jak odnaleźć się wobec współczesnego rozumienia takich pojęć jak suwerenność czy bezpieczeństwo. Smoleńsk mógł i powinien był w tej debacie stać się nowym początkiem. Zrozumienie faktu, iż państwu należy się szacunek, że nikt nie ma monopolu na racje, że tabloidowy język nie ma prawa funkcjonować w polityce na szczytach władzy - to wszystko na naszych oczach przepada. Szkoda. Dobrze, że choć ‘Rzeczpospolita’ od kilku dni zauważa traconą szansę. Może ktoś z PiSu czyta życzliwe tej formacji teksty.

Wojciech Michał Wojnarowicz

Posted in Felietony, Wojciech M. WojnarowiczComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Jakie nadzieje wiążesz z nadchodzącą wiosną?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Maj 2012
P W Ś C P S N
« kwi    
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031