Popierajmy naszego szeryfa!
Co parę lat na trawnikach i bilboardach wykwitają nam kolorowe plansze z nazwiskami polityków, z których bardzo niewielu jest kojarzonych przez szerszą publiczność. Zaczepiająca nas, wielobarwna mozaika tych plansz pozwala nam jedynie zauważyć, iż proszący o nasz głos nie mają zaznaczonych przy swoich nazwiskach partyjnych lojalności. Startują niejako pod własnymi “barwami”.
Jest faktem powszechnie znanym iż wybory municypalne w Kanadzie nie budzą wśród wyborców zbyt wielkich emocji. W odróżnieniu od elekcji posłów do parlamentu prowincji lub do Izby Gmin w Ottawie, interesuje się nimi niewielka część elektoratu, a udział w głosowaniu bierze do 30 procent uprawnionych. Prasa, zwłaszcza lokalna poświęca im sporo miejsca, ale w reportażach brak tej zajadłości, jaką znamy z okresowych pojedynków konserwy z liberałami. Niby wybory, niby poważne tematy - a postronny obserwator ma takie wrażenie, jakby wszystko płynęło w zwolnionym tempie. Czy to dobry znak?
Wybory do rad miejskich i regionalnych, na burmistrzów miast i miasteczek, to najbardziej dostępny dla nas stopień demokratycznej kontroli władzy. Na tym poziomie systemu przedstawicielskiego każdy obywatel może starać się zrealizować swoje bierne prawo wyborcze. Każdy może zgłosić swoją kandydaturę, i przy niewielkich stosunkowo nakładach kosztów walczyć o bycie wybranym!
Z tego też poziomu lokalnej reprezentacji mieszkańcom danego terytorium - czyli nam samym - najbliżej jest do “ich” przedstawicieli. Właśnie fakt, iż politycy samorządu terytorialnego nie podlegają (takie jest założenie) partyjnym strukturom i mogą podejmować decyzje wolni od partyjnej dyscypliny sprawia, iż są to politycy najbardziej niezależni w swej działalności. Czy potrafimy to wykorzystać? Wszak większość decyzji bezpośrednio dotyczących jakości naszego codziennego bytowania zapada w lokalnym samorządzie.
Czy rzeczywiście jednak nasi przedstawiciele w radach municypalnych i burmistrzowie są tak niezależni w swych pracach i podejmowanych decyzjach, wartych często setki milionów dolarów? Czy fakt, iż na plakatach nie zaznacza się partyjnych lojalności świadczy, iż partyjne powiązania nie odgrywają roli?
Nie bądźmy naiwni. Dzisiejsze kampanie samorządowe są w dużej mierze operacjami prowadzonymi przez te same “sztaby wyborcze” - grupy ludzi, którzy uaktywniają się w wyborach wyższego szczebla, a duża część kandydatów to bądź byli politycy (prowincjonalni lub federalni), lub też ludzie, dla których samorząd to pierwszy szczebel wymarzonej kariery. Oczywiście, są też tacy kandydaci, dla których kariera municypalna to ich jedyne zajęcie. Ale i oni muszą liczyć się z politycznym realiami, bo w końcu w swej pracy dla miasta bądź regionu zmuszeni będą do współpracy i współistnienia z innymi poziomami polityki. Kanadyjczycy są w przeważającej części politycznymi realistami. Być może dlatego duża część wyborców macha ręką na realne szanse łatwiejszego przepchnięcia w wyborach “swego” kandydata, nie mając nadziei, iż “samotny” polityk będzie w stanie cokolwiek osiągnąć bez “chodów” na politycznej górze.
Innym powodem tego wyborczego letargu może być świadomość, że choć lokalni politycy mogą być mniej zależni od politycznych szefów z Ottawy lub Queen’s Park, to są z drugiej strony bardziej uzależnieni i - często-gęsto - blisko powiązani z lokalnymi interesami. Docierające do opinii publicznej za pośrednictwem mediów z dużą regularnością korupcyjne afery, w których główne role grają politycy municypalni, dają nam okazję do zobaczenia mechanizmów, które kierują pracą naszych lokalnych przedstawicieli. O tym, jak bliskie i lukratywne może być owo sprzężenie interesów lokalnych developerów i władz miejskich, świadczą dobitnie informacje docierające do nas z przebiegu dochodzenia w Mississauga, gdzie odpowiadać na pytania komisji dochodzeniowej musi sama legendarna Pani Burmistrz, Hazel McCallion.
W tegorocznej kampanii municypalnej w Ontario największe zaciekawienie budzą “wyścigi” do fotela burmistrza - czyli tutejszego “mayora” - w Toronto i w “naszej” Mississauga. W wielkim Toronto faworytem zdaje się być radny Rob Ford. Sondaże dają mu poparcie około 45 procent zdecydowanych wyborców, a drugi za jego plecami, były liberalny minister w rządzie McGuinty’ego, George Smitherman plasuje się daleko, z 21 procentami. Tyle tylko, że kampania dopiero tak naprawdę nabiera rumieńców i jest jeszcze sporo czasu, w którym to nie tyle inni kandydaci mogą nadrobić dystans do Forda, ile sam faworyt może sobie zaszkodzić, dajmy na to, poprzez nierozważną wypowiedź. W mediach najwięcej uwagi poświęca się planom wszystkich kandydatów dotyczących komunikacji miejskiej. Ludności w Toronto i okolicach przybywa, i metropolia zaczyna się dusić w komunikacyjnym tłoku. Plan Forda, zakładający skoncentrowanie się na rozbudowie metra, kosztem komunikacji naziemnej, zwłaszcza tramwajowej, jest zdaniem wielu, bardzo kontrowersyjny. Chodzi m.in. o to, że rząd Ontario już zatwierdził środki na rozbudowę lekkiej kolejki naziemnej - LTR, tego samego typu, jaka łączy metro z centrum Scarborough. O innych funduszach na razie nic nie wiadomo. Ale kampania trwa.
Najciekawsza “historycznie” zdaje się jednak kandydatura Hazel Mc Callion. Zdawało się, że 89-letnia Pani Mayor odejdzie w glorii najdłużej sprawującego urząd polityka municypalnego Kanady. 32 lata w urzędzie to nie małe dokonanie. Ale Pani McCallion, być może podrażniona krytycyzmem części radnych, niecierpliwie oczekujących swej szansy w walce o “Jej” fotel, postanowiła jeszcze raz stanąć w wyborcze szranki. I w zasadzie to jest już… po wyborach! Popularność Pani Mayor jest tak wielka, iż inni kandydaci lub kandydatki, nie robią sobie nawet złudzeń. Niektórzy tylko dziennikarze zadają sobie pytanie, czy warto? Co jeszcze może osiągnąć osoba, która wprowadziła Mississaugę do rzędu wielkich miast Kanady? I czy nie ryzykuje swej legendy, przedłużając trwanie w urzędzie? Ale Pani Mayor zasłużyła sobie na prawo podjęcia dowolnej decyzji. Temu nikt nie zaprzeczy.
WMWojnarowicz










