“Polityka miłości” czy polityka wojny
Codziennemu odbiorcy strumienia informacji znad Wisły może wydawać się, iż polska polityka ulega coraz dalej idącej brutalizacji. Ataki personalne zastępują coraz częściej rzeczowe argumenty, a ci politycy, którzy wypowiadają najbardziej szokujące opinie, którzy mieszają innych z błotem, najczęściej goszczą w mediach. Czy to szaleństwo, czy też specyficznie polska odmiana prowadzenia polityki?
W ramach publicznej refleksji nad stanem naszego państwa, na łamach i stronach internetowych “Rzeczpospolitej”, “Tezeusza” i na stronie facebooka toczy się obecnie debata na temat roli i miejsca tolerancji w naszym życiu publicznym. W ramach tej właśnie debaty ciekawą diagnozę problemu zaproponował nam były polityk, niedoszły “premier z Krakowa”, Jan Maria Rokita.
Rokita proponuje rozdzielenie pojęcia polityki na dwie, co prawda wzajemnie ze sobą splecione, ale nie tożsame, sfery aktywności. Jedna to walka o władzę. Podstawowym celem każdej aktywności politycznej jest walka o zdobycie władzy. I w tej walce nie ma miejsca na żadne słabości. Przeciwnik polityczny jest rywalem, którego należy “zniszczyć”, ukazując opinii publicznej tylko i wyłącznie jego słabe i kompromitujące strony. Jeśli zaś rzeczowych dowodów na takowe nie ma, należy je spreparować, wymyślić, podpowiedzieć, słowem stworzyć takie przekonanie, iż dowodów na nasze oskarżenia nikt nawet nie będzie potrzebował! Przeciwnik w walce wyborczej ma się jawić elektoratowi jako realne i bezpośrednie zagrożenie jego podstawowych interesów.
Dlatego też polityk Rokita ani miejsca, ani nawet potrzeby tolerancji w takim aspekcie polityki nie widzi. Polityka to nie współżycie rozmaitych poglądów religijnych, czy też intelektualny spór o wartości. W walce nie można okazywać tolerancji dla przeciwstawnych poglądów, nie można kierować się sentymen- talną wielkodusznością, bo to oznacza słabość - bądź własnych przekonań, bądź siły woli. A wyborcy szukają silnych, wyrazistych idei i przywódców, ludzi zdecydowanych, zdolnych do realizacji zamierzonych celów. Taka jest już natura polityki.
Jest jednak druga sfera polityki - sposób sprawowania zdobytej władzy, sfera, którą Rokita określa zapomnianym już nieco, staropolskim terminem “pracy państwowej”. I tu właśnie - jego zdaniem - wszystko to, co przeszkadza w bezpośredniej walce o władzę, staje się wręcz niezbędne. Realizując program budowy czy reformy państwa konieczne jest budowanie szerokiego frontu poparcia dla własnych zamierzeń. Tu właśnie konieczna jest zdolność politycznej współpracy, zawierania sojuszy, sięgania poza swój żelazny elektorat. Ci politycy, którzy po zdobyciu władzy są zdolni do współpracy z opozycją, którzy są zdolni zmobilizować dla realizacji swych pomysłów szerokie zaplecze, odnoszą sukces i w kolejnych wyborach mogą zaprezentować swe osiągnięcia jako argument na rzecz pozostania u władzy. I w tym właśnie zakresie “pracy państwowej” widzi Rokita groźną słabość Polski. Raz bowiem zdobywszy władzę, polscy liderzy nie zabierają się do budowy lepszego, sprawniejszego, bardziej przyjaznego obywatelom państwa, lecz w dalszym ciągu prowadzą walkę wyborczą, koncentrując się na osłabianiu realnej bądź potencjalnej opozycji. I to jest właśnie ten spektakl agresji, który jest nam dziś serwowany. Dlaczego tak jest?
Rokita wymienia trzy kluczowe elementy, które odróżniają nasz system polityczny od dojrzałych demokracji Zachodu. Brak zakotwiczenia tych elementów w praktyce politycznej Polski sprawia, iż w naszym życiu politycznym ześlizgujemy się w historyczne koleiny polskiej anarchii, prywaty i “wojenek kokoszych”, gdzie miejsce skłóconej magnaterii zajmują tuzy naszego życia politycznego.
Po pierwsze, szacunek i autorytet instytucji państwowych. Przykład Niemiec pokazuje, zdaniem Rokity, że instytucje państwowe mogą być traktowane poważnie, a w razie potrzeby ów szacunek potrafią także wymusić. Niemiecka polityka jest daleka od medialnej widowiskowości, ale kieruje się ona nakazem skuteczności. I pani kanclerz Merkel ze swoim mało medialnym profilem spełnia polityczną misję, którą jej powierzyli wyborcy i za którą ją będą ostatecznie rozliczać.
Po drugie, nasze partie polityczne nie są budowane w oparciu o zasady wewnętrznej demokracji, wymiany i ścierania się poglądów, lecz jako drużyny skupione wokół “wodza”. Lojalność i bezwzględne podporządkowanie się szefowi, a nie rzeczowe przygotowanie i zdolności w zarządzaniu administracją państwową leżą u podstaw kariery. Jako instytucje, partie są więc nastawione jedynie na realizację bieżących zadań, wynikających z walki o władzę. Przy słabym autorytecie państwa następuje jego upartyjnienie, interes partii bowiem zastępuje politykom perspektywy interesu państwa. To z pracy partyjnej a nie państwowej rozliczani są działacze. Brak realnych reform w kluczowych resortach tłumaczy się tym, iż mogłyby one zaszkodzić interesom wyborczym rządzącej formacji.
Trzeci element to media. W założeniu ustroju demokratycznego, media spełniają rolę recenzenta władzy. Powinny być w miarę bezstronne i rzeczowe. W naszym wypadku polskie media są gęboko upartyjnione i ich werdykt jest nie recenzją na potrzeby wyborców, lecz partyjną laurką. Co więcej, media potrzebują “towaru”, który się sprzedaje. Sensacyjność, “zadyma” sprzedają się w Polsce najlepiej. Jeżeli więc ktoś liczy na pomoc mediów w kwestii budowania zdrowego państwa, to się przeliczy. Media chcą cyrku, a nie debaty o sensownym państwie, bo taka debata byłaby po prostu nudna i nie byłoby “tematu dnia”. “Temat” zaś to zawierucha, gwizdy, żenujące wypowiedzi itp. Wtedy jest o czym “gadać”.
Jeżeli Rokita ma rację, to to, co widzimy, nie jest aberracją, lecz polską prawidłowością. Pytanie dotyczy przyszłości. Co musi się stać, aby ktoś zaczął dbać o rozwój i dobrobyt państwa?
WMW










