Tag Archive | "wychowanie"

Dwie połówki wychowania

Tags: , ,

Dwie połówki wychowania


Koncepcja równo podzielonej opieki nad dziećmi wydaje się fair z punktu widzenia rozwiedzionych rodziców, którzy chcieliby odgrywać równą rolę w życiu potomstwa. Okazuje się jednak, że wychowankowie dwóch domów patrzą na to rozwiązanie mniej entuzjastycznie.

rozwodKiedy na początku tego roku Johnnie Walsh wychodził z sali sądu w Birmingham po wysłuchaniu wyroku rozwodowego, miał teoretycznie wszelkie powody do zadowolenia. Znakomita większość ludzi uznałaby, że orzeczenie brzmiało dla niego niezwykle korzystnie: sędzia zarządził, że dzieci będą spędzać u niego każdy weekend, jedną noc w tygodniu oraz połowę wakacji i ferii szkolnych. Tymczasem Walsh opuszczał mury sądu przepełniony rozczarowaniem i rozgoryczeniem. – Chciałem być głównym opiekunem moich dzieci i miałem ku temu dobre argumenty – mówi.

Jak twierdzi, jego żona ma niestabilny charakter i więcej niż raz do domu wzywano policję z powodu wszczynanych przez nią awantur. Walsh (nazwisko zmieniono, by chronić tożsamość dzieci) wynegocjował nawet z pracodawcą możliwość elastycznych godzin pracy i uważał, że życie syna i córki byłoby bardziej ustabilizowane, gdyby to u niego dzieci miały dom. – Jednak sąd okazał się niezdolny do podjęcia radykalnej decyzji – mówi. – Zniszczyło to moją wiarę w system.

Niedawno brytyjscy mężczyźni tacy jak Walsh – uważający, że mają prawo odgrywać po rozwodzie istotną rolę w życiu swoich dzieci – otrzymali kolejny cios. Była nim publikacja raportu Family Justice Review, autorstwa ekonomisty Davida Norgrove’a, byłego doradcy Margaret Thatcher. Zaleca on, by nie zmieniać przepisów i nie dawać rodzicom prawa do spędzania po rozwodzie równej ilości czasu z dziećmi. Ten krok oddalający wprowadzenie zasady wspólnej równej opieki nad dziećmi wywołał oburzenie wielu osób. Pisarz Louis de Bernieres – sam rozwodnik z dwójką dzieci – skomentował, że teraz „przepełnia go przerażenie i rozpacz”.

Źródła rządowe szybko wskazały, że ustalenia raportu nie są oficjalną polityką władz oraz że sądy nie mają obowiązku wcielać ich w życie. Rzecznik premiera podkreślił, że koalicja rządowa wspiera rozwiązania dające dzieciom możliwość utrzymywania po rozwodzie „znaczącej relacji” z obydwojgiem rodziców. Jednakże Norgrove zasugerował też, że idea „znaczącej relacji” nie powinna stać się częścią prawodawstwa: spory o to, co to właściwie oznacza, mogą prowadzić do dalszych opóźnień w już pękającym w szwach systemie sądowym.

Raport z pewnością nie zadowolił także dziadków. Mogli co najwyżej wpaść w gniew przeczytawszy, że czasami powodują więcej szkody niż pożytku angażując się w i tak stresujące dla wnuków walki o prawo do opieki. Do debaty włączył się też think tank Centre for Social Justice argumentując, że postulaty Norgrove’a jeszcze bardziej osłabią brytyjskie struktury rodzinne. „Raport nie odnosi się do problemu dyskryminacji ojców i dziadków przez system i tylko zaostrzy epidemię dzieciństwa bez ojców. Potrzebne są pilne zmiany, które będę odzwierciedlać istotną rolę, jaką odgrywają w prawidłowym rozwoju dziecka rodzice niemieszkający z nim pod jednym dachem, z reguły są to ojcowie”, czytamy.

Niemniej Norgrove uważa, że wpisanie do przepisów prawa równego dostępu do dziecka i równego prawa do opieki da tylko skłóconym parom kolejny powód do walki. Ponieważ, jeśli wzajemne stosunki dorosłych pogorszyły się do tego stopnia, że muszą rozwiązywać konflikt w sądzie, jak efektywnie będzie w ich przypadku działać koncepcja wspólnego rodzicielstwa?

Pięć lat temu rząd Australii zmienił przepisy prawa rodzinnego uznając, że w interesie dziecka będzie możliwość spędzania równej ilości czasu z każdym z rodziców. Jednak badanie zlecone w zeszłym roku ustaliło, że dzieciom ze skonfliktowanych rodzin – czyli takich, które biorą sprawę opieki do sądu – nie podobała się równoległa opieka obojga rodziców. Były bardziej zestresowane, lękliwe i miały więcej problemów rozwojowych niż rówieśnicy z rozbitych rodzin, gdzie ustalenia sądu były bardziej elastyczne, bądź którzy posiadali bardziej stabilny dom z jednym tylko z rodziców. Doktor Jennifer McIntosh, australijska psycholog dziecięca, która zbadała 130 rodzin ustaliła, że dzieci zestresowane rozstaniem rodziców „stresowały się z upływem czasu coraz bardziej”, jeśli w ich przypadku sąd orzekł wspólną opiekę rodzicielską.

Margarette Driscoll

Posted in Ciekawostki, RodzinaComments (0)

Nuda receptą na życie?

Tags: ,

Nuda receptą na życie?


Zachęcanie dzieci do uczestnictwa w rozmaitych dodatkowych zajęciach  ma swoje dobre strony, ale nie brakuje również tych negatywnych, zwłaszcza jeżeli rodzice robią to, by poprawić własne samopoczucie, lub liczą, że nauczenie młodych osób szeregu umiejętności zagwarantuje im sukces w życiu.
nadzajetyWiększość rodziców, którzy mieszkają na moim osiedlu, prawdopodobnie wolałaby oszczędzić na własnych przyjemnościach, niż zrezygnować z dodatkowych zajęć dla swych dzieci.
Lekcje muzyki, gimnastyka, jazda konna, korepetycje, trwające całe lato obozy, zawody sportowe – lista jest całkiem pokaźna, podobnie zresztą jak wydatki.
Nawet kiedy zabraknie gotówki, niektórzy rodzice znajdują jakieś rozwiązanie. Znam ludzi, którzy pożyczali pieniądze od rodziny, brali kredyty pod zastaw domu i zadłużali karty, by zapłacić za wszystko, bez czego ich zdaniem dzieci nie mogą się obejść.
– Zajęcia, na które uczęszczała kiedyś głównie młodzież licealna, obecnie są popularne wśród uczniów gimnazjum, a nawet podstawówki – mówi William Doherty, profesor nauk o rodzinie oraz dyrektor programu terapii małżeńskiej i rodzinnej na University of Minnesota. – Wkrótce usłyszymy o szkole liderów dla niemowląt.
Muszę przyznać, że moje własne dzieci pobierały lekcje gry na skrzypcach, jazdy na łyżwach, tenisa, a nawet taekwondo (po których jedyną pamiątką jest masa kolorowych pasów w domu). Niektóre kursy trwały kilka miesięcy, inne całe lata.
I co w tym złego? Może to prawda, że część rodziców przesadza z dodatkowymi zajęciami, ale czyż nie przekładają się one na późniejszy życiowy sukces ich pociech?
Kiedy nie zapewniamy naszym dzieciom różnorodnych rozwijających atrakcji, “czujemy się jak gorsi rodzice”, twierdzi Wendy Mogel, psycholog kliniczna i autorka książki “The Blessing of a B Minus”.
Uszczęśliwianie dzieci na siłę pochłania jednak nie tylko mnóstwo pieniędzy, ale także emocjonalnej energii dorosłych.
– Wielu rodziców jest wykończonych przez swą własną nadgorliwość – podkreśla Bryan Caplan, profesor ekonomii na George Mason University w Wirginii. – Ponoszą wiele wyrzeczeń i są do tego stopnia zestresowani ciągłym wożeniem dzieci, że wrzeszczą, gdy te zmieniają stacje radiowe w samochodzie.
Czy mimo to nie warto się poświęcać dla dobra naszego potomstwa? Niekoniecznie. Najbardziej frapujących odpowiedzi na to pytanie udzielają nie psychologowie, a ekonomiści.
– Jeżeli spojrzymy na dzieci odnoszące sukcesy, łatwo dojść do pochopnego wniosku, że jest to zasługa dodatkowych zajęć – mówi Caplan. Badania jednak wcale tego nie potwierdzają.
Steven D. Levitt, profesor ekonomii na University of Chicago, opowiadał w niedawnej audycji w National Public Radio o analizie, którą przeprowadził wraz z kolegą. Badacze nie znaleźli żadnych dowodów na to, że tego typu postawy rodzicielskie korelują z lepszymi wynikami w nauce.
– Postawiłbym wręcz hipotezę – mówił Levitt – że natłok zajęć negatywnie wpływa na poczucie szczęścia u dziecka. Ciągłe jeżdżenie z jednej lekcji na drugą nie jest wymarzonym sposobem spędzania wolnego czasu dla większości dzieci – przynajmniej nie dla mojego.
Jak widać, ekonomistów interesują głównie sukcesy w nauce. Założyłabym się jednak, że zdaniem większości rodziców liczne dodatkowe formy aktywności gwarantują nie tylko lepsze stopnie, ale i większe szanse w przyszłości. Większość rodziców zdaje sobie sprawę, że znikomy odsetek dzieci osiąga mistrzowski poziom w jakiejkolwiek dziedzinie. Ale być może owe kosztowne lekcje golfa zapewnią synowi miejsce w licealnej drużynie, a kurs aktorstwa ułatwi córce zdobycie głównej roli w szkolnym przedstawieniu.
Który rodzic nie marzy, że lekcje gry na pianinie zaszczepią w dziecku dozgonną miłość do muzyki, nawet jeżeli miałoby grać tylko w salonie w domu?
Problem tkwi gdzie indziej – otóż zbyt wielu z nas uwierzyło, że każde dziecko ma “ukryty talent”, a jego odkrycie należy do obowiązków rodzica, tłumaczy Doherty.
Zachęcanie dzieci do uczestnictwa w rozmaitych zajęciach ma swoje dobre strony, ale nie brakuje również tych negatywnych, zwłaszcza jeżeli rodzice robią to, by poprawić własne samopoczucie, lub liczą, że nauczenie młodych osób szeregu umiejętności zagwarantuje im sukces w życiu.
Dążenie do szkolenia dziecka we wszelkich możliwych dziedzinach to przejaw “wypartego lęku przed przyszłością”, twierdzi Mogel.
Rezygnacja z lekcji baletu dla sześciolatki nie powinna przekreślić jej szans na karierę primabaleriny. Nawet gdy dziecko ma jakąś wielką pasję, nie oznacza to, że trzeba w nią wszystko inwestować, “zwłaszcza jeżeli miałoby się to niekorzystnie odbić na psychicznym zdrowiu rodziców bądź życiu rodzinnym”, wskazuje Doherty.
Albo na finansach.
– Rodzice mogą sobie odmawiać dóbr materialnych, ale bardzo trudno zrezygnować z tego, co traktujemy jako szansę – mówi Barbara Dafoe Whitehead, szefowa John Templeton Center for Thrift and Generosity w organizacji Institute for American Values. – Rozwój osobisty wydaje się świętą i nienaruszalną wartością, a za jej postrzeganie odpowiada zupełnie inny obszar w mózgu. Dzieci muszą zrozumieć, że rodzice nie mogą zapewnić im wszystkiego, jednak niezwykle trudno jest powiedzieć: “Przykro mi, nie stać nas na to” – dodaje Whitehead.
Moja przyjaciółka Rachel zdecydowała się zrezygnować po dwóch latach z prywatnych lekcji muzyki dla syna i córki. – Z początku czułam się, jakbym oszukała moje dzieci – przyznaje. – Byłam przekonana, że muzyka powinna być obecna w ich edukacji, a w szkole nie jest nauczana w dostatecznym zakresie.
Koszty – około tysiąca dolarów za semestr za jedno dziecko – stały się jednak zbyt dużym obciążeniem. Dzieci Rachel nie miały jej tego za złe – nadal grają na swoich instrumentach w szkole. – Zrobiłam wszystko, by połknęły muzycznego bakcyla, ale tak się nie stało – mówi Rachel. – Chciałabym wierzyć, że postąpiłam właściwie. Jestem wręcz zadowolona, że musieliśmy podjąć tę decyzję z powodów finansowych. W przypadku, kiedy można zapewnić dzieciom wszystko, zaczynają tonąć w morzu przeróżnych zajęć, nie wykazując żadnego wysiłku ani motywacji.
To nie oznacza, że stymulujące rozwój zajęcia pozaszkolne są zupełnie zbędne, ale równie ważne jest pełne ciepła i równowagi życie rodzinne, podkreśla Doherty. – Czasami dla dobra dziecka i rodziny warto odpuścić sobie nadmiernie absorbujące formy aktywności – radzi. Gdy dziecko lubi na przykład piłkę nożną, można mu pozwolić grać rekreacyjnie, a nie w półprofesjonalnym zespole, który wyjeżdża na mecze.
Musimy też odrzucić przekonanie, że jeżeli dziecko nie zacznie treningu wcześnie, nie rozwinie w pełni swego potencjału. Wiadomo przecież, że ludzki mózg osiąga pełną dojrzałość dopiero około 25 roku życia, dodaje Doherty.
Skąd więc ten pośpiech? Faktem jest, że dwunastolatek może mieć kłopoty z dołączeniem do sportowej drużyny, jeżeli wszyscy zawodnicy grają w niej od piątego roku życia. Ludzie jednak nieraz bardzo szybko uczą się nowych umiejętności, a nawet odkrywają pasje w dorosłym życiu, mimo że w młodszym wieku nie przejawiali takich inklinacji.
24-letnia córka Mogel gra obecnie wyczynowo w roller derby, a także studiuje stosunki przemysłowe. – Gdyby ktoś powiedział mi parę lat temu, że zainteresuje się którąkolwiek z tych dyscyplin, w życiu bym nie uwierzyła – przyznaje Mogel. – Pokutuje przesąd, że za pasją trzeba gonić, bo szybko ucieka. Rozumowanie to jest jednak całkowicie błędne.
Jeżeli nie ograniczymy nadmiernie intensywnych zajęć, być może już wkrótce będziemy musieli przeznaczyć sporo czasu i pieniędzy na kolejną aktywność – wizyty u terapeuty.

Alina Tugend

•••
W ostatnich dziesięciu latach zrobiło się głośno o “rodzicach-helikopterach”, którzy rozpieszczają swoje dzieci i skrupulatnie planują każdą minutę ich życia.
Arielle Ewell na każdym kroku spotyka matki, które opowiadają, jak cudowny wpływ na ich dzieci mają zajęcia gimnastyczne oraz lekcje muzyki, po czym namawiają ją, by zapisała na nie także swojego synka. To nic, że ma on dopiero 21 miesięcy. – Nie chcę krytykować cudzych metod wychowawczych, ale to wydaje mi się zupełnie zbędne – mówi Ewell, która niedawno zadebiutowała w roli mamy. – On nie potrafi nawet spokojnie ustać, gdy czekamy w kolejce. Czy przyzwyczaiłby się do harmonogramu zajęć? Nie sądzę.
nudnedziatkiW ostatnich dziesięciu latach zrobiło się głośno o “rodzicach-helikopterach”, którzy rozpieszczają swoje dzieci i skrupulatnie planują każdą minutę ich życia. Taka postawa jest coraz częściej krytykowana, o czym świadczą dwie wydane w tym roku książki, propagujące luźniejsze podejście do wychowania – “Simplicity Parenting: Using the Extraordinary Power of Less to Raise Calmer, Happier and More Secure Kids” Kima Johna Payne’a i Lisy M. Ross oraz “Free-Range Kids” Lenore Skenazy.
Filozofia wychowania zakładająca, że mniej znaczy więcej i postulująca wydłużanie czasu wolnego oraz ograniczenie ingerencji rodziców może się wydać nieco staroświecka. Jej zwolennicy twierdzą jednak, że obecne pokolenie uzależnionej emocjonalnie młodzieży i zestresowanych dzieci nadgorliwych rodziców jest samo w sobie wystarczającym argumentem za tą koncepcją.
Kim John Payne, terapeuta rodzinny ze stanu Nowy Jork i współautor pierwszej książki, twierdzi, że dzieci odczuwają tak dużą presję ze strony rodziców, że zaczynają się zachowywać podobnie jak dzieci uchodźców, które niegdyś leczył z zespołu stresu pourazowego.
Zdaniem Kathleen Crowley, profesor psychologii na College of Saint Rose, skłonność rodziców do nadmiernego kontrolowania życia dzieci spowodowała, że dzisiejsza młodzież jest mniej niezależna i kreatywna niż poprzednie pokolenie.
Kiedy dwadzieścia lat temu Crowley ogłaszała na zajęciach ze studentami, że zrobi test, nie było dyskusji. Dziś, jak mówi, studenci oczekują, że dokładnie im wytłumaczy, jak mają się przygotować. Ci sami młodzi ludzie przychodzą do niej z płaczem, ponieważ dostali pierwszą w życiu czwórkę i nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić.
Skutek tego “przedłużonego dojrzewania” jest taki, że absolwentom, którzy rozpoczynają kariery zawodowe, trzeba obecnie zapewniać w pracy doradztwo i szkolenia, by mogli się przystosować do nowego środowiska. – Gdy rozmawiam z rodzicami – zarówno jako matka, jak i psycholog rozwojowy – jesteśmy zdumieni, że nasze dzieci, które mają po 18, 19, 20 lat, są tak mało samodzielne – dodaje Crowley, która z bólem przyznaje, że sama w przeszłości zachowywała się jak  “helikopter” i była przerażona, kiedy jej 16-letni syn powiedział, że nie zrobi kanapki z tuńczykiem dla młodszego brata, bo nie potrafi się posługiwać otwieraczem do puszek. – Nie są osobami niezależnymi, a patrząc na style wychowania w ostatnich dziesięciu-kilkunastu latach, zrobiliśmy wszystko, by ich od siebie uzależnić. Nadzorowaliśmy każdą ich czynność. Ustalaliśmy im plan dnia. Wybieraliśmy jadłospis. Trzymaliśmy ich w domu, by uchronić ich przed czyhającymi rzekomo na każdym kroku zagrożeniami.
W przeciwieństwie do poprzednich pokoleń rodziców, obecni tatusiowie i mamusie sami byli wychowywani w kulturze strachu. Dziś są bombardowani doniesieniami telewizyjnymi o porwaniach nieletnich osób i reklamami lokalizatorów GPS dla dzieci. Czasopisma poświęcone wychowaniu zamieszczają artykuły, które zdradzają “sekret lepszych stopni” lub radzą, co zrobić, “by twój dzidziuś był bardziej rozmowny”. Presja, by być “dobrym rodzicem”, jest coraz silniejsza.
Dlatego właśnie młodzi ludzie, którzy dorastali, jeżdżąc po podwórku na rowerach i grając w piłkę, dopóki ich matki nie zawołały ich na kolację (krzycząc z okna, a nie dzwoniąc na komórkę), stali się rodzicami, którzy skazują swoje dzieci na zabawę w domu lub co najwyżej w ogródku i wożą je trzy razy w tygodniu na treningi oraz w pozostałe cztery dni na inne zajęcia.
Żeby dzieci przypadkiem nie nudziły się w czasie jazdy, kupują im odtwarzacze DVD, angażują się w ich szkolne kłótnie, pisząc e-maile do dyrektora i dzwoniąc do rodziców ich niegrzecznych kolegów, oraz pomagają dzieciom za wszelką cenę uniknąć porażki, siedząc wraz z nimi nad pracą domową i nie pozwalając, by kiedykolwiek odczuły na własnej skórze konsekwencje jej nieodrobienia.
Dlatego też Payne i autorzy tacy jak Skenazy, którą nazwano “najgorszą matką Ameryki”, ponieważ w zeszłym roku pozwoliła swojemu 9-letniemu dziecku jechać samemu nowojorskim metrem, przekonują dzisiejszych rodziców, że trzeba dawać dzieciom więcej swobody, bo inaczej w ogóle nie dorosną. – To nieprawda, że staną się leniwe i mało ambitne – mówi Payne. – Moim zdaniem ta metoda pozwala wychować inteligentne, odnoszące sukcesy dzieci, które nie wyrosną na nerwowych i niezrównoważonych dorosłych.
Payne zdradza, że prowadził terapię z dziećmi z typowej podmiejskiej klasy średniej, które przejawiały symptomy zespołu stresu pourazowego. – Z tym, że one nie przeżyły jakiegoś pojedynczego, dużego urazu. Doszedłem do wniosku, że to nie tyle zespół stresu pourazowego, co skumulowana reakcja stresowa –  tłumaczy. – Kiedy mówi się o przygotowaniu dzieci do życia w świecie, ja zawsze pytam: “W czyim świecie?”.
Payne przychodzi do domów swoich klientów z torbą na śmieci, do której wrzuca niepotrzebne zabawki – zbyt duża ich liczba może przytłoczyć psychicznie małe dzieci. Sugeruje też ograniczenie – o ile nie wyeliminowanie – czasu spędzanego przed telewizorem. Ostrzega rodziców, by nie dyskutowali o kłopotach w pracy ani o medialnych doniesieniach o przemocy, dopóki dzieci nie położą się spać. Daje też rodzicom “pozwolenie”, by usiedli i poczytali sobie gazetę. Dzieci powinny wówczas same zdecydować, jak spędzić czas.
Nuda – problem, który niegdyś rodzice zupełnie lekceważyli, lub rozwiązywali go, obarczając dzieci obowiązkami, stał się zmorą, której nowocześni rodzice za wszelką cenę chcą uniknąć. Crowley wspomina, jak jej najmłodszy syn spytał, czy może wziąć ze sobą GameBoya na uroczystość wręczenia dyplomów w szkole jego starszego brata, żeby się nie nudzić. – Odpowiedziałam: “Będziesz się nudził, bo tak ma być. To bardzo ważna umiejętność i trzeba ją opanować”. Gdybym sama nie nauczyła się wytrzymywać na nudnych spotkaniach, nie udałoby mi się tyle osiągnąć w życiu – mówi. – Dziś nie uczymy już dzieci, że nuda jest czymś normalnym. Nudząc się, możemy uruchomić swoje własne kreatywne myślenie.

Jak zatrzymać helikopter

Kim John Payne, terapeuta i pedagog, ma dla rodziców następujące rady:

Posprzątać rupiecie: Przeciętne dziecko ma ponad 150 zabawek, mówi Payne. Zostawcie na widoku kilka ulubionych zabawek dziecka, a resztę schowajcie. Tak samo z książkami: zmieniajcie co jakiś czas książki i zabawki na “wystawie”, by dziecko mogło nacieszyć się każdą z nich, a jednocześnie nie musiało przekopywać się przez całą stertę.
Harmonogram: Najlepsze dla dziecka proporcje to jedna trzecia czasu wolnego, jedna trzecia na kreatywne zabawy i jedna trzecia na zaplanowane, zorganizowane zajęcia. Wprowadźcie rodzinne tradycje, takie jak “wieczór z pizzą” lub “wieczór gier”, które poprawiają humor dziecka.
Czas wolny: Wykorzystajcie “błogosławieństwo”, jakim jest nuda, radzi Payne. Pełne zajęć i wrażeń dni przeplatajcie tymi spokojniejszymi. Wprowadźcie też obowiązkowy czas wolny, zarówno dla dzieci, jak i dla siebie.
Ciche chwile: Nie rozmawiajcie zbyt dużo z dziećmi w wieku do 9 lat o ich uczuciach. One same jeszcze do końca ich nie rozumieją, a naleganie, by sprecyzowały, co czują, może spowodować, że staną się nerwowe, dodaje Payne. Niech rozmowy i problemy dorosłych pozostaną między dorosłymi. Ograniczcie też to, o czym mówi się w waszym domu do tego, co “życzliwe, szczere i potrzebne”.
*

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Córki skazane na krytykę

Tags: , , ,

Córki skazane na krytykę


Z najnowszych badań wynika, że matki są dużo bardziej krytyczne wobec swoich córek niż synów. Tymczasem psycholodzy alarmują, że nadmierny krytycyzm ze strony rodziców potrafi być dla dziecka uciążliwym bagażem nawet w dorosłym życiu.
doczPotwierdziły się przypuszczenia wielu dziewczynek: matki w końcu przyznały, że są mniej pobłażliwe w stosunku do swoich córek niż synów. Z przeprowadzonego w Wielkiej Brytanii badania wynika, że większość z nich jest gotowa zignorować wiele przewinień ze strony chłopców, składając je na karb “dokazywania”. Podobne zachowanie ze strony dziewczynki wystarczy, by została ona określona jako “bezczelna” i “uparta”.
W badaniu, przeprowadzonym przez liczący 750 tysięcy użytkowników portal dla rodziców Netmums wzięło udział 2500 matek. Prawie dziewięć na 10 ankietowanych (88 proc.) przyznało, że jest bardziej krytyczna wobec córek niż synów, i to mimo wyznawanego przekonania, że dzieci nie powinno się traktować inaczej ze względu na płeć.
Jedna na dziesięć matek przyznała, że jej syn otrzymuje znacznie więcej pochwał” niż córka. Jedna trzecia kobiet twierdzi, że łączy je bliższa więź z jednym z dzieci: w dwóch trzecich przypadków chodziło o syna.
Ojciec dzieci zazwyczaj dostrzega fakt, że syn jest faworyzowany. Jedna trzecia matek przyznała, że odmienne traktowanie synów było powodem kłótni z partnerem. Niektórzy ojcowie próbują “wyrównać rachunki”, rozpieszczając dla odmiany córki. Ponad dwie trzecie kobiet przyznało, że przynajmniej jedna z dziewczynek w rodzinie jest typową “córeczką tatusia”.
Crissy Duff, psychoterapeutka, która analizowała wyniki badań, mówi, że nadmierny krytycyzm ze strony matki może mieć poważne konsekwencje w dorosłym życiu dziecka. – Brak akceptacji ze strony rodziców to bagaż, jaki wiele kobiet dźwiga przez całe dorosłe życie. Jeśli w dzieciństwie otrzymywały surowsze kary za drobne przewinienia niż ich bracia, mogły sobie wyrobić przekonanie, że bardziej zasługują na takie traktowanie – mówi Duff . Może to tłumaczyć, dlaczego kobiety są bardziej samokrytyczne niż mężczyźni, a także mniej skłonne do podejmowania ryzyka. ”
Specjaliści z portalu Netmums opracowali rady, które pozwolą matkom zerwać z nadmiernym krytykowaniem dziewczynek. Są wśród nich zalecenia, by zachęcać córki do zabawy klockami, a nie tylko lalkami, a także siłować się z nimi dla zabawy, jeśli tylko wyrażają taką ochotę.
Psycholodzy radzą też, by zapewnić dziewczynkom warunki do tego, by mogły same rozwiązywać różne problemy (co sprzyja budowaniu pewności siebie), “zamiast spieszyć im z pomocą w każdej sytuacji.

Rosemary Bennett

Posted in Ciekawostki, PsychologComments (0)

Ojcowski wzorzec

Tags: , ,

Ojcowski wzorzec


Synowie potrzebują ojców – jako wzorców, bez których nie potrafią poradzić sobie z zadaniami dorosłości.
Banalne? Najwyraźniej nie, skoro na spotkania ze Stevem Biddulphem, psychologiem dziecięcym i autorem książek o wychowaniu, ściągają tłumy.
ojciec-i-synMój najmłodszy kończy 11 lat, wakacje, czas przymykania oka na późniejsze wstawanie i kładzenie się spać, kipią w najlepsze – pomyślałam więc, że najwyższy czas przekartkować swoje stare wydanie klasyki rodzicielskiej na Wyspach i w całym świecie anglojęzycznym, czyli “Raising Boys” (Jak wychowywać chłopców) sir Steve’a Biddulpha. I właśnie teraz dowiedziałam się, że dr Biddulph przygotowuje nowe wydanie swojego bestsellera, z solidnie przeredagowanymi rozdziałami traktującymi o nastolatkach. Co więcej, okazało się, że wydawca zorganizował cykl spotkań z nestorem australijskiej pedagogiki, podczas których rodzicie mogą dowiedzieć się, jak wychowywać swoich nastoletnich synów na młodych mężczyzn – rozsądnych, komunikatywnych, wrażliwych i wolnych od tak rozpowszechnionych w tej grupie dolegliwości jak “pralkowstręt” czy “zespół odrazy do prac kuchennych”.
Kwadrans z wyszukiwarką pozwolił stwierdzić, że spotkanie z autorem będzie się odbywać m.in. w liceum prywatnym Aldro w pobliżu Godalming, niemal po sąsiedzku – i w tydzień później miałam przyjemność spotkać się, na pół godziny przed spotkaniem, ze szczupłym, kruchym, odrobinę nieśmiałym mężczyzną, który od pierwszej chwili wydaje się być obdarzonym darem zrozumienia, obejmującego zarówno zjeżonych nastolatków, jak ich stroskanych rodziców.
Zdaniem arcy-wychowawcy, klucz do zrozumienia dzieci jest zdumiewająco prosty: wraz z początkiem dojrzewania, raz jeszcze przechodzą przez fazy, doświadczane w okresie niemowlęctwa i wczesnego dzieciństwa. –Przedczołowa kora mózgowa mięknie jak galareta i trzynastolatek przypomina roczne dziecko: bierne, niezorganizowane, doświadczające trudności przy dokonywaniu wyborów. Zadaniem rodziców jest podsunięcie struktury, wzorca ładu; dzieci w tym wieku są niezdolne do samodzielnego uporządkowania świata – mówi.
Czy oznacza to, że czternastolatek stanowi swego rodzaju odpowiednik “piekielnego dwulatka”? – Tak, dokładnie tak. I naszym zadaniem staje się wówczas wyraźne wyznaczanie granic. Czternastolatek byłby zdolny wdać się w kłótnię ze znakiem drogowym. Łatwo się zacietrzewiają, tym bardziej więc do nas należy zachowanie lekkiego dystansu i poczucia humoru. W żadnym razie, podobnie jak w przypadku histerycznie walącego nogami o podłogę dwulatka, nie możemy sobie pozwolić na machnięcie ręką na wszystko i wycofanie się. Zresztą, jeśli wiadomo, czego należy się spodziewać po dziecku w tym wieku, łatwiej jest pomyśleć “No tak, wszystko się zgadza” - to szansa na uchronienie się przed stresem.
To mądrość podobnej próby – nieprzemądrzała, trafiająca w sedno w niewielu słowach – sprawiła, że w czasach zalewu poradników książki Biddulpha sprzedają się w łącznym nakładzie ponad czterech milionów egzemplarzy. On sam jednak skromnie zapewnia, że nie posiada żadnego szczególnego “daru” rozumienia czupurnych nastolatków i że wiedza, którą dziś się dzieli, nie przyszła sama z siebie. – Miałem dziewięć lat, kiedy moi rodzice przeprowadzili się z Yorkshire dość daleko, bo aż do Australii – wspomina. – Ponieważ byłem dość wysokiego wzrostu, a angielska szkoła najwyraźniej zapewniła mi niezły bagaż, postanowiono umieścić mnie o dwie klasy wyżej, niż wskazywałby na to mój wiek. O dwa lata była też starsza cała reszta męskiej klasy, i przez dłuższy czas nie byłem w stanie zorientować się, o czym właściwie rozmawiają. Miałem poczucie, że nie jestem w stanie w żaden sposób do nich dotrzeć, i sądzę, że byłem wówczas mocno wyalienowany. Myśli o karierze fizyka, w którym to fachu nie będzie musiał zbyt wiele zadawać się z ludźmi, ustąpiły jednak, gdy wieku 18 lat zadał sobie kilka kluczowych pytań. – Na czym tak naprawdę zależy mi w życiu? – spytałem sam siebie. Odpowiedź była prosta: na tym, by móc rozmawiać z dziewczynami! A skoro tak, jedynym wyjściem było zdawanie na psychologię – na studiach zaś odkryłem, że jestem w stanie dotrzeć do ludzi, jeśli zastanowię się przez chwilę nad tym, co w nich siedzi.
Najwyraźniej ziściło się również jego podstawowe pragnienie skoro, mimo pewnej nieśmiałości w obejściu, jest od lat szczęśliwie żonaty z Shaaron, będącą współautorką i redaktorką wszystkich jego książek. Ludzi rozumiał z latami coraz lepiej – i zrozumieniu temu zawdzięcza swą błyskotliwą karierę.
Jej początki przypadły na lata 70. (…) Publikując książkę “Jak wychować szczęśliwe dzieci” (Raising Happy Children, 1983) był jednym z pierwszych autorytetów rodzącej się dopiero dyscypliny, jaką była psychologia rodziny. – Uznałem, że każdy powinien wiedzieć, z jakim zadaniem zamierza się zmierzyć – wyjaśnia. Kolejna książka dotyczyła już wychowania chłopców (Raising Boys, 1993), i również w tym przypadku wybór tematu był nieprzypadkowy. Sam Biddulph tłumaczy go zdaniem: – Etyka mojej pracy wymaga, by brać na warsztat te kwestie, gdzie najłatwiej o katastrofę – i łatwiej je zrozumieć, jeśli pamiętać, że koniec XX wieku był nieszczególnym czasem dla chłopców: statystycznie mieli pięciokrotnie częściej niż dziewczęta kłopoty w szkole, zaś prawdopodobieństwo, że nie dożyją 21. roku życia, było aż trzykrotnie wyższe. Mój rozmówca już wówczas postawił jednoznaczną diagnozę: przyczyną takiego stanu rzeczy było “wycofanie się” ojców, ich ucieczka od wychowywania dzieci, współbrzmiąca z odwrotem od rodzicielstwa jako takiego. Co nie znaczy, że nie jest możliwy odwrót od tej tendencji – i wychowywanie dzieci równie udanych jako potomstwo psychologa, liczące sobie dziś, odpowiednio, 26 i 19 lat. Jeśli, naturalnie, mężczyźni okażą się wystarczająco odpowiedzialni. – Kobiety nigdy nie doświadczyły “kryzysu wychowania” jako takiego – twierdzi Biddulph. – Czymś wspaniałym jest natomiast powrót ojców do powołania, od którego kiedyś uciekli. W porównaniu z początkiem lat 90., kiedy w społeczeństwach Zachodu mieliśmy do czynienia z największym w dziejach “odwrotem od ojcostwa” wynikającym nie z takich okoliczności, jak hekatomba wojny, lecz z wolnego wyboru, ojcowie są, na ile jest to mierzalne statystycznie, trzykrotnie bardziej zaangażowani w wychowanie swoich dzieci.
Dawać świadectwo własnym wyborem – to podstawa. Dr Biddulph odrzucił kilka bardzo intratnych ofert po to, by zostać nawet nie w Australii – w Tasmanii, w małym, oswojonym kosmosie, gdzie jego dzieci dorastały wśród krewnych i przyjaciół, i gdzie był w stanie nie tylko odebrać je ze szkoły, ale zatrzymać się na lody i pogadać, jadąc niespiesznie do domu. I wydaje się, że wybrał dobrą drogę – bo, jak nie przestaje powtarzać na wykładach i w książkach, ojcowie są, chcąc nie chcąc, wzorcami dla swoich dzieci, a już szczególnie dla synów. To nie wybór, to natura, i wzięty wykładowca z lubością żongluje ukutym przez siebie kalamburem: “ADD = DDD”. ADD – syndrom rozproszenia uwagi (attention deficit disorder) w ogromnej większości zakorzeniony jest, jego zdaniem, w DDD – syndromie Braku Taty, czyli dad deficit disorder. Jeśli masz się stać mężczyzną godnym zaufania, musisz poznać innych mężczyzn tego pokroju – i pierwszym miejscem, gdzie masz szanse ich poznać, jest dom, gdzie ojciec kroi chleb, przynosi mamie kwiaty, oburza się na niesprawiedliwość i pomaga w trygonometrii. Oczywiście, ojcowie są równie mocno potrzebni córkom, choć w inny sposób – uczą je szacunku do samych siebie
Biddulph nie upiera się przy tym w zasadniczo odmiennych podejściach do wychowania dzieci obu płci – rzecz w tym, że różnice te ujawniają się same, nierzadko na poziomie fizjologii i odmienności percepcji. W pierwszych latach po urodzeniu dziewczynki rozróżniają dźwięki – szczególnie ludzki głos we wszelkich jego odmianach, od mowy do śpiewu – aż o 80 procent lepiej niż chłopcy, i różnica ta, choć nieco osłabiona, trwa aż po dorosłość. Nieodmiennie też, we wszystkich kulturach, chłopięce oczy lepiej zauważają ruch – i są znacznie bardziej bezradne, jeśli idzie o rozpoznawanie kolorów. Chłopcy, jak się okazuje, znacznie gorzej znoszą też oddzielenie od matki – i dlatego dr Biddulph stanowczo odradza zbyt wczesne posyłanie małych mężczyzn do żłobka. Równie stanowczo – i tutaj zaakceptowanie jego rad wiąże się z małą batalią z miejscowym systemem oświatowym – opowiada się za posyłaniem chłopców do szkoły on rok później niż dziewczyn pochodzących z tego samego rocznika. Młodzi mężczyźni mają wyraźnie późniejszy start – nie zaszkodzi im więc, jeśli zaczną poznawać świat nauki o rok później, a już na pewno docenią to przesunięcie w szkole średniej, kiedy nie będą musieli codziennie dotrzymywać pola wyższym, pewniejszym siebie, doroślejszym dziewczętom. Doświadczenie niepewności, jakie obecnie fundujemy niepewnym siebie, potykającym się o własne nogi dwunastoletnim szparagom, prowadzi do tego, że czują się nic niewarci, niekochani i mizerni (to ostatnie może być po części prawdziwe) – a tak łatwo byłoby temu zapobiec prostą decyzją administracyjną!
Doświadczenie trzydziestu lat spotkań z rodzicami nie pozostawia złudzeń: wszyscy jesteśmy przewidywalni. Podchodzący przed lub po spotkaniu rodzice martwią się albo o rogatych roczniaków, albo o nastolatków, którym, nie wiedzieć czemu, poziom testosteronu we krwi podskoczył o 80 procent w ciągu kilku miesięcy, co sprawia, że z dnia na dzień stali się nieznośni i kolczaści. Okazuje się też, że każdy, od Tasmanii po Tenessee, chciałby wiedzieć, jak radzić sobie z takimi kwestiami, jak alkohol i siadanie za kierownicą (naturalnie, myśląc o każdym z zagadnień osobno). Dr Biddulph proponuje obiecująco staroświecką formułę: nie ma mowy o alkoholu przed 18 rokiem życia, “zapoznawanie się” pod okiem rodziców nie prowadzi do niczego dobrego… Nie opowiada się jednoznacznie przeciw niepełnoletnim za kierownicą, przywołuje jedynie bezwzględne (jak zawsze) statystyki: nastoletni kierowca, uwaga, z pasażerem płci męskiej na siedzeniu obok to potencjalne źródło wszelkiego rodzaju kłopotów, przedmiot odwiecznej troski towarzystw ubezpieczeniowych i policji. A inne popularne pytania, o orientację seksualną swoich dzieci, o wychowywanie ich w pojedynkę? – Dr Biddulph odsyła mnie do swojej książki, za chwilę zaczyna się spotkanie. Ale i tak jakoś nie mam wątpliwości, jakiej odpowiedzi udzieliłby na tego rodzaju pytania.
Patrzę nań jeszcze przez dłuższy czas z boku, już po rozpoczęciu spotkania. Promienieje pewnością siebie, chęcią podzielenia się prostym pomysłem na ład. Dajcie dzieciom siebie, swój czas i uwagę, powtarza rodzicom, to ważniejsze niż wasze pieniądze, ważniejsze nawet, niż wasze szukanie dziury w całym, tak, jakbyście mieli prowadzić je na scenę. Prowadzicie je w życie, to o wiele ważniejsze – tłumaczy. – W pracy bywa różnie, ale każda godzina, jaką wygospodarujecie dla dziecka – puszczanie latawca w weekend czy gra w kamień-nożyce-papier w popołudniowym korku – nie zmarnuje się nigdy. Stara śpiewka? Kilku ojców podsłuchanych po spotkaniu zarzekało się: starczy tych hobbies, wracamy do dzieciaków.

Cassandra Jardine


Wzorzec ojca

Prawie każdy mężczyzna marzy o tym, by mieć syna. Wielu traktuje to nawet jako pewien obowiązek do spełnienia, swoisty sprawdzian własnej męskości, równie istotny jak wybudowanie domu i zasadzenie drzewa. Warto jednak pamiętać o odpowiedzialności, jaka spoczywa na ojcu.
Oto on, dotąd jedyny mężczyzna w domu, staje przed trudnym wyzwaniem, jakim jest nauczenie owej męskości swojego syna. A nie jest to łatwe zadanie, nie ma swojego wyraźnego początku ani końca, nie ma skali ocen ani uwag za zachowanie. Jest jednak wielka nagroda, kiedy Twój syn pokazuje Ci, jak ważny dla niego jesteś.
O tym, że ojciec jest dla syna wzorem, można przekonać się już podczas pierwszych lat życia dziecka. Chłopcy bardzo często wplatają pewne elementy dorosłego życia w swoje zabawy, a uczestnicząc w nich próbują zachowywać się tak, jak robią to ich ojcowie. Niech zatem nikogo nie dziwi fakt, że mały chłopiec, który jeździ swoim samochodem – zabawką, naśladuje swojego tatę za kierownicą i np. nerwowo trąbi na inne samochody. Nie będzie również zaskakujący widok malca, udającego, że prowadzi z kimś biznesowe rozmowy przez zabawkowy telefon. On w tym momencie jest poważnym dorosłym mężczyzną, a przecież jeśli wykonuje się jakieś „dorosłe” czynności, to na pewno tak, jak robi to tata.
Ojciec jest dla chłopca również wzorcem mężczyzny w domu. To od niego syn będzie uczył się, jak należy odnosić się do kobiet, jak rozwiązywać domowe problemy i panować nad sytuacją, kiedy dzieje się coś złego. Wydaje się, że to najważniejsze zadanie dla ojca, jednocześnie najłatwiejsze do „wyłożenia się”. Dlaczego? Wielu mężczyzn zapytanych o definicję owej męskości, odwołuje się do opinii „twardziela”, „prawdziwego faceta, który nie okazuje uczuć”, a w domu „jest głową rodziny, kimś, kto zawsze ma rację”. Ulegając takim opiniom, często przekazanym im przez ich własnych ojców lub dziadków, budują obraz nieczułego, często wręcz aroganckiego mężczyzny, który jest od utrzymania rodziny, a w zamian oczekuje spokoju i posłuszeństwa.
Na drugim krańcu stoi mężczyzna potulny jak baranek, który nie podejmie żadnej decyzji bez zgody żony i to na nią zrzuca obowiązek zarządzania rodziną. Ideałem będzie zatem dążenie do pewnej równowagi, złotego środka, którym jest odpowiedzialny, ale też czuły mężczyzna.
Mając taki wzorzec chłopiec będzie nabierał przekonania, że związek to partnerstwo, że o problemach należy rozmawiać i wspólnie próbować je rozwiązywać. Widząc, że ojciec często okazuje bliskim uczucia, będzie uważał to za coś zupełnie normalnego, a obdarowanie żony kwiatami nie będzie dla niego niczym wstydliwym – będzie to dla niego tak samo męskie jak wymiana koła w samochodzie.
Więź między synem i ojcem, umacniają pewne aspekty właściwe wyłącznie dla męskiego świata. To właśnie tata jest najlepszym kompanem do zabaw kolejką, to on tłumaczy chłopcu czym jest spalony, wreszcie to on organizuje wolny czas np. wędkowanie czy wspólne naprawianie samochodu. Świat taty to świat pełen wyzwań, szalony i niepoznany – jest dla chłopca niczym wspaniała książka przygodowa, którą można czytać bez końca.
Stąd też, nawet jeśli masz mnóstwo pracy i często marzysz po prostu o chwili spokoju, postaraj się znaleźć czas na Wasze „męskie chwile”.
Możesz być pewny, że wartość tego czasu, będzie dla Twojego syna nie do przecenienia.

Anita Janeczek-Romanowska, psycholog

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Pułapka rodziców

Tags: , ,

Pułapka rodziców


Kiedy wychodziłam z mężem do teatru i zostawiałam dzieci z opiekunką, miałam poczcie winy. Po powrocie okazało się, że słusznie: dowiedziałam się, że pięciolatek zepchnął trzylatka z kanapy. Młodszy – zdając sobie sprawę, że ma za mało siły żeby się odgryźć w podobny sposób – załatwił się do kubełka, po czym całą jego zawartość wylał bratu na głowę.
“Tak to właśnie jest” – odezwał się pełen wyrzutu głos w mojej głowie “…kiedy folgujesz swoim egoistycznym potrzebom, zamiast zajmować się dziećmi, które cię potrzebują. Kończy się jak we »Władcy much«…”
A jednak, z drugiej strony, czułam się dumna. Moi synowie wykazali się wielka inteligencją. Wykazali się przedsiębiorczością. A choć oczywiście nie podobała mi się wizja moczu spływającego po głowie mojego starszego chłopca, po cichu miałam trochę satysfakcji i nadzieję, że czegoś się w ten sposób nauczył. Bo moje okrzyki “Przestańcie się bić!” spływały po nim jak woda po kaczce…
W ten właśnie sposób każdy rodzic – pełen dobrej woli, ale przecież niedoskonały – odkrywa, że pozostawiając dzieci na jakiś czas, aby cieszyć się chwilami spędzanymi tylko w towarzystwie małżonka wzbogaca ich doświadczenie i uczy życia. O tym właśnie pisał amerykański specjalista w dziedzinie terapii rodzinnej, David Code, w swojej książce “To Raise Happy Kids, Put Your Marriage First” (”Jeśli chcesz mieć szczęśliwe dzieci, stawiaj swoje małżeństwo na pierwszym miejscu”).

rodziciele
Code uważa, że przytłaczanie dzieci nieustanną uwagą przy jednoczesnym zaniedbaniu więzi z partnerem doprowadza w rezultacie do zaburzenia ich rozwoju. – Rodziny skoncentrowane na dzieciach to lękowi, wiecznie zmęczeni rodzice i roszczeniowe dzieci uważające, że wszystko im się należy – mówi.
Rzeczywiście – czasami tak bardzo obawiamy się bycia egoistami, że łatwo zapominamy, że to przede wszystkim dobre wzorce kształtują pełną, szczęśliwą osobę ludzką. Dziecko grające w tenisa i mówiące po włosku nie będzie miało szczęśliwego życia, jeśli jego matka nie będzie dobrze traktowała ojca. Miałam znajomą, która nieustanne posyłała swoje dzieci na lekcje francuskiego, do teatru, na kurs nurkowania w Egipcie… A jednocześnie ten wzór macierzyństwa zmuszał męża, aby kąpał się pod prysznicami w siłowni, do której chodził, zamiast “brudzić ich własną łazienkę”. Kiedyś byłam świadkiem, jak wrzasnął do niej: “Dlaczego jesteś dla mnie taka podła?!”
Frank Furedi, profesor socjologii z University of Kent i autor książki “Paranoid Parenting” (”Paranoiczni rodzice”) potwierdza, że małżeństwa dbające o własny związek dają dzieciom więcej niż te, które wynajmują im mnóstwo nauczycieli z zewnątrz. – Poczucie bezpieczeństwa i dobre samopoczucie dziecka w dużym stopniu zależy od tego, jak dziecko postrzega tych dwoje ludzi, którym ufa najbardziej: matkę i ojca – mówi naukowiec. – Jeśli związek rodziców wygląda na szczęśliwy i harmonijny, będzie dla ich dzieci źródłem inspiracji i poczucia bezpieczeństwa.
Nawet Michelle Obama przestrzega zasady cotygodniowej “randki” ze swoim mężem. Nam się to nie udaje – a przecież nie ulega wątpliwości, że państwo Obama są bardziej zapracowani i mają więcej obowiązków, niż my. A może po prostu trochę się tego boimy? Może boimy się raz w tygodniu wyjść do restauracji tylko we dwoje i pozwolić na to, żeby nasza przesympatyczna włoska gosposia pozwoliła naszym dzieciakom przewrócić dom do góry nogami? Albo polecieć na weekend do Quebec City i zgodzić się na to, że nasz trzylatek będzie leżał w łóżeczku z butelką coli?
Zupełnie inaczej podchodzi to tego Simone Sultana, ekonomistka, matka jedenastoletniego Mishy i sześcioletniej Mayi. Ona rozumie potrzebę zachowania równowagi. Wyjazd z mężem na weekend opisuje jako “reset systemu”. – Taki wyjazd kompletnie zmienia nasze podejście i sposób radzenia sobie z najtrudniejszymi sprawami w rodzinie i w domu – opowiada. – To dla nas bardzo ważne, żeby pamiętać, że jesteśmy razem nie tylko dlatego, że mamy dzieci. Nasz związek jest od tego niezależny. Dla moich dzieci to zresztą także bardzo ważne, że ich mama i tata nie są tylko rodzicami, że chcą być razem i robić razem różne rzeczy bo się kochają i są dobrymi przyjaciółmi.
Dzieci pani Sultana mają szczęście: ich babcia jest stosunkowo młoda i może opiekować się nimi pod nieobecność rodziców. To z kolei redukuje kolejny częsty problem: czysto finansowe koszty bycia razem we dwoje poza domem.
Jeśli chcecie pokazać dzieciom, iż jesteście szczęśliwi w swoim związku, wystarczy, że uczynicie je świadkami swoich “punktów kontaktu”. (Chodzi o to, żeby dzieci widziały jak razem pijecie wino, śmiejecie się z tych samych żartów, słuchacie wspólnie muzyki…).
Kiedy wyznaję, że nigdy jeszcze nie spędziliśmy z mężem weekendu bez dzieci (z których najstarsze ma już siedem lat), dr James odpowiada: – Macie prawo być bardzo troskliwymi rodzicami. Nawet jeśli dziecko ma siedem lat, to jeśli nie jest z obcym opiekunem silnie związane emocjonalnie, dwa dni bez rodziców mogą być traumatycznym przeżyciem. Dzieci rozwijają się lepiej i mają większe szanse na zdrowe i szczęśliwe życie psychiczne, jeśli mają bliskie relacje z rodzicami i jeśli rodzice są blisko nich.
Psychiatra uspokaja się dopiero, kiedy tłumaczę mu że dzieci mają bardzo dobre kontakty ze swoimi dziadkami…
Sue Palmer, autorka książki “Toksyczne dzieciństwo”, uważa że czasami rodzice powinni trochę odpuścić. – Sposób wychowania dzieci we wszystkich kulturach, od niepamiętnych czasów, sprowadzał się do tego, że rodzice poświęcali im w pierwszych latach życia ogromną ilość uwagi i czasu – przyznaje. – Ale później w wychowaniu uczestniczyli także inni członkowie rodziny i cała wspólnota lokalna.
Nasza niechęć do zaufania własnym dzieciom, do umożliwienia im budowania zdrowych relacji z innymi dziećmi i dorosłymi, może być naprawdę szkodliwa. Jeśli nie pozwolimy im uczyć się na własnych błędach, jeśli zawsze będzie obok nich mama gotowa krzyknąć “Uważaj!”, jeśli stale jesteśmy przy nich obecni i okazujemy lęk o to, czy coś im się nie stanie – wychowamy neurotyczne dzieci o małym poczuciu własnej wartości. Dzieci, które nie będą wierzyć w siebie i w to, że potrafią coś same zrobić.
A przecież wiem, że moje dzieci świetnie sobie radzą pod kochającym okiem jednej czy drugiej babci. I kiedy ubieram się żeby wyjść gdzieś z ich ojcem, chłopcy są zachwyceni. To naprawdę proste – widzę ich zachwyt i podniecenie będące odbiciem mojej radości.
Jednym z najlepszych sposobów skłonienia dziecko do czegoś jest osobisty przykład. Mój syn jest bardzo wysportowany, między innymi dlatego, że moja żona pływa codziennie rano, a ja chodzę na siłownię trzy czy cztery razy w tygodniu. Dzieci łatwo naśladują styl życia rodziców. Przykład to znacznie lepsza metoda niż posyłanie na lekcje tenisa dziecka, które zawsze widzi swoich rodziców rozpartych na kanapie.
Dzieci “powinny być w centrum rodziny – a nie stanowić centrum rodziny”. – Czasami musisz skupić się na dzieciach, czasami na partnerze – dodaje Palmer. – Chodzi o to, żeby zdać sobie sprawę, że nie da się zrobić wszystkiego, być wszędzie. Trzeba po prostu robić wszystko najlepiej, jak się da.

Anna Maxted

Posted in Ciekawostki, Czy wiesz?, Rodzina, RóżneComments (0)

Zanim wypłacisz kieszonkowe

Tags: ,

Zanim wypłacisz kieszonkowe


A czy świat dziecka może się bez nich obejść? Do pewnego wieku tak, ale prędzej czy później będziemy musieli wprowadzić dziecko w świat pieniądza. Pytanie tylko: kiedy i jak? Czy dobrą formą wprowadzania w ów świat jest wypłacanie kieszonkowego?

money-kid1Posiadanie własnych pieniędzy, to dla dziecka sygnał wchodzenia w świat dorosłych: uznania jego kompetencji, potrzeb i nowych możliwości. Kompetencja w wydawaniu i planowaniu wydatków oraz umiejętność oszczędzania czy inwestowania są nieodłącznym warunkiem sprawnego funkcjonowania współczesnego dorosłego człowieka.

Obchodzenie się z pieniędzmi, ich używanie i obsługa finansowa, to umiejętności, które pozwolą dziecku – kiedy będzie już samodzielne – z większym zaufaniem do siebie planować swoją finansową przyszłość. Pozwolą też rodzicom uniknąć kłopotów z dzieckiem, które nie rozumie, że pieniądze nie pojawiają się znikąd i że nie można wydawać więcej niż się ma, a pożyczki trzeba spłacać.

Tak samo jak nauka obsługi komputera, tak i kształtowanie umiejętności panowania nad wydatkami i rozumienie mechanizmów nimi rządzących powinno być stałym elementem edukacyjnym, towarzyszącym naszym pociechom od najmłodszych lat. W uczeniu tym ważne jest, aby dziecko zobaczyło w pieniądzach narzędzie realizacji celów, które samo musi sobie postawić.

Aby nie uważało pieniędzy za cel sam w sobie. Warto nauczyć dziecko traktowania pieniądza jako środka wymiany dóbr ze światem zewnętrznym, a nie jako gwaranta bezpieczeństwa. Trening finansowy jest podobny do treningu czystości: uczy, kiedy wydawać (wypuszczać), a kiedy oszczędzać (zatrzymywać), aby było to zgodne z naszym interesem i jednocześnie z normami społecznymi.

Korzyści z kieszonkowego

Umiejętność planowania wydatków, odróżniania pieniędzy, orientowania się w wymianie drobnych na grubsze itp. najszybciej kształtuje się w praktycznym działaniu. Gdy będziemy “chronić” dziecko przed obrotem pieniędzmi (nie dając mu kieszonkowego, lecz wszystko sami dziecku kupując) po to, by utrzymać nad nim kontrolę, to pamiętajmy, że odbierając mu możliwość wykazania się umiejętnością kontrolowania wydatków, okazujemy tym samym brak zaufania.

Najczęstszym powodem braku kieszonkowego jest brak pieniędzy w domowym budżecie na dodatkowe wydatki. Ale pomimo braku pieniędzy, możemy ustalić z dzieckiem, że będzie sobie samo kupowało to, co i tak jest potrzebne. Dzięki temu przejmie część kontroli nad wydatkami na własne potrzeby (drożdżówki, napój po treningu). Pamiętajmy, że u dzieci w okresie szkolnym kształtuje się samoocena. Dawanie im do zrozumienia, że nie zasługują na zaufanie, podważa ich wiarę w siebie, w możliwość dorównania dorosłym i może obniżyć motywację do uczenia się samodzielności.

Co prawda w niektórych sytuacjach można mieć uzasadnione obawy przed dawaniem kieszonkowego (jeśli dziecko nie potrafi kontrolować wydatków, w ciągu jednego dnia jest w stanie wydać kieszonkowe, nie bardzo nawet wiedząc na co), ale nawet wówczas nie można w rozmowie sugerować dziecku braku zaufania, bo ono dopiero uczy się tej nowej kompetencji.

Problem kieszonkowego – dawać czy nie – pojawia się najczęściej, gdy dziecko wchodzi w okres szkolny. Uczy się liczenia, odróżniania wartości pieniędzy, dodawania, dzielenia, ale również planowania (wydatków), czekania na określone wydarzenie (zakup), myślenia o przyszłości. Operowanie pieniędzmi – monetami i banknotami – uczenie się ich rozróżniania i wartości (którą to naukę umożliwi dziecku wypłacanie kieszonkowego), to praktyczna i fascynująca wycieczka w kierunku matematyki konkretnej, budowanie orientacji dziecka przy najprostszych zakupach. Dzięki temu dziecko poczuje się kompetentne w tym obszarze, nabierze pewności siebie.

Wprowadzanie w rodzinie treningu finansowego poprzez wypłacanie kieszonkowego, to również uczenie dziecka kluczowej umiejętności, jaką jest odraczanie satysfakcji – czyli konieczność poczekania z przyjemnością na odpowiedni moment (np. dziecko zamiast dostać od razu zabawkę, którą sobie upodobało, musi poczekać, aż otrzyma kieszonkowe, za które będzie mogło samo ją kupić).

Sytuacja uzgadniania z dzieckiem wydatków i kieszonkowego jest też dobrą okazją, aby zacząć je wprowadzać w realny obraz finansów rodzinnych, z którymi konfrontowało się dotychczas jedynie przy regałach z zabawkami i słodyczami. Możemy wówczas pokazać dziecku, ile wydajemy, na co, ile zostaje i co musimy jeszcze kupić w danym miesiącu.

pieniadze1Zanim wypłacisz “pensję”

Wprowadzanie treningu finansowego wymaga od rodziców przyjrzenia się uważnie swoim dzieciom i ich możliwościom. Dla prawidłowo funkcjonującego i rozwijającego się dziecka nauka oszczędzania i wydawania, to zarazem wprowadzanie nowych sytuacji edukacyjnych, nowych tematów do rozmów. Zanim je wdrożymy, warto zorientować się wcześniej (by dobrać odpowiednio tematykę rozmów), czy dziecko w sklepie raczej ogląda zabawki, czy też wszystkie chce mieć? “Kolekcjonuje” je, odstawiając w domu na półkę zaraz po zakupie, czy ich używa?

Od najmłodszych lat warto dziecko oswajać z oszczędzaniem w popularnej “śwince”, ale z dawaniem kieszonkowego warto poczekać, aż osiągnie wiek szkolny. Dziecko powinno być gotowe do kontrolowania własnych zachowań w takim stopniu, aby trening nie był tylko ćwiczeniem posiadania, ale i „obracania” pieniędzmi i uczeniem się przy tej okazji zasad oraz identyfikacji własnych potrzeb.

Warto zastanowić się także, czy jesteśmy świadomi, jakie pokazujemy dziecku możliwości “zastosowania” pieniędzy: dzielenia się, oszczędzania, wydawania na rzeczy pożyteczne czy przyjemne? Na siebie czy dla innych? Zawsze “teraz”, czy odkładamy na później? Kupujemy rzeczy droższe czy tańsze? Czy mamy jakieś ustalenia dla samych siebie, jakieś priorytety i dlaczego obowiązują one w domu?

Dziecko łatwiej uczy się operować pieniędzmi, kiedy może naśladować rodziców, kiedy obserwuje czynność liczenia, kiedy jest zaznajamiane z widokiem i wartością pieniędzy. W trakcie nauki korzystania z pieniędzy ważne jest, aby dziecko widziało, w jaki sposób dorosły ich używa, a nie jak fascynuje go sam fakt ich posiadania.

Rodzice powinni nauczyć dzieci radzenia sobie z frustracją spowodowaną tym, że nie można kupić wszystkiego, czego się pragnie, że nie zawsze ma się tyle pieniędzy, ile zaplanowanych wydatków, ale także tego, że z czasem (edukacja, staż pracy) zarabia się więcej. Dziecku warto też powiedzieć, że rodzice odkładają pieniądze – np. część pensji przeznaczają na wspólne wakacje. Starszemu dziecku można pokazać “tort” miesięcznych wydatków, aby samo przekonało się, na jakie różne cele może przeznaczać własne pieniądze.

Czy wiemy, na co wydajemy?

Planowanie wydatków na tydzień czy miesiąc razem z dzieckiem, w jego obecności, pokazywanie rachunków, zobowiązań, pieniędzy odłożonych na niespodziewane wydatki, to też sposób na wprowadzanie w świat dziecka wyobrażeń dotyczących reguł wydawania i oszczędzania. Sprawdzanie, czy nie przekraczamy wyznaczonych limitów, pokazywanie dziecku oszczędności i tego, w jaki sposób ono również może oszczędzać – to pierwsze sposoby wprowadzania go w świat finansów.

Ze starszym dzieckiem czy nastolatkiem warto prześledzić historię swojej pracy czy zarabiania, pokazując konieczność racjonalizowania swoich planów, pogodzenia się z tym, że na początku drogi zawodowej nie zawsze wystarcza na wszystko, czego się chce. Warto zaangażować dziecko w kontrolowanie płacenia rachunków w wyznaczonym terminie, wprowadzić w podstawy domowego budżetu (na książki zawsze musi wystarczyć, na restaurację – raz w miesiącu, na konie – co tydzień). Wraz z analizą wydatków trzeba pokazać, że rodzice, choć zarabiają, nie wszystko wydają na własne cele. Także dziecku należy przekazać, że swoje oszczędności może przeznaczać dla siebie, ale też na upominki dla innych.

Pieniądze to dość ważny temat w wychowywaniu. To nie tylko środek do zaspokajania potrzeb “realizowanych” w sklepie, ale i w relacjach z innymi ludźmi. Jeśli chcemy nauczyć dziecko kompetencji finansowej, trzeba dać mu do dyspozycji pewną kwotę i pozwolić na dysponowanie nią. Jako rodzice musimy być świadomi, że dzięki temu część aktywności dziecka przechodzi pod jego – choćby skromną, ale zawsze – kontrolę.

Sami musimy się zastanowić, do czego służą nam pieniądze. Czy są narzędziem władzy, źródłem pozycji, przywilejów w rodzinie, wyznaczania ról i czy każdy ma ich trochę dla siebie, czy też np. żona musi za każdym razem prosić męża o drobne na zakupy. Czy ufamy sobie, kto kontroluje całość finansów rodzinnych i czy ma to wymiar jedynie praktyczny (jeden rozsądny w rodzinie impulsywnych), czy kryje się za tym coś więcej – np. chęć władzy, kontroli, udowodnienia swoich kompetencji i wyższości. Tego też dzieci uczą się w rodzinie – ukrytej funkcji pieniądza i dróg jego dystrybucji.

Za ile sprzątniesz garaż?

Jeśli kieszonkowe dziecku nie wystarcza, najczęściej pojawia się temat “zarabiania”, czyli nagradzanie przez rodziców pieniędzmi; na przykład za wykonanie “ekstra” prac wokół domu. Z takim sposobem “dawania” dziecku dodatkowych pieniędzy wiąże się zawsze pewien czynnik ryzyka – pokazujemy mu, że niczego w domu nie robi się za darmo. Taki układ na dłuższą metę może sprawić, że dziecko będzie prezentowało postawę materialistyczną wobec świata – stanie się tak wówczas, gdy dawanie dziecku pieniędzy “w nagrodę” za zrobienie czegoś będzie jedyną formą zachęcania go do działania.

W przypadku “zarabiania”, lepiej umówić się z sąsiadami, że dziecko będzie mogło coś u nich zrobić za wynagrodzeniem (czy u dalszych krewnych lub znajomych, w myśl zasady: nasze dziecko u nich, ich dziecko u nas), aby nie wykonywało za pieniądze prac, którymi domownicy powinni dzielić się w ramach codziennych obowiązków (mogą wykonać je “ekstra” u wspomnianych sąsiadów i za to “ekstra” dostaną wynagrodzenie). To też okazja, aby pokazać podstawowe zasady życia we wspólnocie: wiele rzeczy opłaca się nie tylko ze względu na pieniądze, ale na zyski emocjonalne, czasowe – mamy więcej czasu wolnego, jeżeli wspólną pracę dobrze zaplanujemy. To okazja do pokazania, że “opłacalność” nie zawsze ma wymiar finansowy.

Czasami zaczynamy używać pieniędzy, aby u dziecka pojawiło się nowe, pożądane przez nas zachowanie (np. poprzez wprowadzanie systemu żetonowego – kiedy dziecko za określone zachowanie jest nagradzane punktami, słoneczkami, uśmiechami i po zebraniu odpowiedniej ilości wybiera sobie sposób nagradzania, wykorzystania zdobywanych punktów). Kiedy w taki sposób pracujemy nad motywacją do utrzymywania porządku w pokoju, nad motywacją do nauki, do pomagania w domu, to bardzo ostrożnie musimy podchodzić do stosowania nagród pieniężnych (jak najrzadziej albo wcale nie powinniśmy pozwalać na wymianę wspomnianych żetonów na pieniądze).

Jeśli dziecko może coś w takim systemie uzyskać, to powinien to być częstszy kontakt z rodzicem, wspólne aktywności czy wspólna wyprawa po nową zabawkę, na którą dziecko “zapracowało”. Jest bezpieczniej, jeśli dziecko nagradzane jest np. polepszaniem kontaktu z rodzicem (”jeśli coś zrobisz, możemy razem iść do kina, zapracowałeś na ten bilet”) niż pieniędzmi, z którymi znowu zostaje samo. Nagradzanie za zachowania i trening finansowy powinny być przeprowadzane niezależnie od siebie, w pewnym odstępie czasowym, żeby i rodzicom, i dzieciom udało się zapamiętać reguły, których muszą przestrzegać.

Rzut monetą w domu

Rodzina to najlepsze “pole treningowe’ dla zdobywania nowych kompetencji, potrzebnych i niezbędnych także do funkcjonowania poza nią. Jeśli dziecko ma bezpiecznie nauczyć się czegoś, to potrzebuje ciepłego kontaktu emocjonalnego, czułej kontroli oraz dobrych przykładów. Zwykle chcielibyśmy, aby dziecko postępowało z pieniędzmi rozsądnie. Pamiętajmy jednak, iż rozsądek nie pojawi się od razu. Przygotujmy się zawczasu na błędy i wydawanie pieniędzy na to, czego sami nie kupilibyśmy, bowiem nieopłacalności inwestycji dziecko też musi doświadczyć i wyciągnąć z niej wnioski.

Bardzo ważne jest, aby dziecko nie przestraszyło się posiadania własnych pieniędzy i reakcji rodziców na pierwsze błędy popełniane w planowaniu wydatków. Warto być pobłażliwym wobec tych błędów, tłumaczyć i pokazywać konsekwencje, ale tak, aby dziecko nie bało się posiadania i wydawania pieniędzy – wszak stanowią one istotny element dorosłego życia. W przypadku, gdy dziecko się ich wystraszy, to być może będzie umiało odkładać pieniądze, ale nie będzie miało już odwagi ich używać.

Ważne też jest, by dziecko poznało konieczność hamowania swoich zachcianek – więc rodzice powinni być konsekwentni i nie uzupełniać wydanego w jeden dzień kieszonkowego. Z nastolatkami warto prowadzić dziennik wydatków i wpływów, bo za kilka lat będą same z kartą kredytową w innym mieście. Warto więc już dziś pracować nad tym, by nie zaskoczył nas zrobiony przez nie debet…

dr Julita Wojciechowska

Dr Julita Wojciechowska jest psychologiem. Pracuje w Instytucie Psychologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Interesuje się zagadnieniami związanymi z rozwojem i edukacją dzieci i dorosłych, psychopatologią rozwojową, problematyką ról rodzicielskich.

***

Na to, jak dzieci uczą się zarządzania pieniędzmi, wpływa nie ich ilość, ale to skąd pochodzą.

Wykazały to w badaniach Vonda Doss, Julia Marlowe i Deborah Godwin z Uniwersytetu Georgia. Dzieci, które mają szansę same je zarobić, oszczędzają więcej niż te otrzymujące całość w ramach kieszonkowego. Z kolei dzieci, które otrzymują pieniądze jako prezenty od innych, częściej dają też pieniądze innym – na kościół, na cele dobroczynne, same też częściej robią innym upominki, za które płacą (tak samo jak dzieci zarabiające).

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Opuszczeni

Tags: ,

Opuszczeni


Ptaki wiją gniazdo, miejsce bezpieczne dla piskląt, a te, gdy dorosną odlatują na zawsze.

U ludzi czasami jest inaczej. Zdarza się, że dzieci wracają albo rodzice dołączają do dzieci.

opuszczeni

Najpierw męczy pustka. “Znikły dawne obowiązki, które wypełniały dzień. Nie wiadomo, co zrobić z wolnym czasem, czym sensownym zająć się teraz, co robić pożytecznego. Poza tym dzieci wnoszą wiele trosk, ale też i radości życia – twierdzi dr Dorota Kornas-Biela, psycholog z Instytutu Pedagogiki KUL. – Życie jest gwarne, czasem wręcz hałaśliwe, ale ciągle coś się dzieje. Cisza po odejściu dzieci staje się nieraz nie do zniesienia”.

Duże dzieci

Maria i Stefan z jednej z podwarszawskich miejscowości przyznają dziś, że popełnili sporo błędów wychowawczych. Nie wynikały one z rodzicielskiej niefrasobliwości – częstego źródła zaniedbań – lecz z okoliczności. Dla starszego syna długo nie mieli czasu. Całe dnie poświęcali na prowadzenie zakładu rzemieślniczego, przejętego po rodzicach, i utrzymanie go, by mieć z czego żyć.

“Marcin wychowywał się z kluczem na szyi. Nie chciał się uczyć. Nie radziliśmy sobie z tym, a potem jego problemy nakręcały się same” – mówią. Syn wpadł w nienajlepsze towarzystwo, nie skończył technikum, obijał się. Gdy się ożenił i odszedł z domu, nie wydoroślał. Szybko rozstał się z żoną.

Dla młodszego o dziesięć lat Rafała byli już innymi rodzicami. “Zakład zaczął prosperować, mieliśmy więcej czasu. Staraliśmy się, żeby Rafał miał nas naprawdę. Marcin i tak chodził własnymi ścieżkami” – opowiadają. Młodszy syn stał się ich oczkiem w głowie.

Byli teraz, jak przyznają po latach, rodzicami nadopiekuńczymi. Traktowali go wciąż jak małego chłopca. Nie marudzili, że prawie dziesięć lat studiował, zmieniając kierunki. Był jak jedynak: starszy syn był poza ich zasięgiem, mieli już tylko tego młodszego. Ale kiedy i on w końcu się wyprowadził, dla matki był to prawdziwy dramat.

Za wiele w jednym czasie

Mieszkanie nagle stało się ciche i wydawało się puste. “Spadło to na żonę jak grom z jasnego nieba – opowiada Stefan. – Tym bardziej, że w tym samym czasie sprzedaliśmy zakład, żona przeszła na emeryturę. Na to nałożyły się jej kłopoty ze zdrowiem. Wpadła w depresję. Mówiono nawet, że uciekła w nią, bo za wiele w jednym czasie na nią spadło”.

“Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Nic nie pomogła ani wycieczka do ciepłych krajów, ani malowanie, ani książki – opowiada Maria. – Zdawało mi się, że moje życie się kończy. Synów nie ma w domu i nie jestem już nikomu potrzebna. Zastanawiałam się, jak to możliwe, że wszyscy mnie opuścili”.

Czuła pustkę przez kilka lat, aż do czasu, gdy Rafałowi rozpadło się małżeństwo. “Długo dojrzewałam do tego, żeby zrozumieć, że jest dorosły, że żyje na własny rachunek, że ma swoje sukcesy oraz problemy i, co więcej, jak każdy ma prawo nawet do błędów” – ocenia dziś. Nie obciążała się małżeńską porażką syna, myśląc: “Jest dorosły, jak sobie pościele, tak się wyśpi”.

“Rodzice muszą podchodzić do usamodzielnienia się dzieci pozytywnie. To, że się usamodzielniają, radzą sobie, stają się dobrymi mężami i żonami – to przecież także ich sukces, my ich wychowaliśmy!” – podkreśla psycholog Marcin Barański. Jak jednak przyznaje, łatwo to powiedzieć, trudniej przeżyć: w prawdziwym życiu nasze własne pustoszejące gniazdo nie jest niczym sympatycznym.

Mama zmienia front

Kiedy rodzina była wielodzietna i wielopokoleniowa, “opustoszanie gniazda” tak bardzo nie bolało. “Jeśli w rodzinie jest więcej dzieci i kolejno odchodzą z domu, rodzice mogą się stopniowo z tym oswajać i przygotowują się do pozostania samymi” – podkreśla Marcin Barański. Ale, jak dodaje, nie zawsze tak jest.

Rodzice Anny, socjologa z Warszawy, zareagowali na jej odejście z domu – wzorem starszego brata – nerwowo, choć starali się nie dać tego po sobie poznać. Nie mogli zrozumieć jej kroku, tym bardziej, że nie wyprowadzała się z mężem ani do męża. Pytali: “Po co ci to?”. Szantażowali: “A co, z nami źle?”. Tymczasem Anna pragnęła samodzielności. Wyprowadzała się na swoje, do mieszkania, które trzeba było wyremontować.

“Dla mnie to było naturalne: dorosła córka wyprowadza się. Natomiast tata powtarzał, że to głupi pomysł” – mówi. Odmówił pomocy przy remoncie. “Jakby myślał, że w ten sposób odwiedzie mnie od tego albo przywiedzie z powrotem do domu”. Nie chciał nawet obejrzeć mieszkania po remoncie.

“Tata bardzo przeżywał, że się wyprowadzam. Mama zachowywała się dużo spokojniej. Zdawałam sobie sprawę, że to wyraźny lęk przed zerwaniem więzi z dzieckiem. Ale nie mogłam mu pomóc. Nie dawało się z nim rozmawiać. Czekał chyba, że będę go wciąż przepraszać i głaskać” – mówi Anna. Napięcia i żale ciągnęły się dwa lata, aż znikły w naturalny sposób: ojciec musiał się do nowej sytuacji przyzwyczaić.

Mąż wrócił do łask

Z odejściem z domu Magdy nie chciała pogodzić się matka. Magda jest jedynaczką, a gdy wyprowadzała się z rodzinnego domu w Szczecinie, rodzice byli już na emeryturze. Widać było, że szczególnie mama nudzi się okropnie, próbuje całkowicie podporządkować sobie córkę. Ojciec raczej nie odzywał się.

Miała narzeczonego, zresztą lubianego i hołubionego przez jej matkę. Kiedy wyprowadziła się do niego, matka nagle zmieniła front. Obraziła się na nią, a szczególnie na niego. Stosowała emocjonalny szantaż. “Byłam załamana i nieszczęśliwa. Mama nie odzywała się do mnie. Gdy przychodziliśmy do rodziców, trzaskała drzwiami i zamykała się w swoim pokoju” – wspomina Magda. Ojciec, zdominowany przez żonę, wolał nie zabierać głosu na ten temat.

“Mama nie odzywała się do mnie przez parę miesięcy. Potem oświadczyła, że nie była w stanie sobie z tym poradzić, ale żebym sobie nie wyobrażała, że będzie miła, bo jest wściekła, że zabrano jej jedyną córkę” – mówi Magda. Trwało to ponad półtora roku. Dopiero teraz jej mąż wrócił do łask, a ona sama jest znowu ukochaną córką.

Gdy w wielodzietnej rodzinie usamodzielnia się ostatnie dziecko, często nie jest to już dla rodziców szok. “Syndrom opuszczonego gniazda dotyczy głównie rodzin małych, a zwłaszcza tych z jedynakami – tłumaczy Maciej Barański. – To zrozumiałe, bo całe życie rodziców było skoncentrowane na tym jednym dziecku. Gdy odchodzi z domu, dla rodziców cisza zdaje się aż krzyczeć”.

Dopasowani na nowo

Wszystkie dzieci Ewy i Tadeusza rozjechały się po świecie. Dosłownie: córka wyjechała na studia do Francji, młodszy syn do pracy w Anglii, a starszy na stałe zamieszkał na północy Polski. Jednak ich mieszkanie w Kutnie nie opustoszało od razu. Dzieci pozwoliły im na przyzwyczajenie się do myśli, że kiedyś zostaną sami.

Najpierw synowie po kolei wyjeżdżali na studia do Łodzi. “Byli poza domem, ale na większość weekendów przyjeżdżali do nas. I w domu było wtedy bardzo głośno. Czasem aż za głośno” – dodaje półżartem Ewa.

Poza tym, gdy dzieci odchodziły z domu, obydwoje jeszcze pracowali (dziś Ewa jest już na emeryturze). To też powodowało, że nie przeżyli wielkiego szoku i osamotnienia. Nie obyło się jednak bez spięć. “Dochodziło między nami do nieporozumień i scysji. Musieliśmy się na nowo dopasować do siebie, dotrzeć po latach. Musieliśmy porozumieć już bez dzieci, przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Wreszcie zrozumieliśmy, że odejście dzieci to nie żadna tragedia, lecz nowy etap w życiu” – mówi Ewa. Trwało to mniej więcej rok. Zmienili nieco styl życia. Oboje są domatorami, ale częściej niż kiedyś jeżdżą na działkę czy do znajomych.

Ewa i Tadeusz starali się rozumieć dzieci, ich aspiracje, ciekawość świata i godzili się z ich wyjazdami. “Wszyscy rodzice przecież chcą, żeby ich dzieciom było jak najlepiej” – mówi Ewa. Co nie znaczy, że nie tęskni za dziećmi rozrzuconymi po świecie. Tym bardziej, że sytuacja się skomplikowała.

“Miałam nadzieję, że córka po studiach wróci do Polski. Przecież zdobyła świetne kwalifikacje, nie miałaby żadnych problemów ze znalezieniem pracy. Ale ma już inne plany. We Francji znalazła dobrze płatną pracę, poznała chłopaka, zakochała się i najpewniej do Polski już nie wróci” – mówi Ewa. Jej puste gniazdo, jak sądzi, puste będzie chyba już na zawsze.

Niektóre personalia zostały zmienione.

Wanda Kowalska/Familia

Posted in Artykuł numeruComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 1  1