Analizy dowodzą, że szkodliwe substancje zawarte w powietrzu wdychanym przez ciężarne kobiety przedostają się do płodu i wywołują w nim groźne zmiany. Czy za ich sprawą dzieci będą głupsze, podatne na astmę i otyłość? Badania przeprowadzone na międzynarodową skalę prowadzą do przytłaczających wniosków.
Gdy Frederica Perera po raz pierwszy zebrała w nowojorskiej klinice porodowej pępowiny i łożyska, była na etapie poszukiwań wolnej od zanieczyszczeń krwi. Epidemiolog z Uniwersytetu Columbia w Nowym Jorku chciała porównać krew płodu z krwią pacjentów cierpiących na raka płuc, przypuszczała bowiem, że znajdzie w niej chorobliwe zmiany.
Okazało się, że jej podejrzenia były jak najbardziej słuszne. U pacjentów leczonych na raka materiał genetyczny białych ciałek krwi był uszkodzony, w DNA odłożyły się wielopierścieniowe węglowodory aromatyczne – grupa szkodliwych substancji zawartych w powietrzu, obecnych w spalinach i wyziewach pochodzących z elektrowni, a także w dymie papierosowym.
Perera nie spodziewała się jednak, że również w niektórych pozornie “czystych” próbkach krwi z kliniki położniczej materiał genetyczny będzie zmieniony przez rakotwórcze węglowodory. – To był dla mnie szok – mówi badaczka. – Najwyraźniej miałam zbyt wiele zaufania do biologicznej ochrony embriona w łonie matki.
Łożysko co prawda zatrzymuje wiele szkodliwych substancji pochodzących z zanieczyszczonego środowiska, nie jest jednak w stanie całkowicie uchronić przed nimi płodu. Niektóre trucizny, wdychane przez ciężarne kobiety na ulicach wielkich miast, przedostały się najwyraźniej do DNA nienarodzonych dzieci.
Co jednak oznacza to dla ich przyszłego stanu zdrowia? Perera była tego bardzo ciekawa i zaczęła systematycznie porównywać krew noworodków z krwią ich matek. Ku swemu zaskoczeniu w obu grupach znalazła mniej więcej tyle samo szkodliwych węglowodorów.
Jak to możliwe? – W zasadzie łożysko filtruje zaledwie jedną dziesiątą trucizn przedostających się do krwi – wyjaśnia epidemiolog. Jej wniosek brzmi: niewielkie ilości groźnych substancji, jakie przedostają się do płodu, gromadzą się w nim, bo niedojrzałemu organizmowi brakuje hormonów, które byłyby w stanie je rozłożyć.
Nienarodzone oraz bardzo małe dzieci są w największym stopniu zagrożone przez szkodliwy wpływ środowiska. – Pewne trucizny mogą bowiem zakłócić ich rozwój ruchowy i intelektualny, przyczyniając się do wystąpienia w późniejszym wieku chorób, takich jak astma, zaburzenia przemiany materii oraz rak – tłumaczy Frederica Perera.
Marike Kolossa-Gehring z Federalnego Urzędu Ochrony Środowiska, która na zlecenie Unii Europejskiej prowadzi w tej chwili w 27 krajach Europy badania nad wpływem szkodliwych substancji na matki i ich dzieci, przyznaje rację swojej amerykańskiej koleżance. – Zagrożenie dla nienarodzonych dzieci jest największe – mówi niemiecka toksykolog – bo im wcześniej organizm zetknie się z rakotwórczymi czynnikami, tym więcej czasu ma nowotwór, aby się rozwinąć.
Dzisiaj dzieci nie są wcale lepiej chronione przed szkodliwymi wpływami środowiska niż przed dwudziestu laty – uważa Kolossa-Gehring. – Kiedyś najgroźniejsze były dla nich metale ciężkie, obecnie zaś w coraz większym stopniu hormonopodobne chemikalia zawarte w plastikach, biocydy i środki ogniochronne – stwierdza.
Specjalistów niepokoi zwłaszcza ogromna różnorodność owych substancji. Podczas jednego z badań przeprowadzonych na zlecenie amerykańskiego rządu w krwi i moczu dorosłych osób odkryto aż 212 rodzajów chemikaliów. Podczas eksperymentów na zwierzętach stwierdzono, że niektóre z nich zaburzają rozwój mózgu, inne z kolei wprowadzają chaos w gospodarce hormonalnej, upośledzają płodność lub wywołują guzy rakowe. Również wniosek Perery, iż wiele z nich przekazywanych jest przez ciężarne noszonym przez nie dzieciom, został potwierdzony w trakcie licznych badań.
Nie wiadomo jeszcze, jakie zmiany substancje te, oddzielnie lub w połączeniu z pozostałymi, mogą powodować w ludzkim organizmie w kolejnych latach życia. Czy są współodpowiedzialne za to, że takie schorzenia jak astma, cukrzyca i nowotwory na całym świecie przybierają dziś na sile? Czy cała owa chemiczna mieszanka w przypadku dzieci prowadzi rzeczywiście do “cichej pandemii”, jak określił to lekarz Philippe Grandjean z Uniwersytetu Harvarda, specjalista w dziedzinie wpływu środowiska naturalnego na zdrowie człowieka? I w jaki sposób wyizolować te groźne związki z ponad stu tysięcy środków chemicznych produkowanych na skalę komercyjną? – Zawsze miałam tendencję do stawiania skomplikowanych pytań – zauważa Frederica Perera.
Columbia Center for Children’s Environmental Health znajduje się na 25. piętrze biurowca niedaleko 171. Ulicy. Ze swojego okna dyrektorka widzi rzekę Hudson, kilka żaglówek oraz niekończący się sznur samochodów osobowych i ciężarówek, jakie o każdej porze dnia przetaczają się przez George Washington Bridge w kierunku Manhattanu. Tutaj Perera przez ostatnie kilkadziesiąt lat zajmowała się największymi międzynarodowymi badaniami długoterminowymi, by móc odpowiedzieć na owe skomplikowane pytania. W pracach brało udział 50 jej współpracowników oraz ponad 2 tysiące matek i dzieci z Nowego Jorku, Polski i Chin.
W Washington Heights, Harlemie i Bronksie, trzech najuboższych rejonach Nowego Jorku, naukowcy z Uniwersytetu Columbia w regularnych odstępach czasu zbierali próbki krwi i moczu ponad 750 niepalących kobiet w ciąży, a od chwili porodu również ich dzieci, a poza tym próbki kurzu z mieszkań oraz informacje na temat warunków życia, odżywiania, ewentualnego biernego palenia i źródeł zanieczyszczeń w ich okolicy, takich jak zakłady przemysłowe, ulice o natężonym ruchu, stacje benzynowe czy przystanki autobusów.
Jakość wdychanego powietrza analizowano za pomocą urządzenia pomiarowego, jakie kobiety musiały nosić ze sobą w plecaku w miesiącach przed rozwiązaniem. Śledzono również rozwój intelektualny i fizyczny dzieci: sprawdzano ich wagę, zachowanie, iloraz inteligencji, wyobraźnię przestrzenną, koncentrację i pamięć. W ten sposób Perera i jej współpracownicy zebrali ogromne bogactwo danych – informacje z dziedziny biologii i epidemiologii, jakich nie ma nikt inny na świecie.
Wnioski badaczy są alarmujące. Noworodki, których matki przed porodem oddychały najbardziej skażonym powietrzem, przychodziły na świat z niższą wagą i mniejszą główką. W wieku trzech lat dzieci te pozostawały pod względem rozwoju wyraźnie w tyle za innymi. Jako pięciolatki częściej niż inne wykazywały nerwowość i brak koncentracji i miały przeciętnie o pięć punktów niższe IQ. Gorsze wyniki w testach na inteligencję były widoczne nawet wówczas, gdy naukowcy wyeliminowali takie czynniki jak poziom umysłowy matek, warunki domowe i obecność osób palących w najbliższym otoczeniu. Wraz z zagrożeniami wypływającymi z zanieczyszczonego środowisko rośnie również, jak się przekonano, ryzyko wystąpienia alergii. Dzieci, których krew pępowinowa wykazywała zmiany, po latach bardzo często zapadały na astmę.
Podczas badań kobiet mieszkających w pobliżu starych elektrowni węglowych w Krakowie badacze z Uniwersytetu Columbia już wcześniej doszli do podobnych wniosków. Najbardziej dobitny dowód na dramatyczny wpływ trucizn zawartych w powietrzu Frederica Perera znalazła jednak w chińskim mieście Chongqing.
Chcąc zwalczyć smog w metropolii nad rzeką Jangcy, rząd postanowił wyłączyć starą elektrownię, która wypełniała całą okolicę kłębami dymu. Epidemiolog badała przyszłe matki i ich potomstwo żyjące w tej okolicy przed i po unieruchomieniu zakładu. Okazało się, że dzieci, które przyszły na świat dwa lata przed zlikwidowaniem elektrowni, miały nieco mniejsze główki, rozwijały się wolniej i gorzej uczyły niż te urodzone rok po wyłączeniu.
W kraju prowadzącym politykę jednego dziecka w rodzinie wyniki owych badań wywołały silne wzburzenie. Wielu rodziców zastanawiało się, czy skażone powietrze było zagrożeniem dla zdrowia ich jedynego potomka, na którego urodzenie pozwala im państwo. Perera nie chce w tej chwili wypowiadać się na ten temat, obawia się bowiem o przyszłość swego projektu w Chinach.
W USA zespół naukowców bada obecnie w ramach projektu kosztującego 30 milionów dolarów kontrowersyjny związek, jaki na całym świecie obecny jest w wielkiej obfitości w takich przedmiotach codziennego użytku jak butelki do karmienia niemowląt, opakowania artykułów spożywczych, szkła w okularach, płyty CD i kwity kasowe. Chodzi o bisfenol A.
Substancję tę można znaleźć w organizmie praktycznie każdego człowieka. Jako że pod względem chemicznym przypomina hormon estrogen, podejrzewa się ją, że przyczynia się do występowania nadwagi, cukrzycy, nowotworu piersi i prostaty oraz schorzeń układu nerwowego. W Niemczech Federalny Urząd Oceny Ryzyka zakwalifikował ów związek jako nieszkodliwy, wątpliwości ma natomiast Urząd Ochrony Środowiska, który opowiada się za ograniczeniem na wszelki wypadek jego stosowania.
– Nasze hipotezy na temat szkodliwości danych substancji formułujemy zawsze bardzo ostrożnie – mówi Perera – i jak dotychczas informacje te najczęściej się potwierdzały. W przypadku bisfenolu A ocena będzie musiała trochę potrwać. – Być może tym razem się mylimy – przyznaje badaczka. – Byłaby to bardzo dobra wiadomość.
Samiha Shafy












