Szwajcarzy zdecydowali w referendum, że nie chcą kolejnych minaretów, przez co ściągnęli na siebie gniew islamskiego świata. Lecz również w innych krajach europejskich obywatele z coraz większą grozą patrzą na kolejne znaki muzułmańskiej obecności.
W Langenthal, małym szwajcarskim miasteczku, zakończyła się już wojna o minarety, a miedzy zwycięzcami i przegranymi zapanowała, jak się wydaje, zgoda. – Czuję się wykorzystany i zraniony jako człowiek – mówi Mutalip Karaademi. – Chcieliśmy trafić w symbol – stwierdza z kolei Daniel Zingg – i to się nam udało.
Zingg sprzeciwiał się minaretowi, który chciał zbudować Karaademi, i osiągnął decyzję, że w Szwajcarii nie będzie już wolno ich wznosić. Był jednym z autorów inicjatywy obywatelskiej, przyjętej 29 listopada 57,5 proc. głosów, zgodnie z którą w konstytucji znajdzie się w przyszłości zdanie: “Budowa minaretów jest zakazana”.
Szwajcarska decyzja wywołała wstrząs w Europie i na całym świecie, bo tak naprawdę dotyczy ona nie tylko minaretów. Chodzi o problem tożsamości całego kontynentu – to referendum miało pokazać, jak bardzo społeczeństwo w zachodnim świecie czuje się zagrożone przez wpływy islamu. W tej chwili zaś trwa gwałtowna dyskusja wokół tematu: ile Allaha jest w stanie znieść dzisiejsza Europa? Decyzja podjęta przez mieszkańców tej jakże tolerancyjnej skądinąd alpejskiej republiki odzwierciedla głęboko zakorzeniony lęk przed islamem, który staje się coraz bardziej widoczny.
Czy muzułmańscy imigranci zagrażają europejskim wartościom? Taka obawa powszechna jest na całym kontynencie. W przeprowadzonej niedawno ankiecie 41 procent Francuzów opowiedziało się przeciwko budowie meczetów, a 44 procent Niemców przeciwko minaretom. Aż 55 proc. Europejczyków uważa islam za religię nietolerancyjną.
Czyżby więc w Szwajcarii objawiła się jedynie ta sama postawa, jaką zaprezentowałaby również większość obywateli innych krajów, gdyby miała po temu okazję?
Krytyka zachowań uczestników referendum chyba również dlatego była tak gwałtowna. Francuski minister spraw zagranicznych Bernard Kouchner i irański prezydent Mahmud Ahmadinedżad, ONZ i Watykan byli zgodni w swym oburzeniu: szwajcarski głos jest pogwałceniem wolności religijnej i zakazu dyskryminacji. Turecki minister ds. europejskich wezwał muzułmanów, by nie lokowali swoich pieniędzy w Szwajcarii, lecz w Turcji. Premier Recep Tayyip Erdogan zarzucił Europie, ze reprezentuje ona “postawę faszystowską”.
Były jednak i głosy pełne zrozumienia, akceptacji, okrzyki radości – w komentarzach w internecie i ze strony prawicowych populistów, jak holenderski polityk Geert Wilders czy narodowo-konserwatywnych partii, takich jak francuski Front National. Roberto Castelli, czołowy polityk włoskiej Ligi Północnej powiedział: “Szwajcarzy udzielili nam cywilizacyjnej lekcji. Trzeba wysłać wyraźny sygnał, by powstrzymać proislamską ideologię”.
Na razie wstrzymano budowę minaretu islamskiej wspólnoty wyznaniowej w Langenthal. 51-letni Mutalip Karaademi, przybyły tu przed 26 laty z Macedonii, stoi przed siedzibą organizacji, niegdysiejszą fabryką metali mieszczącą się na obrzeżach miasta. Wznosi się na niej drewniana konstrukcja, wysoka na sześć metrów i dziesięć centymetrów, pokazująca wysokość planowanego minaretu, pierwszego, który nie ma prawa tu powstać.
Karaademi jest przewodniczącym tej wspólnoty. Jej 130 członków pochodzi z Albanii, Kosowa i Macedonii. Od osiemnastu lat znajduje się tutaj niewielki meczet i na początku minaret nie wydawał się rzeczą aż tak ważną – ot, po prostu ozdoba. Ale teraz chodzi już o zasadę. Karaademi chce przeforsować tę sprawę na drodze prawnej, jeśli będzie trzeba, zwróci się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka i całkiem możliwe, że koniec końców sędziowie w Strasburgu podważą to postanowienie. On sam kocha Szwajcarię, ów wzorcowy kraj, ale wydany przez nią zakaz jest „wobec nas rasistowski i dyskryminujący” – mówi. To hańba dla cywilizowanego świata.
Daniel Zingg, cichy zwycięzca owej bitwy, siedzi w pizzerii naprzeciwko dworca w Langenthal. Jest 53-letnim mężczyzną, ostrzyżonym na zero, mówiącym ochrypłym szeptem. Minarety, owe “włócznie szariatu, znaki islamu na nowo zdobytych terenach” , nie będą już mogły być budowane – tym samym Szwajcarzy rozwiązali problem, który gdzie indziej, w wielkich miastach Francji czy Anglii, stał się już niemożliwy do rozwiązania. Jak wiadomo, najpierw powstaje minaret, potem nastaje muezzin i burka, a na końcu wprowadza się prawo szariatu. Ten zakaz nie jest skierowany przeciwko muzułmanom, choć wiadomo przecież, że “Koran poleca islamizować świat i również tutejsi muzułmanie mają takie zadanie, inaczej nie byliby muzułmanami”.
Zingg od piętnastu lat wygłasza wykłady popierające Izrael i krytykujące islam. Jest politykiem ultraprawicowej chrześcijańskiej Szwajcarskiej Partii Ludowej, która w ostatnich wyborach uzyskała 1,3 proc. głosów. Nigdy nie przekroczył progu meczetu w swoim mieście, słyszał bowiem, że każdy, kto wchodzi boso do tej świątyni, staje się muzułmaninem. Na wszelki wypadek woli więc nie ryzykować.
Można zadać sobie pytanie, w jaki sposób człowiek, którego radykalnych poglądów nie podziela z pewnością większość rodaków, zdołał pozyskać ich dla owej sprawy. I dlaczego kraj niemający dotychczas żadnych większych problemów ze swoimi 400 tysiącami muzułmanów zdecydował się na tak dramatyczny krok.
Być może w ludziach rośnie lęk, może radykalne żądania stają się coraz bardziej popularne, ponieważ brakuje publicznej debaty o tym, jakie miejsce islam powinien zajmować w Europie.
Według szacunków w krajach Unii Europejskiej żyje dziś 15 milionów muzułmanów – a więc zaledwie trzy procent ludności. Jest to jednak więcej niż w jakimkolwiek okresie w przeszłości. Emigranci, których większość przybyła tu w poszukiwaniu pracy już przed kilkudziesięcioma laty, przynieśli na ten kontynent islam.
Pytanie brzmi: czy Europa może jeszcze być Europą, skoro na przykład w Austrii w 2050 roku większość młodzieży poniżej piętnastego roku życia będzie muzułmanami? A już dziś w Brukseli i Amsterdamie imieniem wybieranym najczęściej dla nowo narodzonych chłopców jest Mohammed? W Anglii zaś imię to jest trzecie pod względem popularności?
Christopher Caldwell, amerykański pisarz i dziennikarz, jest autorem bardzo cenionej, sceptycznej książki “Reflections on the Revolution In Europe” na temat Europy i jej muzułmańskich imigrantów. W Szwajcarii fascynuje go przepaść między kategorycznym odrzucaniem zakazu wznoszenia minaretów, prezentowanym w ankietach, a jego zdecydowanym poparciem w referendum. – Oznacza to, że toczą się tu równolegle dwie dyskusje na temat islamu: ta oficjalna i ta ukryta. Europejczykom powinno dać to do myślenia.
W swojej książce nie uderza on w ten sam alarmistyczny ton jak inni konserwatywni pisarze, którzy staremu kontynentowi nadali już nazwę „Eurabia” i postrzegają go – między innymi ze względu na wysoki wskaźnik urodzeń wśród imigrantów – jako przyszłą część składową „islamskiego imperium”. Pisze jednak także: “Pewne jest, że Europa wyjdzie z tej konfrontacji z islamem odmieniona, mniej pewne wydaje się natomiast, by islam okazał się zdolny do asymilacji”. (…)
(…) Muzułmanie stanowią wprawdzie mniejszość, ale Europa zmienia się też sama przez się. – Gdy niepewna siebie, szukająca swojej drogi, relatywistyczna kultura zderza się z inną, mocno zakorzenioną, dającą oparcie i wzmocnioną przez wspólną ideologię, może zdarzyć się, że przemianie ulegnie ta pierwsza, by dopasować się do drugiej – zauważa Caldwell.
W Niemczech jak dotąd niewiele było dyskusji o tego typu problemach, większe emocje wzbudzała kwestia chust, rozniecająca prawdziwy kulturkampf. Przez sześć lat cały kraj zastanawiał się, czy pochodząca z Afganistanu nauczycielka ma prawo w szkole w Badenii-Wirtembergii prowadzić lekcje w chustce na głowie. (…)
O tym, że i tu jest wiele lęków, świadczy sprawa kościoła z Duisburga, który miał zostać przerobiony na meczet. Starzy wierni przekazali uroczyście świątynię nowym wiernym, “ale w knajpach i domach prywatnych wszyscy powtarzali, że muzułmanie przejmują władzę w kraju” – mówi profesor Rauf Ceylan, religioznawca z uniwersytetu w Osnabrücku. Ukryte obawy przed islamem dostrzega on u wielu Niemców. Najbardziej niepokojących przykładów dostarcza im Wielka Brytania. Udział muzułmanów w brytyjskim społeczeństwie wynosi co prawda jedynie trzy procent – są to głownie przybysze z Pakistanu i Bangladeszu – nigdzie w Europie jednak tak wielu emigrantów nie odgradza się do tego stopnia od reszty ludności jak tam, w takich miastach jak Bradford, Dewsbury czy Leicester.
W Luton, 50 kilometrów na północ od Londynu, jest dzielnica Bury Park, stare angielskie osiedle robotnicze, z którego dawno już niknęli starzy angielscy robotnicy. W tutejszym krajobrazie dominują kobiety w czarnych nikabach (zasłonach z otworami na oczy, całkowicie zakrywających twarz – przyp. Onet), mężczyźni o siwych brodach, rzeźnicy zabijający zwierzęta według reguł “halal” oraz dziesięć meczetów. Między rzędami domów wznosi się minaret, wybudowany z czerwonej angielskiej cegły, muezzin przez głośnik wzywa wiernych na modlitwę.
Mieszkańcy rozmawiają ze sobą w bengali lub urdu. Gmina oferuje kursy ułatwiające zdobycie brytyjskiego obywatelstwa, meczety prowadzą finansowane przez państwo szkolenia, które mają uodpornić młodych muzułmanów na propagandę ekstremistyczną. (…) Wielu z nich jednak, ci z drugiego, trzeciego czy czwartego pokolenia, dawno już z tego wszystkiego wyrosło. Są doskonale wykształceni, mają brytyjskie obywatelstwo, pracują jako lekarze, adwokaci czy politycy.
Wielka Brytania jak chyba żaden inny europejski kraj bierze pod uwagę odrębność kulturową swoich imigrantów. Muzułmańskie policjantki mogą zakrywać włosy chustami, które stanowią część umundurowania.
Od dwóch lat brytyjscy wyznawcy Allaha mogą w przypadku zaistniałego sporu zwrócić się do islamskiego sądu rozjemczego, który działa według prawa szarłatu. Jego decyzja jest prawomocna dla obu stron konfliktu, w razie konieczności wkracza brytyjski komornik i egzekwuje wyrok. Jest to sytuacja bez precedensu w całej Europie.
(…) Zdaniem Jocelyne Cesari, francuskiej specjalistki od problemów islamu, jest ona również paradoksalna. – Z jednej strony istnieje tam żywotna muzułmańska klasa średnia, z drugiej zaś jest to kraj, w którym muzułmanie skupiają się w najbardziej odizolowanych osiedlach i reprezentują najbardziej radykalne poglądy – twierdzi Cesari.
Sądy opierające się na prawie szariatu nie stanowią według niej problemu, dopóki nie łamią obowiązujących reguł prawnych. Kompromisy można tolerować w dziedzinach, które nie ograniczają praw większości – Wielokulturowość nie oznacza, że zasiedziała większość powinna mieć jakieś specjalne przywileje – twierdzi Jocelyne Cesari. Tezę Caldwella, że islam jest nie do pogodzenia z wartościami europejskimi, uważa za mieszaninę półprawd i przesądów. – Muzułmanie są gotowi do asymilacji, wielu z nich patrzy na własną religię bardzo krytycznie.
Trwa jednak walka o symboliczne uznanie islamu. – Na początku muzułmanie otwierali skromne domy modlitwy, teraz chcą mieć własne miejsca, gdzie będą mogli konkurować z europejskimi kościołami i katedrami – zauważa francuska islamolożka. Ale ponieważ chrześcijaństwo coraz bardziej wycofuje się z przestrzeni publicznej, wielu Europejczyków odbiera budowę nowych meczetów jako prowokację.
Francja w tej chwili całkiem oficjalnie negocjuje kwestię, jak bardzo islam ma prawo być widoczny w obrębie jej granic. Robi to w pozbawionym okien pomieszczeniu znajdującym się w piwnicy gmachu parlamentu w Paryżu. Fotele z ciemnej skóry ustawiono tu w krąg, pod wyłożoną drewnem frontową ścianą sali siedzi André Gerin, przewodniczący parlamentarnej komisji śledczej badającej sprawę “noszenia zasłon zakrywających cale ciało”. Gerin jest komunistą i od ponad 24 lat pełni funkcję burmistrza Vénissieux. To on powołał do życia ową komisję, ponieważ burka zagraża republikańskim ideałom jego kraju.
Po prawej stronie siedzi Tariq Ramadan, kontrowersyjny, bystry islamolog ze szwajcarskim obywatelstwem. Jest przeciwny ustawie zabraniającej noszenia burki – byłoby to napiętnowaniem islamu.
– Monsieur Ramadan – rozpoczyna Gerin – czy noszenie burki jest powinnością religijną? Czy też wyrazem gnębienia kobiet?
– Nie – odpowiada Ramadan – noszenie burki nie jest obowiązkiem i z pewnością istnieją mężczyźni, którzy zmuszają do tego swoje żony wbrew ich woli. Ale taka ustawa doprowadzi tylko do większej izolacji.
Co więc proponuje? – chce wiedzieć przewodniczący. Odpowiedź brzmi: stosowanie się do obowiązujących obecnie przepisów. Kobieta ubrana w burkę podczas kontroli musi pokazać twarz. – Ale powinniśmy wreszcie zrozumieć – dodaje Ramadan – że islam stał się już francuską religią.
Tariq Ramadan to już 145. ekspert, którego komisja prosi o opinię. Od lat popiera on świadomy swej istoty islam, obecny w Europie, dopasowany do wymogów współczesności, akceptujący takie europejskie osiągnięcia, jak respektowanie praw człowieka i zasad demokracji. Jego przeciwnicy uważają go za obłudnika i kłamcę, który chce uśpić zachodnią opinię publiczną.
André Gerin próbuje skierować debatę na problem, jak wiele islamu jest w stanie znieść dzisiejsza laicka Francja. Mówi, że burkę traktuje jedynie jako narzędzie. Krajowe służby specjalne zidentyfikowały w całej Francji ledwie 367 kobiet używających owej zasłony. Ze wszystkich problemów, jakie kraj ma ze swymi sześcioma milionami muzułmanów, ten wydaje się akurat najmniejszy.
Wielu wyznawców Allaha zarzuca Europejczykom, że ich religię utożsamiają z noszeniem burki, burkę z Talibanem, a Taliban z bin Ladenem. Traktuje się ich tak, jakby oni wszyscy byli islamistami, jakby nie żyli od kilkudziesięciu lat w europejskich krajach.
Gerin ma to, czego chciał. W tej sali Republika Francuska w imię wolności, równości i braterstwa walczy z wyjątkiem od reguły.
Jak to możliwe – pyta André Gerin – że pozwalamy dokonywać zamachów na osobistą wolność każdego z naszych obywateli? Jak to możliwe, że polityka nie znajduje odpowiedzi na te pytania? Dlaczego w laickiej Francji mogą dziać się takie rzeczy? (…)
– Jesteśmy spóźnieni o jakieś 25 lat, ale musimy w końcu pogodzić się z faktem, że muzułmanie mają prawo się tu osiedlać – mówi przewodniczący. – Ale muszą dopasować się do naszego społeczeństwa.
Francuska debata w kwestii burki ma wiele podobieństw z zakazem wznoszenia minaretów w Szwajcarii. Atakuje się symbol, mając na myśli coś zupełnie innego. Kryje się za tym nadzieja, że uda się powstrzymać wpływy islamu, ograniczając jego widoczną obecność. Łatwiej jest spierać się o drażliwe kwestie niż o konkretne problemy. (…) To strategia nacechowana sporą dozą bezsilności.
W Antwerpii i paru innych belgijskich miastach noszenie zasłon na twarzy jest już od paru lat zabronione. Policja udzielała już ostrzeżeń nielicznym kobietom w nikabach lub burkach. Zakaz ten od dawna nie stanowi tu już żadnego problemu, byłoby nawet trudno znaleźć jakichś muzułmanów oburzających się z tego powodu.
Z powodu chust natomiast powstał w Antwerpii wielki spór. Co trzeci mieszkaniec tego otwartego na świat portowego miasta poparł w wyborach samorządowych flamandzkiego prawicowego ekstremistę Vlaamsa Belanga. Trzy lata temu socjalistyczny burmistrz jako pierwszy wprowadził zakaz noszenia chust przez pracownice służby publicznej. Od września dotyczy on również uczennic.
Karin Heremans ma 46 lat i jest dyrektorką Ateneum Królewskiego, które niczym twierdza stoi w centrum miasta. Ma jasne włosy i nosi jedwabną suknię z głębokim dekoltem, usta ma pomalowane różową szminką i tym samym stanowi przeciwieństwo swoich uczennic. Większość z nich to muzułmanki, ubrane w swetry z golfem i chusty. W szkolnym holu wisi lustro – tu przychodzące do szkoły dziewczynki muszą pozbyć się swoich nakryć głowy.
(…) Z początku nauczyciele dyskutowali z uczniami o Darwinie, urządzano pokazy mody, wycieczki do Stambułu. Wszystko wydawało się możliwe. W 2005 roku Karin Heremans napisała książkę, w której opowiadała się przeciwko zakazowi noszenia chust. Zróżnicowanie kulturowe jest wartością, która nas wzbogaca – twierdziła. (…)
W końcu i ona jednak musiała wprowadzić ów zakaz. – Obawiałam się, że w przeciwnym wypadku niebawem staniemy się szkołą muzułmańską – mówi. Odeszło 70 z 580 uczniów. Dyrektorce przydzielono ochronę policyjną. Nieznani sprawcy plądrowali klasy. Ale dziewczynki zdejmowały w szkole swoje chusty i wiele z nich mówiło, że teraz czują się wolne.
– Słowo “tolerancja” zamieniliśmy na “wzajemność” – zauważa Karin Heremans. – Ten, kto pragnie wolności religijnej, musi uznać też wolność wyznania innych. Muszą istnieć wartości niepodlegające dyskusji: równouprawnienie płci, wolność słowa i religii, szacunek wobec innych. (…)
Antwerpska wojna o chusty to jeden z najświeższych przykładów problemów, przed jakimi stanęła Europa: czy można chronić swoje wartości, swoją wolność, ograniczając wolność innych?
Postępowanie wobec muzułmanów jest być może największym obecnie wyzwaniem dla naszego kontynentu. Jeśli uda się ochronić własne wartości bez dyskryminowania wyznawców islamu, może powstać z tego nowy konsensus, a europejscy muzułmanie mogą stać się przykładem dla całego islamskiego świata. Jeśli zaś to się nie uda, Europie grozi, że zdradzi własne wartości, a władzę zdobędą populiści, których proste rozwiązania wzniecą wojnę kulturową.
Parę rzeczy przeczy poglądom alarmistów, którzy już widzą, jak Europa zaczyna stawać się arabską kolonią. Przeważająca większość muzułmanów dopasowuje się do kraju, w jakim gości. Stają się mniej religijni niż w swojej ojczyźnie, akceptują w dużej mierze panującą tu kulturę. Również obawa przed wysokim wskaźnikiem urodzeń wśród imigrantów jest przesadzona – w drugim i trzecim pokoleniu współczynnik ten spada do średniej krajowej.
Czasem jednak lęki stają się silniejsze niż fakty i bywa, że zakaz budowy minaretów nie ma tak naprawdę z minaretami nic wspólnego.
Andrea Brandt,
Marco Evers, Juliane von Mittelstaedt,
Mathieu von Rohr, Britta Sandberg