Tag Archive | "Zdrowie"

Zdelegalizować chirurgię plastyczną

Tags: ,

Zdelegalizować chirurgię plastyczną


Fakt, że 300 tysiącom kobiet na całym świecie wstawiono groźne dla zdrowia implanty może wydawać się spektakularnym przykładem nadużyć w medycynie i dowodem niedoskonałości prawa. Skandal prowokuje jednak znacznie bardziej zasadnicze pytanie: czy nadal powinniśmy akceptować ryzyko związane z chirurgią estetyczną?
plastic-surgeon-denis-boucq-poses-with-silicone-gel-breast-implants-manufactured-by-french-company-poly-implant-prothese-pic-reuters-277159029Wadliwe implanty piersi, wyprodukowane przez nieistniejącą już francuską firmę Poly Implants Protheses (PIP), od kilku tygodni nie schodzą z pierwszych stron gazet, i nic dziwnego. Implanty te wybuchają częściej niż inne modele, a na dodatek zawierają silikon przemysłowy nie przeznaczony do użytku medycznego. Skandal błyskawicznie osiągnął zasięg globalny. Dzięki pewnej holenderskiej firmie zarejestrowanej na Cyprze implanty pod zmienioną nazwą sprzedawano w 65 krajach, były dostępne na kredyt w Wenezueli i przemycane do Boliwii, gdzie kupowały je turystki, odwiedzające ten kraj w celach medycznych.
To zadziwiające, że świat do tej pory nie wypracował zgodnego stanowiska w kwestii bezpieczeństwa implantów. We Francji kobietom radzi się, by je usunęły na koszt państwa. Z drugiej strony brytyjskie ministerstwo zdrowia bez skrupułów oświadczyło, że “nie ma dowodów” łączących implanty firmy PIP z zachorowalnością na nowotwory.
Oszacowanie zagrożenia dla zdrowia w przypadku procedur estetycznych jest szczególnie trudne. W większości zabiegów chirurgicznych na szali, obok ewentualnego zagrożenia, stawia się oczekiwaną poprawę stanu zdrowia. Z tego powodu w XIX wieku chirurdzy plastyczni ograniczali się do akceptowanych przez medycynę procedur rekonstrukcyjnych. Dziś w wielu krajach ilość zabiegów kosmetycznych i estetycznych zdecydowanie przewyższa ilość procedur rekonstrukcyjnych. A jednak wątpliwości natury etycznej, z jakimi zmagali się chirurdzy plastyczni, którzy przed wiekiem przeprowadzali zabiegi upiększające, do tej pory nie zostały rozwiane.
Niektórzy pacjenci nie przyjmują do wiadomości ryzyka towarzyszącego chirurgii kosmetycznej, bo zabiegi przeprowadzają lekarze. Rytualne elementy medycyny – biały fartuch i podejście do pacjenta – symbolizują zdrowie. Fakt, że implanty wstawia chirurg, daje subtelne poczucie, że to bezpieczne. Czyż lekarz robiłby coś, co mogłoby szkodzić pacjentowi?
Jedną z reakcji na skandal PIP mógłby być całkowity zakaz chirurgii plastycznej piersi. Powszechnie wiadomo, że implanty różnych typów mogą wywoływać piekący ból i poważne infekcje, prowadzić do utraty czucia i stwardnienia tkanki piersi. Pewna kobieta, która doświadczyła przykrych komplikacji po wszczepieniu implantów, złożyła na ręce szkockiego rządu petycję, wzywającą do całkowitego zakazania tej procedury. Stanowisko łatwo uzasadnić prostym argumentem: chirurgia estetyczna jest pogwałceniem przysięgi Hipokratesa, bo może być dla pacjenta groźna, a nie leczy i nie zapobiega żadnemu schorzeniu.

breast-implant-placement-2Jednak wprowadzenie globalnego zakazu przeprowadzania operacji plastycznych nie byłoby takie proste. Ponad pół miliona Amerykanów wyjechało w ubiegłym roku za granicę, by skorzystać z usług medycznych, przy czym znaczącą większość stanowiły nieratujące życia zabiegi planowe – głównie chirurgia estetyczna. Choć amerykański rząd nie wydał zezwolenia na stosowanie implantów PIP, produkty te wszczepiano amerykańskim turystkom, które w tym celu jeździły np. do Brazylii.
Co ważniejsze, procedury chirurgii estetycznej stały się trwałym elementem praktyki medycznej. Już nie są domeną chirurgów plastycznych i dermatologów, ale coraz częściej wykonują je lekarze ogólni, położnicy, endokrynolodzy i lekarze innych specjalizacji. Ogólna dostępność tych procedur sprawia, że wydają się niezbędne. Stomatologia kosmetyczna jest dziś tak powszechna, że coraz rzadziej uważa się ją za procedurę “kosmetyczną” – biada amerykańskim rodzicom, którzy żałują jej swoim dzieciom.
Niektóre zabiegi zaliczają się do szarej strefy między koniecznością, a medyczną poprawą wyglądu. W USA pomniejszenie piersi często uważa się za zabieg uspra- wiedliwiony względami zdrowotnymi, tymczasem w Brazylii taka operacja ma głównie cel estetyczny (małe piersi to erotyczny ideał, duże piersi nadają kobiecie wygląd matrony). Chirurgia rekonstrukcyjna, np. wszczepienie implantów po mastektomii, to także medycyna estetyczna. Podobnie jak w przypadku powiększenia piersi celem nie jest poprawa ich funkcjonowania, a jedynie wyglądu. Oczywiście zwykle uważa się, że pacjentki z rakiem piersi mają pełne prawo do implantów, a te najczęściej dostępne są za darmo.
Sklasyfikowanie operacji wstawienia implantów piersi jako rekonstrukcji nie sprawia, że takie implanty są mniej niebezpieczne. Co najmniej jedna piąta Francuzek z implantami firmy PIP to pacjentki po mastektomii. Trudno oszacować ryzyko towarzyszące wszelkim formom chirurgii plastycznej, bo z jednej strony w grę wchodzi potencjalne ryzyko dla zdrowia, a z drugiej poprawa tak nieuchwytnych i niemierzalnych wartości jak seksualne i psychologiczne samopoczucie.
Być może ostatni skandal to tylko drobny krok w bok na drodze ku większemu bezpieczeństwu chirurgii estetycznej. W roku 2006 amerykańska FDA zakończyła trwające 14 lat moratorium na silikonowe implanty, udzielając zezwolenia na stosowanie dwóch nowych modeli. Wkrótce po tym powiększanie piersi stało się najczęściej wykonywanym zabiegiem kosmetycznym w USA.
Postęp w medycynie może zwiększyć bezpieczeństwo procedur estetycznych, ale też może przyczynić się do ich normalizacji. To, co wczoraj uchodziło za kaprys, dziś jest kwestią zdrowia, a przynajmniej dobrego samopoczucia. Teraz, gdy dążenie do piękna staje się coraz bardziej widoczną częścią praktyki medycznej, coraz rzadziej zwracamy uwagę na związane z tym niebezpieczeństwo. I to jest największe ryzyko.

Alexander Edmonds

O autorze

Alexander Edmonds jest antropologiem z Uniwersytetu w Amsterdamie i autorem książki “Pretty Modern: Beauty, Sex and Plastic Surgery in Brazil”, poświęconej boomowi chirurgii plastycznej w Brazylii.

Posted in Ciekawostki, Zdrowie, Świat kobietComments (0)

Słodkie cię zakręci

Tags: , ,

Słodkie cię zakręci


Od słodyczy i tłustego jedzenia można się uzależnić – przekonują naukowcy. Produkty te, zwłaszcza spożywane regularnie, wpływają na nasz mózg podobnie jak kokaina i narkotyki.

kasia
– Dowody są tak jednoznaczne, że branża po prostu musi się z tym pogodzić – uważa Nora Volkow, dyrektor National Institute on Drug Abuse (NIDA), agencji specjalizującej się w walce z uzależnieniami.
Jeszcze dziesięć lat temu teoria o tym, że jedzenie może być uzależniające, nie wzbudzała szczególnego zainteresowania naukowców. Dziś to się zmienia. Badania laboratoryjne dowiodły, że słodkie napoje i tłuste jedzenie wywołują u zwierząt zachowania typowe dla uzależniania. Skany mózgu osób otyłych i uzależnionych od jedzenia wykazały zaburzenia reakcji ośrodka przyjemności, podobne do tych, jakich doświadczają narkomani.
Tylko w tym roku opublikowano 28 prac naukowych o uzależnieniu od jedzenia, wynika z danych National Library of Medicine. Wraz z pojawianiem się coraz to nowych dowodów, nauka może zacząć zagrażać wartemu 1 bln dolarów przemysłowi żywnościowemu. Jeśli okaże się, że tuczące jedzenie i napoje słodzone cukrem i bogatym w fruktozę syropem kukurydzianym, rzeczywiście są tak niebezpieczne, producenci żywności mogą stanąć przed perspektywą wojny o zdrowie konsumentów, jakiej nie widziano od czasów, gdy poprzednie pokolenie wytoczyło działa przeciwko przemysłowi tytoniowemu.
Dyrektorzy i lobbyści z branży żywnościowej odpierają ataki, twierdząc, że niczego na razie nie udowodniono i że żywność, którą prezes PepsiCo, Indra Nooyi, nazywa „przyjemną”, nie szkodzi, gdy spożywana jest z umiarem. Co więcej, firmy zapewniają, że robią co w ich mocy, by zaoferować konsumentom większy wybór zdrowych przekąsek. Nooyi znana jest z tego, że na zwiększeniu zdrowej oferty PepsiCo zależy jej tak samo, jak na wzroście sprzedaży.
Nikt nie przeczy, że otyłość to coraz większy problem globalny. W USA otyły jest co trzeci dorosły i 17 proc. nastolatków, a liczby ciągle rosną. Otyłych przybywa w Ameryce Łacińskiej, Europie i w regionie Pacyfiku.
Koszty społeczne są ogromne. Z badania przeprowadzonego w roku 2009 na grupie 900 tys. osób, którego wyniki opublikował „Lancet”, wynika, że umiarkowana otyłość skraca życie o 2-4 lata, zaś ta poważna nawet o 10 lat. Centra Zwalczania i Zapobiegania Chorobom przypominają, że już nieraz dowiedziono, iż otyłość zwiększa ryzyko chorób serca, cukrzycy, niektórych nowotworów, choroby zwyrodnieniowej stawów, bezdechu sennego i udaru. Jak w 2009 roku podawał „Health Affairs”, w 2008 roku koszty leczenia chorób związanych z otyłością oszacowano na 147 mld dolarów.
Oczywiście cukier i tłuszcz zawsze był częścią naszej diety, a nasze organizmy są zaprogramowane tak, by ich łaknąć. Zmienił się jedynie sposób, w jaki współcześnie przetwarza się żywność, nasycając rynek produktami bogatymi w cukier i niezdrowe tłuszcze, a pozbawionymi błonnika i wartości odżywczych, lamentują eksperci ds. żywienia. Teraz okazuje się, że konsumpcja dużych ilości tak przetworzonego jedzenia może powodować zmiany w naszych mózgach.
A zmiany te, zdaniem niektórych naukowców, bardzo przypominają uzależnienie. Z badania przeprowadzonego przez Davida Ludwiga z Uniwersytetu Harvarda wynika, że żywność wysoko przetworzona może powodować gwałtowne wzrosty i spadki poziomu cukru we krwi, co zwiększa łaknienie.
Edukacja, diety i leki okazały się nieskuteczne w walce z otyłością. Jak tłumaczą badacze, ciągła stymulacja smacznym, kalo- rycznym jedzeniem może znieczulać ośrodki w mózgu, zmuszając do pochłaniania coraz większych ilości śmieciowego pożywienia w celu zachowania poczucia zadowolenia.
W badaniu z 2010 roku naukowcy z Instytutu Badawczego Scrippsa w Jupiter na Florydzie karmili szczury tłustymi, słodkimi produktami, jak bekon, sernik czy polewa do ciasta. Za pomocą elektrod obserwowano aktywność mózgu w ośrodkach rejestrujących nagrody i przyjemność. Szczury, które miały dostęp do tej żywności tylko przez godzinę dziennie, obżerały się nią, mimo że obok przez całą dobę stała znacznie bardziej odżywcza karma. Szczury z drugiej grupy, które mogły jeść słodycze i tłuszcze przez 18-23 h na dobę, bardzo szybko przybrały na wadze, wyjaśnił kierujący badaniem Paul Kenny w raporcie opublikowanym w „Nature Neuroscience”. Jego zdaniem w mózgu szczurów zachodziły takie same reakcje jak podczas przyjmowania większych dawek kokainy.
Naukowcy sugerują, że do uszkodzenia ośrodka przyjemności w mózgu może dochodzić, gdy pochłaniamy nadmierne ilości jedzenia. W ramach eksperymentu przeprowa- dzonego w 2010 roku przez naukowców z Uniwersytetu w Teksasie i Instytutu Badawczego w Oregonie, 26 młodych kobiet z nadwagą poddano badaniu metodą rezonansu magnetycznego w czasie, gdy piły shake’a z lodami i polewą czekoladową. Badanie powtórzono pół roku później. U kobiet, które przybrały na wadze, zauważono mniejszą aktywność prążkowia, części mózgu rejestrującej nagrody, choć warunki, w jakich przeprowadzano badanie, były takie same. Wyniki opublikowano w ubiegłym roku w piśmie „Journal of Neuroscience”.
– Wieloletnie przejadanie się tłumi rekcje ośrodka przyjemności, dokładnie tak jak w przypadku uzależnienia od narkotyków – mówi Eric Stice z Instytutu Badawczego w Oregonie.
Naukowcy badający zjawisko uzależnienia od jedzenia zmagają się ze sceptycyzmem nawet wśród kolegów z branży. Pod koniec lat 90., Nora Volkow z NIDA, która jako badacz z Krajowego Laboratorium Brookhaven zajmowała się problemem uzależnień, ubiegła się o grant na program, którego celem było zbadanie ewentualnych zaburzeń ośrodka przyjemności u osób otyłych. Grantu nie uzyskała, ale dzięki wsparciu finansowemu od innej agencji rządowej mogła przeprowadzić badanie z wykorzystaniem urzą- dzenia do obrazowania pracy mózgu, mierzącego poziom aktywności chemicznej organizmu.
Badacze stworzyli mapę poziomów receptorów dopaminy w mózgach 10 otyłych ochotników. Dopamina to związek chemiczny, którego pojawienie się w mózgu jest sygnałem nagrody. Poziom dopaminy podnosi się podczas aktywności fizycznej i seksu, ale i po zażyciu narkotyków takich jak kokaina i heroina.
Nadużywanie narkotyków prowadzi do tego, że z czasem receptory mózgu przestają reagować na dopaminę, zmuszając narkomana do zwiększania dawki w celu osiągnięcia tego samego stanu upojenia. Eksperyment z Brookhaven wykazał, że u osób otyłych receptory dopaminy są mniej aktywne, niż u szczupłych osób z grupy kontrolnej.
W tym samym roku psycholodzy z Princeton rozpoczęli badanie, które miało wykazać, czy szczury uzależnią się od 10-procentowego roztworu cukru w wodzie – mniej więcej taką zawartość cukru mają słodkie napoje. Okazyjne wypicie takiego napoju nie stwarzało problemu, dramatyczne efekty zauważono dopiero wtedy, gdy szczury zaczęły pić słodzoną wodę codziennie. Z czasem pochłaniały jej coraz większe ilości, a przy tym coraz mniej jadły, mówi Nicole Avena, neurolog z Uniwersytetu Florydy.
Nie wszyscy dali się przekonać. Psycholog z Uniwersytetu Swansea, David Benton, niedawno opublikował 16-stronicowy referat, w którym obala wnioski z badań nad uzależnieniem od cukru. W swojej pracy, częściowo finansowanej przez Światową Organizację ds. Badań nad Cukrem, do której należy Coca-Cola, największy na świecie producent słodkich napojów, Benton argumentuje, że jedzenie nie uwalnia dopaminy z taką intensywnością, jak narkotyki, oraz że zablokowanie określonych receptorów w mózgu nie wywołuje objawów odstawienia u osób ze skłonnością do kompulsywnego jedzenia, jak to ma miejsce w przypadku narkomanów.
Wciąż nie wiadomo, czy badania naukowe nad uzależnieniem od jedzenia będą mieć jakiś wpływ na zmianę myślenia producentów przekąsek i napojów, którzy w końcu są w tym biznesie po to, by sprzedawać chipsy, batoniki i inne przekąski złaknionym konsumentom. PepsiCo przeznacza około 80 proc. budżetu marketingowego na promowanie słonych przekąsek i napojów. Choć stawiane pod murem koncerny zasłaniają się nieco zdrowszą ofertą, zarządy nieustannie upewniają swoich inwestorów, że sprzedaż batoników i słodkich napojów stale rośnie.

Robert Langreth,
Duane D. Stanford

Posted in Kulinaria, Psycholog, Rodzina, ZdrowieComments (0)

Smaczny Twardzioszek

Tags: , , ,

Smaczny Twardzioszek


Shiitake to gatunek grzybów należący do rodziny twardzioszkowatych (Marasmiaceae). We wcześniejszych klasyfikacjach shiitakowcezaliczany był do rodzaju Lentinus jako twardziak japoński (występujący także pod nazwami twardziak uprawny i shii-take).
Hodowlane nieco różnią się od tych rosnących naturalnie, a te mają brązowy lub brązowawy grzyb o kapeluszu dochodzącym do 20 cm średnicy i trzonie 3-4 cm grubości. Kolor trzonu jasnoczerwonobrązowy z łuskami nieco ciemniejszymi w górnej części powierzchni. Hymenofor białawy, gęsty i szeroki, w późniejszym okresie przechodzący w czerwonawą plamistość. Miąższ biały w smaku lekko kwaskowatym.
Grzybki występują w Chinach i w Japonii. Często używane są również w kuchni tajskiej. Te japońskie mają słonawy mięsny posmak i w kuchni japońskiej są podstawą zupy “miso” i wielu dań wegetariańskich. Zarówno chińskie jak i japońskie grzybki przeważnie dostępne są w postaci suszonej, dlatego też przed wykorzystaniem ich w kuchni trzeba je namoczyć podobnie jak nasze polskie suszone grzyby. Grzybki shiitake są niezwykle smaczne gdy smaży się je na głębokim tłuszczu i jako takie funkcjonują w kuchni tajskiej.
Twardziaki japońskie nadają się do spożycia w stanie świeżym, suszonym, nadają się do marynowania. Grzyby shiitake należy poddawać obróbce cieplnej bardzo krótko gdyż w przeciwnym razie twardnieją. Są idealnym dodatkiem do zup, sosów i sałatek.
SHIITAKE - to japońska nazwa grzyba Ta-ke, który rośnie na drzewach Shii. Grzyby te na Dalekim Wschodzie uznawane są za “ELIKSIR MŁODOŚCI”.
Grzyby te są najstarszymi na świecie grzybami, uprawianymi przez człowieka. Odmładzają organizm od środka, są bardzo silnym utleniaczem, niszcza wolne rodniki, zapobiegają starzeniu się skóry, pobudzaja układ immunologiczny do zwalczania komórek nowotworowych,
Grzyby te zmniejszają zawartość cholesterolu w organizmie i przeciwdziałają stwardnieniu tętnic.
Cieszy się na świecie wielką popularnością ze względu na swój specyficzny smak i właściwości lecznicze. W Japonii jest od kilkuset lat stosowany do leczenia m.in. guzów, przeziębienia, chorób serca, wysokiego ciśnienia, otyłości, problemów seksualnych i problemów powodowanych starzeniem się. Przeciwnowotworowe działanie grzyba shiitake zostało udowodnione już w latach 60. dzięki eksperymentom przeprowadzanych w Krajowym Instytucie Badania Raka w Tokio. Obecnie coraz częściej wraz z chemioterapią stosuje się wyciąg z shiitake przy leczeniu nowotworów, by zmniejszyć toksyczne działanie leków na zdrowe komórki oraz na system immunologiczny
••••••••

Shiitake smażone w sosie sojowym

Składniki: 6 dużych świeżych kapeluszy, grzybów shiitake, 2-3 łyżki sosu sojowego,3 łyżki białej wódki, cukier, olej do smażenia grzybów
Wykonanie: Grzyby podsmażyć na oleju w całości lub pokrojone na ćwiartki; po ok. 2 min. dodać zmieszane: wódkę, sos sojowy, cukier. Dusić grzyby do częściowego wyparowania płynu
••••••••

Sałatka grzybowa - trzy smaki

SKŁADNIKI: 200g pieczarek, 200g grzybów shiitake, 200g boczniaków-oysters mashroom, 4 łyżki soku cytrynowego, łyżka masła, 2 łyżki oliwy, 2 szalotki, 1/2 pęczka natki pietruszki, 2 łyżki oleju słonecznikowego, 1 łyżka musztardy (łagodnej), sól, pieprz
Pieczarki i grzyby shiitake umyć i osuszyć ściereczką. Pieczarki pokroić w plasterki i skropić2 łyżkami soku cytrynowego, grzyby shiitake użyć w całości (jq bym obciął nogi, a przynajmniej stopki - są twarde). Boczniaki przetrzeć wilgotnym ręcznikiem kuchennym i trochę rozdrobnić. Grzyby smażyć przez 3 minuty na rozgrzanym oleju, ciągle je obracając, wyjąc i ostudzić. Masło zrumienić na tej samej patelni, dodać do grzybów. Szalotki obrać i pokroić na cienkie plasterki, natkę pietruszki grubo posiekać, wymieszać z grzybami i masłem. Z reszty soku cytrynowego, oleju, musztardy, soli i pieprzu przygotować sos. Sałatkę polać sosem, wymieszać i odstawić na pół godziny.
•••••••

Królewski sos shiitake

Składniki: 30 dag grzybów świeżych shiitake, 4 łyżki oliwy z oliwek, 1/2 szklanki gorącej wody, 3 drobno pokrojone ząbki czosnku, , 2 łyżeczki drobno pokrojonego imbiru, 1 pora pokrojona ukośnie, świeży estragon, tymianek, majeranek, pietruszk, 1/4 szklanki zimnej wody, 2 łyżki mąki ziemniaczanej 1/4 drobno posiekanych orzechów laskowych, włoskich lub migdałów, 1 łyżka nasion sezamu, sól, pieprz biały do smaku
Odciąć nóżki od kapeluszy grzybów. Nóżki drobno posiekać i podsmażyć na łyżce oliwie. Kapelusze pokrojone w plastry osobno podsmażyć na oleju. Dodawać czosnek, imbir, pora i smażyć ok. 2 min. Nóżki wrzucić do gorącej wody i gotować ok. 3 min. Dodać podsmażone kapelusze wraz z dodatkami, estragon, tymianek, majeranek, pietruszkę i gotować razem na wolnym ogniu 5 do 10 min. Dodać orzechy oraz nasiona sezamu. Mąkę ziemniaczaną rozmieszać dokładnie w zimnej wodzie. Do gotującego się wywaru dodać mąkę ziemniaczaną, przyprawić solą i pieprzem. Gotować do uzyskania odpowiedniej konsystencji sosu.

Posted in Ciekawostki, Kulinaria, ZdrowieComments (0)

Owsiane płatki i inne cuda

Tags: , ,

Owsiane płatki i inne cuda


Owies to jedno ze starszych zbóż, znane człowiekowi od epoki brązu. Roślina należy do rodziny wiechlinowatych, czyli traw obejmujących ponad 30 gatunków. W stanie dzikim owies możemy spotkać w basenie Morza Śródziemnego i Azji Środkowej.

owiesW Polsce uprawia się owies zwyczajny (Avena sativa L.), zwany też prawdziwym, ale na łąkach można spotkać owies głuchy, będący chwastem. Występuje u nas kilka innych odmian owsa ale są to na ogół efemerofity, czyli gatunki obcego pochodzenia, przypadkowo zawleczone i szybko zanikające.
Owies to nadal popularne zboże, a Polska jest w czołówce jego producentów. Co takiego jest w tych niepozornych ziarenkach, zbieranych latem z pól? Przede wszystkim wiele osób nie wyobraża sobie śniadania bez płatków owsianych na mleku. Można je krótko zagotować, wtedy mamy kleistą i bardzo smaczną zupę mleczną, osłaniającą nasz przewód pokarmowy przed innymi, agresywnymi składnikami smacznych, lecz niezbyt zdrowych potraw. Ale są płatki błyskawiczne, które wystarczy zalać gorącym mlekiem. Można także same płatki lub muesli, czyli mieszankę wzbogaconą suszonymi owocami i płatkami z innych zbóż jeść z mlekiem zupełnie zimnym. Do muesli dodaje się także otręby owsiane. Jakkolwiek spożywamy płatki z owsa, dostarczamy organizmowi mnóstwo pożytecznych składników. Owies jest bowiem bogaty w białko, wapń, magnez, krzem, potas i żelazo. Wspomagamy tym samym kości, zęby i układ nerwowy. Jest bardzo szybko i łatwo trawiony, a włókna owsa (błonnik) regulują wszystkie czynności przewodu pokarmowego. Śniadanie z udziałem produktów z owsa pomoże wyregulować poziom cholesterolu, estrogenu i ciśnienia tętniczego krwi. Pomaga też w walce z utrzymaniem prawidłowej wagi, co jest ważne dla naszego ogólnego zdrowia i uniknięcia schorzeń wynikających z nadwagi. Z mączki owsianej produkuje się bardzo pożywne i lekkostrawne kakao owsiane.
Ale owies służy człowiekowi także, jako kosmetyk. Wyprodukowane metodą ekstrakcji mleczko owsiane to dodatek do szamponów, odżywek do włosów i żeli do kąpieli. Mają one właściwości nawilżające, pielęgnujące i chroniące skórę, a włosy nie elektryzują się i łatwo rozczesują. Na półce z szamponami możemy znaleźć tzw. suchy szampon, do oczyszczenia włosów bez użycia wody, co czasem jest jedynym ratunkiem dla naszego wyglądu. Dzięki wyciągowi z owsa specyfik absorbuje nadmiar łoju ze skóry głowy i włosów, a fryzura jest puszysta i lśniąca. Płatki owsiane to znakomity pilling. Możemy kupić mydło z wtopionymi drobinami owsa albo sporządzić maseczkę pillingującą same. Łyżkę płatków zalejmy ciepłą wodą z dodatkiem mleka, do tego można dodać odrobinę miodu. Papkę nakładamy na twarz, ale lepiej po prostu przecierać nią delikatnie twarz i szyję, przy czym robić to nad wanną lub w kąpieli, unikając pobrudzenia całej łazienki.
W celach leczniczych używa się natomiast, obok całych ziaren także słomy z owsa. Kąpiel w odwarze z ziaren lub słomy pomaga łagodzić swędzenia skóry i niektóre egzemy. Pomoże w pozbyciu się problemu nazbyt pocących się nóg i ogólnie potu o intensywnej woni.
Nalewki z ziaren pomagają koić nerwy, łagodzą lęki i niepokoje, przywracają sen. Możemy je kupić w sklepach zielarskich w postaci kapsułek lub tabletek z owsa. Możemy też poszukać „zielonej” herbatki z owsa, która oprócz słomy zawiera bardzo młode, zielone ziarna zboża. Taka herbatka uwolni nas od szkodliwych produktów przemiany materii, pomoże też w leczeniu artretyzmu oraz w przypadkach skazy moczanowej.
Owies nie powoduje żadnych skutków ubocznych, z jednym wyjątkiem. Kto jest uczulony na gluten (celiakia) – powinien przed zastosowaniem preparatów, kosmetyków i żywności z owsem skonsultować się z lekarzem.

(JD)

Posted in Kulinaria, W numerzeComments (0)

Dwie strony Czipa

Tags: , , ,

Dwie strony Czipa


Elektroniczny tatuaż ESZ jest jak druga skóra, jego grubość jest mniejsza niż średnica włosa. Nie wymaga kleju, bo do skóry przylega sam. To układy scalone, które mogą diagnozować choroby, a nawet sterować urządzeniami elektronicznymi. Ten nowatorski wynalazek jest dziełem naukowców z Uniwersytetu Illinois.
elektronituazz- Naszym celem było opracowanie elektroniki, którą będzie można zintegrować ze skórą w taki sposób, by była ona fizjologicznie i mechanicznie nieodczuwalna dla użytkownika. To technologia, która zaciera granice pomiędzy cyberświatem a biologią. Zrobiliśmy coś, co jest praktycznie niezauważalne dla noszącego - mówi magazynowi “Science” John Rogers, profesor z University of Illinois.
Tatuaż przyklejony do skóry ma służyć przede wszystkim do monitorowania funkcji organizmu
Tatuaż cieńszy od włosa
“Tatuaże” Rogersa są elastyczne, lekkie i miękkie w dotyku. Można je wyginać i rozciągać, a nawet zamoczyć. Ich grubość jest mniejsza niż średnica włosa. Do nałożenia plastrów nie trzeba kleju. Przylegają same, na podobnej zasadzie co sztuczne tatuaże dla dzieci. Pozostają na miejscu przez dobę. A cała elektronika jest zintegrowana na tworzywie sztucznym podobnym do tego, jakie jest używane w zmywalnych tatuażach.
Wynalazcy twierdzą, że ten mini komputer przyklejony do skóry ma służyć przede wszystkim do monitorowania funkcji organizmu – mózgu, serca i mięśni, może diagnozować choroby, a nawet sterować urządzeniami elektronicznymi, np. osoby sparaliżowane mogą sterować protezami.
ESZ to dużo wygodniejsza dla pacjenta alternatywa od standardowej aparatury do EKG czy EEG. - Poza tym te czujniki mogą zupełnie zmienić jakość opieki medycznej tam, gdzie rozmiar aparatury ma znaczenie. Można je przykleić noworodkom albo przypiąć do skóry osoby cierpiącej na bezdech senny - mówi Rogers.
Autorzy elektronicznego tatuażu podają też inny przykład: jeśli chcemy zrozumieć działanie mózgu w naturalnym środowisku, to tradycyjna aparatura się nie nadaje. Najlepiej byłoby rejestrować takie sygnały w sposób niewidoczny dla pacjenta.
Tatuaż zasilany przez słońce
Co jeszcze może nam dać taki plasterek? Dzięki niemu możliwe będzie monitorowanie tych obszarów ciała, które były dotychczas trudno dostępne, np. gardła. Pozwoli to np. na monitoring pracy mięśni podczas mówienia. Już teraz udało się z 90-proc. dokładnością odczytywać niewypowiedziane słowa i przesyłać je do syntezatora mowy.
Jak pisze “Science”, w prototypach w jednym tatuażu udało się umieścić miniaturowe czujniki, anteny radiowe i diody LED. Całość działa dzięki miniaturowemu panelowi słonecznemu, który również jest umieszczony w tatuażu.
Firma mc10 założona przez prof. Johna Rogersa przygotowuje pierwsze tego typu urządzenia do wprowadzenia na rynek. Ich kolejne wersje mają tworzyć bezprzewodowy system czujników, m.in. wykorzystujący sieć Wi-Fi.
- Te tatuaże będą ratować ludzkie życie - zapowiada wynalazca.
Zaobrączkowana ludzkość
Udało nam się stworzyć system globalnej komunikacji, a przy tym potężny system inwigilacji i kontroli.
Uśmiechnięci ludzie reprezentując rządy lub znaczące firmy przekonują, jakim dobrodziejstwem jest wszczepienie sobie pod skórę niewielkiego czipa, który sprawi, że zawsze będzie można odczytać grupę krwi, poziom cukru oraz wszystkie dane medyczne konkretnej osoby. Takie czipy mogą niesamowicie uprościć życie także w bardziej prozaicznych aspektach. Niepotrzebne staną się klucze do drzwi, karty kredytowe z kodem PIN, w końcu dowody osobiste. Wszystko to dzięki technologii RFID (Radio-frequency identification) - systemowi kontroli opierającemu się na wykorzystaniu fal radiowych, za pomocą których możliwy jest odczyt i zapis danych.
Dobrodziejstwo tego niewinnego z pozoru rozwiązania zakwitnie w pełni już za rok. Tak zapowiadają swój pomysł organizatorzy igrzysk olimpijskich w Londynie w 2012, gdzie, dzięki zastosowaniu technologii RFID, wejście na imprezy będzie możliwe w niezwykle prosty sposób: za pośrednictwem potwierdzeń otrzymywanych bezpośrednio na telefony komórkowe. Dzięki nim możliwe będą również rozliczenia bezgotówkowe za świadczone usługi czy zakupione produkty.
Kolejny, już tylko mały krok, to masowe wprowadzenie czipów pod skórę. Nad takim rozwiązaniem trwają obecnie intensywne badania. Do tej pory o wiele prostsze w swojej budowie i zakresie możliwości czipy były od lat masowo wszczepiane zwierzętom. Oczywiście dla racjonalnej ochrony. Dzięki nim łatwo odnaleźć zagubionego pupila czy utrudnić jego kradzież. Prawda jest jednak taka, że zwierzęta służą jedynie dla przetestowania zastosowań czipów do kontroli ludzi i ich zachowań.
Rosnąca kontrola wszystkich możliwych sfer życia obywateli postępuje nie tylko w Europie czy Ameryce. Singapur od lat przedstawiany jest jako kraj, w którym w parze z imponującym wzrostem gospodarczym idzie również silny wpływ na społeczeństwo. To właśnie Singapur jest pierwszym państwem na świecie, w którym wprowadzono system monitorowania psów za pomocą czipów wszczepianych pod skórę zwierząt. Kilka lat temu przyjęto również prawo pozornie nie mające niczego wspólnego z kontrolowaniem obywateli.
Całkiem niedawno Rubikon został przekroczony. Czipy zastosowano wobec ludzi. Dwóm pracownikom firmy „Citywatchers” zostały wszczepione pierwsze prototypy oparte na technologii RFID. Jako powód podane zostały względy bezpieczeństwa. Dzięki czipom niepotrzebna stała się identyfikacja za pomocą hasła czy odcisków palców, wystarczy podejść do skanera.
czipowatoscFirma ta przez wiele lat zajmowała się realizowaniem kontraktów rządowych na monitorowanie ulic, a teraz jako pierwsza wprowadza podobne rozwiązania związane z czipami. Zdobyte doświadczenie z pewnością wcześniej czy później zaprocentuje, zwłaszcza, że istnieje wyraźny popyt ze strony instytucji publicznych. Czy monitorowanie ulic nie wiąże się z zakładaniem sieci przekaźników koniecznych do kontrolowania wszczepionych nadajników?
W chwili obecnej Stany Zjednoczone wymusiły na innych krajach zmianę paszportów na rzekomo bardziej bezpieczne - biometryczne. Czy od tego czasu społeczeństwa zaczęły czuć się bezpieczniej? Czy zagrożenie atakami terrorystycznymi zmalało? Wręcz przeciwnie, atmosfera strachu jeszcze się pogłębiła, a nakręcają ją obecnie zapowiadane akty zemsty po zabiciu Osamy bin Ladena. Stanowią one znakomity straszak, otwierający bramę do dawno zaprogramowanych działań. Paradoksalnie, zapowiadane lekarstwo to nic innego, jak faktyczne podłączenie do urządzeń monitorujących. (…)
Jakie są kolejne kroki? Władze niemieckie od 2010 roku wprowadziły dowody osobiste dla swoich obywateli zawierające czipy RFID, ponieważ zaś trendy z reguły wyznaczają najwięksi i najbogatsi, możemy się spodziewać, że już wkrótce podobne rozwiązania zostaną wprowadzone w kolejnych krajach.

Nie dziwią już czipy w banknotach. Dzięki nim nie tylko widać obrót gotówką, ale jakże łatwo bez wysiłku wetknąć obserwowanemu obiektowi malutkiego detektywa. Żeby było jeszcze mniej optymistycznie, scena, która została opisana na samym początku nie będzie możliwa z prostego względu. Czipy, które umieszczane są w ciałach ludzi są o wiele trudniejsze do usunięcia. Do tego operacja sprawia ogromny ból.
Inwigilowany obiekt będzie skazany na to, by pozostawić go w swoim ciele albo szukać metody zagłuszenia nadajnika, co również ma nie być takie proste. Jedyną nadzieją pozostaje fakt, że póki co, przynajmniej według oficjalnych oświadczeń, czipy RFID mają niewielki zasięg, a czas ich działania nie przekracza 10-15 lat. Nie emitują one wystarczająco silnych sygnałów, by sprawić, że daną osobę można by było śledzić bez przerwy, przez całą dobę. Jednak te oświadczenia przypominają opowieści dla naiwnych.

Jednak nawet jeśli technologia nie nadąża za aspiracjami polityków, zawsze będzie można połączyć ze sobą do tej pory odrębne technologie. Wspomniane niemieckie karty identyfikacyjne mają w przyszłości mieć możliwość łączenia się z telefonami komórkowymi wyposażonymi w podobną technologię. Dziwnym trafem podobne rozwiązania już ponad 4 lata temu zaproponował Samsung, wkrótce można więc liczyć na szybki postęp w rozwoju RFID.

Już za niedługo standardem będzie wszczepianie nadajnika GPS, który sprawi, że na pewno się nie zgubimy. Choćbyśmy nawet tego chcieli. Powoli i konsekwentnie rezygnować będziemy z kolejnych aspektów naszej swobody z obawy przed tym, by nie zrobić sobie krzywdy, by być bezpiecznymi.

Co nam pozostanie? Niewiele, ponieważ dzisiaj czipy są wciąż bardzo drogimi „zabawkami”, które, nie ukrywajmy tego, robią dużo dobrego. Podobnie jednak jak wiele innych wynalazków, gdy dostaną się w niepowołane ręce, mogą stać się zalążkiem wielkiej tragedii. W pewnym momencie może pojawić się stary dylemat: co ważniejsze - wolność czy bezpieczeństwo? Wówczas na myśl przychodzą słowa, które wypowiedział już ponad 200 lat temu Benjamin Franklin:

Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują ani na bezpieczeństwo, ani na wolność.

PAP/orwellsky.blogspot.com

Posted in Ciekawostki, RóżneComments (0)

Nabici w butelkę

Tags: ,

Nabici w butelkę


Skąd wzięło się przekonanie, że powinniśmy pić osiem szklanek wody dziennie? Na pewno nie z badań naukowych – bo te już dawno obaliły mit, że spożywanie większych ilości wody jest korzystne dla zdrowia.

woda-zabutelkowanaW ostatnich tygodniach internauci, którzy odwiedzili stronę pisma “British Medical Journal”, mieli okazję zobaczyć reklamę nowej inicjatywy zdrowotnej o nazwie Hydration for Health (nawodnienie dla zdrowia). Sponsorem akcji jest koncern Danone, właściciel takich marek  butelkowanej wody jak Evian, Volvic i Badoit. Autorzy kampanii namawiają pracowników służby zdrowia, by zachęcali ludzi do spożywania większej ilości wody. Twierdzą, że istnieje coraz więcej dowodów na to, iż nawet niewielkie odwodnienie organizmu może w istotny sposób sprzyjać rozwojowi chorób wirusowych.
Na łamach tego samego magazynu lekarka i felietonistka Margaret McCartney nie szczędzi słów krytyki twórcom reklamy (redaktorzy “BMJ” przyznają, że nie zastosowali się do własnych wytycznych dotyczących publikacji materiałów reklamowych). Skarży się na brak dowodów na poparcie tezy, że powinniśmy pić więcej wody. “Wolę zdobywać informacje zdrowotne z niezależnych źródeł, a nie od ludzi, którzy mają w tym swój interes” – argumentuje McCartney. Jej zdaniem przekonanie, że powinniśmy wypijać osiem szklanek wody dziennie to nonsens, który został już całkowicie obalony.
Wielu z nas uwierzyło, że im więcej wody pijemy, tym jesteśmy zdrowsi. Brat Nigeli Lawson, Dominic, nazwał niedawno swoją siostrę “akwaholiczką”, która wlewa w siebie kilka litrów dziennie.
Od kiedy tak bardzo boimy się odwodnienia? Uczniowie zachęcani są do tego, by brali ze sobą wodę na lekcje. Na stołach w większości sal konferencyjnych przed dyrektorami wyrastają butelki z wodą. Bywalcy siłowni równie szybko uzupełniają płyny, co je wypacają, jakby się obawiali, że najmniejsze odwodnienie nadwątli ich zdrowie.
Kilka lat temu Stanley Goldfarb, profesor medycyny z Uniwersytetu Pensylwanii, dostrzegł pewien fenomen: – Ludzie taszczyli wielkie butle wody i cały czas popijali. Pomyślałem: co oni wyprawiają? – opowiada naukowiec.

– Człowiek jest wyposażony w doskonały mechanizm, który informuje, że organizm potrzebuje wody. Po co zatem bojkotować ten system, pijąc profilaktycznie? – zastanawia się Goldfarb. Studiując literaturę poświęconą zbawiennemu działaniu H2O, wyróżnił cztery najczęściej pojawiające się wątki.
– Jednym z nich było przeświadczenie, że woda dobrze wpływa na skórę. Wykazaliśmy, że nie ma naukowych podstaw, by tak twierdzić. Drugi mit: picie wody wspomaga diety, zmniejszając apetyt. To zagadnienie zostało dokładnie zbadane i jest to nieprawda. Jeśli skończymy posiłek, nie dostarczywszy organizmowi wystarczająco dużo kalorii, będziemy głodni i zjemy później. Nie ma żadnych dowodów na to, że wodna dieta prowadzi do spadku wagi – tłumaczy profesor.
Zgodnie z trzecim mitem pijąc wodę wypłukujemy z organizmu toksyny. – W ten sposób możemy jedynie zwiększyć ilość moczu, ale nie zmienimy jego zawartości – przekonuje Goldfarb. Ostatni pogląd, że dzięki wodzie możemy zapanować nad bólami głowy, także nie znalazł naukowego uzasadnienia.
Kiedy potrzebujemy płynów, mózg uwalnia hormon, który nakazuje nerkom zmniejszenie wydzielania wody. Hormon ten jest wstrzymywany, gdy organizm ma więcej wody niż potrzebuje. Wówczas nerki natychmiast ukazują pełnię swoich możliwości wydzielania cieczy, a są one ogromne. W ten sposób regulowana jest ilość wody w organizmie. – Pijemy wodę, kiedy odczuwamy pragnienie, a to staje się na długo przed tym, zanim pojawi się zagrożenie, że na skutek odwodnienia może nam się stać jakakolwiek krzywda – mówi Goldfarb.

Emine Saner

Posted in Kulinaria, ZdrowieComments (0)

Świeży chleb prosto z chłodni

Tags: , , ,

Świeży chleb prosto z chłodni


Supermarkety kuszą kupujących zapachem świeżego chleba, ale wiele z najpopularniejszych produktów – od wiejskich bułeczek po muffinki z jagodami – to produkty, które na półkę trafiają po rozmrożeniu. Jeden z największych dostawców mrożonego pieczywa radzi detalistom, by je “rozmrozić i podawać, stwarzając urok świeżego wypieku”.

frozen-bread-doughJednak ta powszechna wśród supermarketów i kawiarnianych sieci praktyka już wkrótce może znaleźć się pod lupą, ponieważ nowe przepisy proponowane przez Unię Europejską wymagają, by sprzedający oznaczał produkty rozmrażane. Supermarkety i branża piekarska lobbują przeciwko temu pomysłowi, utrzymując, że zamrażanie nie wpływa na jakość produktów, zaś dodatkowe informacje mogą dezorientować klientów.

Jednym z głównych dostawców wypieków do rozmrażania jest holenderska firma CSM, zaopatrująca sieci Asda, Tesco i Sainsbury. Jej oferta obejmuje mrożone muffiny, pączki, babeczki owocowe, drożdżówki i ciasteczka owsiane.

Jeden z przedstawicieli firmy powiedział reporterowi “The Sunday Times”, który udawał kupca, że produkty piekarskie „mają rok przydatności do spożycia w stanie zamrożonym, ale po upieczeniu lepiej zjeść je w ciągu jednego dnia”. Na stronie internetowej CSM czytamy: “Te przepyszne wypieki smakują tak, jakby wyszły prosto z pieca, a ponieważ dają się szybko rozmrozić, można w ten sposób dostosować ilość sprzedaży do popytu danego dnia”.

Inny duży dostawca, Délifrance, sprzedający produkty w stylu francuskim oferuje mrożone bagietki wiejskie, ciabatty, wiejskie bułeczki, bułeczki pełnoziarniste, babeczki i croissanty. Przed rozmrożeniem można przechowywać je miesiącami, a po rozmrożeniu nie trzeba nawet ponownie ich podgrzewać.

ST

Posted in KulinariaComments (0)

Uważaj na MOM!

Tags: ,

Uważaj na MOM!


Kiedyś skrzętne gospodynie wykorzystywały każdy fragment tuszy drobiowej czy wieprzowej. Stąd powstawały wspaniałe pasztety i galantyny. Producenci wędlin i przetworów mięsnych robią dziś to samo, tylko po swojemu i nie zawsze nas o tym informując. Czytanie etykiet kupowanego jedzenia jest pożyteczną lekturą i może nas choć częściowo ochronić przed spożywaniem tego, czego nie chcemy.
nutrition-label2Wśród  tajemniczo brzmiących składników pysznej parówki czy rumianego pasztetu znajdujemy często skrót MOM. Najczęściej jest składnikiem przetworów drobiowych lub drobiowe udających. MOM to -  „mięso oddzielone mechanicznie”. Najczęściej drobiowe, ale także wieprzowe. Pod tą nazwą kryje się surowiec, co prawda nie trujący, ale najmniej  wartościowy z kurczaka czy indyka. Za to najtańszy i znakomicie obniżający koszty produkcji. Po dodaniu białka sojowego, skrobi ziemniaczanej i dużej ilości wody produkt wygląda, jak prawdziwy. Gorzej smakuje i szybko się  psuje.
Jako białko MOM jest dużo mniej wartościowy od mięsa. Główną wadą jest jednak to, że zawiera także błony, ścięgna, tłuste skóry, szpik, czasem chrząstki. Dlatego nie może być dodawany do wyrobów dietetycznych oraz dla małych dzieci. MOM uzyskuje się z tych części tuszy, które  mają najmniejszy popyt – szyj, korpusów, skrzydeł. Słowem wszystkiego, co pozostaje po wycięciu części szlachetnych, jak piersi, oddzieleniu udek i golonek drobiowych. Uzyskana w specjalnych maszynach  masa jest bardzo dokładnie mielona. Przepisy nie pozwalają na używanie łap, głów, ogonów, mózgu i skórek. Dlatego w składzie pasztetu często widnieją skórki drobiowe, jako osobny element receptury. Producenci MOM powinni też przestrzegać zakazu naruszania struktury kości przy obdzieraniu  korpusów z resztek mięsa. Ale czy po to wymyślono prasy, by delikatnie oddzielały każde włókno mięsa od miękkich kości kurzych? Do 1995 roku używanie tego „surowca” w produktach dla ludzi było zabronione. Dziś MOM stanowi nawet 30% procent wielu przetworów. Przynajmniej do tego przyznają się etykiety. Jak jest naprawdę? Prasa donosi co jakiś czas o nieprawidłowościach w tym zakresie, więc zaufanie klientów słusznie jest ograniczone. I jeśli w składzie przeczytamy, że kiełbasa zawiera 40-50% mięsa, to należy się zastanowić, czym jest pozostałe 50%.
Gdzie najczęściej znajdziemy MOM? Przede wszystkim w produktach rozdrobnionych, a więc parówkach, pasztetach, kaszankach, pasztetowych, różnych „smarowidełkach” i mielonkach. Ale i tradycyjne kiełbasy w wersji drobiowej – kabanosy, podsuszane krakowskie i żywieckie, śląska także mogą zawierać MOM drobiowy. I to sporo. Czytajmy więc etykiety i patrzmy, w jakiej kolejności są umieszczone składniki. Tych, które otwierają listę jest zawsze najwięcej.

(JD)

Posted in Kulinaria, ZdrowieComments (0)

Lepiej przesolić

Tags: , ,

Lepiej przesolić


Sięgając po solniczkę czujemy na sobie sceptyczny wzrok otoczenia. Zarówno lekarze, jak i medyczni laicy ostrzegają przed nadmiernym spożywaniem soli. Panuje przekonanie, że popularna przyprawa powoduje niewydolność serca i udar mózgu. saltObecnie Niemcy częściej robią użytek z soli: w niektórych kręgach jest niezwykle popularna sól z Himalajów albo słynna Fleur de Sel uzyskiwana z odparowywania wody morskiej. Sól warzona w Bretanii kosztuje tyle, co obiad w dobrej restauracji. Mimo to wielu z nas gnębią wyrzuty sumienia, że dosalamy jedzenie, choć nauka nie dowiodła, że rosnąca konsumpcja soli zwiększa ryzyko chorób układu krążenia. Wręcz przeciwnie: na łamach najnowszego wydania tygodnika “Journal of the American Medical Association” grupa europejskich lekarzy przekonuje, że ograniczenie spożycia soli podwyższa ryzyko zawału serca lub udaru.

Od dawna wiadomo, że sól nie tylko poprawia smak potraw, ale jest niezbędna dla zdrowia. Okazuje się, że niedobór soli jest groźniejszy niż jej nadmiar.

Grupa lekarzy pod kierownictwem Jana Staessena z belgijskiego Uniwersytetu w Leuven przeprowadziła badania na grupie 3700 dorosłych, którzy nie cierpią na choroby układu krążenia. Po siedmioletniej obserwacji naukowcy stwierdzili, że odsetek śmiertelnych zawałów serca i udarów był największy w grupie osób ograniczających spożywanie soli. - Redukcja soli zwiększa ryzyko zgonów z przyczyn sercowo-naczyniowych - zakomunikował Jan Staessen. - Zatem nie jest prawdą, że dieta o niskiej zawartości soli ratuje życie i obniża koszty opieki zdrowotnej.

Zacznijmy od tego, że sól soli nie jest równa. To co teraz kupujemy w sklepie, tanio i zazwyczaj poniżej dolara to głęboko oczyszczona biała trucizna. Trzeba się nieźle nachodzić żeby kupić dobrą sól. Starajcie się kupować morską sól nieoczyszczoną. Każdy organizm ma inny stopień tolerancji soli.

Jednym słowem wyniki badania podważają popularną tezę o konieczności ograniczenia spożycia soli. - Od dłuższego czasu staje się jasne, że mniejsza konsumpcja soli nie przekłada się na korzyści dla zdrowia - mówi Martin Reincke dziekan Wydziału Medycyny Wewnętrznej na Uniwersytecie Ludwiga Maximiliana w Monachium. - Badania pokazują, że mniejsze spożycie soli jest wręcz ryzykowne dla zdrowia. Jeżeli nie cierpimy na marskość wątroby, nadciśnienie, czy zaburzenia czynności nerek nie ma powodu, abyśmy powstrzymywali się od sięgania po solniczkę.
Nie podlega dyskusji, że wysokie ciśnienie zwiększa ryzyko chorób serca, wylewów, czy innych schorzeń. Jednak coraz większe grono naukowców wyraża wątpliwości, czy winowajcą tych dolegliwości jest sól. Wyniki wielu badań dowodzą, że nawet spożywanie przyprawy w dużych ilościach tylko nieznacznie podwyższa ciśnienie - zazwyczaj w przedziale 1-2 milimetrów słupka rtęci (mm Hg). U osób starszych ciśnienie wzrasta nieco więcej, ale najwyżej o 5 mm Hg, co nie jest jakimś zatrważającym wynikiem.
Z kolei ograniczenie spożycia soli także nie przynosi spektakularnych efektów zdrowotnych, ponieważ tylko nieznacznie obniża ciśnienie. Cochrane - uważana za bardzo wiarygodną niezależna międzynarodowa organizacja non-profit - doszła do wniosku, że ograniczenie konsumpcji soli do dwóch gramów dziennie obniża ciśnienie zaledwie o 1 mm Hg. Zdaniem naukowców pod przewodnictwem Jana Staessena zmiana ta jest zbyt niewielka, aby mieć pozytywny wpływ na pracę serce lub układu krążenia. Zatem naukowcy nie znaleźli przekonywujących dowodów na to, że ograniczenie spożycia soli poprawia jakość, czy zwiększa długość życia.

Sól w naturalnej postaci występuje w następujących produktach:

jajka,
owoce morza,
wodorosty,
buraki,
rzepa,
zielenina: szpinak czy pietruszka.

– Specjalnie mnie to nie dziwi. Analizując przebieg ewolucji człowieka byliśmy często narażeni na niedobór soli - przyznaje internista Martin Reincke. - Dlatego nasz organizm wypracował wiele mechanizmów obronnych w celu magazynowania soli. Powszechnie wiadomo, że sól odgrywa ogromną rolę w regulowaniu gospodarki wodnej w organiźmie i w utrzymaniu prawidłowego ciśnienia krwi.
Niektórzy kardiolodzy argumentują, że już niewielkie obniżenie ciśnienia może ograniczyć liczbę chorób serca i udarów na całym świecie. Dlatego lekarze doradzają pacjentom cierpiącym na nadciśnienie tętnicze dietę ubogą w sól. Z kolei inni lekarze uważają, że zredukowanie soli i niższe ciśnienie prowadzą do negatywnych skutków ubocznych: organizm wytwarza więcej hormonów stresu, rośnie poziom cukru we krwi i aktywizuje się układ współczulny, co stawia nasz organizm w stanie podwyższonej gotowości. A to z kolei może prowadzić do chorób serca i układu krążenia, a nawet śmierci.
Dogmat o szkodliwości spożywania soli podważyły długookresowe badania zaprezentowane pod koniec lat 90. Ich wyniki dowiodły, że w grupie o najwyższym spożyciu soli odnotowano najniższy odsetek zgonów. Tymczasem przez dziesiątki lat lekarze przekonywali, że sól ma negatywny wpływ na układ sercowo-naczyniowy. Wprawdzie późniejsze liczne badania wykazały, że mniejsze spożycie soli prowadzi do zmniejszenia liczby chorób układu krążenia, ale nie było do końca wiadomo, czy to rzeczywiście zasługa ograniczenia konsumpcji soli. Przecież uczestnicy badania mogli w trakcie eksperymentu zmienić inne nawyki - jak choćby tryb życia, co w rezultacie miało pozytywny wpływ na ciśnienie i serce.
Mieszkańcy krajów wysoko rozwiniętych spożywają średnio od ośmiu do dwunastu gramów soli dziennie. Zdaniem ekspertów 5 gramów byłoby całkowicie wystarczające. Osoby, które postanowiły ograniczyć konsumpcję soli mają trudny orzech do zgryzienia: około 85 procent spożywanej soli znajduje się w przetworzonej żywności - szczególnie w wędlinach, serze, konserwach, gotowych produktach oraz jedzeniu zjadanym w restauracjach, czy stołówkach zakładowych. Dlatego dosalanie potraw na talerzu, czy w trakcie gotowania stanowi zaledwie niewielką część spożywanej soli.
Wprawdzie towarzystwa medyczne zalecają także osobom zdrowym redukcję soli, ale ciężko wprowadzić w życie zalecenia lekarzy bez udziału przemysłu spożywczego. Zatem nie ma najmniejszego powodu, aby patrzeć karcącym wzrokiem na bliźnich, gdy odważnie sięgają po solniczkę, skoro skutki zdrowotne ograniczenia soli są mocno wątpliwe.

Werner Bartens

Na co jest dobra sól:

Bolące gardło
Bolące gardło płucz ciepłą wodą wy mie szana z łyżką soli z mi kro elemen tami, potem płyn wypluj.
Osłabienie, stres przemęczenie
Wykąp się w wodzie z solą, nie dłużej niż 20 minut, starannie spłucz ciało i posmaruj olejkiem nawilżającym.
Katar
Przepłucz nos wodą z niewielką ilością soli.
Peeling regenerujący skórę
Oliwkę lub śmietanę wymieszaj z solą, wcieraj w skórę przez kilka minut i spłucz. Zabieg ten pomoże pozbyć się zrogowaceniu naskórka (nie stosuj na twarzy i podrażnionych miejscach).
Zgaga
Wypij szklankę posolonej wody.
Bolące nogi
Mocz nogi w słonej wodzie przez ponad 10 minut, złagodzi to obrzęk w okół ko­stek i zmniejszy ryzyko grzybicy.
Rzucanie palenia
Gdy chęć na papierosa wydaje się być nie do odparcia, pomóc może za nu rze nie końca języka w niewielkiej ilości soli.
Zatrucie pokarmowe
Wypij litr wody z 2-3 łyżeczkami soli, powoduje to wymioty i oczyszcza ciał z toksyn.

Skutki nadużywania soli:

wychudzenie,
osłabienie kości i krwi,
niedobory serca i ducha,
zakłóca wchłanianie składników odżywczych,
pozbawia organizm wapnia,
zachwiane poczucie bezpieczeństwa, człowiek strachliwy, odizolowany,
jeżeli osoba nadużywająca soli nie ćwiczy intensywnie (nadmiar wydzielany jest z potem) to prowadzi to do zaburzeń energetycznych (przepływ Qi) organizmu,
zwiększone zapotrzebowanie na cukier, często prowadzący do alkoholizmu,
wysokie ciśnienie krwi,
wrzody i rak żołądka,
obrzęki,
zachcianki pokarmowe,
uszkodzenie nerek, niedobór wapnia a z tym wiążą się: słabe kości,  nerwy, mięśnie i serce.

Posted in Ciekawostki, Kulinaria, ZdrowieComments (0)

Duży jest lepszy

Tags: , ,

Duży jest lepszy


Większość kobiet szukając idealnego mężczyzny ma o nim jakieś wyobrażenie. Dla Ruth Vickers jej przystojniak koniecznie musiał być… duży. Ale ta 32-letnia recepcjonistka bynajmniej nie oglądała się za napakowaną klatą i bicepsami. Jej uwagę przyciągały potężne brzuchy: im większe, tym lepiej.
fatgroomKiedy trzy lata temu poznała ważącego 170 kilo Andy’ego Ruth nie była jeszcze usatysfakcjonowana. Dlatego postanowiła sobie, że zostanie jego „karmicielką”, osobą, która czerpie satysfakcję ze zwiększania gabarytów innych ludzi. Jednak marzenia naszej bohaterki boleśnie zderzyły się z rzeczywistością, gdy jej coraz tłustszy partner, w wadze 228 kilo, z powodu swej tuszy omal nie zmarł na astmę.
Dziś Ruth stara się, by jej 31-letni ukochany prowadził zdrowy styl życia i planuje wziąć z nim ślub. – Dla mnie wciąż duże znaczy piękne – usprawiedliwia się. – Po prostu lubię, gdy mężczyzna opływa w tłuszcz.
Para poznała się w barze w 2008 roku. Ruth od razu pomyślała, że Andy, programista komputerowy, jest jej księciem z bajki. – Podobała mi się jego osobowość, poczucie humoru, tak wielkie jak jego waga – wspomina. – Ale największe wrażenie zrobił na mnie jego rozmiar, a konkretnie obwód jego brzucha. Andy stawał się jeszcze bardziej pociągający, kiedy brał się za jedzenie. W moich oczach każdy kolejny posiłek zbliżał go do ideału. Dlatego postanowiłam sama zająć się jego dietą. Serwowałam mu kebaby, frytki, pizzę, burgery – wszystko to, co uchodzi za tuczące.
W miarę jak rosła waga Andy’ego Ruth pałała do niego coraz większą namiętnością. – Mijały kolejne miesiące naszego życia w związku, a ja nadal chciałam go tuczyć – opowiada. – Uwielbiałam przyglądać się, jak przełyka, bo dla mnie każdy kęs przekładał się na kolejne kilogramy jego cudownego ciała. Gdy po sześciu miesiącach razem kupiliśmy wspólny dom, miałam jeszcze więcej okazji, by tuczyć narzeczonego.
Na pierwszą Gwiazdkę we dwoje Ruth przygotowała kulinarną orgię. – Upiekłam dużego indyka i domagałam się, by zjadł go niemal w całości. Po posiłku prawie nie mógł się ruszać. Nie mogę o sobie powiedzieć, że dręczyło mnie poczucie winy, gdyż byłam przekonana, że tucząc go robię dobrze. Dla mnie nigdy nie był „grubasem”, a o ryzyku zdrowotnym nawet nie pomyślałam. Byłam kompletnie zaślepiona. Andy z radością połykał przygotowane przeze mnie posiłki, bo wiedział, że robi mi tym przyjemność. Cieszyło go, że tak mi się podoba. Chyba przez myśl mu nie przeszło, że celowo go tuczę. Sądził, że po prostu o niego dbam.
Gdy waga Andy’ego skoczyła do zatrważających 228 kilo, Ruth nie posiadała się ze szczęścia, ale wciąż było jej mało. – Po dwóch latach razem popsuła nam się waga. Poszliśmy więc na siłownię, żebym mogła sprawdzić rozmiar swego zwycięstwa. Gdy wskazówka pokazała 228 kilo wpadłam w euforię, ale chciałam, by ukochany był jeszcze cięższy. Zawładnęła mną obsesja. Strasznie się obawiałam, że Andy kiedyś zacznie się odchudzać. „Tylko proszę, nie stosuj diety, nie będziesz mi się podobał, jeśli schudniesz”, powtarzałam.
Zdarzało się, że ogarniały mnie wyrzuty sumienia. Jednak byłam tak zaślepiona, że nie dostrzegałam niebezpieczeństwa, bądź celowo lekceważyłam znaki ostrzegawcze. Andy nie uprawiał żadnego sportu, a zwykłe chodzenie po schodach przyprawiało go o zadyszkę. Coraz większa waga kładła się cieniem na naszym życiu intymnym. Andy bywał tak słaby, że przed 21 kładł się spać.
Aż wreszcie w grudniu 2010 roku zdarzyło się najgorsze. Andy, od lat zmagający się z astmą, dostał potężnego ataku, gdy próbował pokonać schody prowadzące na piętro. Całe szczęście, że była nim Ruth. Gdy mężczyzna walczył o oddech, zdołała wepchnąć go do samochodu i zawieźć do szpitala. Była przerażona. Sądziła, że ukochany za chwilę umrze. – W szpitalu przez dwa dni leżał podłączony do nebulizatora. Lekarze nieustannie monitorowali jego stan – opowiada Ruth. – Powiedziano nam, że z powodu otyłości Andy musi liczyć się z ryzykiem zawału albo udaru. Gdy wrócił do domu, spojrzał na mnie z lękiem, po czym wyznał, że musi zacząć się odchudzać. Popadłam w apatię. Wiem, że to egoistycznie zabrzmi, ale nie byłam pewna, czy pokocham szczupłego Andy’ego.
Odtąd z naszego stołu zniknęły fast foody, zastąpione pięcioma porcjami warzyw i owoców dziennie. Andy szybko zaczął tracić na wadze. Od razu poczuł się lepiej, lecz chodził przygnębiony, gdyż widział, że jego odchudzanie jest mi nie na rękę. Czuł, że coś jest nie tak, bo nagle zaczęłam traktować go z rezerwą. Gdy któregoś dnia zebrał się na odwagę, by zapytać mnie o to wprost, zalałam się łzami. „Kochałam cię, kiedy ważyłeś 170 kilo, ale kochałam jeszcze bardziej, gdy przybrałeś na wadze – wyznałam. – Jeśli się odchudzisz, nie wiem, czy dalej będę cię kochać”.
To było okropne wyznanie – zdaję sobie z tego sprawę. Andy niemal skamieniał. „A więc dawałaś mi jedzenie, żeby mnie utuczyć?”, nie dowierzał. Nie mógł pogodzić się z tym, co usłyszał. Doszedł do wniosku, że mam jakiś problem natury psychologicznej i wysłał mnie do specjalisty. Nie miałam zamiaru iść za tą radą. W głębi serca czułam, że wszystko między nami skończone. Chociaż zdawałam sobie sprawę, że zachowuję się jak niewdzięcznica, byłam w rozsypce. Postanowiłam wyprowadzić się na jakiś czas i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, jak bardzo brak mi Andy’ego – jego cudownego uśmiechu i poczucia humoru. Po trzech tygodniach rozłąki zadzwonił. „To jakieś bzdury. Wracaj do domu – powiedział. – Postarajmy się to wszystko naprawić”. Byłam tak stęskniona, że pobiegłam do niego jak na skrzydłach.
Uszczęśliwiona zakończeniem rozłąki Ruth zgodziła się wreszcie, by opowiedzieć o swojej obsesji wagą specjaliście. – Zapisałam się na wizytę do psychologa i trenera. Przeszłam sześć seansów psychoterapii, które pomogły mi stawić czoła moim uczuciom i pokonać je. Wreszcie mogłam spojrzeć na Andy’ego i zobaczyć znacznie więcej niż jego ciało: dostrzegłam osobę. Z tej perspektywy fakt, że zaczął się odchudzać, nie miał już takiego znaczenia. Nawet jeśli zmieniał się fizycznie, wciąż był tą samą osobą, nie tylko nie tracił, lecz nawet zyskiwał, bo stawał się zdrowszy i szczęśliwszy.
Szybko dostrzegłam plusy nowej sytuacji. Ukochany był radośniejszy, miał więcej energii. Nie mogłam uwierzyć, że mogłam być taką egoistką i krótkowzroczną osobą. (…) Teraz zdrowo się odżywamy, śmieciowe jedzenie ma zakaz wstępu do naszej lodówki. Aktywnie spędzamy wolny czas, chodzimy na basen, a Andy codziennie chodzi do pracy na piechotę – pokonuje tak cztery mile. Sama udzielam dziś lekcji tańca brzucha, więc oboje jesteśmy w najwyższej formie.
Waga przestała mieć wpływ na nasz związek. W zeszłym roku Andy zabrał mnie na romantyczną wycieczkę do Paryża i znienacka wyciągnął pierścionek. Po tym wszystkim, co przeszliśmy razem, powiedziałam „tak” bez najmniejszych wątpliwości.
Andy ogromnie cieszy się, że wspólne życie z Ruth zmieniło swój charakter, lecz wciąż nie może pogodzić się z myślą, że ukochana była kiedyś jego „karmicielką”. – Gdy usłyszałem, że Ruth tuczyła mnie specjalne, przeżyłem wstrząs – przyznaje. – Nie mogłem w to uwierzyć, bo dla mnie otyłość zawsze była wadą. Zjadałem ze smakiem wszystko, co kładła mi na talerzu, bo widziałem, że sprawiam jej tym przyjemność.
Gdy Ruth na jakiś czas się wyprowadziła, poczułem się jak głupiec. Sprawa tak błaha jak waga nie mogła zadecydować o naszym związku. Było dla mnie jasne, że ukochana ma jakiś problem. Cieszę się, że wszystko się ułożyło. Dziś zwracam dużą uwagę na to, co jem. Zależy mi, żeby schudnąć jeszcze bardziej. To byłoby doprawdy przykre, gdybym po cudownym ślubie i obietnicy całego życia we dwoje padł nagle z powodu ataku serca wywołanego nadwagą.

Nikki Watkins

Posted in Różne, ZdrowieComments (0)

Witamy w Ontario - przewodnik dla nowoprzybyłych Emerytury
Advertise Here

Content on this page requires a newer version of Adobe Flash Player.

Get Adobe Flash player

Konsulat Rzeczypospolitej Polskiej w Toronto

Felieton Wojtka Kozaka

image widget
Advertise Here

Ankieta

Zbliżają się Walentynki, jak będziesz spędzał/a ten dzień?

Zobacz wyniki

Loading ... Loading ...

Kalendarz

Luty 2012
P W Ś C P S N
« sty    
 12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
272829  
 Strona 1 z 4  1  2  3  4 »