“Pentagon przyznaje: Nic nie wskazywało, że Iran zamierzał zaatakować pierwszy.”

Przedstawiciele Departamentu Obrony USA w czasie spotkań za zamkniętymi drzwiami z przedstawicielami Kongresu przyznali, że Stany Zjednoczone nie dysponowały żadnymi informacjami wywiadowczymi, z których wynikałoby, że Iran planuje przeprowadzić atak na wojska USA.
“Iran nie zamierzał dokonać wyprzedzającego ataku na wojska USA?”
(…) Po rozpoczęciu ataków przedstawiciele administracji USA przekonywali, że prezydent Donald Trump zdecydował się rozpocząć operację wojskową przeciw Iranowi m.in. dlatego, iż istniały przesłanki pozwalające sądzić, że Iran może zaatakować wyprzedzająco amerykańskie siły na Bliskim Wschodzie. Jeden z przedstawicieli administracji USA mówił w sobotę, że Trump „nie zamierza siedzieć z założonymi rękoma i pozwalać amerykańskim siłom w regionie przyjmować ataki”.
(…) Jak informuje Reuters, z przekazywanych przedstawicielom Kongresu informa-cji wynikało, że choć Iran i jego poplecznicy na Bliskim Wschodzie stanowią bezpośrednie zagrożenie dla interesów USA w regionie, to jednak z informacji wywiadowczych, którymi dysponował Waszyngton, nie wynikało że Iran zamierza zaatakować amerykańskie wojska pierwszy. Takie informacje przekazują agencji Reutera dwa anonimowe źródła.
(…) Trump w orędziu o stanie państwa wygłoszonym na kilka dni przed atakiem na Iran podkreślał, że Teheran nie może wejść w posiadanie broni atomowej. Prezydent USA ostrzegał też, że Iran wkrótce będzie dysponował pociskami balistycznymi, które będą mogły dosięgnąć terytorium USA. Jednak z raportów amerykańskiego wywiadu wynika, że takie zagrożenie mogło pojawić się dopiero za ok. 10 lat
Rp.pl, 02.03.2026 (06:22)
I to wszystko, nie potrzeba tu dodatkowego komentarza. Nikt już nawet nie udaje, że wierzy w oficjalne kłamstwa, powtarzane przez ostatnie trzy dekady przez Benjamina Netanjahu i jego popleczników, że „Iran będzie miał broń jądrową za dwa lata – albo nawet za dwa tygodnie!”. Chase Freeman, były ambasador USA w Rijadzie, wspomina, że musiał osobiście przekazać te „potwierdzone informacje wywiadowcze” saudyjskiemu księciu w 1991 roku! OK, w takim razie powiemy, dla propagandowego uzasadnienia wojny, o rakietach balistycznych!
To nie jest wojna w interesie Ameryki. A skoro tak, skoro wedle samego Sekretarza Wojny USA, Pete’a Hegsetha: - “Nie my to zaczęliśmy, ale my to skończymy!” - to za-tem w czyim? Kto ma moc decydowania, kogo zaatakuje – nawet wbrew logice i swoim starategicznym interesom, Ameryka?
To prawda, potwierdzona niezllczone razy w najnowszej (także polskiej) historii, że my – ‘cywilni’ odbiorcy strumienia (cenzurowanej na wszelkie sposoby) przez media informacji, nie wiemy nic, albo bardzo mało. Nie znamy detali podejmowanych w zaciszu Mar del Lago decyzji ani rzeczywistej motywacji głównych decydentów. Panuje zawsze “the Fog of War”, istnieją jej tajemne aspekty i powody. W obecnym przypadku sytuacja jest jednak klarowna. Nie zaistniała klauzula o „bezpośrednim i obecnym zagrożeniu” – “the present and imminent danger”, która pozwalałaby prezydentowi działać bez konsultacji z Kongresem. Nie było zagrożenia dla żywotnych interesów Ame- ryki. Była natomiast nieskrywana presja ze strony lobby wdrażającego wytyczne obecnego, skutecznego decydenta polityki Waszyngtonu – Netanyahu.
“Kiedy ogon macha psem!”
Ten sarkastyczny skrót myślowy, opisujący rzeczywisty stan relacji politycznych między supermocarstwem a jego klientem, obrazowo pomaga docenić powagę sytuacji. Benjamin Netanjahu jawi się dziś jako prawdziwy decydent amerykańskiej polityki zagranicznej. Pomimo wielkich obietnic wyborczych, iż to ON położy kres „permanentnym wojnom” i skupi się na problemach Ameryki, Donald Trump okazał się najbardziej uległym prezydentem w historii USA wobec lobby, otwarcie promując polityczne hasło skierowane do amerykańskich kongresmenów i senatorów – “Israel First”.
Jest jeszcze jeden aspekt obecnej sytuacji związanej z przystąpieniem Ameryki do wojny z Iranem. Według wspomnianego Chase’a Freemana amerykański system polityczny stoi przed poważnym wyzwaniem. Chodzi nie tylko o problem przystąpienia do wojny bez strategii jej zakończenia, ale także o wyraźny konflikt konstytucyjny POTUS z Kongresem. Istnieje kwestia konstytucyjna – czy Republika Amerykańska, z jasno określonymi liniami kompetencji między prezydentem a Kongresem, np. w kluczowych kwestiach deklaracji wojny, przekształci się w prezydencką autokrację, bez żadnych ograniczeń prawnych? Skoro zaś obecnie Kongresowi brakuje kręgosłupa moralnego, by odbudować swoje konstytucyjne kompetencje, to jesteśmy na bardzo niebezpiecznej ustrojowo ścieżca.
Cele Izraela? Proste, od dziesięcioleci. Interesy Izraela obejmują zniszczenie wszystkich niepodległych państw na Bliskim Wschodzie. Doprowadzenie do ich upadku i plemienno-religijnego rozpadu na wrogie enklawy. Wszystkich – na wzór Iraku, Syrii, Libanu czy Libii. Teraz, używając cynicznie Amerykanów, Izrael realizuje ostateczny plan zniszczenia Iranu – zniszczenia, a nie wyzwolenia czy „demokratyzacji”, o której rozwodzą się np. niektórzy komentatorzy z „Rzepy”!
Jedyną przeszkodą do tej pory, dla regionalnej hegemonii Izraela, jedynym krajem poza zasięgiem ”demokracji” w stylu Libii, był Iran. Teraz Natanyahu ma doskonałą okazję, by ostatecznie rozbić, a docelowo rozczłonkować Iran. I to w imię demokracji i praw samych Irańczyków. Z wiwatującymi w tle EUropejczykami. Iran ma być jak Syria czy Irak – państwem upadłym, poprzez całkowity rozpad struktur państwowych i podział kraju między różne kliki etniczne i religijne.
Doprawdy, co za wspaniała, historyczna sytuacja. A dla Donalda Trumpa – wreszcie! - Pokojowa Nagroda Nobla murowana.
WW-W







Comment (0)