•   Wednesday, 28 Oct, 2026
  • Contact

Czym naprawdę straszy Toronto?

Dla kogoś wychowanego w Polsce pierwsze spotkanie z północnoamerykańskim Halloween może być kulturowym zaskoczeniem, ponieważ grób, śmierć, duch czy kościotrup należą w naszej tradycji do zupełnie innego repertuaru emocji. Tutaj plastikowy nagrobek stoi obok dmuchanego Scooby-Doo, pięcioletnia księżniczka biegnie między nimi po czekoladę, a jej ojciec, przebrany za zombie, pilnuje, żeby nie weszła pod samochód. Po pewnym czasie człowiek przestaje się temu dziwić i zaczyna zadawać znacznie ciekawsze pytanie: co właściwie mieszkańcy Toronto tak chętnie celebrują?
Odpowiedzi trudno szukać wyłącznie w dziecięcym „trick or treat”, bo współczesne Halloween dawno wykroczyło poza wieczorne chodzenie od drzwi do drzwi. W Toronto stało się całym sezonem miejskim, rozpoczynającym się na długo przed 31 października, a tegoroczny kalendarz sprzyja temu wyjątkowo, ponieważ Halloween wypada w sobotę. Miasto dostaje więc cały weekend na przebieranie się, straszenie, jedzenie, picie oraz sprawdzanie, ile właściwie jesteśmy gotowi zapłacić za przyjemność kontrolowanego strachu.
Jednym z najlepszych przykładów jest Ca-sa Loma, która za dnia pozostaje jednym z najbardziej rozpoznawalnych zabytków Toronto, natomiast jesienią po zmroku zaczyna prowadzić drugie życie. „Legends of Horror” obchodzi w 2026 roku dziesięciolecie, a około dwukilometrowa trasa prowadzi przez ogrody, podziemne tunele i ciemniejsze zakamarki posiadłości, gdzie czekają aktorzy, scenografie, projekcje, efekty specjalne oraz postaci, których samotne spotkanie w tunelu nie należałoby do przyjemności. Mniej więcej w połowie tej podróży przez ciemność pojawia się bar z muzyką DJ-a, co znakomicie pokazuje współczesny charakter całego zjawiska: można najpierw uciekać przed potworem, a chwilę później spokojnie zamówić drinka.
Przyjemność kontrolowanego strachu ma oczywiście swoją cenę. Bilety na późniejsze październikowe wieczory kosztują w tym roku 55 dolarów online, natomiast pakiet VIP dla dwóch osób pod koniec miesiąca sięga 200 dolarów. Strach został więc nie tylko oswojony, lecz także profesjonalnie wyprodukowany, oświetlony, nagłośniony i wystawiony na sprzedaż. Podobny mechanizm działa w Screemers w pobliskim Vaughan, gdzie w tym sezonie przygotowano siedem nawiedzonych labiryntów oraz lunapark. Wśród nowości 2026 roku znajduje się Disassembly Park, czyli cmentarz, na którym — zgodnie z obietnicą organizatorów — umarli niekoniecznie pozostają tam, gdzie ich pochowano. Bilet w weekend Halloween kosztuje 54,95 dolara plus HST, a kto nie chce zbyt długo czekać na własne przerażenie, może dopłacić 30 dolarów za Fast Pass. Nawet strach, jak się okazuje, ma kolejkę dla niecierpliwych.
Halloween stworzyło bowiem własną ekonomię, chociaż nie istnieje jedna uczciwa liczba pokazująca, ile dokładnie ta tradycja przynosi Toronto. Pieniądze rozchodzą się pomiędzy handel, gastronomię, bary, kluby, atrak- cje, transport i turystykę, natomiast skala kanadyjskiego zainteresowania jest wyraźna. Badanie opublikowane tego lata przez Walmart Connect Canada wskazuje, że 76 procent badanych klientów planuje przeznaczyć na Halloween ponad 50 dolarów, a 44 procent zakłada budżet przekraczający 100 dolarów. Współczesne Halloween sprzedaje więc znacznie więcej niż cukierki i kostiumy — sprzedaje doświadczenie, którego częścią stały się również jedzenie i alkohol.
Na Queen West The Drake Hotel przez cały październik oddaje swoje Café projektowi Black Lagoon, zamieniając wnętrze w mroczną aptekę czarownicy z trumnami i nagrobkami, podczas gdy specjalne koktajle przy- gotowano według pomysłów nagradzanych barmanek Kelsey Ramage i Erin Hayes. Na Dundas West można z kolei zapłacić 79 dolarów za halloweenowe warsztaty koktajlowe, podczas których powstają trzy pełnowymiarowe drinki, pojawia się suchy lód, mgła i — jak żartują organizatorzy — być może również duch. Nawet zwyczajna kawa czy donut dostają w październiku drugie życie. Tegoroczne kanadyjskie menu Tim Hortons przyniosło między innymi Frankensteinowego do- nuta, czekoladową „mumię” oraz serię słodkości Twix and Treat, co tylko potwierdza, że Halloween jest prawdopodobnie jedyną porą roku, kiedy im mniej apetycznie wygląda deser, tym większą ma szansę trafić na Instagram.
Największe przedstawienie nie potrzebuje jednak ani biletu, ani scenografii zamkniętej za murami atrakcji. Wieczorem 31 października Church Street w Church-Wellesley Village zmienia się w ogromny wybieg, na którym Halloween on Church pokazuje najbardziej widowiskową i najbardziej torontońską stronę całego święta. Jedni przychodzą w kostiumach przygotowywanych tygodniami, inni narzucają pelerynę kupioną godzinę wcześniej, jeszcze inni nie przebierają się wcale i pojawiają się tylko po to, żeby pat-rzeć. Granica pomiędzy uczestnikiem a publicznością szybko się zaciera, podobnie jak granica między Halloween rozumianym jako dawny obyczaj a współczesnym miejskim karnawałem.
Właśnie na Church Street najlepiej widać, że dzisiejsze Halloween ma niewiele wspólnego z pytaniem, czy ktoś naprawdę wierzy w czarownice. Znacznie bardziej chodzi o chwilową zmianę tożsamości, wyobraźnię, przesadę i społeczne pozwolenie na odrobinę absurdu. W mieście zbudowanym przez ludzi pochodzących z setek kultur ta tradycja ma jeszcze jedną szczególną właściwość: właściwie nie wymaga przynależności. Nie trzeba znać modlitwy, historii własnej rodziny ani nawet dobrze mówić po angielsku. Można przyjechać do Toronto z Polski, Indii, Korei, Ukrainy czy Jamajki, kupić dziecku kostium Batmana, postawić dynię przed drzwiami i niemal natychmiast stać się częścią lokalnego rytuału.
Nie oznacza to jednak, że duchy zupełnie z Toronto wyparowały, ponieważ miasto posiada również własny katalog historii, w których granica pomiędzy faktem a legendą od dawna pozostaje nieostra. Jedna z najstarszych prowadzi na Toronto Islands, do Gibraltar Point Lighthouse, latarni powstałej na początku XIX wieku. Jej pierwszy latarnik, John Paul Radelmüller, zniknął w 1815 roku, a według legendy został zamordowany przez żołnierzy z Fort York po kłótni związanej z alkoholem. Opowieść mówi, że ciało poćwiartowano, a szczątki ukryto. Dziesiątki lat póź- niej w pobliżu latarni rzeczywiście znaleziono fragmenty ludzkiego szkieletu, choć nigdy nie udowodniono, że należały do Radelmüllera. Historia zrobiła jednak swoje i od pokoleń powraca opowieść o duchu latarnika krążącym wokół Gibraltar Point w poszukiwaniu własnych kości.
Równie wdzięcznie straszy Mackenzie House przy Bond Street, ostatni dom pierwszego burmistrza Toronto, Williama Lyona Mackenziego. Nawet City of Toronto, opisując muzeum, wspomina o jego reputacji miejsca zamieszkanego przez duchy, co zresztą doskonale pasuje do epoki wiktoriańskiej, z jej fascynacją śmiercią, spirytyzmem, zbrodnią i pytaniem o to, co może znajdować się po drugiej stronie. Można oczywiście wzruszyć ramionami i uznać wszystkie te historie za miejski folklor, tylko że wtedy pojawia się dość interesująca statystyka: w badaniu Leger z 2025 roku 37 procent Kanadyjczyków deklarowało wiarę w duchy. Jednocześnie 31 procent dorosłych planowało obchodzić Halloween, natomiast w grupie osób od 18. do 34. roku życia robiła to już ponad połowa. Wiara i zabawa najwyraźniej nie muszą więc mieć ze sobą wiele wspólnego.
Być może właśnie tutaj kryje się odpowiedź na pytanie, dlaczego Halloween tak dobrze czuje się w Toronto. Strach podany w kontrolowanej dawce może być przyjemnością, ponieważ wiemy, że aktor w Casa Loma nie zrobi nam krzywdy, szkielet sąsiada jest z plastiku, krew w koktajlu ma zapewne więcej grenadyny niż hemoglobiny, a człowiek z siekierą na Church Street prawdopodobnie rano wróci do pracy w banku. Przez kilka godzin wszyscy zgadzamy się jednak udawać, że jest inaczej, pozwalając sobie na luksus chwilowej utraty powagi.
Dla polskiego czytelnika może to pozostawać obyczajem trochę obcym, szczególnie że nasz kulturowy język śmierci, cmentarza i pamięci wyrasta z innej tradycji. Nie ma jednak potrzeby ani Halloween bronić, ani go odrzucać, ponieważ znacznie ciekawiej jest zobaczyć, czym stało się w mieście takim jak Toronto: rodzinnym zwyczajem, teatrem, wielkim biznesem, ulicznym spektaklem, kulinarnym żartem oraz jednym z niewielu momentów w roku, kiedy dorosłemu człowiekowi wolno bez szczególnego tłumaczenia wyjść z domu w pelerynie.
Czym więc naprawdę straszy Toronto? Duchami podobno w Gibraltar Point, aktorami zdecydowanie w Casa Loma, pomysłowością na Church Street, natomiast ceną niektórych halloweenowych koktajli być może najbardziej. Reszta zależy już od tego, jak łatwo dajemy się przestraszyć, ponieważ Toronto nie wymaga od nikogo wiary w duchy. Wystarczy odrobina wyobraźni, a resztę miasto załatwia samo.

Anna Drutis
Twój Przewodnik po Toronto i Niagara Region
anadrutis@gmail.com
647-772-7060

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: