Piekło na rajskiej wyspie

Turystyka

Przeszło 90 ofiar śmiertelnych i ok. 1000 osób zaginionych. Każdej doby doniesienia o skutkach pożarów na hawajskiej wyspie Maui są coraz bardziej dramatyczne. To najtragiczniejszy pożar nie tylko na Hawajach, ale w całych Stanach Zjednoczonych od 100 lat. - Ogień zbliżał się błyskawicznie z dwóch stron, ludzie porzucali więc auta i biegli do oceanu, rozsądnie zakładając, że tam będzie najbezpieczniej - opowiada Joanna Zalewska, Polka która mieszka na Hawajach.
 
Magda Bukowska: Tragedia nie dotknęła cię bezpośrednio, jednak cały czas śledzisz doniesienia z Maui. Co się tam teraz dzieje?
Joanna Zalewska: To prawda, mieszkam na Oahu, gdzie - podobnie jak na pozostałych wyspach Hawajów - jest bezpiecznie. Podkreślam to, bo widziałam już w mediach doniesienia o tym, że płoną całe Hawaje. Znajomi wysyłali mi dziesiątki dramatycznych wiadomości i pytań, czy nic mi się nie stało.
Pożary pojawiły się na dwóch wyspach. Na Big Island ogień pojawił się punktowo i ogniska zostały szybko ugaszone. Na Maui, a dokładnie w zachodniej części wyspy, za sprawą huraganu ogień rozprzestrzenił się błyskawicznie i doszło do ogromnej tragedii.
Jeszcze dwa dni temu, gdy oficjalna liczba ofiar wynosiła 55 osób, ludzie na forach pisali, że zginęło znacznie więcej ludzi. Moi znajomi mówili mi, że zwłoki leżą na ulicach i w samochodach. W tej chwili potwierdzono 93 osoby, ale wszyscy wiemy, że to nie jest niestety ostateczny bilans tej katastrofy. Wciąż ok. 1000 osób jest uznanych za zaginione. Na szczęście cały czas w mediach społecznościowych pojawiają się informacje, że kolejne osoby się odnajdują, po prostu nie mieli ze sobą telefonów, nie było prądu, byli ranni i nie mieli jak poinformować bliskich, że żyją. Wszyscy mamy nadzieję, że takich wiadomości będzie jak najwięcej.
Czy wiadomo, jak doszło do tego pożaru?
Pojawia się wiele opinii, oczywiście sprzecznych. Zacznę od tego, że ta część Maui jest bardzo sucha i pożary zdarzają się tu często, a służby są przygotowane do szybkiego reagowania, kiedy pojawi się ogień. Tym razem pech polegał na tym, że ogień został błyskawicznie rozdmuchany przez przechodzący nad wyspami huragan. Jedna z teorii głosi, że silny wiatr, który łamał słupy energetyczne, mógł być nawet bezpośrednią przyczyną pożaru. Inna pogłoska, która do mnie dotarła, jest taka, że zapaliła się stacja benzynowa. W tej chwili mówi się też, że winna może być firma energetyczna. Nie wiadomo nic na pewno.
W mediach pojawiły się też pytania o to, dlaczego nie zadziałały systemy alarmowe. Nie wyły syreny, nie było ostrzeżeń wysyłanych na telefony.
Tu też nie chcę gdybać. Z całą pewnością natychmiast pojawiły się problemy z prądem. Poza tym wszyscy zaczęli natychmiast do siebie dzwonić, więc komunikacja też siadła. Nie wiem, czy w czasie takiego huraganu słychać było syreny. Faktycznie wiele osób mówi, że tych ostrzeżeń zabrakło. Wiem od ludzi stamtąd, że kiedy ogień już się pojawił, wszystko działo się niesamowicie szybko. Ci, którzy byli w domach zwykle, łapali tylko dokumenty i telefon i uciekali. Na nic więcej nie było czasu.
W takiej samej sytuacji znaleźli się turyści mieszkający w Airbnb moich znajomych z Maui. Ktoś zapukał i powiedział, żeby uciekali. Mieli na ewakuację dokładnie dwie minuty. Oczywiście ci znajomi, którzy mieszkają w bezpiecznej części wyspy, zabrali ich do siebie, więc przynajmniej mają gdzie mieszkać, ale stracili wszystko. Nawet osoby, które próbowały wyjechać z Lahainy samochodami w większości nie zdążyły. Ogień zbliżał się błyskawicznie z dwóch stron, ludzie porzucali więc auta i biegli do oceanu, rozsądnie zakładając, że tam będzie najbezpieczniej.
Zabytkowe miasteczko Lahaina spłonęło niemal doszczętnie. Co jeszcze utraciliśmy w tym pożarze bezpowrotnie?
Lahaina to było wyjątkowe miasteczko, zabytkowe, niemal w całości drewniane. W kontakcie z ogniem nie miało żadnych szans. W pożarze ucierpiała też Kula, inne miasteczko w regionie. Poza tym okolica jest dość pusta, bo to bardzo suchy teren, taka pustynia, gdzie nawet roślin jest stosunkowo niewiele. Pod względem przyrodniczym najsmutniejsze jest to, że ogień dotarł do najstarszego na wyspach, a może nawet w całych Stanach Zjednoczonych, figowca. Dla wielu ludzi to taki symbol wyspy, ducha Hawajów - bardzo ważne drzewo. Senator Braian Schatz powiedział, że to drzewo i latarnia morska to wszystko, co ocalało z pożaru. Bo ten 150-letni figowiec wciąż stoi, jednak jest cały opalony. Wiele osób wierzy, a może raczej ma nadzieję, że korzenie nie zostały naruszone i drzewo odżyje, ale szanse na to nie są chyba jednak zbyt duże.
W tym pożarze tysiące ludzi straciło dachy nad głową, swoje biznesy. Jak w tej chwili wygląda pomoc dla ofiar?
Z tego, co słyszę od mieszkańców, to najskuteczniej działają wszelkie oddolne inicjatywy. Ludzie są bardzo solidarni, zapraszają do siebie poszkodowanych. Nie tylko mieszkańcy Maui. Także inne wyspy starają się pomóc. Ja sama mam w swoich Airbnb dwie rodziny, które wyjechały z Maui. Ich pożary bezpośrednio nie dotknęły, ale nie czuli się bezpiecznie na wyspie, więc przylecieli na Oahu. Transport dla wszystkich, którzy chcą wyjechać, jest organizowany regularnie. Większość mieszkańców nie chce jednak opuszczać Maui, turyści robią to chętniej. Władzom też zależy na tym, by ich do tego zachęcać, bo jeśli opróżnią duże hotele i resorty, to automatycznie będą mieli, gdzie kwaterować ofiary pożaru.
Niestety na wielu polach odgórnie zorganizowany system pomocy nie jest wystarczający. Ciągle jest mnóstwo informacji, że ludzie przez wiele godzin są bez wody pitnej, brakuje benzyny, środków czystości, ubrań. Tysiące ludzi naprawdę straciło wszystko. Co więcej, wiele osób obawia się, czy uda im się wrócić tam, gdzie mieszkali. Moi przyjaciele stracili dom w Lahainie, znam też ludzi, do których należała cała ulica w tym mieście. Nie dlatego, że byli jakimiś bogaczami - przeciwnie. Po prostu mieszkali tam od pokoleń, stawiając kolejne domy - pradziadkowie, dziadkowie, rodzice, dzieci, wujowie, ciotki. Rdzenni mieszkańcy wyspy, dla których to miasto było ich miejscem na Ziemi.
Obawiają się, że nie dostaną pieniędzy z ubezpieczenia?
Nawet nie to. Większość ludzi boi się, że ta tragedia może stać się pretekstem do sprzedaży ziemi właścicielom wielkich resortów. Że bez wsparcia ze strony władz lokalnych i rządowych nie będzie ich stać na odbudowę domów, firm itd. i będą zmuszeni sprzedawać ziemię.
Niestety, żeby kupić ziemię na Hawajach, nie trzeba być nawet rezydentem żadnej z wysp, a że są to cenione pod względem turystycznym tereny, to ich wartość jest bardzo wysoka. I nie chodzi tu o niechęć o wpuszczanie ludzi z zewnątrz. Mieszkańcy Maui po prostu nie chcą, by ich dom był traktowany wyłącznie jak turystyczny raj, z którego rdzenni mieszkańcy mogą za chwilę całkiem zniknąć. Dlatego apelują do władz o takie rozwiązania, które dadzą im możliwie jak najszybsze i najwierniejsze odbudowanie La- hainy. Myślę, że w tej chwili - poza doraźną pomocą i większym zaangażowaniem władz w poszukiwanie zaginionych - Hawajczycy najbardziej chcieliby dostać zapewnienie, że wszyscy będą mogli zostać na swojej ziemi, w swoich nowych domach i powoli odbudowywać swój świat po tej wielkiej tragedii.
 

Powiązane wiadomości

Comment (0)

Comment as: