Kwiat, który umie koić

Dawno, bardzo dawno temu, kiedy ludzie znali jeszcze smak ciszy, a zioła rosły bliżej domów niż apteki, na skrajach dróg i przy starych płotach zaczęła pojawiać się roślina osobliwa. Nie krzyczała kolorem jak mak ani nie pachniała jak lipa w pełnym kwiecie. Stała spokojnie, jakby czekała. Miała płatki purpurowe, przecięte ciemnymi żyłkami, jakby ktoś zapisał na nich los człowieka cienką ręką ziemi. Nazywano ją Ślazem dzikim (łac. Malva sylvestris, ang. Common mallow)
Starzy ludzie mówili, że ślaz nie rośnie przypadkiem. Tam, gdzie się pojawiał, wcześniej ktoś długo kaszlał, ktoś inny nosił w sobie ból, a jeszcze ktoś miał ranę, która nie chciała się zamknąć. Ziemia, widząc to wszystko, posyłała roślinę łagodną, bo nie każdą chorobę da się wygnać siłą.
Mówiono, że ślaz narodził się z łez Matki-Ziemi. Gdy ludzie zbyt długo żyli w dymie, krzyku i pośpiechu, ona zapłakała, a tam, gdzie łzy wsiąkły w glebę, wyrosła roślina, która nie pali, nie gryzie i nie zmusza — tylko osłania. Dlatego ślaz nie rośnie w cieniu borów, lecz przy drogach, gdzie ludzie wciąż są w drodze, zmęczeni i obciążeni.
Dawne zielarki wiedziały, że to ziele cierpliwe. Nie lubi wrzątku ani pośpiechu. Gdy zalewało się je zimną wodą i czekało długo, oddawało to, co miało najcenniejsze — miękki śluz, lepki jak poranna rosa. Ten śluz oblekał gardło, żołądek i jelita niczym niewidzialny opatrunek. Kiedy ktoś nie mógł mówić od kaszlu albo skóra piekła jak po ogniu, ślaz przychodził cicho i robił porządek bez hałasu.
W dawnych wsiach mówiono, że jeśli przy chacie zakwitnie ślaz, dom będzie spokojniejszy. Napar z jego liści dawano nie tylko chorym, ale i skłóconym. Bo ślaz, jak wierzono, wygładzał to, co ostre — w ciele i w duszy. Nie bez powodu sadzono go przy klasztorach i szpitalach, a mnisi mawiali, że to ziele miłosierdzia.
Kwiaty ślazu miały barwę zmierzchu. Mówiono, że to kolor przejścia — między bólem a zdrowiem, między dniem a nocą. Gdy ktoś pił napar z kwiatów, choroba przestawała krzyczeć, a ciało mogło wreszcie odpocząć. Dziś uczeni mówią o barwnikach i związkach, które chronią tkanki, dawniej mówiono prościej: ślaz studzi ogień w środku.
Zbierano go w słoneczne dni, kiedy płatki były szeroko otwarte. Suszono w cieniu, bez słońca, by nie spłoszyć jego mocy. Na rany kładziono liście, na gardło pito napar, a na poparzoną skórę przykładano okład, szepcząc przy tym stare słowa, żeby ziemia zabrała, co niepotrzebne.
Ślaz był dobry dla dzieci, starców i tych, którzy nie mieli już siły na gorzkie lekarstwa. Mówiono, że nie wolno go łączyć z innymi ziołami naraz, bo lubi działać sam i spokojnie, a jego śluz może przytrzymać w sobie wszystko, co spotka po drodze.
Dziś ślaz wrócił do łask - współcześni zielarze i fitoterapeuci sięgają po niego przy suchym kaszlu, refluksie, zapaleniu żołądka i jelit, a także przy problemach skórnych. Robi się z niego napary osłaniające, żele i kremy dla skóry wrażliwej, a nawet delikatne płukanki do jamy ustnej. Wciąż działa tak samo — nie gwałtownie, lecz konsekwentnie, tworząc ochronną warstwę, pod którą ciało może się regenerować.
Domowe receptury ze ślazu
Napar na gardło i kaszel
1 łyżkę suszonych kwiatów lub liści zalać letnią wodą (nie gorącą!), odstawić na 1–2 godziny, przecedzić. Pić 2–3 razy dziennie lub stosować do płukania gardła.
Okład na skórę
Garść liści zalać ciepłą wodą, lekko rozgnieść.Nakładać na oparzenia, ukąszenia, podrażnienia.
Domowy syrop ślazowy
Napar ślazowy połączyć z miodem w proporcji 1:1, delikatnie podgrzać (nie gotować). Przechowywać w lodówce do 2 tygodni.
Pamietajmy jednak, że nawet najłagodniejsze ziele wymaga szacunku. Starzy zielarze ostrzegali, by nie łączyć ślazu od razu z innymi lekami, bo jego śluz potrafi zatrzymać wszystko, co spotka po drodze. Dlatego mówiono, by między ślazem, a innymi lekarstwami zostawić czas — godzinę, a najlepiej dwie. Uczuleni na rośliny z jego rodziny powinni zaczynać ostrożnie, a zioło zbierać tylko tam, gdzie ziemia czysta i nieskażona.
I choć świat się zmienił, ślaz wciąż wraca co roku w te same miejsca. Rośnie przy asfaltach, ruinach i ogrodach, jakby pilnował pamięci. Przypomina, że nie każda choroba potrzebuje walki, a nie każde leczenie musi boleć.
Bo są takie rośliny, które leczą nie siłą, lecz cierpliwością. A ślaz dziki jest jedną z nich — cichym strażnikiem łagodności, który od wieków wie, jak otulić człowieka wtedy, gdy ten najbardziej tego potrzebuje.
Ilona Girzewska
Certyfikowany Zielarz Fitoterapeuta
Tel: 416-882-0987 • FB: Ziołowe opowieści • Podcast: radio7toronto.com







Comment (0)